Grzybobranie w Premier League (foto)
Choć to dopiero maj i o świeżej grzybowej można jeszcze pomarzyć, tak w Premier League zaczęło już sypać prawdziwkami. Na razie najbardziej okazałe prawdziwki podniosły stołeczne Arsenal (Lukas Podolski) i dziś Chelsea (Eden Hazard). Transferowy szał w Anglii zaczyna się od wielkich uderzeń.

Hazard to jeden z najbardziej obiecujących talentów Europy, którego na celowniku miał każdy kto liczy się w futbolu. Jego ciągnąca saga zakończyła się dziś tym wpisem na Twitterze.
Wcześniej na transfer do Premier League zdecydował się Podolski. Wkrótce 27-letni zawodnik na EURO 2012 najprawdopodobniej zaliczy swój 100. występ w reprezentacji Niemiec!
Harować czy odpoczywać? – oto jest pytanie
Jestem zaniepokojony. Przed polską reprezentacją kolejny wielki turniej i ciągle nie mam pewności, czy nasi szkoleniowcy wiedzą jak przygotować fizycznie zespół na turniej. Szczególnie alarmujące są głosy pytanych o treningi kadrowiczów (wszystkie cytaty za Gazetą Wyborczą).

Polacy wzmacniają siłę – czy słusznie?
- Jeszcze tydzień takich zajęć i w meczu z Grecją biegałbym chyba tyłem. Wolę grać na świeżości, niż być przetrenowanym. Mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie coraz więcej zajęć z piłkami - Robert Lewandowski.
- Brakuje świeżości, mam nadzieję, że przyjdzie w odpowiednim momencie, a nie w lipcu, kiedy będę na urlopie – Kamil Grosicki.
- W Turcji odpoczywaliśmy, a teraz bolą mnie mięśnie, mam zakwasy. W życiu nie trenowałem na takich przyrządach – Maciej Rybus.
Piłkarze ofensywni kadry Franciszka Smudy, z których dwójka prawdopodobnie zacznie w wyjściowej jedenastce na inaugurację z Grecją, ma spore wątpliwości co do stanu swoich mięśni. W ostatnich dniach reprezentanci ciągali opasłe przyrządy, a rzadko widywali się z tym co dla nich najważniejsze – piłkami.
Warto się przychylić nad słowami Lewandowskiego. Napastnik Borussii Dortmund przebiegał sezon w Bundeslidze najaktywniej ze wszystkich zawodników mistrza Niemiec. Styl jego drużyny opiera się na pressingu i szybkości. Czy warto więc ładować w niego dodatkowe obciążenia? Przed przyjazdem na zgrupowanie Lewandowski trzykrotnie zranił Bayern Monachium w finale Pucharu Niemiec. Świeżość i utrzymanie tej formy powinno stanowić priorytet, nie zaś budowanie jego siły w iście wojskowym reżimie.
W “Daily Telegraph” czytałem o sposobach przygotowań reprezentantów Anglii pod wodzą nowego selekcjonera Roya Hodgsona. Jego podopieczni podkreślali różnicę między ćwiczeniami przed EURO 2012, a tymi przed Mundialem 2010. James Milner wyjawił, że dwa lata temu piłkarze zostali solidnie przetrenowani, ale po całym sezonie klubowym na mistrzostwach poczuli się wypaleni.
Promyk nadziei widzę w słowach człowieka odpowiedzialnego za fizyczną formę polskich kadrowiczów. Remigiusz Rzepka powiedział: - W namiocie, który postawiliśmy koło boiska treningowego, mamy niespotykaną jak na polskie warunki siłownię. A w niej sprzęt służący konkretnemu celowi: kształtowaniu siły. Obecny sztab szkoleniowy nie buduje już wytrzymałości – nie chce zrobić z reprezentantów króliczków z reklamy Duracell. Ich plany zakładają wzmocnienie piłkarzy i nadanie im większej dynamiki. Na regenerację i zebranie sił zostało niecałe dwa tygodnie. Oby nasi zdołali naładować baterie…
Jedenastka sezonu Premier League (foto)
Koniec sezonu ligowego = weekendy wolne od dobrego futbolu. W oczekiwaniu na EURO 2012 warto podsumować najlepszy sezon w historii najlepszej ligi świata. Oto kto wyróżnił się w ciągu 38. kolejek Premier League.
Bramkarz:
Michel Vorm (Swansea, 4 wybory do jedenastki kolejki)
Najlepszy transfer w przeliczeniu – wydany funt a efektywność gry. Kosztujący półtora miliona funtów Holender zaliczył w sezonie jedną poważną wpadkę (Arsenal i gol Andreia Arshavina). Poza tym radził sobie doskonale, choć był regularnie ostrzeliwany przez rywali beniaminka. Jego znakiem firmowym stały się rzuty karne – spytajcie Bena Watsona lub Clinta Dempseya.

Vorm – specjalista od karnych
Rezerwowi: David de Gea (Man United, 4), Tim Krul (Newcastle, 4), John Ruddy (Norwich, 4), Joe Hart (Man City, 2)
Obrońcy:
Branislav Ivanović (Chelsea, 4)
Rzucany na prawą stronę lub środek, ale gdzie by nie stał – rzadko zawodzi. Pod koniec sezonu wyraźnie się rozstrzelał. Jego gol przepchnął Chelsea przez 1/8 finału Ligi Mistrzów podczas dogrywki z Napoli. Jeden z najbardziej godnych zaufania obrońców w pojedynkach powietrznych, który też świetnie blokuje uderzenia przeciwników. (Chelsea, szczególnie w Lidze Mistrzów, stała się specjalistką od bloków)

Ivanovic – mocna głowa
Vincent Kompany (Man City, 6)
Pod nieobecność Nemanji Vidicia zdecydowanie najlepszy obrońca Premier League. Kapitan Manchesteru City i jego absolutny lider. City do tytułu pchali ludzie skupowani za równowartość rocznego PKB małych państw. Kompany kosztował tylko sześć milionów. Inteligentny i znakomicie ustawiający się w defensywie. Autor drugiego (po Sergio Aguero) najważniejszego gola sezonu – zwycięskiego trafienia w kwietniowych derbach Manchesteru.
Kompany – lider The Citizens
Laurent Koscielny (Arsenal, 4)
Francuz z polskimi korzeniami zrobił olbrzymi postęp. Bez niego defensywa Arsenalu chwieje się w posadach. Jest szybki, więc potrafi nadążyć za wybiegającym na pozycję napastnikiem. Lider Kanonierów w przechwytach i udanych wybiciach. Zapada w pamięć dzięki odważnym, często spektakularnym interwencjom na granicy ryzyka (Daniel Sturridge coś o tym wie).

Koscielny – łatacz dziur
Leighton Baines (Everton, 4)
Byłby pewniakiem w reprezentacji Anglii, gdyby nie fenomenalny od lat Ashley Cole. Baines znakomicie centruje piłkę, odpowiednio włącza się do ataków Evertonu. Jest specjalistą od stałych fragmentów gry i trzecim najskuteczniejszym (!) strzelcem The Toffees.

Baines – magiczna lewa noga
Rezerwowi: John Terry (Chelsea, 4), Thomas Vermaelen (Arsenal, 4), Patrice Evra (Man United, 4)
Pomocnicy:
Antonio Valencia (Man United, 6)
Z rezerwowego na początku rozgrywek stał się motorem napędowym wicemistrzów Anglii. Zaliczył oszałamiającą serię pięciu spotkań, w których dostarczył siedem asyst! Niezwykle dynamiczny z dobrym dośrodkowaniem. Notorycznie ośmieszał obrońców swoimi krótkimi dryblingami. Zagadką pozostanie to, czemu sir Alex Ferguson posadził go na ławce podczas decydujących derbów Manchesteru. (tzn. wiadomo czemu – chciał zabezpieczyć tyły, ale dlaczego kosztem Valencii)

Valencia – modelowy skrzydłowy
David Silva (Man City, 6)
Olśniewający w pierwszej części rozgrywek, wyraźnie przemęczony w drugiej fazie. Gdy gra na swoim najwyższym poziomie, jest najlepszym technikiem Premier League. Jego pole widzenia jest chyba sztucznie poszerzone, bo to niemożliwe, aby zwykły człowiek dostrzegał wybiegających kolegów w tak nieprzewidywalnych pozycjach. Król asyst tego sezonu.

Silva – król podania
Yaya Toure (Man City, 5)
Kręgosłup linii pomocy The Citizens. Dzięki swojej posturze znakomicie radzi sobie w walce bark w bark, a do tego jest uzdolniony w rozgrywaniu akcji przy bramce rywala. Najbardziej kompletny pomocnik Premier League. Autor goli, które zapewniły City bezcenny triumf w końcówce meczu w Newcastle.

Toure – płuca mistrzów Anglii
Gareth Bale (Tottenham, 5)
Znakomity, choć dość nierówny. Potrafi w pojedynkę wziąć sprawy swoje ręce. Często terroryzuje bocznych obrońców błyskawicznymi wejściami po skrzydle. Jednak czasem chowa się w środku boiska i próbuje nieprzygotowanych strzałów. Najgroźniejsza broń w składzie Harry’ego Redknappa.

Bale – nieuchwytny sprinter
Rezerwowi: Victor Moses (Wigan, 5), Steven Pienaar (Everton, 5), Mikel Arteta (Arsenal, 4), Clint Dempsey (Fulham, 4), Ashley Young (Man United, 4), Nani (Man United, 4), Luka Modrić (Tottenham, 4), Gylfi Sigurdsson (Swansea, 4)
Napastnicy:
Robin van Persie (Arsenal, 10)
Mister Fantastic, przez długie tygodnie jedyna opcja ofensywna Arsenalu. Zdecydowanie najlepszy piłkarz w przekroju całego sezonu. Strzelał kiedy chciał (jak śpiewali kibice na Emirates) i jak chciał. Do historii przejdą jego dwa kapitalne woleje z Evertonem i Liverpoolem – strzały wymagające chirurgicznej precyzji i olśniewającego wyszkolenia piłkarskiego.

Van Persie – czarodziej woleja
Wayne Rooney (Man United, 7)
Trafiał do siatki aż miło z zaskakującą regularnością. Świetnie odnajduje się w taktyce Fergusona, grając tuż za plecami wysuniętego napastnika. Strzela równie dobrze do kreuje sytuacje. Niezmordowany, może ganiać od bramki do bramki.

Rooney – wszechstronny snajper
Rezerwowi: Sergio Aguero (Man City, 6), Emmanuel Adebayor (Tottenham, 5), Papiss Cisse (Newcastle, 3)
Trener:
Alan Pardew (Newcastle)
Skazywany na walkę o utrzymanie pokazał sceptykom (w tym mnie) środkowy palec. Przetrzebiony skład po odejściach liderów (Barton, Nolan, Enrique) uzupełnił tanimi i znakomitymi zmiennikami, którzy teraz są warci więcej niż poprzedni bohaterowie (Ba, Cisse, Cabaye). Newcastle punktowało z zegarmistrzowską dokładnością, dlatego w nagrodę przypomni sobie grę w europejskich pucharach. Sam Pardew umiejętnie rotował taktyką, w zależności od formy swoich podopiecznych. Zaczynał w systemie 4-4-2, ale gdy Cisse dołączył do drużyny i eksplodowała forma Hatema Ben Arfy, nie wahał się zmienić ustawienie na 4-3-3.

Pardew – odnowiciel Newcastle
Asystent: Brendan Rodgers (Swansea)
Chelsea, czyli przeznaczenie…
Przeznaczenie pchnęło Chelsea do wygranej w Lidze Mistrzów. Już po półfinale z Barceloną uznałem, że za niespodziewanym sukcesem The Blues stoją siły nadprzyrodzone. Teorię potwierdziły losy sensacyjnej końcówki finału w Monachium.
“Wierzę w przeznaczenie, że to było nam dawno zapisane, ale jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Trzeba się modlić i wierzyć. To jest duch Chelsea, to robimy już od wielu lat. Nigdy się nie poddajemy” Didier Drogba
Drogba znów w centrum uwagi
Gdy Thomas Mueller strzelił pierwszego gola w 83. minucie, Chelsea można było spisać na straty. W tym momencie zawalił się bowiem plan taktyczny Roberto di Matteo, który zakładał grę “na zero” z tyłu i wyprowadzanie dynamicznych kontr.
The Blues potrzebowali kolejnego w tym sezonie cudu. Mówisz i masz… Londyńczycy w finale LM wykonali JEDEN rzut rożny.

Rzut rożny, który oczywiście okazał się śmiertelnie skuteczny. Celne dośrodkowanie Juana Maty. Didier Drogba ucieka Jerome Boatengowi, wyskakuje w powietrze i posyła strzał-pocisk, który przełamuje ręce bramkarza Bayernu. Monachijczycy 20 razy próbowali dośrodkowań z rożnych i żaden z nich nie przyniósł nawet cienia zagrożenia.
Droga krzyżowa
Ale to dopiero remis – Chelsea po zwycięstwo musiała przejść przez swoją drogę krzyżową. Już na początku dogrywki powtórzył się scenariusz z Camp Nou. Drogba, bohater ofensywy, był zmuszony do pomagania w obronie i nieuważnie podciął rozpędzonego rywala w polu karnym. Łatwa decyzja – jedenastka. W Barcelonie do piłki podszedł Leo Messi, w Monachium Arjen Robben – talenty ze ścisłej światowej czołówki. Ale obu nie dane było ukarać Drogby i The Blues. Przeznaczenie pcha Puchar Mistrzów w ręce Anglików.
Rzadko kiedy droga do sukcesu jest tak bardzo wyboista jak w przypadku Chelsea. Stracony wydawało się dwumecz z Napoli okazał się popisem na Stamford Bridge. The Blues cudem odparli kontrataki trio z Neapolu. W ćwierćfinale optycznie lepsza była Benfica, jednak londyńczycy grali zabójczo skutecznie. Barcelona to parkowanie autobusu, heroiczna obrona drużynowa, niespotykane wcześniej taktyki defensywne (6-3-0 na Camp Nou).
Wreszcie Monachium, dom wielkiego Bayernu. Nawet w rzutach karnych wszystko wydawało się sprzymierzyć przeciwko Chelsea. Bayern w historii Ligi Mistrzów wygrał wszystkie trzy serie jedenastek, Chelsea przegrała w obu takich przypadkach. Losowanie wskazało, że strzelamy w stronę trybuny fanatyków niemieckiego klubu. Dodatkowo pierwsi rzuty karne wykonywali monachijczycy, którzy, jak uczy fantastyczna książka “Soccernomics”, mieli wówczas 60% szans na triumf w karnych. Wytłumaczenie jest proste – drugiemu strzelcowi trudniej znieść presję, gdy ma świadomość niekorzystnego wyniku i olbrzymiego znaczenia ewentualnej pomyłki. Chelsea dodatkowo skomplikowała sprawę pudłując pierwszego karnego…
Ale przetrwali i pieczątkę na pucharze przybił heros Drogba, dla którego mogło być to ostatnie kopnięcie w niebieskiej koszulce. Napastnik z WKS to wyjątkowy specjalista od finałów. Dla Chelsea celnie kopał w ostatnich meczach Pucharu Anglii, teraz jego gole wybrukowały ścieżkę do zwycięstwa w Lidze Mistrzów.
Taktyczne manewry

Abramowicz wreszcie dopiął swego
Roman Abramowicz po dziewięciu latach wytrwałego inwestowania na Stamford Bridge, wreszcie sięgnął po puchar swoich marzeń. Wiktorię zawdzięcza trenerowi, którego losy w Chelsea nie są jeszcze przesądzone.
Bardzo ostrożna taktyka przepchnęła The Blues przez największe przeszkody. Podobnie jak z Barceloną, na Bayern londyńczycy wyszli w defensywnym ustawieniu. Symbolem planu Chelsea był Ryan Bertrand, absolutny debiutant w Lidze Mistrzów. Nominalny obrońca ganiał po lewym skrzydle, aby pomagać w defensywie Ashleyowi Cole’owi.
Założenie di Matteo wpłynęło na strategię Bayernu. Niemcy ciężar swoich akcji przenieśli głównie na drugą stronę boiska lub próbowali szukać luk strzałami z dystansu.

43 strzały Bayernu i tylko jeden gol… Sam Robben próbował 15 razy. Robił to w swoim stylu, ścinając akcję ze skrzydła, ale były to uderzenia z nieprzygotowanych pozycji. Warto przy tym zauważyć jak wiele strzałów zostało zablokowanych przed defensywę Chelsea. W tym fachu prym wiedli David Luiz (5 bloków), Gary Cahill (4) i Cole (3).
Zorganizowana obrona to tylko połowa sukcesu. Niestety, Chelsea brakowało mocy na kontrach – tu najbardziej widać było brak niezmordowanego Ramiresa. Ale od czego na Stamford Bridge jest Drogba.
Jakie znaczenie psychologiczne będzie mieć finał Ligi Mistrzów przed EURO 2012? Niemcy wyglądają na głównych faworytów, ale lider środka pola Bastian Schweinsteiger nosi od wczoraj piętno antybohatera serii jedenastek (choć w meczu był olśniewający). Mario Gomez seryjnie marnował okazje, więc i on będzie miał sobie wiele do zarzucenia.
Z drugiej strony pokolenie Anglików niespełnionych w Europie – Cole, Frank Lampard, John Terry – wreszcie wygrało bitwę międzynarodową. Wyspiarzom przyda się zastrzyk optymizmu przed czerwcowymi mistrzostwami Starego Kontynentu.
Dziś w Londynie wielkie święto, ale… Tak jak w podbitej przez rzymian Galii, wyróżniała się wioska Asterixa, tak na mapie stolicy Anglii figuruje osada ludzi o odmiennych nastrojach. Triumf Chelsea zepchnął Tottenham z Ligi Mistrzów do Ligi Europejskiej. Posługując się dalej filmowymi porównaniami, tym razem z “Efektu motyla”, przestrzelony karny Robbena/Schweinsteigera w ostateczności może oznaczać rozbiór Tottenhamu, sprzedaż Luki Modricia oraz Garetha Bale’a i znaczne obniżenie lotów londyńskich Kogutów…

Chelsea – mistrz Europy 2012, szósta drużyna Premier League 2011/12
Video-zapowiedź finału Ligi Mistrzów 2012
Bayern i Chelsea grają jutro o uratowanie słabego sezonu w lidze. Monachijczycy boleśnie wspominają przegrany finał Champions League z 2010 roku, Chelsea dwa lata wcześniej oddała puchar w rzutach karnych. Zwieńczenie Ligi Mistrzów AD 2012 – sobota 20.45.
Droga Bayernu do finału:
Droga Chelsea:
Upadek monarchii Króla Kenny’ego
Rafa Benitez, jeszcze jako menedżer Liverpoolu, wygłosił słynną przemowę wycelowaną w sir Alexa Fergusona, która do historii angielskiej piłki przeszła jako “Fakty”. Wzorem Hiszpana, który jest teraz faworytem bukmacherów do ponownego przejęcia sterów na Anfield, przedstawiam fakty. Czy Kenny Dalglish zasłużył na wczorajsze zwolnienie z funkcji trenera The Reds?

Koniec panowania Króla Kenny’ego
“Nie mówię o moich wrażeniach, ale o rzeczach, które każdy może zobaczyć co tydzień” Rafael Benitez
Dalglish w Liverpoolu, wersja 2.0:
1) Haniebna forma w Premier League
Fakty: 8 miejsce w lidze jest najgorszym od 18 lat. Liverpool zebrał 52 punkty – najmniej od sezonu 1953/54. Zawstydzające 6 wygranych na Anfield (plus 9 remisów na 19 spotkań). Rozgrywki skończone za lokalnym rywalem z Evertonu i 37 punktów (!) za mistrzem Manchesterem City. 14 porażek w całym sezonie.
The Reds uczynili z Anfield Road domek gościnny, gdzie przyjezdnym serwowano drinki z palemką. Remisy z beniaminkami Norwich i Swansea, spadkowiczem Blackburn; przegrane z Wigan i West Bromwich. Dzięki temu Liverpoolu zabraknie w trzeciej kolejnej edycji Champions League.
2) Wybitna forma w krajowych pucharach
W Anglii panuje ożywiona debata, o tym co jest ważniejsze: awans do Ligi Mistrzów, czy zdobywanie trofeów. Dalglishowi bliżej do drugiej opcji. Szkot sprowadził na Anfield pierwsze trofeum od 2006 roku. Arsene Wenger z Arsenalem na jakikolwiek puchar czekają od siedmiu lat.
Liverpool doszedł też do finału Pucharu Anglii, w którym był blisko wielkiego comebacku. Tylko nadludzka interwencja Petra Cecha uchroniła Chelsea przed dogrywką.
Imponujące nie były wyłącznie wyniki. Drogę The Reds na Wembley komplikowały pojedynki z Manchesterem United, City, Chelsea i Evertonem. W Pucharze Ligi ekipa Dalglisha w obu odsłonach dwumeczu z późniejszym mistrzem Anglii, Man City, wyglądała na lepszą technicznie, głodniejszą, agresywniejszą stronę. Pressing i dynamika Liverpoolu były absolutnie olśniewające.
3) Pomyłki transferowe
Adam (£7m), Bellamy (za darmo), Doni (za darmo), Coates (£7m), Downing (£20m), Enrique (£5.5m), Henderson (£16m) z letniej sesji transferowej plus Carroll (£35m), Suarez (£23).
Amerykańscy właściciele rzucili grubą gotówką, ale zebrali niewielkie plony. John W. Henry, człowiek sukcesu w biznesie, zapewne nie lubi nietrafionych inwestycji. Z wymienionej listy tylko Bellamy, Enrique i Suarez mogą zostać uznani za transferowe skalpy. Choć i w ich przypadku nie brakuje zastrzeżeń.
Bellamy był wielki od święta (szczególnie we wspomnianym dwumeczu z City), a w końcówce sezonu wyglądał na chronicznie przemęczonego. Enrique do połowy sezonu wydawał się kandydatem na najlepszego lewego obrońcę Premier League. Później przytrafiły mu się zawstydzające pomyłki – kiks przy zwycięskim golu QPR na Loftus Road, czy wpuszczenie na pozycję Ramiresa w finale Pucharu Anglii. Dalglish nawet nie wystawił go do składu w finale Carling Cup.
Suarez to jeden z najbardziej uzdolnionych zawodników ligi, który nie boi się dryblingu, sam tworzy mnóstwo okazji. Urugwajczyk oddawał średnio 4 strzały na mecz (trzeci w lidze), ale nawet nie znalazł się wśród dziesięciu najlepszych snajperów na Wyspach.
Dalglish za duże pieniądze sprawił, że skład Liverpoolu stał się bardziej brytyjski. Kupił obiecujących pomocników, którzy nie spłacili jeszcze kredytu zaufania. Henderson zapadnie w pamięć jako człowiek obawiający się ryzykownego zagrania, a Downing jako chodzący pech (cztery razy w słupek lub poprzeczkę, rekordzista ligi pod względem ilości strzałów i stworzonych okazji bez zanotowania ani jednego gola lub asysty). Carroll przez większą część sezonu obrazował jak wyrzucić kupę gotówki w błoto, ale końcówka rozgrywek daje jakieś nadzieje. Młody Anglik wygrywał najwięcej pojedynków główkowych w Premier League i wreszcie zaczął robić pożytek ze swojej postury.
4) Staroszkolna taktyka
Dalglish upodobał sobie dwa systemy gry – 4-3-3 z jednym wysuniętym napastnikiem oraz tradycyjne 4-4-2. W końcówce sezonu dominowało to drugie ustawienie, które w światowym futbolu wygląda na nieco zardzewiałe.
Liverpool miał dwa problemy, z którymi nie mógł sobie poradzić: 1) przeciętny środek pola, 2) nieskuteczność.
W sezonie 2008/09 The Reds skończyli ligę na drugim miejscu z 86 punktami na koncie. Źródłem sukcesu tej znakomitej drużyny była druga linia. Xabi Alonso i Javier Mascherano dawali Stevenowi Gerrardowi możliwość do bliskiej współpracy z Fernando Torresem. Alonso to nieco wycofany rozgrywający na wzór Andrei Pirlo. Mascherano to żelazo i płuca zespołu. Obaj przenieśli się do hiszpańskiej elity (Real i Barcelona), co tylko potwierdza ich klasę. Jednak Liverpoolowi nie udało się zastąpić tego duetu.
Charlie Adam miał być nowym Alonso, a Lucas Leiva następcą Mascherano. Charakterystyki tych piłkarzy są podobne, ale Dalglish miał sporo pecha. Obaj doznali długotrwałych kontuzji. Szczególnie doskwierający był uraz Lucasa, dla którego na Anfield brakuje godnego zmiennika. Z tego powodu Gerrard musiał występować w głębi pola i znacznie mniej przydawał się pod bramką rywala.
Drugi problem, zawstydzająca nieskuteczność, wzięła się z przeciążenia Suareza. Urugwajczyk był w centrum kreowania ataków i musiał sam wykańczać akcje. “One man show” rzadko kończył się sukcesem (zdarzyło się to w Norwich). Najczęściej błyskotliwy drybling i wyjście na pozycję oznaczało zepsuty strzał.
Na polu bitwy dobry generał dowodzi armią i nie musi dodatkowo opatrywać rannych, nalewać zupy lub czesać koni. Suarez powinien albo kończyć ataki, albo rozgrywać. Dlatego też długo nie układała mu się współpraca z Carrollem.
Liverpool w lidze nieustannie gubił punkty, ale rzadko pozostawał bezbronny. Najczęściej kończyło się setką zmarnowanych okazji oraz narastającą frustracją z minuty na minutę.
5) Mylny osąd sprawy Suareza
Dalglish w obliczu rasistowskich oskarżeń wziął gwiazdora pod swoje skrzydło. Plus dla niego. Tylko, gdy Urugwajczyk został uznany za winnego, właściwa reakcja klubu przyszła zdecydowanie za późno. Szkocki menedżer za długo wypierał problem ze świadomości – skończyło się na medialnej tyradzie i nadszarpniętym dobrym wizerunku klubu.
Sprawę tylko zaogniło zachowanie Suareza, który odmówił podania ręki Patrice’owi Evrze.
6) Żywa legenda
Cokolwiek by się nie działo, Król Kenny był, jest i będzie legendą na Anfield. Kibice, niezależnie od formy, chóralnie śpiewali peany na cześć Dalglisha. Jego zwolnieniu towarzyszy aura niedowierzania i złości na właścicieli.
Amerykanie są mniej przywiązani do tradycji Liverpoolu, dlatego w ocenie menedżera kierowali się tylko wynikami.
Dalglish zgłosił chęć dalszej pracy w klubie, ale, przynajmniej na razie, tej pokusie należy się oprzeć. Ciągła obecność Dalglisha na Anfield podkopie wiarygodność i pozycję nowego menedżera. Szczególnie piłkarze mocno związani z Liverpoolem – Jamie Carragher i Gerrard – mogą niełatwo pogodzić się z utratą legendarnego trenera, tak zasłużonego dla historii klubu.
7) Nowe nadzieje
Zwolnienie Daglisha, a także dyrektora sportowego Damiena Comolliego oznacza nowy okres w historii The Reds. Jego symbolem jest zmiana sponsora technicznego – współpracującego od lat Adidasa zmienił amerykański Warrior.
Zmiana kadr zachwiała względną stabilizacją wprowadzoną przez Dalglisha. Teraz wszystko zostało zburzone pod fundamenty i nowy trener zacznie stawiać własne ściany.
Kto to będzie? Mnie idealnym rozwiązaniem wydają się być Andre Villas-Boas lub Jurgen Klopp. Obaj mają świeże spojrzenie na piłkarskie realia i potrafią zbudować klub wokół własnej wizji. Liverpool ma sporo młodych, podatnych na nowe inicjatywy piłkarzy, którym da się wpoić zupełnie odmienny system. Nie powtórzy się tu scenariusz z Chelsea, gdzie stara gwardia blokowała rewolucję Villas-Boasa.





