Strona główna > Premier League, Twarze EPL > Słodko-gorzki smak pucharu

Słodko-gorzki smak pucharu

Jak pewnie większość kibiców (poza grupą Arsenalu) liczyłem na inną narrację wtorkowego wieczoru. Cudowna wygrana Wigan, która wepchnie końcówkę sezonu EPL na oczekiwane szczyty. Mimo porażki zakończonej spadkiem ich historia będzie nie raz, nie pięć przywoływana w kibicowskiej pamięci.

Ostatni cud Martineza w Wigan?

Co byście brali, gdyby przyszło wam rozwiązać dylemat angielskich mediów: Puchar Anglii lub utrzymanie w lidze? Ja biorę trofeum. Niektóre kluby żyją z kolekcjonowania trofeów, inne z mniejszym potencjałem stworzone są do roli tła. Wigan jest klubem głębokiego zaplecza. Szansę na triumf musi wietrzyć w odpadnięciu przynajmniej 10-15 silniejszych od siebie klubów w jednym sezonie. To zdarza się ekstremalnie rzadko. Więc skoro sport w definicji stanowi walkę o wygraną, zadowolenie samym udziałem (nawet w Premier League) jawi się jako sprzeczne z pierwotną koncepcją rywalizacji.

Wigan powtórzyło scenariusz Birmingham City, które w 2011 wygrało trofeum (Puchar Ligi) i polecało z ekstraklasy w jednym sezonie. Od tamtej pory nie ma po nich śladu w Premier League. Ale przypadek The Latics jest inny. Od teraz każde potknięcie tłustego faworyta w decydującym meczu dostanie stygmat „Wigan 2013″. Miejsce w świadomości The Latics zdobyli całkowicie zasłużenie. Kto oglądał sobotni finał Pucharu Anglii ten podskórnie poczuł niezwykłość tamtej chwili. Zwycięstwa Dawidów nad Goliatami zdarzają się nierzadko. Wigan poszło o krok dalej. Miało w sobie energię, odwagę i potencjał, aby narzucić własne reguły gry. Zwyciężyli mecz rozgrywany na ich dyktando.

Sprawne ruchy taktyczne Roberto Martineza przechytrzyły przedmeczowe oczekiwania. Można było spokojnie spodziewać się czwórki w linii obrony. Przecież Wigan brakowało zdrowego zawodnika, który naturalnie pokryłby prawą stronę defensywy. Mimo to Martinez wrócił do swojego wcześniejszego pomysłu i zabił Manchesterowi City klina w postaci ustawienia 3-4-3. Pierwsza jaskółka tego systemu pojawiła się błyskawicznie. Już w swojej czwartej notatce z tamtego spotkania wypisałem zupełnie uwolnionego i bardzo ofensywnie biegającego Rogera Espinozę – nominalnego lewego obrońcę. Espinoza pojawił się tu raz, drugi, trzeci, dziesiąty… aż wniosek mógł być jeden. Z drugiej strony, nieco schowany, James McArthur na prawej flance. Gramy trójką z tyłu w najważniejszym meczu w dziejach klubu.

Na Espinozę Manchester City odpowiedział dopiero w 55. minucie, gdy wreszcie zaczął go kryć James Milner. System 3-4-3 obnażył słabości skrzydeł faworytów, gdzie bocznym obrońcom bardzo brakowało ochrony ludzi z pomocy. Najpiękniej oddał to niekończący się rajd Calluma McManamana z Gaelem Clichym. Po spotkaniu profil Anglika na Wikipedii uzupełniono o frazę „niszczenie Gaela Clichy’ego” w rubryce pozycja. Przebojowość w połączeniu z techniką McManamana zawładnęła serce każdego, kto choć przez chwilkę napomknął o finale Pucharu Anglii.

Wigan było sprytne. Gdy zachodziła potrzeba, wracali się w blok siedmiu piłkarzy z zagęszczonym środkiem. Notoryczne ścinki akcji City grały w ich rytm. Choć cały plan poszedłby w łeb, gdyby jedno, jedyne uwolnienie się z zasiek graczy The Citizens nie skończyło się na podniesionej stopie bramkarza Wigan.

Los okazał się sprawiedliwy, bo asystę przy najważniejszym golu w dziejach The Latics zapisał zawodnik, którego sam Martinez wypycha do większych klubów. Shaun Maloney kopie stałe fragmenty z fantastycznym wyczuciem (ostatnia ofiara: Wojciech Szczęsny), a do tego docenia przestrzenie między liniami. Łączenie ataków w wolnych strefach jest kluczowe dla drużyn nastawionych na posiadanie piłki. Dlatego Maloney za długo w drugoligowym Wigan nie wysiedzi…

Jednak nawet Manchester City kilka razy złapał The Latics na czymś, co zakończyło ich byt w Premier League po ośmiu sezonach. City nie wykorzystali strat obrońców i indywidualnych gaf na własnej połowie, ale regularnie robili to ligowi rywale. Już same gole Arsenalu we wtorkowy wieczór podsumowały zgrabnie tę tendencję. Piłka leniwie rozcinająca pole karne po dośrodkowaniu i najprostsze z wykończeń Lukasa Podolskiego. Decyzja bramkarza o blokowaniu dośrodkowania nogami (jakaż strata czasu i dystansu do piłki!). Feralne ustawienie dwójki stoperów w linii spalonego. Posypało się, nie było odwrotu. Wigan stało się ofiarą własnego systemu. Jakość piłkarzy nie zgrała się z wyprowadzaniem piłki krótkimi podaniami za wszelką cenę.

Przyznam się, że długo marzyłem o spadku tego klubu. Męczyło mnie to małomiejskie podejście i brak pasji bijącej z trybun DW Stadium. Irytowała naiwność i brak elastyczności taktyki Martineza. Drobny żal pojawił się tylko, gdy Wigan już zabraknie w Premier League.

Czy Wigan stać na błyskawiczny powrót do elity? Czy pogodzi wydłużony sezon ligowy w Championship z Ligą Europejską? Nie sposób już teraz tego odgadnąć (choć polska blogosfera stawia już swoje tezy – moim zdaniem trudne do obrony). Z pewnością szykuje się tam małe trzęsienie ziemi, rozrywanie co smakowitszych kąsków przez bogatsze zespoły. Z dużą dozą prawdopodobieństwa skończy się także era Martineza, na którego zapolują więksi. Powodzenia Dave Whelanie, dzięki za wspomnienia.

PS. Porażka Wigan jest także porażką Premier League. Teraz ostatniej kolejce sezonu znaczenia może nadać tylko strata punktów Arsenalu w Newcastle (wtedy zacznie się wyścig z Tottenhamem o Ligę Mistrzów). Wszystko jest możliwe, ale demotywuje cytat menedżera Alana Pardewa przed tym spotkaniem: „Nie obchodzi mnie, czy Arsenal wygra 4:0, jeśli mam być szczery. Jestem pewien, że zależy Tottenhamowi, ale mi chodzi tylko o dobrą zabawę naszych kibiców”…

  1. Vojtazzz
    15/05/2013 o 20:51

    W przypadki Wigan zdecydowanie cenniejsze jest trofeum. Raz że Martinez i tak na 90% odejdzie do Evertonu niezależnie od tego czy Wigan się utrzyma czy nie. Zdobyli puchar Anglii, najstarszy puchar, jaki można zdobyć. Zapisali się w jego pięknej historii pokonując w finale jeszcze aktualnych (?) mistrzów Anglii na legendarnym dla Anglików stadionie będąc absolutnym underdogiem. Mały klubik po 81 latach istnienia po raz pierwszy zdobywa puchar rangi krajowej i zagra do tego w Europie. Jasne że tracą przy okazji gigantyczne pieniądze wynikające z grania w angielskiej elicie, ale tu chyba nie chodzi o to. Bez Martineza na ławce i tak prędzej czy później rypnęliby z tej ligi, kwestia czasu. Nie rozwijają się jako klub, tylko przez wszystkie te lata grają o życie (najwyżej byli na 10 miejscu). A tak mają puchar, coś czego nikt i nic im nigdy nie zabierze. Piękny moment w historii klubu, myślę że spadają z ligi z podniesionym czołem

    A tak poza wszystkim to też miałem ich dość, bo piłkarsko to chyba drugi obok Reading najsłabszy klub w Premier League. Do tego rok w rok gorszy. Niech uciekają do Championship, poproszę za nich Watford🙂

  1. No trackbacks yet.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: