Strona główna > Premier League > Mój piłkarski ekshibicjonizm

Mój piłkarski ekshibicjonizm

Każdy przewodnik po świecie dziennikarstwa wklepuje adeptom podstawę programową: obiektywizm w tekstach informacyjnych. Relacje z meczów i analizy tworzone są w duchu równego traktowania obu stron. To sprzeczne z naturą. Każdy piszący o futbolu musiał przecież zacząć od rozpalonego serca w kierunku jednej z drużyn lub konkretnego zawodnika. Dziś ja położę wszystkie karty na stół.

Nie wierzę dziennikarzowi sportowemu, który zastrzega, że jest neutralny i wszystkich traktuje identyczną miarą. Bodziec w postaci przynależności do konkretnej grupy sprawia, że tak błahe zajęcie jak kopanie piłki pochłania umysły. Futbol odarty z pasji kibica staje się czymś na wzór satysfakcji seksualnej dla weterana branży porno. Robotą, a nie żadnym uniesieniem. Losy twoich faworytów pieszczą sekretne obszary organizmu odpowiedzialne za miłość do piłki. Bez takich stymulacji ten sport szybko przybiera formę ogłupiacza, bo nie jest specjalnie pouczający, a długimi chwilami nawet niezbyt ciekawy. Kładę dolary przeciwko orzechom, że 90% z Was cieplej myśli o jednej z drużyn każdego meczu.

Co nie znaczy, że własnych ulubieńców traktuje się bezkrytycznie. Ba, wpadki „swoich” kłują znacznie bardziej. Ja słabą grę mojego klubu (już za chwilę) odbieram jako personalne rzucenie błotem prosto w twarz, bezceremonialną zabawę emocjami.

Ale za nic nie wymienię tych ciosów. Paradoksalnie, każde wyrżnięcie o dno osładza następne sukcesy. Tak hartuje się uczucie. Uczucie, któremu w moim przypadku na imię Liverpool FC.

Przełomowe momenty

Na Anfield leży praprzyczyna mojej manii, która otoczyła teraz calutką Premier League. Zaczęło się, choćbym wypychał to ze świadomości czymkolwiek się da, od bycia sezonowcem. Do Liverpoolu trafiłem za Jerzym Dudkiem i od 2003 roku uważnie śledziłem losy The Reds. Wcześniej długo szukałem odpowiedniej drogi. Idole zmieniali się wraz z lokalizacją poszczególnych trofeów. W wieku 7 lat tak bardzo kibicowałem Widzewowi Łódź (czasy wielkiego Widzewa), że byłem gotowy za nich umrzeć! Miałem nawet okres fascynacji Manchesterem United, zwieńczony kubkiem z logo Diabłów… Liverpool z United – to ciekawe połączenie.

Sądzę, że w życiu każdego fana przychodzi moment testu lojalności. Mi Liverpool powiedział „sprawdzam”, gdy pozycja Dudka w klubie została zmarginalizowana, a potem „Dżersi” odszedł z Anfield. Zdałem. Niezmąconym uczuciem darzyłem klub, nie jednostkę. Nawet Jose Reina, który świadomie „skrzywdził” mojego Dudka mógł liczyć na pełne zrozumienie.

Ukoronowaniem mojej przygody z Liverpoolem był oczywiście cudowny finał Ligi Mistrzów 2005 w Stambule (rozegrany 25 maja, piszę z głowy, przysięgam). Niewykluczone, że moje największe ciarki z oglądania futbolu już za mną, bo trudno będzie o powtórkę. Przykre. Szczerze zazdroszczę każdemu, kto swój moment ma jeszcze przed sobą. Bo przeżycia są nie z tej ziemi. Pamiętam każdą bramkę z centymetrową dokładnością (choćby to, że pierwsza próba centry Riise na głowę Gerrarda została zblokowana). Rzuty karne z Dudkiem w bramce oglądałem jakieś dwa metry od telewizora na kolanach. Patrząc na to z dystansem, takie syndromy nie są normalne…

Przygoda z Liverpoolem nie ograniczyła się tylko do ekranu telewizora. Wykorzystałem okazję, aby widzieć The Reds na żywo na stadionie Fulham. Bilet (dowód na zdjęciu) mam do dziś. Nigdy nie zapomnę fali czerwonych koszulek wylewających się z metra. Wszyscy w jednej masie szliśmy na stadion. Nie znałem drogi i nie miałem mapy – trzymałem się tłumu The Reds. Taką scenę dedykuję wszystkim, którzy kpią z fenomenu sportu i uczuć z nim związanych.

Oczywiście przyplątała się i najbardziej drażniąca zadra w sercu. Znów finał LM z Milanem, tym razem 2007 rok (nie pamiętam dziennej daty, bo niby po co). Po końcowym gwizdku w moich oczach Filippo Inzaghi zasługiwał na miejsce w ostatnim kręgu piekielnym u boku Hitlera, Stalina i Emile Heskeya (kibice Barcelony wrzucą jeszcze Luisa Figo). Jego „wymuszone” gole to przecież jawne oszustwo i niesprawiedliwość… Naprawdę tak uważałem! Zaślepienie fana jest przerażające. Doszło do tego, że jako fan gier piłkarskich na PlayStation, zabroniłem sobie gry AC Milan i wytrwałem w postanowieniu dobry rok!

Dzięki takim meczom w moim mózgu powstała silna potrzeba zażywania tzw. „Anfield nights”. Mecz rozpoczynający się wieczorem, przy sztucznym świetle, w fazie pucharowej. Z głośników ryczą (bo nie śpiewają) szczęśliwcy zasiadający na The Kop, a Liverpool gra o wielką stawkę. Takie dni zdarzają się nawet dziś – choćby zeszłoroczny półfinał Carling Cup z Manchesterem. Ciarki wżynają się w kręgosłup.

Przeklęta liga

Choć pewnie piękniejszego meczu niż w 2005 roku nie dożyję, wciąż piłkarsko marzę. Nie zrozumieją tego fani Manchesteru United lub Chelsea, którzy nasycili się tym po uszy. Ja sezon w sezon liczę, że ten rok będzie nasz i wygramy ligę. Nie jeden mecz w finale, szczęśliwy półfinał. Mistrzostwo na przestrzeni 38. kolejek – wyczekiwane jak gwiazdka na Wigilię.

Kiedyś byliśmy już blisko (Na marginesie – uwielbiam, gdy kibice mówią o swoich klubach w pierwszej formie liczby mnogiej). W 2009 roku armia Beniteza miała najlepszą pomoc ligi ze Stevenem Gerrardem, Xabim Alonso i Javierem Mascherano. O jej klasie świadczy obecna przynależność klubowa dwójki Alonso-Javier. Liverpool swoją Ligę Mistrzów w 2005 roku zdobył ohydnie, żelazną obroną spod ręki Beniteza. Jednak w 2009 nadeszło estetyczne spełnienie. Hiszpańskie fajerwerki Alberta Riery  i Fernando Torresa. Niezapomniane 4:0 nad Realem Madryt. Najbardziej jednostronne w historii 5:0 nad Aston Villą. Wreszcie historyczne 4:1 na Old Trafford, które zapamiętałem jako najlepszą chwilę z Liverpoolem w Premier League. Pękałem z dumy, ale skończyło się na drugim miejscu. Szlag. Ale widziałem podstawy, by za rok pójść o rok dalej.

Skazany na ból

Zżerające pragnienie tytułu w Premier League oddaliło w niebyt nawet regularne sukcesy w Lidze Mistrzów z lat Rafy Beniteza. Dziś Liverpool o Champions League tylko mówi, a mistrzostwo ligi wydaje się marzeniem ściętej głowy. Gdy oglądałem niedawno film o historii Liverpoolu, seryjnie zdobywane puchary z lat 70-tych i 80-tych wydawały się odległe jak chrzest Polski. Z obecnym klubem powoli łączy je już tylko koszulka z Liverbirdem.

Jestem sam sobie winien. Kiedyś usłyszałem, że jeden z kolegów trzyma za Evertonem. Pomyślałem, że to ekstra ekscytować się klubem ze środka stawki, który nie mierzy co roku w trofea. Miło cieszyć się z każdej ligowej wygranej, a nie tylko spotkań o wielką stawkę. Nie pomyślałem, że kilka lat później i Liverpool zacznie celować niżej. Dlatego dobra rada – zawsze myślcie o sobie jako przystojnym miliarderze z niepsującym się magnesem do przyciągania kobiet w wymiarach 90-60-90. Mówisz i masz.

Mimo coraz większych chmur nad Anfield, ciągle wierzę, że historia zatoczy koło i wrócą dni chwały. Dlatego ekscytuję się transferami. Czytając plotki o planowanych przenosinach Davida Villi, Carlosa Teveza lub Samuela Eto’o zawsze widzę nowe gwiazdy jako fundament sukcesu. Niestety częściej zdarzają się gorzkie pigułki. Pięknie zapowiadające się przenosiny Aquilaniego, Joe Cole’a, czy Morientesa kończyły się tylko opadaniem rąk z bezsilności. Co gorsza, obecny Liverpool płaci dużo, a sprowadza najczęściej graczy średniej klasy. Absurdalne 35 mln funtów za Andy’ego Carrolla spowodowało u mnie niesmak jak po ostro zakrapianej imprezie z denaturatem i tanimi nalewkami w roli głównej.

Widocznie kibicom niektórych klubów zapisane jest odwieczne fatum. Spytajcie Michała Okońskiego, wiernego sympatyka Tottenhamu i autora świetnego bloga „Futbol jest okrutny”. Już sam tytuł tej strony wskazuje na główne prądy emocjonalne, z którymi autor kojarzy piłkę nożną. Boję się, że Liverpool podąża w tym kierunku.

Jednak mimo wszystko trwam. Jestem zwodzony, cierpię, ale nie chcę zmian. Mam swoje momenty, nawet teraz zdarzają się miłe chwile. Kilka dni temu widziałem wywiad Dudka po finale w 2005 roku. Kiedy dziennikarz kazał mu popatrzeć na trybuny kipiące entuzjazmem, a polski bramkarz się rozkleił. Łzy w oczach miałem i ja. Oto skala zarazy, którą może być klub piłkarski. Nawet ten oddalony o setki kilometrów od miejsca zamieszkania.

P.S. Choć przyznałem się do kibicowania The Reds, pragnę zaznaczyć, że w niczym nie zmienia to mojego stylu pisania. Fascynuję się całą ligą i nawet Liverpoolowi nie szczędzę batów, gdy na to zasłużą. Liczę też, że do bloga nie zniechęci się też wiernie komentujący użytkownik „M.” – fan rywalizującego Manchesteru United:)

  1. M.
    12/09/2012 o 11:36

    Nie zniechęcam się, a taką jawną deklarację w pełni doceniam. Podobnie jak motywy, przeżycia etc.🙂 Barwy mogą być różne, ale wszyscy jesteśmy w pierwszym rzędzie kibicami piłki nożnej. Do „przeczytania”.

  2. 15/09/2012 o 15:54

    Bardzo ciekawy artykuł. Widać różnicę między prawdziwym kibicem, a typowym „sezonowcem”. Pozdrawiam i polecam mojego bloga.

  1. 23/11/2012 o 20:35
  2. 01/11/2013 o 20:04

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: