Strona główna > Europejskie puchary, La Liga, Premier League > Piłkarscy bogowie są Anglikami

Piłkarscy bogowie są Anglikami

Cud, który zdarzył się we wtorkowy wieczór na Camp Nou może wytłumaczyć wyłącznie boska interwencja. Jakieś niewyjaśnione przeznaczenie pociągnęło Chelsea przez wszystkie kręgi piekielne, aby na koniec umieścić londyński zespół w niebie – finale Ligi Mistrzów. The Blues przetrwali przeciwko zdrowemu rozsądkowi i wszelkim statystykom.

Boscy sprzymierzeńcy ze Stamford Bridge

Ofensywne ekstremum

Nie trzeba było jasnowidza, aby zgadnąć w jakim stylu będzie przebiegała rywalizacja na Camp Nou. Już same wyjściowe składy zwiastowały to, że Barcelona rzuci wszystko co ma, a Chelsea postara się upchnąć przed własną bramką tylu piłkarzy, ile tylko możliwe. Katalończycy grali w ultraofensywnym ustawieniu 3-3-4. Przed golkiperem Victorem Valdesem najczęściej ustawiał się tylko jeden obrońca! Bramkarz Barcelony był tak daleko od centrum wydarzeń na boisku, że jego posterunkowi wypadało nadać osobny kod pocztowy.

Menedżer gości Roberto di Matteo nie chciał kopać się z koniem. Pragmatyczny trener wiedział, że w Barcelonie może wyjechać jako zwycięzca tylko dzięki heroicznej obronie. Poprzedni szkoleniowiec Chelsea Andre Villas-Boas przeprowadził w klubie prawdziwą rewolucję. Miał nowy pomysł na grę i ograniczał wpływy starej gwardii – Terry’ego, Cole’a, Drogby i Lamparda. Nie udało się i wyleciał z pracy. Di Matteo zmienił podejście i zaprosił dawnych bohaterów do ostatniego wspólnego tańca. Chelsea znów grała w sprawdzonym systemie. Na Camp Nou nie było miejsca na popisy. Na barkach doświadczonych liderów Di Matteo oparł losy półfinałowego rewanżu.

Włoski menedżer ustawił cały zespół za linią piłki. Mimo wszystko w pierwszej połowie narażali się na słynne katalońskie wjazdy w pole karne. Barcelona najlepiej na świecie gra „z klepki”, stąd nic dziwnego, że stwarzała sobie znakomite okazje strzeleckie. Tu po raz pierwszy objawiła się boska interwencja (od bogów-Anglików, jak już ustaliliśmy wcześniej) – Petr Cech wygrywał pojedynki sam na sam z piłkarzami Blaugrany.

Skalę dominacji gospodarzy widać przy prostym porównaniu. Xavi zaliczył w całym meczu 169 podań (!) na 95% skuteczności. Najczęściej rozgrywający w Chelsea Raul Meireles miał 22 (!) zagrania przy 68% dokładności. Napór rósł z każdą chwilą i ukaranie The Blues wydawało się kwestią czasu.

Między 35. a 43. minutą gry piłkarscy bogowie przysnęli. W tym czasie Barcelona uzyskała dwubramkowe prowadzenie, które oznaczało dla nich upragniony finał. W dodatku na moment szaleństwa pozwolił sobie kapitan gości John Terry, który bezmyślnie kopnął bez piłki Alexisa Sancheza. Dwa gole straty i cała druga połowa w liczebnym osłabieniu przeciwko najbardziej zaawansowanej technicznie drużynie na świecie – to nie miało się prawa udać.

Boskie interwencje

Minorowe nastroje przerwała jedyna obiecująca akcja Chelsea pierwszej połowy. Szybka kontra, Barcelona złapana na niewłaściwym ustawieniu i Ramires stanął oko w oko z Valdesem. Brazylijczyk otrzymał niebiańskie natchnienie, które pozwoliło mu w perfekcyjny sposób przelobować bramkarza rywali.

Czerwona kartka Terry’ego okazała się kolejnym cudem dla londyńczyków. Od tego momentu wiedzieli, że każdy – od Cecha po Didiera Drogbę – musi walczyć na skraju wytrzymałości, aby obronić się przed Barceloną. Chelsea zaczęła grać w systemie 4-5-0 z Drogbą i Juanem Matą kryjącymi skrzydłowych przeciwnika.

Drogba pracę na obronie zaczął w fatalnym stylu, bo od razu sprokurował rzut karny. Ale niebiańscy Anglicy czuwali nad swoimi ziemskimi krajanami. Piłka kopnięta przez Leo Messiego z jedenastu metrów z pełnym impetem zatrzymała się na poprzeczce. Genialny Argentyńczyk zwykł ośmieszać bramkarzy przy wykonywaniu karnych. Jednak nie dane było mu strzelić pierwszego gola w historii starć z Chelsea. Później złe fatum skierowało  uderzenie Messiego w słupek bramki The Blues. Argentyńczyk w starciu z nadprzyrodzonymi siłami okazał się bezradny…

Barcelona w drugiej połowie zatraciła własną tożsamość. Ataki budowała poprzez podawanie piłek na boki i dośrodkowywanie w zatłoczone pole karne. Taka taktyka była zupełnie na rękę bardziej atletycznym Anglikom. Stoperzy z konieczności – Branislav Ivanović i Jose Bosingwa – niezliczoną ilość razy oddalali zagrożenie sprzed własnej bramki.

Pod wzrastającym naporem Chelsea przeszła na niespotykane zwykle ustawienie 6-3-0. Rolę bocznych obrońców pełnili nominalni napastnicy. Drogbę zmienił Fernando Torres, który sporadycznie próbował dryblingów z katalońskimi defensorami. Blaugrana ciągle utrzymywała się przy piłce i nieustannie biła głową w mur. W Londynie minuty trwały w nieskończoność, w Barcelonie mknęły z prędkością bolidu Formuły 1.

Wszystko do czasu, gdy dalekie wybicie spod bramki Chelsea przejął niepilnowany Torres. Hiszpan ruszył na starcie z Valdesem, bez problemu minął bramkarza i trafił do siatki. Już wtedy było wiadomo, że to The Blues muszą rezerwować majowe bilety do Monachium.

Torres przypieczętował sukces The Blues

Cena sukcesu

Chelsea przetrwała w niezwykłych okolicznościach. Jedną z najpiękniejszych bitew w swojej historii okupiła jednak serią ran. Finał przez zawieszenie opuszczą Terry, Ivanović, Ramires i Meireles. Ten ostatni swoją żółtą kartkę, która przekreśliła jego przygodę w Monachium, otrzymał w 89. minucie. Portugalczyk popełnił faul taktyczny i zasłużył na napomnienie, ale mimo wszystko błagał sędziego o litość.

Ramires grał ze świadomością absencji  od 44. minuty. Kilka chwil później strzelił bezcennego gola, a później harował na chwałę swojego klubu. Nagrodę za jego heroiczne popisy w defensywie zbiorą jednak inni. Ivanović o zawieszeniu dowiedział się w pomeczowym wywiadzie.

Jak UEFA tłumaczy blokowanie występów piłkarzy za żółte kartki? Jaki jest sens takiego przepisu? Dlaczego drobne grzeszki w poprzednich bitwach mają przekreślać wymarzony występ w finale? Piłkarscy bogowie z Anglii przepchnęli swoich ziomków do ostatniej fazy turnieju, ale wzięli czwórkę zawieszonych jako dziękczynną ofiarę.

Zdjęcia z meczu pochodzą z serwisu Who Ate All the Pies.

Chelsea bez swojego kapitana

Triumfujący pragmatyk Roberto di Matteo

  1. M.
    25/04/2012 o 14:40

    Bardzo dobry artykuł od początku (tytuł!), do końca (wnioski).

  2. 25/04/2012 o 14:59

    Dzięki za dobre słowo. Mecz był tak wciągający, że tekst był banalny do stworzenia. Pomysły wpadały mi do głowy od samego zakończenia oglądania.

    Widziałem go z angielskim komentarzem. Reakcja Gary’ego Neville na gola Torresa była bezcenna. Wrzucę ją na bloga dzisiaj.

  3. M.
    25/04/2012 o 22:03

    :)) Słyszałem ten komentarz wcześniej, ale poważnie nie skojarzyłem, że to Neville.

  1. 20/05/2012 o 13:32

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: