Strona główna > Premier League > Emocjonalne deja vu

Emocjonalne deja vu

Jakim cudem przy takiej liczbie debiutantów i nowych trenerów odczucia po skończeniu pierwszej Premier League pozostają identyczne, jak te zostawione w maju? Dlaczego w Anglii mistrz kraju może przegrywać z beniaminkiem, by później wiernie odtworzyć comeback, który przeszedł do historii sportu? Jak w dziewięciu weekendowych meczach mieści się tyle historii do opisania? Premier League i jej magia wróciła. Ma się znakomicie.

Po niemal zakończonej pierwszej kolejce w głowie kołacze się milion wniosków. Padły pierwsze odpowiedzi, ale zrodziły się kolejne znaki zapytania. Trzeba jakoś ugryźć tę inaugurację w Anglii, wynotować to, co może wkrótce okazać się decydujące dla losów tytułu, europejskich pucharów lub spadku. Wnioski na razie są poparte małym materiałem dowodowym, więc proszę nie szydzić i nie skazywać mnie na stos w razie błędów. Zeszły rok Bolton zaczął od 4:0 na wyjeździe i spadł z ligi. Wolverhampton złapało się do czuba tabeli w trzech pierwszych kolejkach, drużynie wieszczono sprawny rozwój, a skończyło się na dnie. Nic, zaryzykuję…

Odświeżony Carlos Tevez będzie jednym z bohaterów sezonu

Tynfa temu, kto oglądał dwa ostatnie mecze ligowe Manchesteru City i nie miał zbieżnych myśli. Na Etihad przyjechały beniaminki – QPR i Southampton. Goście skazywani na pewną porażkę, ubrani w czerwono-białe koszulki. City strzela na 1:0 po golu Argentyńczyka (Zabaleta w maju i Tevez wczoraj). Rutyna, zaraz się zacznie rzeź niewiniątek. Dwa momenty słabości i 1:2 dla rywali. Ostatecznie The Citizens wyciągają wynik na 3:2 i każda gęba na Etihad o błękitnym sercu śmieje się od ucha do ucha. Niesamowite. Nie zdziwię się, jeżeli mecz Man City – Southampton już teraz nie zapewni sobie miana najlepszego spotkania sezonu. Chłopcy Roberto Manciniego rozpuszczają własnych kibiców. Jak fani teraz przełkną zwykłe 1:0, nie daj Boże 0:0, po nudnawej kopaninie?

Ale do rzeczy. City oczywiście nie powinni mieć takich trudności z wygrywaniem u siebie z przeciętniakami. Jednak to nie oznaka słabości. Jak znakomicie podsumowali to niezawodni ludzie z Match of the Day, gdyby w taki sposób wygrywał Manchester United, każdy zachwycałby się mistrzowskim charakterem. Powrót nie byłby możliwy bez dwójki Carlos Tevez – Samir Nasri. Duet marzeń kręcił całym show na Etihad. Ich akcje dały rzut karny, pierwszego gola, a sam Nasri dokończył dzieła. Tevez, podobnie jak w meczu o Tarczę Wspólnoty, biega jak bestia, niczym zupełnie nowy zawodnik w talii Manciniego. A propos talii – argentyński napastnik zrzucił parę kilo i wreszcie wygląda jak przedstawiciel piłkarskiej elity. A ja wieściłem mu pewne odejście w niebyt. Dziś skaczę podekscytowany jego zagraniami jak nastoletnia fanka Justina Biebera. Serce kibica szybko wybacza.

Hazard zbyt sprytny jak na możliwości Wigan

Dość o mistrzach Anglii, o nich jeszcze będzie czas nakreślić parę słów. Pierwsza kolejka ligowa = debiutanci. Szczególnie zajmujący są ci, którzy dopiero pierwszy raz prezentują się na arenie Premier League. Wzorowo inaugurację rozegrali Eden Hazard, Michu i Mladen Petrić. Belg z Chelsea potrzebował kilkudziesięciu sekund na asystę w nowej lidze. Chwilkę później kilka zgrabnych zwodów wystarczyło do rzutu karnego. The Blues z trzema punktami, Hazardem zapowiadającym się na pierwszorzędnego technika i kreatora, dynamicznym Fernando Torresem. Jeśli ktoś może rzucić wyzwanie Manchesterom, to musi być Chelsea.

Wybuch formy Michu ze Swansea również nie powinien dziwić. Przed sezonem chyba każda zapowiedź lub ocena transferów w Anglii zawierała adnotację, że dwa miliony funtów za autora 15 goli w zeszłych rozgrywkach La Liga to znakomity interes. Hiszpan ruszył z kopyta. Strzelił dwie bramki, a jego Swansea z Michaelem Laudrupem na ławce przejechało się po faworyzowanym QPR. Dwoma golami z Anglią przywitał się i Petrić. Były wojażer niemieckich boisk to już 31-latek, ale w Fulham może z powodzeniem wypełnić lukę po Andym Johnsonie i Pawle Pogrebniaku.

Równie wybuchowy debiut zaliczył Steve Clarke na ławce menedżerskiej West Bromwich Albion. Już na dzień dobry dostał okazję do zemsty na Liverpoolu, który pożegnał się z nim przez telefon. WBA wygrało 3:0, choć mogło 5:0. Ale równie dobrze zwycięstwo mógł wyrwać Liverpool. The Reds pod wodzą Brendana Rodgersa pokazali seryjki krótkich podań, rozgrywali piłkę od własnej obrony. Tak jak rok temu, nad boiskiem fruwał Luis Suarez. Tak jak rok temu, Urugwajczyk też mocno pudłował. West Brom zachowało cierpliwość i wykończyło gości prostą taktyką. Do obrony wracał cały zespół prócz wysuniętego napastnika. Gdy The Reds tracili piłkę, szybkie podanie dawało atakującemu WBA możliwość biegowych pojedynków ze stoperami. Shane Long ośmieszał Martina Skrtela (Słowak zaliczył najgorszy występ, w jakim go widziałem), potem wyrzucił z murawy Daniela Aggera. Gdy Long już oddychał rękawami, na plac gry wszedł Romelu Lukaku, ale strategia pozostała taka sama. Silny i przebojowy napastnik wypożyczony z Chelsea rozstawiał defensywę Liverpoolu po kątach. Nie zdziwię się, jak młody Belg skończy sezon w czołówce strzelców całej ligi.

Lukaku (w powietrzu) porozstawiał defensywę Liverpoolu

Podobnych historyjek można pleść bez końca. Kreatywny Santi Cazorla w środku pomocy bezzębnego (na razie) Arsenalu… Rob Green przypominający o koszmarnej wpadce z Mundialu 2010… Debiutujący w Premier League Adam Federici z Reading, który stworzył nową definicję maślanych rąk… Powrót do strzelania po miesiącach posuchy Demby Ba z Newcastle…

Federici robi piękny koszyczek, tyle że piłka już za nim

Oj, droga Premier League. Zmieniły się niektóre twarze, przyszli inni trenerzy, pojawiły się nowe kluby. Poziom emocjonalny pozostał bez zmian i nie może z nim rywalizować żadna inna liga świata.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: