Archiwum

Posts Tagged ‘Alan Pardew’

Jak ukarać Pardewa?

Alan Pardew obudził u większości obserwatorów w Anglii nutkę moralisty. Jak bardzo ukarać trenera, który haniebnie zaatakował piłkarza Hull City Davida Meylera? Na ile wycenić jego oczywisty przecież grzech?

Krótkie przypomnienie lub streszczenie. Newcastle prowadzi na wyjeździe 3:1, gdy w 72. minucie gry Meyler biegnie po piłkę wyrzuconą na aut i wchodzi na szlak kolizyjny z Pardewem. Krótka przepychanka i wymiana słów prowadzi do dynamicznego ruchu głową trenera Srok w stronę gracza Hull (ang. headbutt). Pardew wylatuje na trybuny, Meyler dostaje żółtą kartkę. Piłkarska Anglia eksploduje.

Ceniony Henry Winter z „The Daily Telegraph” wycenia to przewinienie Pardewa na zawieszenie do końca sezonu – 10 meczów. –  FA musi działać zdecydowanie i, aby zachować wiarygodność, wykluczyć Alana Pardewa, menedżera Newcastle, z pobytu na stadionach piłkarskich do końca sezonu – pisze. Podobnie sprawę widzi analityk BBC Robbie Savage (były agresor boisk Premier League, nomen omen). – Pardew nie powinien pojawiać się na stadionach przez 10 ostatnich meczów w sezonie Newcastle. Jak można zarządzać grupą piłkarzy, gdy zrobiło się podobną rzecz jednemu z ich kolegów? – pyta Savage.

Błyskawicznie zareagowało samo Newcastle, które wlepiło trenerowi 100 tysięcy funtów grzywny (mocne) i udzieliło oficjalnego ostrzeżenia. Pardew pozostał na swoim stanowisku, mimo że niektórzy, jak Graeme Souness, domagali się natychmiastowego zwolnienia. Swoje dołoży jeszcze angielska federacja, która już zapowiedziała ukaranie Anglika, nie wiadomo jeszcze w jakim wymiarze. Podobno FA widzi sprawę jako większe przewinienie niż popchnięcie sędziego przez Paula Ince’a, za które ten niedawno dostał pięciomeczowe zawieszenie.

Pierwsza reakcja była oczywista – cóż ten Pardew uczynił?! Jednak z każdym dniem coraz mniej podoba mi się publiczny ostracyzm Anglika. Zasłużył na znaczącą karę, ale w racjonalnych proporcjach do przewinienia. Naruszył nietykalność cielesną swojego kolegi z profesji, a na to nie ma miejsca. Bez cienia wątpliwości. Pomogło mu zdecydowanie to, że Meyler przyjął sprawę jak twardziel i zamiast rolowania po ziemi postanowił słownie odgryźć się trenerowi. Do eskalacji nie doszło po szybkiej interwencji innych graczy.

Bardzo wygodnie jest jednak robić z niego kozła ofiarnego. Zachowanie Pardewa, choć wyjątkowo głupie, nie było przecież bardzo agresywne i w żaden sposób nie mogło uszkodzić piłkarza. Cios głową jest przecież przewidywalny, wolny i dość słaby – słusznie ludzie z podcasta Football Weekly ocenili go bardziej jako gest niż faktyczny cios.

Czy nie dużo groźniejsze są ataki z czystą premedytacją na nogi rywala w „rytmie meczowym”? Czy nie gorsze są rasistowskie gesty lub odzywki? Nicolas Anelka dostał niedawno pięć meczów zawieszenia od FA za gest „quenelle”, który ma zabarwienie antysemickie. Samo ukaranie go za ten ruch wskazuje, że federacja odebrała go za obelżywy. Jak więc TAKIE coś może być wycenione dwa razy słabiej niż działanie Pardewa? Przypomnijmy też, że Jose Mourinho za wbicie palca w oko Tito Vilanovy (to dopiero groźne) dostał 600 euro grzywny i zawieszenie na… dwa spotkania.

Skłaniam się ku słowom byłego prezesa Newcastle Freddy’ego Sheperda. – On przeprosił i nie powinien tego robić. To było szalone, ale dostanie karę i będzie się z tym zmagał do końca życia. Dwadzieścia milionów ludzi to oglądało i wydaje mi się, że FA zechce zrobić z niego przykład – powiedział. Też się tego obawiam, że Pardew zostanie czarną owcą angielskiej piłki, choć natychmiast ruszył z akcją przepraszania i całkowitego przyznania do winy oraz gotowości do zmierzenia się z konsekwencjami.

Z pewnością Pardewowi nie pomaga dawna historia wybuchów na ławce trenerskiej. Słynne są już jego starcia słowne z Arsenem Wengerem, Martinem O’Neillem i niedawne z Manuelem Pellegrinim (którego nazwał dosłownie, wybaczcie „starą, pierdoloną cipą”). Półtora roku temu dostał 20 tysięcy funtów grzywny i dwa mecze zawieszenia za popchnięcie asystenta sędziego. Z pewnością ma kłopoty z okiełznaniem swojego temperamentu, ale stawianie jego najnowszego grzechu nad akcje Mourinho lub Anelki to duża przesada. Inna kwestia to wpływ zachowania trenera na opinię zawodników, o którą pyta Savage. Kwestia utrzymania dyscypliny przez Pardewa zależy od wielu czynników, których nie znamy – jego posłuchu, dotychczasowej pozycji, rozliczenia i rachunku sumienia przed zespołem. Moim zdaniem zasługuje na szansę, tym bardziej, że popierają go wyniki sportowe. Co o tym sądzicie?

PS. Najdziwniejsze w całej sprawie jest to, że cała sytuacja przytrafiła się, gdy Newcastle spokojnie wygrywało trudny mecz wyjazdowy i zaczynało się otrząsać po stracie Yohana Cabaye’a. Ich świetny występ przyćmiła debata o Pardewie. Szkoda, bo tegoroczne odrodzenie Srok to jedna z ważniejszych historii w tegorocznym sezonie Premier League.

 

Reklamy

Francuska enklawa na północy Anglii

Alan Pardew otworzył w Newcastle kolonię francuską. Za garść orzechów sprowadził przedstawicieli Ligue 1, którzy już zaczęli dla niego wygrywać. A jeszcze siedem lat temu menedżer przestrzegał przez nadmiernymi inwestycjami za granicą.

Sissoko z miejsca stał się hitem w Newcastle

Newcastle United chce przywrócić dobre imię francuskiej armii. Klub z Anglii misję ratowania ligowego bytu powierzył trójkolorowym rekrutom. W styczniu do Newcastle wybrało się pięciu Francuzów z Ligue 1. Zaciąg zaczął się od porażki u siebie z walczącym o utrzymanie Reading.  Sroki pozyskały dwóch reprezentantów Francji – Mathieu Debuchy’ego i Moussę Sissoko. Poza nimi kupiono młodych gniewnych, z których żaden nie kosztował więcej niż 7 mln funtów.

Francja, supermarket z przecenami dla Newcastle – grzmiała gazeta L’Equipe. Francuzi nie mogą przeboleć, że nawet drużyna walcząca o życie w Premier League bez problemu zabiera krajowe talenty.

Gigant z przeceny

Jeszcze na początku roku menedżer Pardew wykorzystywał w składzie dwóch Francuzów. Na spotkanie z Chelsea wysłał do boju już szóstkę. Dramatyczne zwycięstwo nad londyńczykami w 90 minucie zapewnił Sissoko. 22-letni pomocnik strzelił dwa gole. Wcześniej stale wyszukiwał wolną przestrzeń tuż przed obroną The Blues. Gdy brakowało mu miejsca na środku, chętnie schodził na jeszcze luźniejsze boki. Sama mecz z Chelsea usprawiedliwił wydanie 1,8 mln funtów na Sissoko.

16 miesięcy temu zobaczyłem Moussę po raz pierwszy. Od tamtej nocy chciałem go u nas – przekonuje menedżer Pardew. Sissoko zagrał dla nowego trenera w dwóch zwycięskich meczach. W debiucie asystował przy pierwszej bramce. Komplet punktów odmienił drużynę, która przegrała 12 z 16 wcześniejszych spotkań we wszystkich rozgrywkach.

Czytaj dalej…

Demba Ba nie pada na kolana

Ma zniszczone kolano, gorliwie się modli, kocha syrop truskawkowy i strzela mnóstwo goli. Zatrudnienie Demby Ba to olbrzymie ryzyko dla każdego klubu ze względu na chroniczną kontuzję. Jednak Senegalczyk sowicie odpłaca się wszystkim, którzy na niego stawiają.

Przekleństwo i błogosławieństwo

Ba na kolanach tylko podczas modlitwy 

Zwykły piłkarz mógłby nie wytrzymać informacji, że śruba wmontowana przy operacji omyłkowo zdewastowała jego kolano. Ale nie Ba. Nowy napastnik Chelsea siły szuka w religii, modląc się pięć razy dziennie i przestrzegając zasad islamu. Codzienna walka stworzyła u niego niezłomny charakter. – To najsilniejszy psychicznie piłkarz, z którym pracowałem – przyznał były trener Alan Pardew.

Chore kolano sprawiło, że Chelsea wyłożyła ledwie siedem milionów funtów za piłkarza, który w lidze angielskiej zdobył 36 goli w 66 meczach. Fernando Torres w tym samym okresie trafił do siatki 14 razy. Przezwyciężanie przeciwności losu pomogło Senegalczykowi przejść z czwartej ligi francuskiej do ekipy mistrzów Europy w ciągu ledwie siedmiu lat.

Jednak wcześniej uraz Ba sprawiał mu same przykrości. – Zdjęcie kolana Demby wygląda fatalnie – przyznał Pardew. To odstraszyło dwóch nabywców, którzy chcieli wyrwać piłkarza z Hoffenheim. Najpierw Senegalczyk oblał testy medyczne w Stuttgarcie, a później we Stoke. Menedżer tego drugiego klubu Tony Pulis określił kolano Ba mianem „tykającej bomby zegarowej„. – Jestem niesamowicie rozczarowany – mówił Pulis po fiasku transferowym. – Wystarczy spojrzeć na jego świetny bilans strzelecki. Ale rozmawiamy o dużych pieniądzach. Znaleźli coś, co później może stworzyć kłopoty.

Czytaj dalej…

Sztuka wyboru (mnie się nie udało)

Czasami nawet weekend Premier League potrafi pokazać, że życie to prawdziwa gra wyborów. Śledząc losy „wielkich chłopców” angielskiej piłki można było doprowadzić się do rozcięć na żyłach. Z kolei gdzieś w oddali, nieco ekipy mniej błyszczące w blasku fleszy dostarczały całe kopalnie adrenaliny.

Eksplozji emocji trzeba było szukać w dolnych rejonach tabeli EPL

Sobota i niedziela były dla mnie koszmarem, którego od Premier League nigdy nie doświadczam. Cztery na cztery mecze, które zdecydowałem się obejrzeć do przerwy kończyły się bez bramek. Co gorsza, aż trzy z nich dojechało z takim wynikiem do samego końca. W głowie ułożyłem sobie teorię deszczową. Coś musiało wytłumaczyć podobne anomalia w angielskim futbolu. Dlatego uznajmy, że deszcz lejący strugami na większości stadionów skutecznie zabił tę kolejkę dla wielkich klubów. Bo zespołom z dolnych rejonów tabeli w niczym to nie przeszkadzało: Sunderland miał gorącą, acz przegraną końcówkę z West Bromwich, a Wigan wygrało spotkanie w doliczonym czasie gry.

Najlepsze z puli bezbramkowców okazało się starcie Swansea z Liverpoolem. Z góry wiadomo było, że obie drużyny lubią długo i krótko poklepać podaniami. Tak też poczynili. Z biegiem czasu starcie zmieniło się w indywidualny pojedynek świetnego Pablo Hernandeza od Łabędzi, którego uciszyć próbowali ofensywni piłkarze The Reds.

Głęboka rozpacz kibica spragnionego klasowej piłki mogła za to dopaść obserwatora zmagań Aston Villi z Arsenalem oraz, niestety, Chelsea z Manchesterem City. W pierwszym meczu bardzo solidna organizacja pomocy The Villans zneutralizowała Santiego Cazorlę. Kanonierzy biegali w sobotę z wyraźnego przymusu, a ich akcje rozwijały się wolno lub jeszcze wolniej. Przynajmniej na tle przeciętnej reszty wyróżnić mógł się Wojciech Szczęsny. Polaka przywołano do tablicy raz, a porządnie. Czubkiem palców strącił strzał Bretta Holmana na poprzeczkę. Na tym ekscytacja się skończyła.

Przywitanie Beniteza w niebieskiej części Londynu

W przypadku pojedynku na szczycie wiele mówi fakt, iż jego najciekawszym wydarzeniem było przyjęcie Rafy Beniteza przez trybuny. W piątek pisałem o potencjalnych trudnościach nowego bossa Chelsea z fanami, ale wydarzenia przeszły wszelkie oczekiwania. Okrzyki „Wypi******j Rafa, nie jesteś tu chciany” i wszędobylskie kartki z napisem „Rafa out” skutecznie obrzydziły debiut 52-letniego menedżera. Sympatycy The Blues w 16. minucie pokazali, kto skradł i wciąż trzyma na własność ich serca – przez całą minutę wyli na chwałę Roberto di Matteo (16 było numerem RdM w Chelsea).  Z radą dla Beniteza pospieszył rywal z niedzieli, Roberto Mancini. Pytany, co trener The Blues musi zrobić, aby zyskać zaufanie kibiców odpowiedział: „wygrywać, wygrywać, wygrywać, wygrywać, wygrywać, wygrywać każdy mecz. Myślę, że pomogą tylko wyniki.”

Czytaj dalej…

Angielska odpowiedź na El Clasico

Nazwijcie mnie szaleńcem, człowiekiem sfiksowanym na punkcie Premier League, ale ja swój piłkarski deser w niedzielę widziałem bardziej w starciu Newcastle z Manchesterem United niż w hiszpańskim El Clasico. Nie, żeby Yohan Cabaye podawał ładniej od Xaviego, a Jonny Evans przyćmił technikę odbioru Javiera Mascherano. Rozeszło się o intensywność, energię, suspens. Nieustanne i zupełnie nieoczekiwane zmiany.

Rooney kwitnie w środkowej linii

Skąd ta fascynacja spotkaniem, w którym Manchester wbił trzy gole na wyjeździe i prowadził jeszcze zanim wszyscy na stadionie wygodnie ułożyli się na krzesełkach? Przez pierwszy kwadrans United zagrali prawdziwy koncert. Mieli swoje najlepsze minuty tego sezonu. Goście robili wszystko co tylko chcieli w ustawieniu bez żadnego skrzydłowego, z trójką nominalnych napastników, którzy wymieniali się pozycjami. Zepchnęli Newcastle pod pole karne i zranili ich dwoma cięciami po rzutach rożnych. Zapowiadało się na pogrom.

Czytaj dalej…

Plan doskonały w Newcastle?

Menedżer Alan Pardew przedłużył kontakt z Newcastle. News jakich setki w ciągu piłkarskiego tygodnia. Sprawa robi się ciekawsza, gdy na jaw wychodzi długość nowej umowy – aż osiem lat. Czy w czasach intensywnej rotacji ludzi na trenerskich stołkach jest sens podpisywać tak rozlazłe kontrakty?

Mam ten kontrakt?!

Polakom podobna informacja kojarzy się z Krakowem. W 2006 roku Wojciech Stawowy na 10 lat związał się z Cracovią, by wylecieć po pracy po… miesiącu. Długoterminowe plany nie przetrwały prób negocjacji w sprawie… obozu przygotowawczego. Dla Anglików takie historie też nie są obce. Sam Allardyce z Boltonem oraz Kevin Keegan z Newcastle także mieli przetrwać dekadę. Poszło im nieco lepiej niż Stawowemu, bo pierwszy został na sześć, a drugi trzy lata.

Teraz próbuje Pardew. Newcastle postanowiło zatrzymać w klubie cały sztab szkoleniowy do sezonu 2019/2020. Wcześniej na ten sam okres ze Srokami związał się szef scoutingu Graham Carr.

Właściwy człowiek

Podobne związki w piłce nożnej zdarzają się bardzo rzadko. Nie dotyczą przypadkowych osób. Pardew swoją przyszłość zabezpieczył poprzednim sezonem. Jego Newcastle skończyło ligę na piątym miejscu, nad mistrzami Europy Chelsea. Dzięki temu 51-latek zgarnął tytuł Menedżera Roku w Premier League.

Za piąte miejsca zwykle hołubi się tylko dzieci w rozgrywkach o panowanie w przedszkolu. Jednak lokata Srok była godna aplauzu. Pardew musiał przewietrzyć całą szatnię, wciąż nieświeżą po niedawnym spadku z angielskiej ekstraklasy. Sprzedał podstawy dawnego zespołu – kapitanów Kevina Nolana i Joey’a Bartona oraz Jose Enrique i Andy’ego Carrolla. Wydawało się, że sam znacząco utrudnia swoje zadanie, a w Newcastle miał pod górkę od pierwszej chwili. Kontrowersyjny właściciel Mike Ashley dał mu posadę, zwalniając Chrisa Hughtona – ojca awansu z Championship i ulubieńca kibiców. W ankiecie Sky Sports ledwie 5,5% z 40 tysięcy głosujących widziało go w roli menedżera Srok.

Po traumie związanej z spadkiem, klub wprowadził nową politykę transferową. Zamiast sprowadzania znanych, ale już przyblakłych gwiazd (np. Michael Owen lub Obafemi Martins), na St. James’ Park zaczęli trafiać zawodnicy o zinnej charakterystyce. Pardew we współpracy ze wspomnianym Carrem, zaczął szperać wśród piłkarzy nieprzepłaconych, najchętniej spoza Anglii. Za rozsądne pieniądze wziął Yohana Cabaye’a i Papissa Cisse, za darmo Dembę Ba. Wykrzesał też pełnię talentu z Hatema Ben Arfy i Cheicka Tiote, odziedziczonych po Hughtonie.

To wszystko przekonało rządzących na St. James’ Park, że Pardew ma, przynajmniej w zapowiedziach, pchać wózek Newcastle przez najbliższe osiem sezonów. – Jeśli spojrzymy na kluby jak Manchester United i Arsenal, Sir Alex Ferguson i Arsene Wenger pokazali, że stabilizacja jest podstawą do sukcesów. Właśnie ten model chcemy naśladować – mówi dyrektor klubu Derek Llambias. Sroki wzorce mogą czerpać też z Evertonu, gdzie pracujący ponad dekadę David Moyes regularnie posyła klub w wysokie rejony tabeli, mimo że co roku bogatsi wyciągają mu liderów drużyny.

Olbrzymi kredyt zaufania ma pozwolić Pardewowi na myślenie długoterminowe. Brak gwałtownych zmian ułatwia zatrzymywanie w drużynie ważnych postaci, a także skupienie się na szkoleniu kolejnego pokolenia bohaterów Newcastle. – W akademii są 10-latkowie, którzy mogą zadebiutować w Newcastle u Alana. Stabilizacja daje szansę temu klubowi – ocenia doświadczony w tej materii Moyes. Sroki widzą w Pardewie człowieka gotowego do zapełnienia klubowej gabloty pierwszym trofeum od Pucharu Miast Targowych z 1969 roku.

Egzamin z wierności

Nie można wciąż zmieniać trenera, gdy ma gorszą serię. To bez sensu. Chcemy zmienić ten trend w futbolu. Osiem lat… tak musimy zrobić – dodaje Llambias. Piękne słowa, ale na razie nijak poparte czynami. Właściciel Ashley przed Pardewem w ciągu pięciu sezonów siedem razy zmieniał szefa szatni. Dlatego huczne zapowiedzi będą prawdziwym testem cierpliwości w Newcastle. Gdy jej zabraknie, z długich perspektyw zostanie tylko nadmiernie wybujała rekompensata do zapłacenia zwolnionemu trenerowi.

Nie jest też powiedziane, że sam Pardew wytrwa cały ten czas na jednym miejscu. 51-latek otwarcie marzy o roli selekcjonera Anglii. Wcześniej z niesmakiem odszedł z Reading, które opuścił w popłochu po zalotach większego West Hamu. Ograniczony budżet znacznie utrudnia walkę o puchary, więc i Pardew musi wykazać się wytrwałością. Tym bardziej, że jego małżeństwo z Newcastle jak dotąd przypominało piękny miesiąc miodowy, bez żadnych kłótni. W ciągu ośmiu lat przyjdą ciche dni i one będą najlepszym sprawdzianem dla drogi obranej przez Pardewa i Newcastle.

[Pełne osiem lat kadencji] będzie świetne dla klubu, ponieważ to znaczy, że przyniosłem sukcesy ­- uważa Pardew. Choć historia długoterminowych kontraktów nie napawa optymizmem, powodzenie Newcastle może zapoczątkować odświeżający trend i zatrzymać rozszalałą karuzelę trenerską.

Jedenastka sezonu Premier League (foto)

Koniec sezonu ligowego = weekendy wolne od dobrego futbolu. W oczekiwaniu na EURO 2012 warto podsumować najlepszy sezon w historii najlepszej ligi świata. Oto kto wyróżnił się w ciągu 38. kolejek Premier League. 

Bramkarz:

Michel Vorm (Swansea, 4 wybory do jedenastki kolejki)

Najlepszy transfer w przeliczeniu – wydany funt a efektywność gry. Kosztujący półtora miliona funtów Holender zaliczył w sezonie jedną poważną wpadkę (Arsenal i gol Andreia Arshavina). Poza tym radził sobie doskonale, choć był regularnie ostrzeliwany przez rywali beniaminka. Jego znakiem firmowym stały się rzuty karne – spytajcie Bena Watsona lub Clinta Dempseya.

Vorm – specjalista od karnych

Rezerwowi: David de Gea (Man United, 4), Tim Krul (Newcastle, 4), John Ruddy (Norwich, 4), Joe Hart (Man City, 2)

 

Obrońcy:

Branislav Ivanović (Chelsea, 4)

Rzucany na prawą stronę lub środek, ale gdzie by nie stał – rzadko zawodzi. Pod koniec sezonu wyraźnie się rozstrzelał. Jego gol przepchnął Chelsea przez 1/8 finału Ligi Mistrzów podczas dogrywki z Napoli. Jeden z najbardziej godnych zaufania obrońców w pojedynkach powietrznych, który też świetnie blokuje uderzenia przeciwników. (Chelsea, szczególnie w Lidze Mistrzów, stała się specjalistką od bloków)

Ivanovic – mocna głowa

Vincent Kompany (Man City, 6)

Pod nieobecność Nemanji Vidicia zdecydowanie najlepszy obrońca Premier League. Kapitan Manchesteru City i jego absolutny lider. City do tytułu pchali ludzie skupowani za równowartość rocznego PKB małych państw. Kompany kosztował tylko sześć milionów. Inteligentny i znakomicie ustawiający się w defensywie. Autor drugiego (po Sergio Aguero) najważniejszego gola sezonu – zwycięskiego trafienia w kwietniowych derbach Manchesteru.

Kompany – lider The Citizens

Laurent Koscielny (Arsenal, 4)

Francuz z polskimi korzeniami zrobił olbrzymi postęp. Bez niego defensywa Arsenalu chwieje się w posadach. Jest szybki, więc potrafi nadążyć za wybiegającym na pozycję napastnikiem. Lider Kanonierów w przechwytach i udanych wybiciach. Zapada w pamięć dzięki odważnym, często spektakularnym interwencjom na granicy ryzyka (Daniel Sturridge coś o tym wie).

Koscielny – łatacz dziur

Leighton Baines (Everton, 4)

Byłby pewniakiem w reprezentacji Anglii, gdyby nie fenomenalny od lat Ashley Cole. Baines znakomicie centruje piłkę, odpowiednio włącza się do ataków Evertonu. Jest specjalistą od stałych fragmentów gry i trzecim najskuteczniejszym (!) strzelcem The Toffees.

Baines – magiczna lewa noga

Rezerwowi: John Terry (Chelsea, 4), Thomas Vermaelen (Arsenal, 4), Patrice Evra (Man United, 4)

 

Pomocnicy:

Antonio Valencia (Man United, 6)

Z rezerwowego na początku rozgrywek stał się motorem napędowym wicemistrzów Anglii. Zaliczył oszałamiającą serię pięciu spotkań, w których dostarczył siedem asyst! Niezwykle dynamiczny z dobrym dośrodkowaniem. Notorycznie ośmieszał obrońców swoimi krótkimi dryblingami. Zagadką pozostanie to, czemu sir Alex Ferguson posadził go na ławce podczas decydujących derbów Manchesteru. (tzn. wiadomo czemu – chciał zabezpieczyć tyły, ale dlaczego kosztem Valencii)

Valencia – modelowy skrzydłowy

David Silva (Man City, 6)

Olśniewający w pierwszej części rozgrywek, wyraźnie przemęczony w drugiej fazie. Gdy gra na swoim najwyższym poziomie, jest najlepszym technikiem Premier League. Jego pole widzenia jest chyba sztucznie poszerzone, bo to niemożliwe, aby zwykły człowiek dostrzegał wybiegających kolegów w tak nieprzewidywalnych pozycjach. Król asyst tego sezonu.

Silva – król podania

Yaya Toure (Man City, 5)

Kręgosłup linii pomocy The Citizens. Dzięki swojej posturze znakomicie radzi sobie w walce bark w bark, a do tego jest uzdolniony w rozgrywaniu akcji przy bramce rywala. Najbardziej kompletny pomocnik Premier League. Autor goli, które zapewniły City bezcenny triumf w końcówce meczu w Newcastle.

Toure – płuca mistrzów Anglii

Gareth Bale (Tottenham, 5)

Znakomity, choć dość nierówny. Potrafi w pojedynkę wziąć sprawy swoje ręce. Często terroryzuje bocznych obrońców błyskawicznymi wejściami po skrzydle. Jednak czasem chowa się w środku boiska i próbuje nieprzygotowanych strzałów. Najgroźniejsza broń w składzie Harry’ego Redknappa.

Bale – nieuchwytny sprinter

Rezerwowi: Victor Moses (Wigan, 5), Steven Pienaar (Everton, 5), Mikel Arteta (Arsenal, 4), Clint Dempsey (Fulham, 4), Ashley Young (Man United, 4), Nani (Man United, 4), Luka Modrić (Tottenham, 4), Gylfi Sigurdsson (Swansea, 4)

 

Napastnicy:

Robin van Persie (Arsenal, 10)

Mister Fantastic, przez długie tygodnie jedyna opcja ofensywna Arsenalu. Zdecydowanie najlepszy piłkarz w przekroju całego sezonu. Strzelał kiedy chciał (jak śpiewali kibice na Emirates) i jak chciał. Do historii przejdą jego dwa kapitalne woleje z Evertonem i Liverpoolem – strzały wymagające chirurgicznej precyzji i olśniewającego wyszkolenia piłkarskiego.

Van Persie – czarodziej woleja

Wayne Rooney (Man United, 7)

Trafiał do siatki aż miło z zaskakującą regularnością. Świetnie odnajduje się w taktyce Fergusona, grając tuż za plecami wysuniętego napastnika. Strzela równie dobrze do kreuje sytuacje. Niezmordowany, może ganiać od bramki do bramki.

Rooney – wszechstronny snajper

Rezerwowi: Sergio Aguero (Man City, 6), Emmanuel Adebayor (Tottenham, 5), Papiss Cisse (Newcastle, 3)

 

Trener:

Alan Pardew (Newcastle)

Skazywany na walkę o utrzymanie pokazał sceptykom (w tym mnie) środkowy palec. Przetrzebiony skład po odejściach liderów (Barton, Nolan, Enrique) uzupełnił tanimi i znakomitymi zmiennikami, którzy teraz są warci więcej niż poprzedni bohaterowie (Ba, Cisse, Cabaye). Newcastle punktowało z zegarmistrzowską dokładnością, dlatego w nagrodę przypomni sobie grę w europejskich pucharach. Sam Pardew umiejętnie rotował taktyką, w zależności od formy swoich podopiecznych. Zaczynał w systemie 4-4-2, ale gdy Cisse dołączył do drużyny i eksplodowała forma Hatema Ben Arfy, nie wahał się zmienić ustawienie na 4-3-3.

Pardew – odnowiciel Newcastle

Asystent: Brendan Rodgers (Swansea)

%d blogerów lubi to: