Strona główna > Premier League > Wybuchowa niedziela z niesmakiem w tle

Wybuchowa niedziela z niesmakiem w tle

Już w głowie układałem zgrabne akapity o SuperNiedzieli. Piłkarze w Anglii dzień święty prawdziwie uświęcili i pokazali dlaczego Premier League to w wielu głowach rozgrywki „naj” – najbardziej nieprzewidywalne, najszybsze, najciekawsze. Ale też najbardziej irytujące. Sędziowskie katastrofy skutecznie oddaliły futbol od centrum zainteresowania.

Zepsute powietrze

Jest to tym bardziej irytujące, że nawet piłkarska księga zasad głosi dogmat „niewidzialności” sędziego. Jak piłka go dotknie, to jakby nic się nie działo. Na boisku ma być duchem, powietrzem. Ładny to duch, który wypaczył wyniki trzech meczów z udziałem klubów czuba tabeli.

Clattenburg wyrzuceniem Torresa niweczy powrót Chelsea

Mark Clattenburg namieszał najbardziej i to z okazji wydarzeń, które uważnie śledziły masy. Pierwsza czerwona kartka dla Branislava Ivanovicia – brawo, pełna zgoda. Jednak pomachanie obiema kartkami przed nosem Fernando Torresa za domniemaną symulację zabiło szlagier na Stamford Bridge. Clattenburg ruchem kartki w stronę Hiszpana drastycznie wpłynął na przebieg dalszej gry. W takim momencie musiał być w 101% pewien swego. Rozumiem podobną decyzję, gdyby Torres frunął wślizgiem na złamanie nogi rywala. Wtedy nawet, gdyby Chelsea miała zostać w siedmiu, czerwona się należy. Ale za symulację, której nie było? Nawet sir Alex Ferguson powiedział, że Jonny Evans złapał nogą  Torresa. Wyrzucenie Hiszpana łudząco przypominało czerwień Robina van Persiego w meczu Arsenalu z Barceloną (wyleciał za kopnięcie piłki po gwizdku). Tak samo jak wtedy, wykluczenie przesądziło o losach rywalizacji.

Od tego momentu wiedziałem jak będzie wyglądał mecz 11 vs 9 i zupełnie przeszła mi ochota na jego oglądanie. Wrażenia zupełnie sknocił gol ze spalonego Javiera Hernandeza. Jakby tego było mało, Guardian donosi, że Chelsea zgłosiła do ligi zażalenie na sędziego, który ponoć miał rasistowsko odzywać się do graczy The Blues. Jeśli to okaże się prawdą, Clattenburg na długo pożegna się z gwizdkiem.

Manchester United wyciągnął wynik 3:2, choć nie powinien. Trudno winić Czerwone Diabły, że skorzystały z okazji. Rezultatem 3:2 miały się też skończyć derby Liverpoolu. Nie znajduję choćby jednego elementu usprawiedliwiającego decyzję o nieuznaniu gola Luisa Suareza z doliczonego czasu gry. Żadnego spalonego przy żadnym podaniu, nie ma faulu, wszystko czyste jak łza. Czujne oko kamery Match of the Day 2 wyłapało jeszcze jak długo zwlekał liniowy z podniesieniem chorągiewki. Machnął się paskudnie.

Ruchu flagi zabrakło na Emirates Stadium, gdzie Mikel Arteta spalił przy golu ratującym skórę Kanonierów. Decyzja nie bolałaby tak, gdyby sprawiedliwości stało się za dość, a Arsenal dominował QPR i tylko siłami nadprzyrodzonymi nie potrafił czegoś ustrzelić. Ale nie. Gospodarze pokazali jak niewiele trzeba (zarygluj środek i przypilnuj dokładnie Santiego Cazorlę), aby rozbić ich plan na mecz. Jedynym źródłem optymizmu, poza kolejnym kompletem punktów w tabeli, może być tylko obiecujący powrót Jacka Wilshere’a. Już w nieco ponad godzinę pokazał za czym Arsenal tęsknił od półtora roku – świetnym ustawieniem, kapitalną swobodą i zasięgiem podań nowego numeru 10 Kanonierów.

Tylko futbol

Pisanie o niekompetentnej pracy drażni, więc teraz czas na tych, którzy swoje zadania wypełniali rzetelniej. SuperNiedziela okazała się dniem natchnienia dla wszystkich, którzy przegrywali po 0:2. Nie było mowy o kapitulacji. Pełna mobilizacja – Everton i Chelsea wyrównały, a Southampton balansował na krawędzi sukcesu.

Chelsea doszła Manchester United, choć po pierwszych 30. minutach nie postawiłbym na to złamanego grosza. Goście rozegrali swój największy popis tego sezonu. Świadomi potencjału rywala cofnęli się głęboko, niemal całym zespołem. Ofensywne trio Chelsea stopowali swoją trójcą, w której znajdował się niezmordowany w defensywie Wayne Rooney. Manchester nie lenił się też po drugiej stronie boiska. Ferguson udowodnił taktyczną maestrię swoim wyborem skrzydeł. Z lewej Ashley Young, którego zbiegnięcia w środek niosły chaos w szeregi defensywne rywali. Na prawej, częściej używanej, Antonio Valencia przytulał linię boczną. Użycie skrzydeł przeciwko Chelsea to szczególnie dobry pomysł: a) bo można wykorzystać ofensywne zapędy bocznych obrońców (Ashley Cole co rusz łapany poza pozycją), b) ofensywni liderzy The Blues rzadko kalają się pracą z tyłu. Dwa szybkie gole United udowodniły sens takiej strategii i były niemal bliźniaczo podobne.

Chelsea odbijała się od środka pomocy Diabłów, ale indywidualnych talentów Juana Maty lub Oscara nie można okiełznać zbyt długo. Gospodarze coraz częściej dochodzili do głosu, głównie dzięki groźnym dośrodkowaniom. Udało się ostrzeliwać Davida de Geę. Kto wie, jakby to wyglądało po czerwonej kartce Ivanovicia – Ferguson już wtedy zdecydował się na ofensywny wariant z Hernandezem…

Fellaini vs Allen – to nie był równy pojedynek

W części „sędziowskiej” napisałem o 3:2, z którego okradziono Liverpool. Jednak The Reds nie powinni zbytnio narzekać. To oni uciekli spod topora, bo od stanu 0:2 Everton wcielił się w rolę zawodowego kata. Nierówne siły w tym meczu symbolizowały pojedynki Marouane Fellainiego z Joe Allenem. Muskularny Belg musiał przepchnąć mikrusa z Walii.

Pewnie Everton dokończyłby egzekucji na The Reds, gdyby kontuzji nie doznał Kevin Mirallas. Kolejny z Belgów urządził prawdziwą szkołę życia młodzianowi z Anfield Andre Wisdomowi. Kręcił nim jak chciał i wrzucał piekielnie groźne crossy. Błyskotliwą połówkę przerwała ostra interwencja Suareza.

Drugim czynnikiem ratującym skórę The Reds był sprawny manewr Brendana Rodgersa. Boss z Anfield wyciągnął właściwe wnioski z przebiegu pierwszej połowy. Zmienił ustawienie obrony i zmieścił w niej trzech wysokich stoperów. Przejście na 3-5-2 było wbrew „rodgersowej rewolucji”, czyli podaniom po ziemi, ale przynajmniej oddaliło zagrożenie przegrania meczu. The Reds w ofensywie liczyli na wypady Raheema Sterlinga z Suarezem oraz na stałe fragmenty gry. Mocno to ograniczone, ale prawie zadziałało. Gdyby nie ten piekielny spalony – duch.

Równie celne zmiany wybrał Nigel Adkins, gdy po pierwszej połowie jego Southampton został rozebrany na czynniki pierwsze przez Tottenham. Znów okazało się jak kruchą defensywą, z tego co doświadczyłem – najgorszą w lidze, dysponują Święci. Ruchy bez piłki Jermiana Defoe i Aarona Lennona sprawiły, że obrona Southamptonu była powyciągana jak 40-letni sweter. Z ataku gospodarze radzili sobie równie beznadziejnie.

Do czasu, gdy Adkins wypchnął do przodu prawego obrońcę Nathaniela Clyne’a, do środka pomocy przesunął Adama Lallanę, a z ławki wprowadził Emmanuela Mayukę. Southampton przejął kontrolę i urządził sobie polowanie na Koguty. Ich przewaga sprawiła, że Artur Boruc mógł w drugiej połowie przypomnieć sobie o tegorocznych wakacjach. Polak tu gdzieś kopnął, tam się ruszył, ale generalnie atmosfera leniwa i pracy mało.

Aż szlag trafia, że kolejkę tak wypchaną świetnymi akcjami i przemyślanymi roszadami taktycznymi zdominowały wydarzenia zupełnie poza kontrolą piłkarzy lub trenerów.

PS. Przykro mi Reading i Fulham. Nastrzelaliście co nie miara, ale… nikt o tym już nie pamięta.

PS2. Wpis „Upadli bohaterowie Premier League” był jakoś cudownie mobilizujący dla opisanych tam piłkarzy. Javier Hernandez zapewnił od tego czasu dwa zwycięstwa Manchesterowi United, złą passę przełamał Papiss Cisse oraz Stewart Downing. Nie ma za co panowie!

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: