Archiwum

Posts Tagged ‘Arsenal’

Widzę czas zmiany lidera

Zaczynamy oficjalnie świąteczno-noworoczne szaleństwo Premier League, gdzie mecze w Anglii wydają się rozgrywać co 15 minut, a wszystkiego nie sposób sensownie ogarnąć. Dlatego planuję krótsze, ale dużo częstsze wpisy na temat ligi, która nie zapada w sen zimowy.

Trzy prognozy Andrzeja-Jasnowidza przed weekendem 21-23 grudnia:

1. Zmiana lidera Premier League

Andrzej-Jasnowidz widzi koniec pobytu Arsenalu na szczycie tabeli. Kanonierzy grają u siebie z Chelsea. Wieszczę remis lub wygraną gości, która siłą rozpędu zepchnie ekipę Arsene Wengera poza szczyt. Arsenal nie jest w kryzysie, nawet jak nie wygrał trzech kolejnych spotkań – tego nie dajmy sobie wmówić. Niefortunnie ułożył im się kalendarz gier, więc spora przewaga punktowa musiała stopniowo maleć. Źródeł ich przewidywanego niepowodzenia dopatruję się gdzie indziej.

Czemu wierzę w moc Chelsea? Ponieważ moim zdaniem właśnie w grudniu The Blues włączą piąty bieg, do którego jak dotąd się nie zbliżali. To dość niezwykłe, że ten zespół zachwycał najrzadziej z ligowej czołówki, a mimo to wciąż trzyma się na dystans kilku punktów od lidera. Znakomicie podsumowuje to odpowiedź Jose Mourinho, pytanego czego brakuje drużynie Chelsea, aby być na poziomie Manchesteru City. – Mamy od nich więcej punktów, więc to pewnie oni chcą być tacy jak my – powiedział.

W poniedziałkową noc na fotelu lidera zasiądzie zatem najprawdopodobniej… Liverpool. The Reds regularnie odprawiają kolejnych rywali na Anfield. Nie inaczej powinno być z Cardiff City, które jest dodatkowo wstrząsane narastającym konfliktem na linii właściciel – trener. Do scenariusza, w którym Liverpool znów będzie na szczycie wystarczy im swoje zwycięstwo i remis w derbach Londynu.

2. Southampton nad Tottenhamem

Wygrana Świętych z bezpośrednim starciu (u siebie) z Kogutami pozwoli im przeskoczyć nad londyńczyków w tabeli. Choć Southampton w ostatnich pięciu kolejkach zebrał ledwie dwa punkty – moim zdaniem da radę. Bardziej wiąże się to z rewolucją (według mnie zbyt pochopną) w Tottenhamie, która przypadła na najgorszy moment sezonu. Zmiana taktyki Kogutów (na 4-4-2 w środowym meczu Pucharu Ligi), nowy tymczasowy trener, fatalne nastroje po dwóch z rzędu klęskach u siebie i dodatkowo kontuzje/zawieszenia ważnych piłkarzy (Vertonghen, Paulinho, Sandro, Kaboul, Townsend). To wszystko układa się w wygraną Świętych.

3. Falstart nowego West Bromu

Ścieżką identyczną jak Tottenham poszli The Baggies – tuż przed najbardziej gorącym momentem w kalendarzu wyrzucili trenera. Podobnie jak wyżej – widzę w tym, przynajmniej początkowo, ścieżkę donikąd. West Brom w pierwszym meczu bez Steve Clarke’a zagra u siebie z Hull City, które na dziś jest najprzyjemniejszą niespodzianką pierwszej połowy sezonu. Remis ze wskazaniem na gości.

Reklamy

Aaron Ramsey na czynniki pierwsze

18 meczów nowego sezonu uznaję za wystarczającą próbkę. Można to powiedzieć – Aaron Ramsey kwalifikuje się do odpowiednika nagrody Największy Rozwój Sezonu, którą przyznaje się choćby w NBA (Most Improved Player). Skok jakościowy u Walijczyka jest dramatyczny i potwierdzają to nie tylko statystyki bramek.

Aaron Ramsey w sobotę triumfalnie wrócił do Cardiff, które w 2007 roku dało mu szansę ligowego debiutu, gdy miał dopiero 16 lat i 124 dni. W 2008 roku był częścią drużyny City, która doczołgała się do samego finału Pucharu Anglii. Ramsey odszedł po tym do Arsenalu Londyn i świat miał stanąć przed nim otworem. Szybko nie stanął, do czego walnie przyczyniła się twarda noga Ryana Shawcrossa. Brutalne wejście gracza Stoke sprawiło, iż kończyna Walijczyka praktycznie wisiała na skarpecie. Wracał do zdrowia blisko dziewięć miesięcy. Uraz zostawił za sobą dopiero na starcie sezonu 2013/14.

Wybuchu formy Ramseya nie dało się przeoczyć. Kolejnymi bramkami wpychał się na czołówki brytyjskich gazet. Jednak krótkich wzlotów w sezonie notujemy setki. Jeszcze chwilę temu Anglicy upatrywali zbawcy w Andresie Townsendzie, który już strzelał dla reprezentacji Trzech Lwów. Magiczny dotyk skrzydłowego Tottenhamu się wyczerpał i teraz bardziej niż o podboju świata musi myśleć o pozycji w wyjściowej jedenastce Kogutów.

Nie chciałem więc pospieszać pochwał Ramseya. Niech się chłopak wykaże na dłuższej próbie meczów. Po dwóch golach strzelonych Cardiff przyszedł najwyższy moment na próbę. Porównajmy więc jego osiągnięcia w porównaniu tego sezonu i jego dwóch poprzednich. W rankingu zawodników Premier League portal (znakomity zresztą) WhoScored.com plasuje go teraz na 2 miejscu, tuż za Luisem Suarezem, ze średnią ocen 8,08. Rok temu Ramsey był… 97, a dwa lata temu 114. Idziemy dalej (za WhoScored.com):

Statystyka (średnie)

2013/14 (13 meczów)

2012/13 (36 meczów)

2011/12 (34 mecze)

OFENSYWA

Gole (suma)

8

1

2

Asysty (suma)

4

2

4

Podania

72,2

53,7

56,6

Celność podań

85,6%

88,2

87,3%

Długie podania

3,8

2,9

3,1

Kluczowe podania

1,4

1,3

1,6

Strzały

2,3

1,3

1,8

Straty

2,4

1,8

4,2

INDYWIDUALNE

Udane dryblingi

1,5

0,9

1

Faulowany

1,2

0,9

0,8

DEFENSYWA

Odbiory

4,5

2

1,7

Przechwyty

1

1,2

0,8

Faule

1,7

1,3

0,9

Zawodnik meczu

4

1

1

Czytaj dalej…

Potęga myślenia

Współczesny futbol to taka prosta gra. Wystarczy szybko myśleć, mądrze biegać i dołożyć do tego względnie wypolerowane podanie. Wtedy ścieżki na boisku stają otworem, obrona zaprasza do zabawy, a z każdego narożnika sypią się pochwały. 

On jest wszędzie!

Premier League zyskała w końcówce sierpnia dwóch takich ludzi, dla których piłka to czasem dziecinna zabawa. Mesut Oezil i Christian Eriksen rządzą po dwóch stronach barykady w północnym Londynie. Oglądanie ich natchnionych kopnięć z sobotniej kolejki wymusiło u mnie refleksję. Czy to naprawdę tak proste? Czy sukces w piłce nożnej AD 2013 zależy od szybkości myślenia, a nie nóg? Rafał Nahorny w trakcie transmisji Everton-Chelsea powiedział, że od piłkarzy wymaga się myślenia na boisku, ale chwilami czasu jest za mało. Jego słowa brzmiały mi w głowie, gdy oglądałem Oezila i Eriksena. Oni są wyjątkowi właśnie dlatego, że potrafią myśleć. Decyzję podejmują, gdy jeszcze nie zdążymy podnieść powieki przy mrugnięciu.

Obaj w debiutach na angielskiej ziemi zaliczyli mecze niemal identyczne – z asystą, 90% dokładnych podań, trzema zagraniami otwierającymi do siatki. Choć daleko im jeszcze do szczytu fizycznych zdolności (przypadającego na około 27-28 rok życia), to już zebrali niezwykłe doświadczenie liczone Mundialami, Euro lub walką w Lidze Mistrzów.

Rzecz jasna więcej spodziewano się na starcie po Oezilu. W końcu najdroższy piłkarz w dziejach Arsenalu, świeżo po bardzo udanym pobycie w Realu Madryt, lider rozegrania znakomitej reprezentacji Niemiec. Z rozbawieniem czytałem opisy zdolności Oezila w angielskiej prasie. Przedstawiany był jako mesjasz Kanonierów, który wreszcie poprowadzi ich do ziemi obiecanej. Dowód? Piątek przed meczem Kanonierów nazwano „wigilią Mesuta Oezila”. Oto nagłówki o Niemcu z samego Guardiana:

  • Oezil będzie główną gwiazdą w Arsenalu, swoim domu poza domem,
  • Mesut Oezil może tchnąć nowe życie w erę Arsenalu na The Emirates,
  • Joachim Loew atakuje (wybucha na) Real Madryt za „niepojętą” sprzedaż Oezila,
  • Santi Cazorla zdumiony dlaczego Real sprzedał „spektakularnego” Oezila. 

Także żadnej presji, naprawdę… Jednak jeśli można być pewnym słuszności pewnych transferów, Oezil jest zdecydowanie takim przypadkiem. Jedyną barierą może być tu tylko kultura i aklimatyzacja. Pod względem techniki to człowiek, który wpasuje się w każdy zespół o jakimkolwiek potencjale w ataku.

Dlaczego? Wszystkim Oezil skojarzy się z rozgrywającym – słusznie. Jego lekkość w posyłaniu prostopadłych piłek (34/38 celnych podań w strefie ataku, zdumiewające!) znakomicie oddają stuprocentowe szanse, które z jego podań marnował Theo Walcott (swoją drogą, połączenie Oezila i szybkości Walcotta w wybieganiu za obronę nakazuje myślenie o tym duecie jako jednej z najgroźniejszych broni futbolowej na świecie). Ważne jest przede wszystkim to jak rusza się Niemiec. Znakomicie w tekście dla ESPN wypunktował to Michael Cox. Zdolność do wyszukiwania wolnej przestrzeni plus uzupełnianie luk w formacji ataku, wymienność pozycji – oto klucz dla sukcesu Oezila. Popatrzcie tylko jak ustawił się przy asyście do skutecznego Oliviera Girouda. Wyciągnął obrońcę na lewe skrzydło, zostawiając cały wolny korytarz dla późniejszego strzelca gola. Na dowód zalecam zerknąć na wykres przyjętych podań Oezila, który załączam wyżej. Kojąca obecność na boisku na całej jego długości.

Przy tak wysoko postawionej poprzeczce, w sobotę porównanie do Oezila wytrzymał tylko Eriksen (no może jeszcze Aaron Ramsay). Znakomity Gareth Barry w Evertonie zasłużył się brudną robotą i celnymi przerzutami – bez grama natchnienia. Gylfi Sigurdsson wykańczał dwa razy akcje montowane przez kolegę.

Czytaj dalej…

Odkurzona sztuka wygrywania

100 lat temu zdarzył się cud narodzin, który wywrócił historię Liverpoolu do góry nogami. Z klubu w kryzysie stali się elitą angielskiej i europejskiej piłki. Praca u podstaw Billa Shankly’ego, jego marzenie o zwycięstwie nie umarło z nim w 1981 roku. Dziś The Reds są najbliżej od lat, aby znowu żyć zgodnie z zasadami Shankly’a.

MU

Definiujące momenty sezonu dla Man United? (fot: WhoScored.com)

Urodzony dokładnie 100 lat temu Szkot zostawił na Anfield komplety koszulek i spodenek w czerwonych kolorach oraz maksymę „wygrany bierze wszystko, drugi jest nikim”. Jakby nie patrzeć, jeszcze w zenicie nowego sezonu, Liverpool jest na pierwszym miejscu tabeli z kompletem wygranych i dorobkiem trzech czystych kont.

Obserwator wczorajszych „derbów Anglii” na Anfield między dwoma najbardziej utytułowanymi klubami w dziejach musi przyznać rację pomeczowej uwadze Brendana Rodgersa. Według menedżera The Reds, jego zespół nie przeważał technicznie nad rywalem, ale wreszcie wydobywa z siebie mentalność zwycięzcy. Dokładna odwrotność zeszłego roku, gdzie dominacja na boisku za często wyrażała się jednym lub zerem punktów. Takie nastawienie to sól, definicja sukcesu w piłce nożnej. Nikt nie przechodzi przez rozgrywki z kompletem 38 genialnych spotkań. Najlepsza drużyna dwóch ostatnich dekad, Manchester United, swoim kredo zrobiła wygrywanie meczów, w których ich dominacja pozostawała pod znakiem zapytania. Efektem 13 mistrzowskich tytułów w erze sir Alexa Fergusona. W niedzielę wystarczył jeden sprytny ruch świętującego urodziny Daniela Sturridge’a (który po meczu przyznał, że z powodu małej kontuzji bał się nawet mocno strzelać!)

Liverpool długimi chwilami drżał w posadach. Szczególnie przy cięto kręconych dośrodkowaniach. Indywidualne mikrowpadki defensywy nie były tym razem karane, jak niechybnie działoby się rok lub dwa temu. To Robin van Persie za późno dołożył nogę. To do bomby Ashleya Younga przykleił się Glen Johnson.

Manchester United zaznaczył już kolejny raz, że transformacja w dzieło Davida Moyesa nie przebiega tak płynnie, jak powinna. Wołająca od lat wyrwa w środku pomocy łatana jest w momencie pisania tych słów panicznymi (zapewne także przepłaconymi) transferami na ostatnią chwilę. Czerwone Diabły zbyt często pękały pod naporem agresywnie nacierających Liverpoolczyków. Przez to mimo optycznej przewagi, zabrakło akcji wyciągającej z widza gromkie „ach”, a przynajmniej donośne „ooo”.

The Reds na początku rozgrywek pokazują odporność psychiczną i umiejętność czułego dbania o wynik. To realizacja wpajanego w latach 70-tych i 80-tych ducha Liverpoolu szlifowanego przez Shankly’a i Boba Paisley’a. United bardzo brakowało tego odwołania się do własnego dziedzictwa (czyt. myśli fergusonowskiej). Powoli przestaje z truchlejącym lękiem patrzeć na doliczone minuty gry w meczach Manchesteru. United byli bliżsi stracenia kolejnego gola, niż dogonienia wyniku. Nawet Tottenham był wczoraj znacznie bardziej przekonywujący w gonieniu wyniku 0:1 niż niezmordowane przez lata w tej sztuce Czerwone Diabły.

Niedzielną porażką Manchester United sam wepchnął się na bardzo niewygodne siedzenie – karnego jeża za przeciętny początek sezonu. Cztery punkty z dziewięciu możliwych to chyba poniżej zakładanego minimum, nawet zważywszy na piekielnie trudny terminarz. Przejrzałem kalendarz MU, które po przerwie reprezentacyjnej do końca września zaliczy maraton spotkań w Manchesterze: dwa ligowe starcia u siebie (potencjalnie łatwe, na komplet punktów), wyjazdowe derby z City (kolejne zero?), przeplatane pucharowymi wyzwaniami z Liverpoolem (P. Ligi) i Leverkusen (Liga Mistrzów). To nie moment na złapanie oddechu, ale czas wyzwań. Bez przynajmniej siedmiu punktów w Premier League sprawa miejsca MU w tabeli mocno się skomplikuje. Bowiem później aż do początku grudnia (!) czekają ich praktycznie same wyjazdy i pojedyncze spotkanie na Old Trafford z… Arsenalem. Fatalnie ułożony kalendarz już na starcie sezonu pozwoli oszacować na ile w tym roku stać ekipę Moyesa.

Czytaj dalej…

I ♥ Premier League

„Miłość rośnie wokół nas” zaśpiewają fani Króla Lwa. Wraz z pierwszą kolejką Premier League w większości miejsc panuje atmosfera optymizmu, nadziei i ekscytacji. Miesiąc miodowy trwa w pięciu z sześciu miejsc, które najbardziej nastawiały się na słodki sezon.

Sceneria pod komedię romantyczną (bez Hugh Granta!)

Nowe koszulki, piłkarze, trenerzy, stadiony, beniaminki, kilka powrotów – jak tu nie kochać początku sezonu? Najbardziej błogo jest oczywiście w okolicach Stamford Bridge, gdzie pierwsza kolejka stanowiła… finisz komedii romantycznej „Jose i Chelsea”. Ta zaczęła się w 2004 roku od mistrzowskich wzlotów, bojach w Europie w towarzystwie The Special One. Później, jak w tradycyjnym scenariuszu takiej komedii, przyszedł czas zwątpienia, rozstania (2007) i szukania nowych kochanek (kolejni trenerzy w Chelsea, Inter/Real dla Mourinho). Aż wreszcie bohaterowie opowieści spostrzegli, że żyć bez siebie nie mogą. W atmosferze święta, aplauzu i wyznań uczuć Jose wrócił do na swoje niebieskie pole w Londynie. Teraz, po happy endzie, zaczyna się druga część filmu – „Druga szansa Jose i Chelsea”.

Pięknie wystrojony Portugalczyk wystawił do pierwszego składu swoich dawnych liderów Franka Lamparda (cóż za spłata kredytu zaufania!) i Johna Terry’ego. Wszystko w 10. rocznicę przejęcia Chelsea przez uśmiechniętego po uszy Romana Abramowicza. Święto trwało jeszcze całą pierwszą połowę z Hull Tigers, gdzie The Blues niesieni genialną linią ofensywnych pomocników (mówiłem o Kevinie De Bruyne!) spokojnie załatwili sobie bilet po pierwsze trzy punkty. Nawet menedżer rywali Steve Bruce dał się ponieść atmosferze święta z okazji powrotu Boga Stamford Bridge. Choć sam Mourinho, przytłoczony miłością fanów, każe im teraz skupiać się na zawodnikach, tak wyposzczeni fani Chelsea raczej nie poprzestaną na swoich wyznaniach miłości względem Jose.

Jeszcze przyjemniej i łatwiej na dzień dobry z nowym klubem miał Manuel Pellegrini. Z takim błyskiem i polotem, niemalże ocierającym się o sportową perfekcję, Chilijczyk z łatwością załagodzi Manchesterowi City bolesny rozwód z Roberto Mancinim. Pellegrini ożywił nieco system gry (4-4-1-1 zamiast 4-2-3-1 + miejsce dla tradycyjnego skrzydłowego rozszerzającego grę). Przede wszystkim zaś tchnął nowego ducha w Edina Dżeko. Bośniak gola nie zdobył, mimo że był pioruńsko blisko. Ale jego swoboda i łączenie ataków City każe sądzić, iż Dżeko może z całego serca pokochać ten nowy sezon – nawet mimo piekielnej konkurencji o miejsce w składzie.

Na otwarcie tej kolejki w Liverpoolu mnóstwo powodów do zakochania pokazali obaj bramkarze Simon Mignolet (cóż za wejście. Zeszłoroczny Liverpool z pewnością zremisowałby ten mecz i wszedł w sezon pełny rozczarowań) oraz Asmir Begović (najlepszy bramkarz z klubów dolnej połówki tabeli). Czytaj dalej…

Żelazny Arsenal w tle pożegnań

Do widzenia Premier League, widzimy się w sierpniu. Arsenal postarał się, aby zakończenie sezonu EPL nie było nadmiernie stresujące. W cieniu korespondencyjnej walki o Ligę Mistrzów angielski futbol pożegnał się z niesamowitą liczbą legend w jedno niedzielne popołudnie.

Arsenal pozamykał obiecujące drogi do bramki

Byli za dobrzy dla Newcastle – powiedział Alan Hansen w Match of the Day. Nie było wielu wątpliwości. Arsenal znakomicie zamknął własną bramkę i tylko mógł odliczać do udanego polowania na swojego gola pieczętującego występy w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Realizację tych dwóch celów symbolizował Laurent Kościelny – autor bramki na wagę 16. kolejnego awansu Arsene Wengera do europejskiej elity i filar defensywy Kanonierów. Kościelny w końcówce sezonu wziął się za barki z rolą lidera swojej ekipy, przejmując pałeczkę od rozbitego kontuzjami i złą formą Thomasa Vermaelena.

Czyste konto Arsenalu nie powinno nikogo zdziwić. W 11 ostatnich spotkaniach sezonu Kanonierzy stracili pięć goli (nigdy więcej niż jeden na mecz), co dało im bilans 9 wygranych i 2 remisów. Cudowna seria zaczęła się w idealnym momencie – tuż po trzech nokautach, które miały zniweczyć ich sezon. Wcześniej na przełomie dwóch tygodni Arsenal przegrał Puchar Anglii z Blackburn, Ligę Mistrzów z Bayernem Monachium i derby z Tottenhamem. Jak trzeba być twardym psychicznie, aby zabrać się do takiego finiszu? Tym bardziej, że Wenger podejmował wówczas kluczowe decyzje (choćby zmiana bramkarza i odświeżenie formy Wojciecha Szczęsnego).

Przeciwko Newcastle byli znakomicie poukładani jako cały zespół. Nikt wśród nich nie zaliczył więcej niż trzy przechwyty. Liczyło się kolektywne zestawienie. Praca doprowadziła do oczekiwanych skutków. Newcastle oddało jeden celny, bardzo lekki strzał, choć przez większość meczów kontrolowało tempo i utrzymywało posiadanie piłki. Nawet 85% dokładności podań Srok nie potrafiło zmącić spokoju Arsenalu. Jedyne przebłyski życia, dryblingi Hatema Ben Arfy (8 udanych!) zwykle kończyły się podwojeniem w gęstej strefie przed bramką Szczęsnego.

Mrówcza solidność Arsenalu zepchnęła na margines zainteresowania pogoń Tottenhamu za czołową czwórką. Choć Kogutom znowu powinęła się noga na ostatniej prostej (choć kiedyś prognozowałem, że tym razem się tak nie zdarzy), trudno nie dostrzegać ewidentnych ich dowodów postępu.

Czytaj dalej…

Selekcja meczów o jakąś stawkę, jakąkolwiek

Przyszedł ten czas w sezonie, gdy gro meczów nie ma większego znaczenia. Ktoś skończy na ósmym, ktoś na 12 – bez różnicy. Jako, że Manchester United uciekł już daleko z tytułem mistrzowskim, w Premier League sensowna gra została jeszcze tylko o miejsca 3-6 (Liga Mistrzów) oraz 15-18 (ostatni do spadku).

Jedyne ciekawe miejsca tabeli w EPL (za WhoScored.com)

Jedyne ciekawe miejsca tabeli w EPL (za WhoScored.com)

Nie jest to zbytnio komfortowe rozwiązanie. Patrzysz na listę meczów i wychodzi mało gier, w których oba zespoły o coś grają. W najbliższy weekend doszukałem się tylko jednej takiej pary: Sunderland – Everton. Nawet szlagiery Liverpool – Chelsea i Tottenham – Manchester City mają umiarkowany ładunek napięcia, bo The Reds i City swoich pozycji w tabeli na 95% już nie zmienią.

W środku tego tygodnia wypadło nam „półkolejcze” w Anglii, w którym jedno ze spotkań napisało wciągający scenariusz. Nawet, gdy był to jedyny bezbramkowy remis. Gdyby Arsenal wygrał u siebie, Everton mógłby żegnać się z wizją Ligi Mistrzów. A tak, The Toffees wciąż mają nadzieje na ciche wetknięcie się do europejskiej elity. Remis zrobił dobrze najciekawszemu obecnie rejonowi tabeli od 3 do 6. Zainteresowane LM ekipy dzieli od siebie raptem pięć punktów. A gdyby Everton wykorzystał początkową przewagę i podbił The Emirates, siedziałby ściśnięty z Arsenalem i Tottenhamem na wspólnej liczbie 58 punktów…

Gdybanie już nic nie da, więc skupmy się na tym co działo się w rzeczywistości. The Toffees faktycznie wyglądają na zespół, który jak mówi sam David Moyes, jest najsilniejszy za jego 11-letniej kadencji. Najładniej pokazuje to przykład przekazywania odpowiedzialności za wynik w różnych częściach sezonu. Z początku Everton ciągnęli za sobą Leighton Baines z Marounanem Fellainim. Wtorek z Arsenalem i wcześniejsze gry pokazały, że teraz świetnie radzą sobie inny boczny obrońca Seamus Coleman oraz inny Belg w pomocy Kevin Mirallas. Coleman był zjawiskowy w meczu przeciwko City, który analizowałem na tych łamach. Wtedy zasuwał przy obu bramkach. Na The Emirates jego ofensywa nie wyglądała już tak zjawiskowo, ale z tyłu zagrał idealnie. Gdy trzeba, przyklejał się do linii bocznej, jednak częściej ganiał do środka i asekurował stoperów. To on wepchnął Everton na ścieżkę remisu, gdy cudem na ostatnią chwilę zblokował strzał Oliviera Girouda. U Mirallasa natomiast niezwykle imponujące są błyskawiczne zejścia z piłką doklejoną do nogi na pełnej szybkości. Akcje grzechu warte.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: