Cichosza

Gdy usłyszałem dźwięki Old Trafford po ostatnim gwizdku meczu z Fulham, przed oczami stanął mi krakowski bard, Grzegorz Turnau. Cicho, cichosza. A jeszcze 10. minut wcześniej trybuny ryczały z radości, gdy Manchester United zaliczał powrót jak za dawnych lat.

David Moyes ma rację mówiąc o dominacji swojej drużyny. Na mapie średniej pozycji piłkarzy w czasie tego meczu WSZYSCY gracze Fulham, co do jednego napastnika, przeciętnie czas spędzali na własnej połowie. W przypadku Czerwonych Diabłów tylko bramkarz i dwaj obrońcy średnio stali na własnym terenie. Moyes myli się jednak myśląc, że to wystarczy do regularnego wygrywania. Liverpool przed sezonem lub dwoma także cierpiał na chorobę, która teraz dopada United. Tłamsili, naciskali z każdej strony, ale maluczcy wywozili punkty z Anfield, gdyż gospodarze nie umieli odcisnąć swojego piętna. To samo dzieje się teraz na Old Trafford. Szok jest w tym przypadku większy, w końcu w zeszłym roku teren ten był niemal uświęcony, nie do zdobycia. Dziś punkty wywożą z niego West Bromwich, Southampton, Everton, Newcastle, Tottenham i teraz Fulham.

Jakże trafna była analiza Robbiego Savage’a w Match of the Day, który z zadumą patrzył na akcję dającą wyrównanie Fulham w 94. minucie (czasie Manchesteru United, do cholery). Liczył: czterech ludzi United na czterech ludzi Fulham. Naprawdę? Tak ciężko nadrobione straty, podniesienie się z knockdownu i dwa gole w dwie minuty – wyparowały po kompletnym zlekceważeniu sobie końcówki gry. Jeszcze gorszy był obrazek z pierwszego trafienia gości. Steve Sidwell, zupełnie przez nikogo nie zauważony, wbiega spokojnie z 35 metra, aby wejść na wolne pola trawy, które już dawno poopuszczali wyciągnięci obrońcy United. Wystarczyło tylko jedno, drobne i w miarę precyzyjne podanie lobem.

Trzeba przyznać, że Moyes zrobił wszystko, co tylko się dało, aby ratować sytuację. Do i tak ofensywnego ustawienia z Waynem Rooneyem, Robinem van Persiem i Juanem Matą dodał później jeszcze Javiera Hernandeza, Antonio Valencię i Adnana Januzaja. Ale z kim jak nie z ekipą zamykającą tabelę w starciu u siebie? Napór, wyrażony rekordowymi 81 dośrodkowaniami (jak bardzo nie chcielibyśmy się z nich śmiać – obie bramki United wzięły się właśnie z tych zagrań) dał namiastkę dawnych lat, gdy magia przyciągania bramek na Old Trafford działała cuda.

Za starych dobrych czasów nie byłoby jednak takiego finiszu. Nic już nie uciszyłoby szczęśliwych trybun, Rooneya szalejącego na kolanach po drugim golu dla swojej drużyny.

To nie jest już ten Manchester United. Mamy kolejny dowód. Choć reputacja klubu i jego potencjał wciąż nie pozwalają spisać mi ich na straty w walce o Ligę Mistrzów, wniosek nasuwa się tylko jeden. Przez te wszystkie lata fergusonowskie, szczytem niepowodzenia dla każdego fana United było trzecie miejsce w tabeli. Trzecie! Kolekcja pucharów puchła niemal rokrocznie. Przyzwyczailiśmy się do tego stanu rzeczy i myśleliśmy, że tak będzie już zawsze. Witamy w rzeczywistości, drodzy kibice czerwonego Manchesteru. Życiu, gdzie obecny jest ból, oczekiwania i nadzieja na lepsze jutro. Wiem jednak, że przyzwyczajenie się do takiego stanu to trudne doświadczenie. Ale przynajmniej bardziej docenicie przyszłe sukcesy. Bo Manchester United jest zbyt gigantyczny, aby na dłużej zostać na mieliźnie.

PS. Najlepsze 20 minut tego sezonu. Kto nie widział jak Liverpool wybił z głowy liderowanie Arsenalowi, powinien skusić się tylko na pokaz tych cudownych 20 minut. Prostopadłe podania Coutinho, wizjonerskie zagrania Suareza, szybkość Sterlinga, wykorzystywanie fatalnych ustawień obrony, centry Gerrarda wprost na łysą głowę Skrtela. Szkoda, że hit kolejki skończył się tak szybko, bo resztę meczu można było spokojnie sobie darować. Niezwykłe są te tegoroczne festiwale goli Liverpoolu…

  1. M.
    10/02/2014 o 22:36

    Dzięki za ten krzepiący nieco wpis …
    Tak wiele ciśnie się na myśl, ale nie sposób tego wszystkiego zwerbalizować.
    Każdy kibic United, który oglądał wczorajszą parodię nowoczesnego futbolu, czuje się pewnie tak samo – jakby ktoś naprawdę mocno zdzielił go w twarz.
    Dla odmiany, The Reds – miód dla oczu. Asysty Suareza i Coutinho – klasa światowa. Cała ofensywa zresztą, zasłużyła na gromkie oklaski.

  2. 10/02/2014 o 23:00

    Serio, gwarantuje, że sukcesy teraz będą dużo smaczniejsze. Wieczne trzymanie się na szczycie rozleniwia oczekiwania. Gdy Liverpool rokrocznie wchodził do 1/4 lub 1/2 finału Ligi Mistrzów, uznawałem to za miłe, ale bardziej chciałem wygranej w lidze. Teraz na myśl o 4 miejscu w tym sezonie i powrocie do wtorków i śród z Ligą Mistrzów na Anfield mam ciarki na plecach…

    Nie wiem sam co myśleć o tym Moyesie. Sam trener nie wydaje mi się zły, aczkolwiek moim zdaniem jest zbyt archaiczny na te czasy i walkę w wielkim klubie. Może się oswoi, nauczy, dostosuje, choć trudno mi sobie to wyobrazić… Brendan Rodgers na początku też mógł wyjątkowo irytować swoim umiłowaniem do długich podań, którym brakowało dynamiki, penetracji i wiązało się ze zbędnym ryzykiem w grze z tyłu. Jednak z biegiem czasu ewoluował i Liverpool dziś gra bardzo bezpośrednio i szybko z kontry (a to klucz do sukcesu w tych latach). Do ostatniego kroku brakuje mu kilku porządniejszych graczy na ławce i większą stabilizację w obronie…

    • B.
      11/02/2014 o 20:49

      Rodgers miał upodobanie do długich podań? Chyba do długiego wymienia krótkich piłek.

  3. 11/02/2014 o 20:54

    Taaak, chodziło mi o długie łańcuszki/serie podań – krótkich rzecz jasna. Sorry.

  1. 22/11/2014 o 03:38

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: