Wywrócona tabela

Przeprosiny od Premier League przyjęte. Po fatalnym poniedziałku eksplozja emocji nastąpiła w Boxing Day. Lider spadł na czwarte miejsce, outsider pokonał na wyjeździe ekipę z TOP4, West Ham zanurkował w strefie spadkowej. Huh!

Nie sposób zacząć gdzieś indziej niż na Etihad Stadium. Przed meczem z Liverpoolem Manchester City aplikował kolejnym rywalom u siebie średnio 4,375 gola na mecz. Wszystkie rzecz jasna wygrał. Trudno było się więc spodziewać wyniku innego niż wygrana gospodarzy w starciu najlepszych ataków całej Premier League. Wynik 2:1 dla City – zupełnie spodziewany. Przebieg walki na szczycie – absolutnie zaskakujący.

Liverpool miał nie wygrać w Tottenhamie, a zwyciężył. Na Etihad przewidywałem wersję zdarzeń podobną do ich wyjazdowego starcia z Arsenalem. Niby kilka niezłych akcji, ale Kanonierzy pod kontrolą wydarzeń i ze spokojnym 2:0. Nie po raz pierwszy w sezonie nie doceniłem potencjału The Reds. Rzadko kiedy porażki mogą służyć jako moment, w którym zaczyna się piękna bajka. Jednak minimalna przegrana z Manchesterem City na taką wygląda. The Reds mają naprawdę wszystko, aby rzucić wyzwanie Chelsea na wyjeździe już w najbliższą niedzielę.

Dotychczasowy lider tabeli atakował z polotem, precyzją i finezją większą od spektakularnego dotąd Manchesteru City. Trójkąt Luis Suarez – Raheem Sterling – Philippe Coutinho, ustawiony często na długość ręki od siebie, wymieniał wyśmienite kombinacje podań na jeden kontakt. Grama przesady nie było w pochwałach Brendana Rodgersa, który zauważał jakość ataków konstruowanych przez swój zespół. Suarez udowodnił kolejny raz, że teraz, pod koniec kalendarzowego roku, nie ma sobie równych w Anglii, a i pewnie w reszcie świata. Jako pierwszy od niepamiętnych czasów tak często kręcił zjawiskowym przecież Vincentem Kompanym. Umiał go wyciągać z pozycji, a które najczęściej wbiegał Sterling. Tak jak na Tottenhamie pudła Liverpoolu nie skończyły się renesansem gospodarzy, tak tu przestrzelone „setki” Glena Johnsona i Sterlinga właśnie okazały się języczkiem u wagi między dwoma równorzędnymi rywalami.

Otwarte starcie Manchesteru City z Liverpoolem (oraz wcześniejszy hit City – Arsenal) uwidoczniły dodatkowo jaki futbol w 2013 roku zyskał na znaczeniu. Chyba czas już ogłosić koniec dogmatycznego poszukiwania długiego utrzymywania się przy piłce i wiązaniu 49 podań przy okazjach strzeleckich. Wyjątkowe mecze dzieją się, gdy obaj rywale hołdują błyskawicznej wymianie kontrnatarć. Nawet City, które rok temu grało znacznie wolniej, swojego zwycięskiego gola zawdzięcza błyskawicznemu wypadowi złożonego z wybicia, dwóch podań i strzału (słabego, obciążającego konto Simona Mignoleta). W tak zachwycającym pokazie nawet nie warto psuć sobie wspomnień decyzjami sędziowskimi, które doprowadziły do wybuchu Rodgersa na konferencji prasowej.

Reszta stawki

1. Dramatyczne rzeczy działy się na mnóstwie stadionów poza Etihad. Moją uwagę przykuł szczególnie wyjazdowy sukces Crystal Palace. Zespół ten ma w tym roku wyjątkową moc do wygrywania meczów, których waga wydaje się największa. To nie przypadek, gdy spektakularne triumfy odnosi się nad potentatami ligi. Crystal Palace takie spotkania regularnie przegrywa. Za to wszystkie pięć wiktorii z tego sezonu odnosi nad rywalami bezpośrednio zaangażowanymi w walkę o utrzymanie. Wczorajszy skalp na Aston Villi był kolejnym po pobiciu Cardiff, West Hamu, Hull oraz Sunderlandu. Po raz pierwszy w sezonie Palace wyściubiło głowę poza strefę spadkową.

2. Największą sensacją świąt, prawdziwym łamaczem kuponów bukmacherskich, musiało być zwycięstwo Sunderlandu na niezdobytej dotąd twierdzy Evertonu. Wydatnie pomogło tu słuszne wyrzucenie Tima Howarda już w 23. minucie. Everton, mimo liczebnego osłabienia, zrobił wszystko, aby wrócić do życia w tym meczu. Ale nie tym razem. Na ich drodze stanął bramkarz Vito Mannone, który w Arsenalu mógł liczyć tylko na granie trzecich skrzypiec za golkiperskim duetem Polaków. Sunderland zrobił przy tym pierwszy krok na drodze swojej „mission impossible”. Drużyna ostatnia w tabeli Premier League na święta w 95% przypadków spada z ligi. Jedyny raz w historii udało się jej uciec spod topora w pamiętnej gonitwie West Bromu z Tomaszem Kuszczakiem w bramce, którego symbolem była ta parada w ostatnich sekundach starcia z Wigan.

Czytaj dalej…

Reklamy

W Boxing Day będzie lepiej…

Trudno ukrywać, że pojedynek najlepszych drużyn z Londynu zapowiadał lepszy wstęp do świąt. Rozpuściły nas ostatnie szlagiery z workami bramek. Na szczęście kaca po słabym hicie szybko można zaleczyć – następna kolejka Premier League już za dwa dni…

Jeśli ktoś szuka winnego słabych derbów Londynu na szczycie, powinien spojrzeć w stronę Jose Mourinho. Już na dobry wieczór Portugalczyk zdradził swoje zamiary, które dodatkowo potwierdził wypowiedziami po meczu. Pojechał z Chelsea na Emirates przede wszystkim nie przegrać. Zmienił system na 4-3-3, aby upchnąć w jednej drużynie trójkę defensywnych pomocników. Przypomniał się przebieg pierwszej kadencji Mourinho w Chelsea, gdzie szczelną obroną w systemie 4-3-3 przebrnął prosto do mistrzostwa Anglii. The Blues oddali zupełnie posiadanie piłki, a Arsenal nie poradził sobie w takim tłoku.

Doprawdy trudno zachwycać się jakimkolwiek elementem poniedziałkowego meczu. Najciekawszą historią dookoła tego spotkania wydaje mi się… kupon bukmacherski. Przed spotkaniem jakiś Anglik opublikował na Twitterze zdjęcie swojego kuponu, w którym obstawiał strzelców pierwszej bramek w 7 lub 8 grach w angielskim futbolu. Postawił dwa funty, weszły mu wszystkie (!) typy, a do końcowego triumfu zabrakło tylko gola Aarona Ramseya na The Emirates. W końcówce kibicowałem więc za golem Walijczyka, który dałby angielskiemu typerowi… pół miliona funtów. Kiedyś byłem struty, gdy jeden niecelny typ pozbawił mnie trzech tysięcy złotych. Co zatem czuł człowiek z taką szansą na łatwe 500 tysięcy funciaków?

Nawiązując do typów – czuję się bardzo spełniony wynikiem moich piątkowych przewidywań. Remis lub wygrana Chelsea, która da pierwsze miejsce na święta Liverpoolowi? Jest (to już nudne, ale czy widzieliście jak na jeden kontakt gra Liverpool z TAKIM Luisem Suarezem?!). Problemy West Bromwich u siebie i remis lub zwycięstwo gości z Hull? Jest (West Brom wydarł ten remis w samej końcówce).

Nie sprawdziły mi się tylko przewidywania dotyczące porażki Tottenhamu w Southampton. Projekt Kogutów nabiera interesujące oblicze. Nowe ustawienie Spurs w 4-4-2 zaprasza do otwartych meczów, pełnych goli. Wciąż jednak nie przewiduje zbyt wielu zwycięstw w meczach na szczycie z tak otwartym nastawieniem. Manchester City tylko poluje na takie okazje. Jedno wydaje mi się pewne. Mecze Tottenhamu będzie się oglądać pioruńsko dobrze.

Kategorie:Uncategorized

Widzę czas zmiany lidera

Zaczynamy oficjalnie świąteczno-noworoczne szaleństwo Premier League, gdzie mecze w Anglii wydają się rozgrywać co 15 minut, a wszystkiego nie sposób sensownie ogarnąć. Dlatego planuję krótsze, ale dużo częstsze wpisy na temat ligi, która nie zapada w sen zimowy.

Trzy prognozy Andrzeja-Jasnowidza przed weekendem 21-23 grudnia:

1. Zmiana lidera Premier League

Andrzej-Jasnowidz widzi koniec pobytu Arsenalu na szczycie tabeli. Kanonierzy grają u siebie z Chelsea. Wieszczę remis lub wygraną gości, która siłą rozpędu zepchnie ekipę Arsene Wengera poza szczyt. Arsenal nie jest w kryzysie, nawet jak nie wygrał trzech kolejnych spotkań – tego nie dajmy sobie wmówić. Niefortunnie ułożył im się kalendarz gier, więc spora przewaga punktowa musiała stopniowo maleć. Źródeł ich przewidywanego niepowodzenia dopatruję się gdzie indziej.

Czemu wierzę w moc Chelsea? Ponieważ moim zdaniem właśnie w grudniu The Blues włączą piąty bieg, do którego jak dotąd się nie zbliżali. To dość niezwykłe, że ten zespół zachwycał najrzadziej z ligowej czołówki, a mimo to wciąż trzyma się na dystans kilku punktów od lidera. Znakomicie podsumowuje to odpowiedź Jose Mourinho, pytanego czego brakuje drużynie Chelsea, aby być na poziomie Manchesteru City. – Mamy od nich więcej punktów, więc to pewnie oni chcą być tacy jak my – powiedział.

W poniedziałkową noc na fotelu lidera zasiądzie zatem najprawdopodobniej… Liverpool. The Reds regularnie odprawiają kolejnych rywali na Anfield. Nie inaczej powinno być z Cardiff City, które jest dodatkowo wstrząsane narastającym konfliktem na linii właściciel – trener. Do scenariusza, w którym Liverpool znów będzie na szczycie wystarczy im swoje zwycięstwo i remis w derbach Londynu.

2. Southampton nad Tottenhamem

Wygrana Świętych z bezpośrednim starciu (u siebie) z Kogutami pozwoli im przeskoczyć nad londyńczyków w tabeli. Choć Southampton w ostatnich pięciu kolejkach zebrał ledwie dwa punkty – moim zdaniem da radę. Bardziej wiąże się to z rewolucją (według mnie zbyt pochopną) w Tottenhamie, która przypadła na najgorszy moment sezonu. Zmiana taktyki Kogutów (na 4-4-2 w środowym meczu Pucharu Ligi), nowy tymczasowy trener, fatalne nastroje po dwóch z rzędu klęskach u siebie i dodatkowo kontuzje/zawieszenia ważnych piłkarzy (Vertonghen, Paulinho, Sandro, Kaboul, Townsend). To wszystko układa się w wygraną Świętych.

3. Falstart nowego West Bromu

Ścieżką identyczną jak Tottenham poszli The Baggies – tuż przed najbardziej gorącym momentem w kalendarzu wyrzucili trenera. Podobnie jak wyżej – widzę w tym, przynajmniej początkowo, ścieżkę donikąd. West Brom w pierwszym meczu bez Steve Clarke’a zagra u siebie z Hull City, które na dziś jest najprzyjemniejszą niespodzianką pierwszej połowy sezonu. Remis ze wskazaniem na gości.

(Nie)wiara w ten Liverpool

Kibic Liverpoolu nie żył tak dobrze od 2009 roku. Takie wygrane na tak trudnym terenie w ostatnich latach po prostu się nie zdarzały. Ekipa z Anfield hurtowo tłucze kolejne gole i w efektywności strzałów przebija ich tylko bajeczna ofensywa Manchesteru City.

Najprzyjemniejsza niespodzianka tego sezonu na Anfield

Jakże przedziwnym obrazkiem było praktycznie wyludnione White Hart Lane jeszcze przed ostatnim gwizdkiem. Przecież to tutaj, na oczach swoich fanów, z tym rywalem, Koguty ostatnio wyjątkowo regularnie wpisywały sobie pewne trzy punkty. Pięć kolejnych wygranych nad Liverpoolem z rzędu w tym dwa lania po 4:0. Być może fani innych klubów większe wyzwania widzą w podróżach na Etihad Stadium, Stamford Bridge lub Old Trafford. Dla liverpoolczyka przedsionkiem piekieł był obiekt Tottenhamu.

Naprawdę trudno było spodziewać się takiego zakończenia Super Niedzieli w angielskiej ekstraklasie. Nawet przy eksperymentalnej obronie Spurs (Michael Dawson plus Etienne Capoue). Niedługo trzeba było jednak czekać na dowody, iż defensywnemu pomocnikowi (Capoue), będzie trudno z przestawieniem się do roli ostatniego bastionu przed bramkarzem. Tak złożonej obronie nie pomogła, niezrozumiała, decyzja Andre Villas-Boasa do dogmatycznego trzymania się swojej strategii gry z bardzo wysoką linią defensywy. W teorii wyglądało to nieźle. Napastnicy i pomocnicy Tottenhamu szaleńczo próbowali odcinać drogę rozegrania środkowym obrońcom Liverpoolu. Jednak, gdy The Reds udawało się już wydostać piłkę spod własnej, bramki… wtedy zaczynała się rzeź.

Pressing Tottenhamu był widowiskowy, ale to naciskanie Liverpoolu przynosiło efekty. Z nich robiły się kontry. Zabójcze przy wysoko ustawionych obrońcach i hektarach miejsca do wbiegnięcia za plecy. The Reds mieli dwóch liderów, którzy bezlitośnie, raz za razem karcili tę defensywną nieporadność Kogutów.

Po Luisie Suarezie można było się tego spodziewać. W obecnej formie strzeleckiej kręci statystyki na poziomie Leo Messiego lub Cristiano Ronaldo. Jego gra w całym tym sezonie to czysta klasa. Schodzi na boki, wyciąga obrońców, rozgryza, odbiera, walczy i biega. Aż dziw bierze, że na początku sezonu wydawało się, iż Suarez stracił całą ochotę do gry na Anfield. Może w ten sposób wabi kolejne Reale, Barcelony lub Bayerny?

Drugim filarem Liverpoolu okazał się Jordan Henderson. Ten sam, za którego cena 20 mln funtów wydawała się wiceszaleństwem dekady (35 mln funciaków za Andy’ego Carrolla nie przebije chyba nic…). Henderson to obok Aarona Ramseya największy postęp w tym sezonie ligowym. Wyjątkowo dobrze wychodzi mu wybieganie na pozycję napastnika, którą raz za razem opuszcza Suarez. Wydaje się wręcz, że w każdym kolejnym ruchu myśli wyłącznie o ruchu prosto na bramkę rywala. Podanie w bok lub bieg do tyłu – takie alternatywy zostawia innym.

Wciąż trudno mi uwierzyć w ten Liverpool, aby ustawić go jako godnego miejsca w czołowej czwórce, o tytule już nie wspominając. Zbyt świeże są wspomnienia przeciętności niedawnych drużyn spod ręki Hodgsona lub Dalglisha. To zostaje w głowie na długo. Przy każdej kolejnej marnowanej setce (pudło Suareza na pustą bramkę lub słupek Sakho) spodziewałem się, że zaraz Tottenham skarci ten brak skuteczności. Głębszy oddech i uśmiech na twarzy mógł pojawić się dopiero po trzecim golu. Z resztą, kto by się nie cieszył, gdy swoje trzy grosze dorzuca nawet lewy obrońca hodowany w akademii Liverpoolu?

Może jednak nie trzeba tak wątpić? Tegoroczny Liverpool jest naprawdę inny. Z rozmiłowaniem zajmuje się gromieniem kolejnych rywali. Nie zadowala się szybkim 2:0, a pruje po cztero-, pięciobramkowe przewagi. W ostatnich dwóch miesiącach The Reds już pięć razy aplikowali rywalom cztery lub więcej bramek. W niedzielę zrobili to po raz pierwszy na wyjeździe.

Ale serce kibica nie kupuje takich argumentów statystycznych. Nic, że Liverpool jest liderem na wyciągnięcie ręki od Arsenalu. Mówimy o Lidze Mistrzów? To porozmawiamy o tym w maju, tak w okolicach 37. kolejki. Do tego czasu wieszczę same katastrofy, upadki i kompletne rozbicie zespołu. Na zapas, żeby tak mocno nie bolał ewentualny zawód, którego tak strasznie się boję.

Aaron Ramsey na czynniki pierwsze

18 meczów nowego sezonu uznaję za wystarczającą próbkę. Można to powiedzieć – Aaron Ramsey kwalifikuje się do odpowiednika nagrody Największy Rozwój Sezonu, którą przyznaje się choćby w NBA (Most Improved Player). Skok jakościowy u Walijczyka jest dramatyczny i potwierdzają to nie tylko statystyki bramek.

Aaron Ramsey w sobotę triumfalnie wrócił do Cardiff, które w 2007 roku dało mu szansę ligowego debiutu, gdy miał dopiero 16 lat i 124 dni. W 2008 roku był częścią drużyny City, która doczołgała się do samego finału Pucharu Anglii. Ramsey odszedł po tym do Arsenalu Londyn i świat miał stanąć przed nim otworem. Szybko nie stanął, do czego walnie przyczyniła się twarda noga Ryana Shawcrossa. Brutalne wejście gracza Stoke sprawiło, iż kończyna Walijczyka praktycznie wisiała na skarpecie. Wracał do zdrowia blisko dziewięć miesięcy. Uraz zostawił za sobą dopiero na starcie sezonu 2013/14.

Wybuchu formy Ramseya nie dało się przeoczyć. Kolejnymi bramkami wpychał się na czołówki brytyjskich gazet. Jednak krótkich wzlotów w sezonie notujemy setki. Jeszcze chwilę temu Anglicy upatrywali zbawcy w Andresie Townsendzie, który już strzelał dla reprezentacji Trzech Lwów. Magiczny dotyk skrzydłowego Tottenhamu się wyczerpał i teraz bardziej niż o podboju świata musi myśleć o pozycji w wyjściowej jedenastce Kogutów.

Nie chciałem więc pospieszać pochwał Ramseya. Niech się chłopak wykaże na dłuższej próbie meczów. Po dwóch golach strzelonych Cardiff przyszedł najwyższy moment na próbę. Porównajmy więc jego osiągnięcia w porównaniu tego sezonu i jego dwóch poprzednich. W rankingu zawodników Premier League portal (znakomity zresztą) WhoScored.com plasuje go teraz na 2 miejscu, tuż za Luisem Suarezem, ze średnią ocen 8,08. Rok temu Ramsey był… 97, a dwa lata temu 114. Idziemy dalej (za WhoScored.com):

Statystyka (średnie)

2013/14 (13 meczów)

2012/13 (36 meczów)

2011/12 (34 mecze)

OFENSYWA

Gole (suma)

8

1

2

Asysty (suma)

4

2

4

Podania

72,2

53,7

56,6

Celność podań

85,6%

88,2

87,3%

Długie podania

3,8

2,9

3,1

Kluczowe podania

1,4

1,3

1,6

Strzały

2,3

1,3

1,8

Straty

2,4

1,8

4,2

INDYWIDUALNE

Udane dryblingi

1,5

0,9

1

Faulowany

1,2

0,9

0,8

DEFENSYWA

Odbiory

4,5

2

1,7

Przechwyty

1

1,2

0,8

Faule

1,7

1,3

0,9

Zawodnik meczu

4

1

1

Czytaj dalej…

Der Klassiker w pięciu lekcjach

Wynik nie oddaje w pełni przebiegu meczu, ale udowadnia ile kroków przed resztą stawki jest obecnie FC Bayern Monachium. Bawarczycy po mistrzowsku wypunktowali swojego najpotężniejszego krajowego rywala i dalej spokojnie siedzą na czele stawki w Niemczech. Co pokazał nam sobotni klasyk w Niemczech?

1. Rola Lahma

Jaka logika stoi za przesunięciem najlepszego bocznego obrońcy świata u szczytu formy na nową pozycję? Tak robi tylko szaleniec lub… wizjoner. Owszem, brak Philippa Lahma na skrzydle obniża potencjał ataku na prawej stronie (co udowadnia jedyny moment, gdy Niemiec pobiegł na starą pozycję – skończyło się asystą przy golu na 3:0).  Jednak łatwo o uzasadnienie takiego wyboru Pepa Guardioli.

Spójrzcie sami na załączony wykres. Lahm ustawiony jako defensywny pomocnik ma służyć głównie stabilizacji rozgrywania piłki od tyłu. Guardiola szanuje utrzymywanie posiadania futbolówki, a Lahm o nią bardzo dba (94% dokładności zagrań w sobotę, 92% średnia sezonu). W Bayernie tylko Bastian Schweinsteiger ma lepsze statystki precyzji podań.

Lahm także zauważalnie cofa się pod własnych środkowych obrońców. Choć w obronie Bawarczycy bronią ewidentnie czwórką z tyłu, to w fazie ataku boczny defensorzy błyskawicznie przesuwają się do przodu, a ich pozycję asekuruje właśnie Lahm. Dzięki temu Bayern ma wyjątkowo mocne skrzydła i przy okazji dużo opcji do zagrania w środku. Ryzykowna jest tylko strata piłki w wyprowadzaniu jej od tyłu, ale właśnie dlatego tak kluczową rolę stanowi wysoki procent dokładności podań. (Podobny manewr Guardiola robił w Barcelonie, gdy Sergio Busquets w ataku stawał się trzecim środkowym obrońcą).

2. Casting Lewandowskiego

Polski napastnik był najjaśniejszym punktem rozbitej w końcówce Borussii Dortmund. Choć drużynowo poniósł klęskę, jego bardzo udany występ indywidualny stanowił najlepszy dowód, dlaczego Bayern powinien latem walczyć o niego do ostatnich sił. W starciu z silnymi obrońcami Bayernu (Boateng i Dante na zmianę), Robert Lewandowski wygrywał większość pojedynków główkowych – 11 w całym spotkaniu. Dortmund nie miał warunków do długiego rozgrywania piłki. Polak stanowił więc kluczowy element w konstruowaniu ataku, bo umiał utrzymać piłkę pod presją na połowie rywala. Stąd też był najczęściej poniewieranym graczem meczu.

Jego największą wartością był jednak wpływ na ustawienie linii defensywnej monachijczyków. Lewandowski wycofany z pozycji wysuniętego napastnika z miejsca zabierał za sobą Boatenga lub Dantego. W sobotę świetnie wychodziły mu podania z głębi. Właśnie po zagraniach Lewandowskiego do kolegów wbiegających w wolne luki Dortmund miał swoje najlepsze szanse – w 70 minucie znakomitą okazję zmarnował Henrich Mychitarian, a trzy minuty później Marco Reusa zatrzymał bramkarz gości. Dodaj takiego napastnika do ekipy Bayernu, a wychodzi maszynka o przerażającej jakości…

3. Ławka Guardioli

Szpital w obronie Dortmundu tylko uwypuklił różnice w jakości składów obu niemieckich potentatów. Bayern dysponował na ławce ludźmi, którzy wzięli się do zupełnego odwrócenia losów meczu. Luksus wprowadzania po przerwie Thiago Alcantary oraz Mario Gotze to marzenie każdego klubowego trenera na świecie.

Nawet wymuszona zmiana, mocno przy tym nietypowa, Jerome’a Boatenga za Thiago okazała się strzałem w dziesiątkę. Hiszpan wszedł i zaprowadził ład w środku pola Bayernu. Stać go było na niekonwencjonalne podania, których wcześniej nie próbował nikt. Unaocznieniem tego zjawiska było rewelacyjne zagranie przy kontrze Bawarczyków zakończonej celnym strzałem Robbena na 2:0.

Gotze z kolei musiał dodatkowo zmierzyć się z ciężarem 80-tysięcznych trybun w Dortmundzie, które grały kocią muzykę przy jego każdym kontakcie z piłką. Wszedł na pozycję fałszywego napastnika i udało mu się uciszyć na moment rozśpiewane gardła fanów Borussii kluczowym trafieniem w meczu.

Czytaj dalej…

To nie był czas gigantów – podsumowanie 11. kolejki Premier League

Rzeź kolejnych faworytów. Wątpliwe karne w doliczonym czasie gry. Marny jakościowo hit kolejki. Thriller ekip środka tabeli. Rzadko w Premier League dzieje się tyle na przestrzeni dwóch dni. Dobry materiał do przetrawienia przed długą przerwą na reprezentacje.

Weekend był idealny dla Liverpoolu i Southamptonu oraz rzucający koło ratunkowe Manchesterowi United. Jeśli ktoś celnie obstawiał tę kolejkę Premier League u bukmachera, dziś chodzi bardzo uśmiechnięty, bo kursy na remis Chelsea u siebie lub porażkę Tottenhamu musiały być niebiańskie. Warto sobie to ułożyć w zgrabne kategorie.

Wydarzenie: rzuty karne dla Chelsea i Stoke.

Końcówka meczu to czas dużego napięcia. Trybuny gospodarzy zwykle wywierają olbrzymią presję na każdy gwizdek sędziego. Martin Atkinson dał się ponieść. Pytałem na Facebooku, czytałem opinie i zdania nie zmieniłem – karnego na Ramiresie nie było. Starcie bark w bark jest chlebem powszednim w piłce nożnej. O faulu nie może być mowy tym bardziej, gdy jeden z pojedynkujących się pada na ziemię jeszcze przed właściwym starciem. Ciekawi mnie jaka prywatna opinia krąży po głowie Jose Mourinho. „Upiekło nam się”? Bo ta oficjalna – „Karny był oczywisty. To sędzia nas skrzywdził nie gwiżdżąc wolnego przy ich drugim golu” – jest oczywistym mydleniem oczu. Tak rzutem na taśmę przetrwał niesamowity rekord Mourinho na Stamford Bridge, gdzie jeszcze nigdy nie przegrał ligowej potyczki.

Jeszcze mniej wątpliwości mam przy ocenie karnego dla Stoke w ostatnich sekundach starcia, wyjazdowego!, ze Swansea. Gdy trener obdarowanej ekipy mówi, że rywale mają powody do niezadowolenia, wszystko wydaje się jasne. Sędzia w gąszczu ciał dojrzał rękę, której ja zaobserwować nie zdołam choćby z 1001 powtórki. Przynajmniej było to królewskie ukoronowanie meczu kolejki, który na takowy wcale się nie zapowiadał. Od 0:2 Swansea doszła na 3:2 i cios prosto w serce dostała na sam koniec. Sędziemu udała się trudna sztuka zagotowania krwi w żyłach Michaela Laudrupa.

Bohater – Tim Krul (Newcastle, za wygranie Srokom meczu na White Hart Lane)

14 udanych parad – to nowy rekord ligi od momentu, gdy Opta zaczęła mierzyć podobną statystykę. Holender w bramce Newcastle rozgrzewał się z każdą udaną interwencją. A zaczął z dużym przytupem przy wybiciu główki Roberto Soldado. Najpiękniej wyglądało jednak zatrzymanie nogami Christiana Eriksena, który już praktycznie położył Krula i miał tylko pociągnąć za spust. Nie tym razem

Prezent – Jussi Jaaskelainen ratuje posadę Chrisa Hughtona

Po serii fatalnych wyników (np. 0:7 z Man City) Norwich w sobotę znów było na łopatkach. Przegrywali po pierwszej połowie, a West Ham bez napastnika zbliżał się do podwyższenia wyniku. Aż łatwego balona z rąk wypuścił Jaaskelainen (zwykle bardzo pewny). Potem Fin sfaulował rywala w polu karnym, Norwich wyrównało i… zaczęło się. Odwrót o 180 stopni, pierwsze zwycięstwo w pięciu kolejkach i wyjście poza strefę spadkową. Trener Hughton odsapnie po ostatnich koszmarach.

„Bardzo proszę koledzy, oto wasze koło ratunkowe”

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: