Strona główna > Premier League > Liverpool znów zwycięski na Wembley – analiza taktyczna

Liverpool znów zwycięski na Wembley – analiza taktyczna

Mimo fatalnej formy w Premier League, Liverpool ma szanse na pucharowy dublet. The Reds odrobili straty do Evertonu i awansowali do finału FA Cup. Już drugi raz w tym tygodniu herosem klubu z Anfield został Andy Carroll.

Derby Merseyside na Wembley toczyły się w spokojnym tempie. Oblicze spotkania zmieniło się po trafieniu dla The Toffees. Strata bramki bardzo mobilizująco podziałała na drużynę Liverpoolu.

Formacje wyjściowe

Mecz dwóch liverpoolskich zespołów odbywał się w dawnym angielskim duchu, w którym królowała formacja 4-4-2 (Everton nieco ją zmodyfikował ustawiając Tima Cahilla za plecami Nikicy Jelavicia).

Kenny Dalglish z Liverpoolu zaskoczył wstawieniem Daniela Aggera na lewą obronę – w miejscu zwykle okupowanym przez Jose Enrique. Manewr można tłumaczyć ostatnimi wpadkami Enrique w defensywie. Jednak w ten sposób Dalglish pozbawił się dodatkowej opcji w ataku na lewym skrzydle, ponieważ Agger niechętnie zapędzał się do przodu. W wyniku tego Stewart Downing prowadził samotną walkę w tej strefie boiska. Bramki The Reds, zgodnie z zapowiedziami, strzegł Brad Jones, który między słupki wskoczył po czerwonych kratkach Jose Reiny i Doniego.

David Moyes wystawił swoją najsilniejszą na ten moment jedenastkę, z jednym wyjątkiem. Nie mogącego grać w pucharach Stevena Pienaara (wielka strata dla The Toffees) zastąpił Magaye Gueye, który błyszczał w ligowym starciu z Sunderlandem (gol i dwie asysty). 21-letni skrzydłowy był jednak mało istotnym aktorem sobotniego widowiska na Wembley.

Start Evertonu

Początek meczu zdominowało uważne ustawienie na boisku i zabezpieczanie dostępu do własnej bramki. Nieco lepiej wyglądali gracze Evertonu. Dłużej utrzymywali się przy piłce i nie pozwalali Liverpoolowi na rozgrywanie ataków w niebezpiecznych strefach boiska. The Toffees od razu ruszyli na rywali wysokim pressingiem co zmusiło ich do posyłania niecelnych, długich podań.

Aktywnie broniło dwóch napastników i trzech pomocników, a jeden (Marouane Fellaini) stał wycofany i zbierał niedokładne zagrania przeciwników.

Do środkowej linii cofał się Cahill, który udanie spajał ataki The Toffees. Dzięki temu Everton miał przewagę 3 na 2 w centrum boiska – stąd wynikała początkowa przewaga posiadania piłki.

Waga indywidualnych błędów

Częściowo z pressingu (Cahill zamknął drogę podania), ale głównie z braku komunikacji Jaimiego Carraghera oraz Aggera padł pierwszy gol meczu. Jelavić spokojnie wykorzystał fatalną pomyłkę Carraghera.

Od tego momentu, paradoksalnie, zniknęła wszelka przewaga The Toffees. Everton, zadowolony z wyniku, skupił się na obronie. Zelżał pressing, stąd Liverpool miał więcej czasu na organizowanie własnych akcji.

Ważnym dla efektywności ofensywy The Reds wydarzeniem była zmiana pozycji Jordana Hendersona z Downingiem. Ten drugi przeniósł się na prawe skrzydło, gdzie wreszcie otrzymywał wsparcie od bocznego obrońcy (Glen Johnson). Akcje tego duetu niosły ze sobą największe zagrożenie. Downing dryblował do linii końcowej i co chwila posyłał kąśliwe dośrodkowania. Jedno z nich w 47. minucie powinno skończyć się trafieniem Andy’ego Carrolla, ale wysoki napastnik fatalnie przestrzelił.

Everton próbował wybić Liverpool z rytmu. The Toffees przeszli na ustawienie 4-5-1, co zupełnie wyizolowało Jelavicia. Chorwacki snajper często znajdował się kilkadziesiąt metrów od swojego kolegi z drużyny – w taki sposób ekstremalnie trudno zagrozić bramce rywali.

Przełamanie Liverpoolu było także efektem indywidualnej wpadki stopera. Sylvain Distin posłał zbyt słabe podanie do bramkarza, które przejął Luis Suarez. Urugwajczyk z zimną krwią skorzystał z wielkiego prezentu. Od tego momentu dominacja Liverpoolu nie podlegała dyskusji.

Andy Carroll

Bohaterem The Reds został rosły Anglik, który głową pokonał bramkarza Evertonu. Znaczenie Carrolla dla losów meczu rosło z każdą minutą. W pierwszej połowie irytował niecelnymi zagraniami. Statystycy ESPN wyliczyli, że przed przerwą miał najmniej kontaktów z piłką spośród wszystkich zawodników ekipy Dalglisha.

Drugą część zaczął fatalnym pudłem, opisanym wyżej. Jednak przynajmniej zaczął dochodzić do strzeleckich pozycji. Dwukrotnie mocno strzelał z dystansu. Pod koniec spotkania wreszcie zaczęła kleić się jego współpraca z Suarezem. Carroll korzystał ze swoich warunków fizycznych i często głową strącał wysoko zawieszane podania.

Tuż po utracie drugiego gola w 87. minucie Moyes postawił wszystko na jedną kartę. Przesunął do przodu wysokiego Fellainiego, który miał wygrywać pojedynki główkowe pod polem karnym. Do boju ruszył też rezerwowy napastnik Victor Anichebe. Everton grał w systemie podobnym do 4-3-1-2, ale niewiele z tego wynikło. Liverpool mądrze bronił korzystnego rezultatu, utrzymując piłkę na połowie rywali.

Podsumowanie

Kupiliśmy go po to, aby strzelał dla nas ważne bramki i dziś to zrobił – powiedział o Carrollu kapitan Steven Gerrard. Carroll przeżywa swój najlepszy okres na Anfield. W ciągu pięciu dni Anglik zdobył w końcówkach dwa gole, które przesądzały o wygranej Liverpoolu z Blackburn i Evertonem.

The Toffees zbyt szybko poczuli się usatyskacjonowani prowadzeniem i zupełnie oddali inicjatywę przeciwnikowi. Liverpool powoli się odradzał, głównie dzięki rajdom Downinga oraz pracy duetu Carroll – Suarez.

W lutym The Reds wygrali na Wembley finał Pucharu Ligi, w którym musieli gonić wynik. Teraz sytuacja się powtórzyła. Dalglish ma patent na wielkie powroty w pucharowych rozgrywkach.

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: