Strona główna > Premier League > Wieści z „Festiwalu Klopsów”

Wieści z „Festiwalu Klopsów”

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym wierny fan angielskiego futbolu kazał się zahibernować w 1985 roku. Odmrozili go przed drugą kolejką tego sezonu, więc weekendowe zmagania były dla niego materiałem oglądowym, jak przez lata zmieniła się liga. Ów „hibernator” zapewne złapałby się za głowę, widząc ilość koszmarnych błędów w na najwyższym szczeblu rozgrywek.

Okazji do łapania się za głowę było znacznie więcej

Sobota i niedziela sypnęła zawstydzającymi błędami. Weekend otworzyli gracze Swansea i West Hamu. Dwa pierwsze gole – jeden po „pachówie” Jussiego Jaaskelainena, drugi po katastrofalnym podaniu do bramkarza Jamesa Collinsa. Kilka godzin później do galerii gaf dołączył Shay Given (żadne okoliczności nie tłumaczą koślawego odbicia główki Fellainiego) i Jose Fonte (strata piłki przez niego, ostatniego obrońcę, oznaczała łatwe sam na sam dla Arouny Kone z Wigan). W brodę pluć może sobie też David de Gea, którego tak chwaliłem przed kilkoma dniami. Ale bez pochopnych wniosków – Hiszpan w bramce Manchesteru znów fruwał na linii, wyciągał strzały na refleksie, popisał się absolutnie najlepszą paradą początku rozgrywek. Zdarzył się i słabszy moment. Zła ocena wyjścia z bramki + wątłe ciało de Gei = klops przy piąstkowaniu dośrodkowania i gol kontaktowy dla Fulham. De Gea utwierdza mnie w przekonaniu, że jego czystobramkarskie zdolności plasują go w ścisłej czołówce Premier League, ale ma jeszcze kawał pracy domowej do odrobienia w kwestii gry na przedpolu – tak istotnej w przypadku angielskiej ekstraklasy.

Paradę błędów „godnie” zamknęli Martinowie Kelly i Skrtel z Liverpoolu. Ich wpadki uratowały skórę Manchesteru City w najlepszym meczu kolejki na Anfield. The Citizens po raz pierwszy w lidze zaprezentowali się w nowym systemie Roberto Manciniego 3-4-1-2, którego zalety ładnie uwidocznił pojedynek o Tarczę Wspólnoty. Tym razem jednak, City brakowało zęba w ataku. Mistrzowie Anglii w ofensywie, niczym marynarz ze szkorbutem, mieli więcej dziur, niż ważnych ogniw. Samir Nasri przetruchtał swoje minuty gry na skraju pola karnego. Zdecydowanie za rzadko na wyższy bieg wchodzili skrzydłowi James Milner i Aleksandar Kolarov. A przecież to oni stanowią fundament formacji 3-4-1-2 (jeśli w środku boiska rywale też mają trzech pomocników, a tak grał Liverpool). Ich obecność oznaczała też, że tylko na ławce mógł się znaleźć David Silva. Wolne korytarze na bokach starał się zapełniać Carlos Tevez i to właśnie jego wszechstronność w wymienianiu piłek (po prawej na dolnym wykresie), stanowiła motor akcji, których przebieg podnosił ciśnienie krwi fanów The Reds. Argentyńczyk pięknie dryblował (lewa strona). Brakowało mu tylko samodzielnego wykończenia akcji, więc może dlatego Skrtel postanowił go wynagrodzić dokładnym podaniem wyprowadzającym na pojedynek oko w oko z Jose Reiną?

Manciniemu nie spodobał się zespół funkcjonujący w takim systemie, dlatego przeprowadził w końcówce słynną już zmianę, wypychającą do przodu Yaya Toure (dzięki temu reprezentant WKS znalazł się w polu karnym po błędzie Kelly’ego).

City grało się ciężko, bo rywale z Liverpoolu nawet nie myśleli ułatwianiu życia mistrzom. Linia pomocy The Reds podawała odważnie, bez zbędnych wykopów, choć była pod ciągłym pressingiem. Swoje 15 mln funtów odstępnego pięknie zaczął spłacać Joe Allen. Niemal bezbłędny w podaniu, dzielnie zastępujący na pozycji defensywnego pomocnika kontuzjowanego znów Lucasa Leivę (wielu obserwatorów było zdziwionych postawą Allena w obronie, ale ja jego walory po obu stronach boiska widziałem już w zeszłym roku w Swansea). Poza Walijczykiem, kolosalną pracę z tyłu wykonał skrzydłowy Fabio Borini (3 odbiory, 3 przechwyty). Z tak ciężko pracującym graczem ataku, Liverpool nie powinien mieć problemów z zespołową obroną.

Odżył Steven Gerrard, tym razem trzymający się nieco z tyłu, grający bezpieczniej, ale na dużym zasięgu podań. Brendan Rodgers zaryzykował i postawił od pierwszej minuty na 17-letniego Raheema Sterlinga. Ten, choć chaotycznie, powoził za nos Kolo Toure, kilka razy przegrał drybling – jednak emanował odwagą. Sporo przed nim, zwłaszcza w trzymaniu pozycji w obronie – właśnie jemu uciekł Tevez przy golu na 1:1.

Liverpool z rzadka rozbijał trzyosobowy blok stoperów City, ale dwa razy wychodził na prowadzenie po świetnych stałych fragmentach. Kolektywną pracę roztrwoniły błędy jednostek. Dla Skrtela to już drugi mecz w obronie, w którym w oczy kłują powolne ruchy (nakręcony przez Balotelliego) i złe decyzje (podanie do Teveza). Niech nikogo w ocenie nie zmyli piękny gol głową – główne zadanie Słowaka to defensywa, a to jak dotąd idzie cieniutko.

Mój wymyślony „hibernator” ochłonął po wrażeniach z Anfield, potrząsnął głową za błędami, ale zobaczył też kawał wspaniałego  futbolu. Rogalik z wolnego Luisa Suareza – niczego sobie. Zagranie na jeden kontakt Robina van Persiego i trudny technicznie strzał w długi róg – równie zacny. Ale i tak najpiękniej, znowu, działo się w okolicach niebieskich koszulek z Chelsea. Dokładniej za sprawą dwóch przebojów początku sezonu Premier League – Edena Hazarda (gol i kolejna asysta) i Fernando Torresa. The Blues bardzo się chciało wyłącznie w pierwszej połowie. Wtedy z telewizora znów wyciekały źródełka kreatywności, rozegrania z rozmachem. Podobał Wam się gol Torresa z Reading? Dużo lepiej działo się przeciwko Newcastle.

Torres tym razem dryblował mniej, oddał ledwie jeden strzał (jakość, nie ilość!). Ciekawie wygląda jednak jego nowy wymiar w grze. Zwykle Hiszpan kojarzył się z eksplozją prędkości przy podaniach prostopadłych lub dryblingach, ale przeciwko Newcastle pokazał większą paletę umiejętności.

Udowadnia to wykres otrzymanych podań i pojedynków główkowych (wygranych 7 na 10). Torres rozwija grę plecami do bramki, staje się opcją do szybkiego przeniesienia ciężaru rozegrania i utrzymania piłki w rejonach pola karnego rywala. Kto wie, może już wkrótce 50 mln funtów ze stycznia 2011 okaże się ceną promocyjną?

W przebiegu drugiej kolejki dostrzegłem też sporo elementów, które zgrabnie powtórzyły scenariusz pierwszej serii spotkań. Everton zaczął sezon tak obiecująco, że żadnym dziwactwem nie będzie wyobrażanie sobie The Toffees w czubie tabeli na koniec rozgrywek. Formę chłopców Davida Moyesa potwierdziła kupa okazji strzeleckich na Villa Park. Przy śledzeniu Evertonu warto zwrócić uwagę na elastyczność skrzydłowych, którzy ścinając do środka, robią miejsce bocznym obrońcom. Stąd taki Leighton Baines może naprodukować w 90 minut aż osiem sytuacji na strzał. Swój firmowy ruch bez piłki odświeżył też Nikica Jelavić. Wyobrażacie sobie, że od maja 2011 do kwietnia 2012 Jelavić potrzebował 47 kontaktów z piłką, żeby zdobyć… 44 gole dla Glasgow i Evertonu? Bramka z Aston Villi stanowi modelowy przykład jego sposobu na żer w polu karnym.

Arsenalowi znów czkawką odbiło się przymusowe odejście van Persiego. Kanonierzy nie strzelili jeszcze gola jako jedyny zespół w lidze, który rozegrał dwa spotkania. Spodziewam się, że wkrótce Arsenal zacznie trafiać. Ale równie dobrze może ich dotknąć klątwa Liverpoolu z zeszłego roku – kreującego multum okazji i strzelającego ślepakami. Na dobre stery w Arsenalu przejął już Santi Cazorla, najaktywniejszy w starciu ze Stoke. Hiszpan stanowi przyjemną odmianę do klepaniny podań wokół pola karnego rywali, tak znanego elementu spotkań Kanonierów w lidze. Cazorla ma lukę to strzela, co widać na wykresie jego uderzeń.

Wybuch z pierwszej kolejki powtórzyła Swansea, choć nie bez pomocy „wielbłądów” West Hamu. Trzeba przyznać, że na Łabędzie, mimo odejścia Rodgersa, patrzy się z wielką przyjemnością. Rotacja piłki w trójkątach oraz odwaga w grze od tyłu została nietknięta. Wydaje się jednak, że unowocześniona Swansea Michaela Laudrupa jest bardziej błyskotliwa z przodu. Schodzący do środka skrzydłowi sieją zamęt. Obronę West Hamu co rusz dziurawiły prostopadłe piłki z głębi pola. W walijskim rodzynku w Premier League widzę na razie jedną wyraźną słabość – grę w powietrzu. West Ham nieprzyzwoicie często wygrywał pojedynki główkowe, ale też trudno się dziwić: w końcu stanowi to podstawę pomysłu na atak Sama Allardyce’a.

Piłkarski weekend w Anglii trzeba podsumować smutną informacją. Z ligi wypłynął wybitny talent Luki Modricia, który doczekał się wymarzonych przenosin do Realu Madryt. Jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że letnia sesja transferowa, nawet po odejściu Modricia, znacząco podniosła poziom ligi angielskiej. Hazard, Cazorla, Kagawa, Michu i inni – będzie komu się przyglądać.

Premier League żegna się z Modriciem

JEDENASTKA 2. KOLEJKI PREMIER LEAGUE

Michel Vorm (Swansea)

Rafael (Manchester United), Ashley Williams (Swansea), Anton Ferdinand (QPR), Leighton Baines (Everton)

Eden Hazard (Chelsea), Moussa Dembele (Fulham), Joe Allen (Liverpool), Steven Pienaar (Everton)

Carlos Tevez (Manchester City), Fernando Torres (Chelsea)

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: