Archive

Archive for the ‘Twarze EPL’ Category

Żelazny Arsenal w tle pożegnań

Do widzenia Premier League, widzimy się w sierpniu. Arsenal postarał się, aby zakończenie sezonu EPL nie było nadmiernie stresujące. W cieniu korespondencyjnej walki o Ligę Mistrzów angielski futbol pożegnał się z niesamowitą liczbą legend w jedno niedzielne popołudnie.

Arsenal pozamykał obiecujące drogi do bramki

Byli za dobrzy dla Newcastle – powiedział Alan Hansen w Match of the Day. Nie było wielu wątpliwości. Arsenal znakomicie zamknął własną bramkę i tylko mógł odliczać do udanego polowania na swojego gola pieczętującego występy w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Realizację tych dwóch celów symbolizował Laurent Kościelny – autor bramki na wagę 16. kolejnego awansu Arsene Wengera do europejskiej elity i filar defensywy Kanonierów. Kościelny w końcówce sezonu wziął się za barki z rolą lidera swojej ekipy, przejmując pałeczkę od rozbitego kontuzjami i złą formą Thomasa Vermaelena.

Czyste konto Arsenalu nie powinno nikogo zdziwić. W 11 ostatnich spotkaniach sezonu Kanonierzy stracili pięć goli (nigdy więcej niż jeden na mecz), co dało im bilans 9 wygranych i 2 remisów. Cudowna seria zaczęła się w idealnym momencie – tuż po trzech nokautach, które miały zniweczyć ich sezon. Wcześniej na przełomie dwóch tygodni Arsenal przegrał Puchar Anglii z Blackburn, Ligę Mistrzów z Bayernem Monachium i derby z Tottenhamem. Jak trzeba być twardym psychicznie, aby zabrać się do takiego finiszu? Tym bardziej, że Wenger podejmował wówczas kluczowe decyzje (choćby zmiana bramkarza i odświeżenie formy Wojciecha Szczęsnego).

Przeciwko Newcastle byli znakomicie poukładani jako cały zespół. Nikt wśród nich nie zaliczył więcej niż trzy przechwyty. Liczyło się kolektywne zestawienie. Praca doprowadziła do oczekiwanych skutków. Newcastle oddało jeden celny, bardzo lekki strzał, choć przez większość meczów kontrolowało tempo i utrzymywało posiadanie piłki. Nawet 85% dokładności podań Srok nie potrafiło zmącić spokoju Arsenalu. Jedyne przebłyski życia, dryblingi Hatema Ben Arfy (8 udanych!) zwykle kończyły się podwojeniem w gęstej strefie przed bramką Szczęsnego.

Mrówcza solidność Arsenalu zepchnęła na margines zainteresowania pogoń Tottenhamu za czołową czwórką. Choć Kogutom znowu powinęła się noga na ostatniej prostej (choć kiedyś prognozowałem, że tym razem się tak nie zdarzy), trudno nie dostrzegać ewidentnych ich dowodów postępu.

Czytaj dalej…

Słodko-gorzki smak pucharu

Jak pewnie większość kibiców (poza grupą Arsenalu) liczyłem na inną narrację wtorkowego wieczoru. Cudowna wygrana Wigan, która wepchnie końcówkę sezonu EPL na oczekiwane szczyty. Mimo porażki zakończonej spadkiem ich historia będzie nie raz, nie pięć przywoływana w kibicowskiej pamięci.

Ostatni cud Martineza w Wigan?

Co byście brali, gdyby przyszło wam rozwiązać dylemat angielskich mediów: Puchar Anglii lub utrzymanie w lidze? Ja biorę trofeum. Niektóre kluby żyją z kolekcjonowania trofeów, inne z mniejszym potencjałem stworzone są do roli tła. Wigan jest klubem głębokiego zaplecza. Szansę na triumf musi wietrzyć w odpadnięciu przynajmniej 10-15 silniejszych od siebie klubów w jednym sezonie. To zdarza się ekstremalnie rzadko. Więc skoro sport w definicji stanowi walkę o wygraną, zadowolenie samym udziałem (nawet w Premier League) jawi się jako sprzeczne z pierwotną koncepcją rywalizacji.

Wigan powtórzyło scenariusz Birmingham City, które w 2011 wygrało trofeum (Puchar Ligi) i polecało z ekstraklasy w jednym sezonie. Od tamtej pory nie ma po nich śladu w Premier League. Ale przypadek The Latics jest inny. Od teraz każde potknięcie tłustego faworyta w decydującym meczu dostanie stygmat „Wigan 2013″. Miejsce w świadomości The Latics zdobyli całkowicie zasłużenie. Kto oglądał sobotni finał Pucharu Anglii ten podskórnie poczuł niezwykłość tamtej chwili. Zwycięstwa Dawidów nad Goliatami zdarzają się nierzadko. Wigan poszło o krok dalej. Miało w sobie energię, odwagę i potencjał, aby narzucić własne reguły gry. Zwyciężyli mecz rozgrywany na ich dyktando.

Sprawne ruchy taktyczne Roberto Martineza przechytrzyły przedmeczowe oczekiwania. Można było spokojnie spodziewać się czwórki w linii obrony. Przecież Wigan brakowało zdrowego zawodnika, który naturalnie pokryłby prawą stronę defensywy. Mimo to Martinez wrócił do swojego wcześniejszego pomysłu i zabił Manchesterowi City klina w postaci ustawienia 3-4-3. Pierwsza jaskółka tego systemu pojawiła się błyskawicznie. Już w swojej czwartej notatce z tamtego spotkania wypisałem zupełnie uwolnionego i bardzo ofensywnie biegającego Rogera Espinozę – nominalnego lewego obrońcę. Espinoza pojawił się tu raz, drugi, trzeci, dziesiąty… aż wniosek mógł być jeden. Z drugiej strony, nieco schowany, James McArthur na prawej flance. Gramy trójką z tyłu w najważniejszym meczu w dziejach klubu.

Na Espinozę Manchester City odpowiedział dopiero w 55. minucie, gdy wreszcie zaczął go kryć James Milner. System 3-4-3 obnażył słabości skrzydeł faworytów, gdzie bocznym obrońcom bardzo brakowało ochrony ludzi z pomocy. Najpiękniej oddał to niekończący się rajd Calluma McManamana z Gaelem Clichym. Po spotkaniu profil Anglika na Wikipedii uzupełniono o frazę „niszczenie Gaela Clichy’ego” w rubryce pozycja. Przebojowość w połączeniu z techniką McManamana zawładnęła serce każdego, kto choć przez chwilkę napomknął o finale Pucharu Anglii. Czytaj dalej…

Historie Szkotem pisane

Tygodnie narzekań złożyły się w jedno. Jedną chwilę wybuchu, gdy kopnięcia na każdym stadionie w Anglii miały znaczenie i dramat wpisany w 90. minut walki. Pomniejsze historie jak zachowanie ligowego bytu przez Norwich i Newcastle lub super Daniel Sturridge muszą jednak ustąpić miejsca rzeczom epokowym.

Glasgow – to tam zaczęły się bycze etapy historii United i Evertonu

Dwa stadiony oddalone o siebie o 45 minut drogi samochodem. Tysiące różnic między dwiema okazjami i kolejne tysiąc podobieństw. Historia Premier League w jedną niedzielę oddała hołd i zespoiła losy Manchesteru United i Evertonu. Oba kluby żegnały swoich „The Boss” ku wzruszeniu, owacji i poczuciu święta na całych trybunach.

Te przykłady same w sobie pokazały w pigułce ery, które właśnie się kończyły. Powtarzalne elementy każdego meczu (gol w końcówce, dobra kombinacja podań) widoczne w mnóstwie innych gier dały niezwykłą opowieść. Odpowiedni kontekst uczynił z tych okazji momenty pisania historii.

Sir Alex Ferguson pożegnał Old Trafford po ponad 26 latach wielkiej służby (której znaczenie podsumuję już po sezonie). Przywitał go szpaler złożony z pracowników, piłkarzy, sędziów – każdy chciał oddać mu zasłużony salut. Przemowa na koniec tylko udowodniła jego wielkość jako lidera. – Przez te lata klub stał przy mnie. Zaczyna się nowa praca i waszym zadaniem jest stać przy nowym trenerze – nawoływał legendarny Szkot. Zrobił podkład pod jego następcę, który godzinę wcześniej równie gorąco żegnał się z Evertonem.

David Moyes zostawia swój klub bez trofeum, ale w zdrowym stanie. Na niego także czekał honorowy szpaler. Przy zmianie trenerskiej w Manchesterze United to właśnie The Toffees ucierpią najbardziej, bo znalezienie człowieka tak regularnie przekraczającego oczekiwania i możliwości jest wyjątkowo rzadkie. Nic dziwnego, że przy rundzie honorowej na Goodison Park łzy w oczach miał właściciel Bill Kenwright.

Meczom United i Evertonu towarzyszyła atmosfera benefisów, gdzie każde kopnięcie miało symbol i niosło za sobą hołd. Gol Rio Ferdinanda z 87 minuty? Oddał niezliczone wsysanie goli w końcówkach spotkań ekipy Fergusona. Strzelił go dodatkowo człowiek wierny mu od 2002 roku, który na swoją bramkę czekał pięć lat. Symboliczne nawet było pozostawienie zdrowego Wayne’a Rooneya na trybunach – Ferguson pokazał, że transferowych żądań nie toleruje. Przyszłość Rooneya na Old Trafford prawdopodobnie dobiegła końca. W jakże innym nastroju do ery jego menedżera. Gol Evertonu? Pokazał ogrom jakości (wyrażany wykonawcami ORAZ wykonaniem), który zaszczepił Moyes za groszowe transfery. Ruch angażujący pół drużyny, gdzie największa liczba kontaktów wynosiła trzy, wszystko w świetnym tempie i dużym rozmachu.

Czytaj dalej…

Droga przez mękę

Podróż Cardiff City do Premier League przypominała masochistyczny spacer po rozgrzanym żelazie. Zespół wciąż potykał się na ostatnich przeszkodach. Do elity brytyjskiego futbolu wszedł dzięki wsparciu malezyjskiego właściciela, który jeszcze przed sezonem był persona non grata w walijskim klubie.

Vincent Tan – kontrowersyjny dobrodziej Cardiff

Cardiff ostatni raz posmakowało piłkarskiej ekstraklasy w 1962 roku. Ponad pół wieku czekania najbardziej dłużyło się w ostatnich latach. Przez trzy kolejne sezony ekipa The Bluebirds docierała do baraży o Premier League, ale za każdym razem nie potrafiła przypieczętować awansu. Najbliżej była w 2010 roku, kiedy dwukrotnie prowadziła z najniżej rozstawionym Blackpool w finale baraży na Wembley, by ostatecznie przegrać 2:3.

Tamto spotkanie było jednym z przejawów klątwy Wembley krążącej nad walijskim klubem.  Na legendarnym stadionie Cardiff przegrało także finał Pucharu Anglii w 2008 roku oraz finał Pucharu Ligi z 2012 roku. – Było tu wiele bólu – mówi bramkostrzelny pomocnik Peter Whittingham. – Ale sądzę, że ból jest dobry. Niektórzy chcą go stłumić, ale ja wykorzystuje takie uczucia jako motywację.

Słodko-gorzkie przejęcie klubu

Zmobilizowany zespół eksplodował w obecnym sezonie. Tabeli Championship przewodził już od listopada. Tym razem nie roztrwonili dorobku w ostatniej chwili. Do osiągnięcia upragnionego awansu Cardiff nie żałowało gotówki, a już wcześniej miało olbrzymie długi. W maju 2010 roku z misją zbawienia zespołu przybył malezyjski milioner Vincent Tan. Spłacił sporą część zadłużenia (około 40 mln funtów) i utrzymał wysoką aktywność na rynku transferowym.

Jednak nie ma niczego za darmo. Hojny Tan zapragnął przebranżowić Cardiff City według własnego pomysłu. Latem 2012 roku podjął decyzję, którą złamał 105 lat tradycji klubu i zraził do siebie kibiców. Zwyczajowo niebieskie koszulki drużyny podczas meczów u siebie wymienił na czerwone trykoty. – W Azji czerwony jest kolorem radości i świętowania. W kulturze chińskiej niebieski to kolor żałoby – tłumaczył Tan. Tym manewrem właściciel pragnął podbić chłonny rynek Dalekiego Wschodu. Zmianie uległ także klubowy herb. Czołowe miejsce błękitnika, od którego wziął się przydomek The Bluebirds zajął smok. – Cardiff to stolica Walii, czerwony jest kolorem narodowym Walii, a smok narodowym symbolem. Smok jest też widziany jako bardzo silny symbol w Azji, tak jak kolor czerwony – dodał dyrektor wykonawczy Alan Whiteley. The Bluebirds zostali tylko z nazwy.

Część kibiców uznało to za datę śmierci ich ukochanej drużyny i przestało śledzić mecze Cardiff. Większość fanów uległa jednak wizji Tana. Z niechęcią pogodzili się z sytuacją. Na stadion przychodzili kibice w niebieskich i czerwonych koszulkach. Po zapewnieniu awansu zgotowali głośną owację triumfującemu Tanowi. Tradycja przegrała z marzeniem o Premier League.

Czytaj dalej…

„Tymczasowy” Benitez walczy o swoje

Przegrany półfinał Pucharu Anglii z Manchesterem City to kołek w serce fanów Chelsea. Ale największy ból powinien odczuwać Rafael Benitez, któremu daleko do miana kibica The Blues. Hiszpańskiemu trenerowi uciekła jedna z dwóch okazji na uwieńczenie swojej trudnej ery na Stamford Bridge.

Liga Europejska to priorytet dla Beniteza, fot: Wikimedia

Puchar Anglii był w zasięgu dłoni. Dwa wygrane mecze i nowy wpis w szkoleniowym CV. Ale Chelsea zaczęła identycznie jak w pierwszym ćwierćfinale przeciwko Manchesterowi United. Szybko oddana inicjatywa, bojaźliwe budowanie ataków i głębokie powroty do obrony nie sprawdziły się najlepiej. City strzeliło dwa gole, jak United rundę wcześniej. Na Old Trafford The Blues udało się pozbierać i zdominować rywali w drugiej połowie. Podobnie działo się podczas półfinału na Wembley. Chelsea atakowała niemal samobójczą strategią, w której tyłów broniło nominalnie ledwie dwóch graczy. Choć gracze Beniteza złapali kontakt, nie dało się wyszarpać wyrównania. Olbrzymią szansę na kolejne trofeum w Anglii dostanie Włoch Roberto Mancini.

Benitez wie, że jego przygody z Chelsea w Pucharze Anglii się już skończyły. Trwa już casting na nowego menedżera The Blues, a główne role grają w nim Manuel Pellegrini z Malagi, Jurgen Klopp z Dortmundu, Gianfranco Zola z Watfordu i oczywiście Jose Mourinho. Beniteza w gronie kandydatów nie będzie, dlatego z końcówki sezonu na Stamford Bridge chce wyciągnąć jak najwięcej. Głównie dla samego siebie.

Czytaj dalej…

Ego i faszyzm, czyli twarze Di Canio

Drugi klub w trenerskiej karierze i od razu wielkie zadanie utrzymania Sunderlandu w Premier League. Powrót kontrowersyjnego Paolo Di Canio do angielskiej ekstraklasy wywołał burzę wokół jego faszystowskich deklaracji. Włoch odcina się od polityki i wprowadza swój etos w nowym klubie.

Pasja Di Canio ukryta w oczach

Di Canio powrócił na swoje miejsce. Z Premier League zaprzyjaźnił się podczas gry dla Sheffield, West Hamu i Charltonu. Na dzień dobry zabrał pogrążony w kryzysie Sunderland na stadion Chelsea i przegrał 1:2. Przedłużyła się mroczna seria Czarnych Kotów, które ostatni wygrały w połowie stycznia.

Włoski trener miał mało czasu na odciśnięcie swojego piętna. Przejął przeciętną ekipę po Martinie O’Neillu, który preferował bierne czekanie w głębokiej obronie. Tamten szpetnie grający zespół nie umiał narzucać swojego stylu nawet w przewadze liczebnej. Przeciwko Chelsea, mimo porażki, pojawiły się przebłyski świeżych pomysłów Di Canio. Szczególnie w pierwszej połowie jego Czarne Koty imponowały energią i szybkim doskakiwaniem do rywali.

Ideologiczna wojna

Już dawno nowy trener w lidze nie wzbudził w Anglii takiego zainteresowania. Mniejsze znaczenie mały piłkarskie plany Di Canio. Media zaczęły go maglować przez dawne deklaracje i powiązania z faszyzmem. – Jestem faszystą, ale nie rasistą – powiedział kiedyś Włoch. To zdanie nowego życia nabrało przy zatrudnieniu Di Canio na najwyższym szczeblu angielskich rozgrywek. Poza tym 44-latek ma tatuaż z napisem „DUX”, łacińskim odpowiednikiem słowa „duce” i tytułu Benito Mussoliniego. Di Canio w swojej autobiografii pisał o włoskim dyktatorze jako „osobie etycznej z wieloma zasadami„. Przypomniano także rzymskie pozdrowienie, które Di Canio pokazał fanom Lazio w 2005 roku. Gest ma korzenie w czasach antycznych, ale po epoce Mussoliniego i Adolfa Hitlera kojarzy się jednoznacznie ze zbrodniami skrajnej prawicy.

Czytaj dalej…

Powrót bramkarza ze szkła

Gdyby obrazować definicję pecha, Łukasz Fabiański miałby pewne miejsce w obsadzie.  Polak leczył serię długich kontuzji, które pozbawiły go miana pierwszego bramkarza Arsenalu i wykluczyły z EURO 2012. Były piłkarz Legii był już na wylocie z Londynu, ale jeden mecz Ligi Mistrzów może otworzyć mu szansę wielkiego powrotu.

Heros Monachium

Znów w koszulce Arsenalu (fot: Wikimedia)

W Monachium Kanonierzy mieli walczyć tylko o honor, a otarli się o sensacyjne wyeliminowanie Bayernu. Wdzięcznym tematem dla wszystkich angielskich mediów był występ Fabiańskiego, który nie wąchał murawy w pierwszej drużynie Kanonierów od lutego zeszłego roku. Do bramki wskoczył kosztem Wojciecha Szczęsnego, który zdaniem trenera musiał psychicznie odpocząć. Spisał się fenomenalnie. Pewnie trzymał w rękach nadciągające uderzenia monachijczyków zza pola karnego. Rządził przedpolem i siał spokój w głowach swoich obrońców. Zastopował też najgroźniejszy rajd meczu Arjena Robbena. Jako pierwszy w tym sezonie powstrzymał Bayern przed strzeleniem gola – wliczając wszystkie sparingi niemieckiego giganta!

On bardzo się zmienił. Przeszedł kompletną przemianę pod względem nastawienia psychicznego. Jest głośniejszy, więcej rządzi i znacznie lepiej radzi sobie z meczową presją – chwalił go po spotkaniu menedżer Arsene Wenger. Francuz wynagrodził Fabiańskiego kolejnym występem w Premier League. Na wyjeździe w Swansea zachował czyste konto i nie napracował się nadmiernie. Pewnością siebie zaraził na siebie i kolegów z drużyny.- Poradził sobie przeciwko Bayernowi, więc czemu nie miałby robić tego w następnych spotkaniach? Był znakomity pod względem psychicznym. Ciążyła na nim duża presja – zauważył wicekapitan Mikel Arteta.

Dziennik Daily Mail musiał uderzyć się w pierś. Przeddzień starcia w Monachium gazeta opublikowała artykuł równający Fabiańskiego z ziemią i wyliczający wpadki, które notował na Wyspach. – Obecność Fabiańskiego między słupkami nie zainspiruje nikogo, szczególnie czwórki obrońców, której brak organizacji i autorytetów – pisał Mail. – W wieku 27 lat powinien osiągnąć swój szczyt. Ale ze spokojem 14-latka w klubie ze striptizem Fabiański nigdy nie pokazał wystarczającej odporności psychicznej do gry w pierwszym zespole – dodawał. Widocznie dziennik nie docenił próby charakteru, którą Fabiański przeszedł zmagając się z karierą sypiącą się w posadach.

Szybkie rozstanie z bramką

Podobne poczucie jak teraz Polak miał dwa sezony wcześniej. Kilka chwil ze świadomością osiągnięcia celu zakończyło żmudne budowanie wszystkiego od nowa. Tak wyglądała sportowa kariera Fabiańskiego po urazie z 2011 roku. Na parę miesięcy wskoczył w wygodną bluzę pierwszego bramkarza na Emirates Stadium, by później jego kontuzja dała szansę na międzynarodową karierę młodziutkiemu Szczęsnemu. Odnawiające się problemy z ramionami i plecami sprawiły, że Fabiański miał tak długą przymusową przerwę. Nawet, gdy Szczęsny w obecnym sezonie wypadł z gry na kilka tygodni, jego rodak nie mógł wykorzystać szansy. Dwaj Polacy lizali swoje rany, a okno wystawowe otworzyło się przed trzecim bramkarzem Vito Mannone.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: