Archiwum

Posts Tagged ‘Aston Villa’

Z dala od szczytów

W komentarzu pod ostatnim wpisem obiecałem notkę o ekipach środka tabeli, które choć wojują na chwałę Premier League, zwykle stanowią tło Londynu, Manchesteru lub Liverpoolu. Spełnienie obietnicy mogło być trudne przy smakowicie zapowiadających się derbach Merseyside i szlagierze na White Hart Lane. Los się jednak uśmiechnął dla fanów środka tabeli.

Skończyły się lata, gdy Villa brała Puchar Europy…

Niekwestionowany mecz kolejki i źródło największych zwrotów akcji to derby, ale regionu Midlands, nie Liverpoolu. Zwyczajową potęgą okolic Birmingham (drugiego miasta Wielkiej Brytanii, było nie było) można nazwać Aston Villę i, z uwagi na zasługi z lat 80-tych, Nottingham Forest. W ostatnich sezonach jednak po władzę w dzielnicy coraz śmielej sięgało West Bromwich Albion, które przestało być synonimem bańki-wstańki ligi angielskiej. Sezon w drugiej, sezon w pierwszej i tak na zmianę. WBA jest premierleague’owy pełną gębą, za to Aston Villa, Birmingham i Wolverhampton pogrążyły się w marazmie.

Ten środowy mecz nie miał prawa się udać. Miał być zwykłą kopaniną środka/dołu tabeli. West Brom świeżo po przyjęciu nowego trenera i aferze wokół antysemickiego/antysystemowego gestu Nicolasa Anelki, który doprowadzi do rychłego zakończenia współpracy ze sponsorem na koszulkach. Aston Villa – najsłabsza w Premier League na własnych śmieciach. Osiem punktów w 11 wcześniejszych pojedynkach i tylko osiem strzelonych goli u siebie. Nawet Fulhamy, Sunderlandy i West Hamy tej ligi nie prezentowały się przed własną publiką tak żałośnie.

Ale derby wymagają innego poziomu zaangażowania. Widać to było po szturmie West Bromu z samego początku starcia. Strzelanie otworzył Chris Brunt uderzeniem nie do obrony. Ten chłopak to jeden z najbardziej niedocenianych piłkarzy całej ligi. Skąd ten wniosek? Gdy gazety porównują najlepszych kreatorów ligi na przestrzeni ostatnich lat, obok Juana Maty, Davida Silvy i Wayne’a Rooneya znajdziecie właśnie nazwisko Brunta, który po cichu prezentuje kolegom mnóstwo szans na bramki. Po 9 minutach było już 0:2, tym razem po typowej dla WBA bezpośredniej akcji i samobóju Fabiana Delpha.

Nie minęły kolejne 15 minut, a na tablicy wyników 2:2. Spory udział przy odrabianiu strat przez Aston Villę miał Diego Lugano, którego eksperci Match of the Day poprosili o powtórkę tak koszmarnej gry obronnej na Mundialu 2014 (Lugano to Urugwajczyk, rywal grupowy Anglików). Pierwsze prowadzenie w meczu dał Villi… pechowiec Delph, dla którego był to dopiero pierwszy gol w historii swoich występów w Premier League. Chłopak kiedyś kupowany w glorii następnej wielkiej gwiazdy futbolu, hamowany przez kontuzję kolana, czekał na ten moment długie pięć sezonów. Nie wystarczyło na długo, bo WBA szaloną pierwszą połowę skończyli kolejnym golem. 3:3 po 43. minutach walki. Huh!

Trudno było się spodziewać, że tak zabójcze tempo utrzyma się do samego końca. Ukoronowanie tego spotkania okazało się chyba najmniej spektakularne. Christian Benteke wykorzystał pewnie rzut karny po kolejnym koszmarku Lugano w defensywie. To był trzeci gol w trzecim kolejnym meczu Belga, który dopiero w 2014 roku otrząsnął się z niedoszłego transferu, którym kuszono go zeszłego lata.

Dopiero trzecim zwycięstwem u siebie Aston Villa dźwignęła się aż na 10 pozycję w tabeli. Jedna wygrana wypchnęła ich chwilowo ze strefy zmartwień i oglądania się za siebie. Sąsiedzi z dołu tabeli, Swansea, mają ledwie pięć punktów przewagi nad strefą spadkową i tylko sześć do ostatniej lokaty w tabeli. Wiele mówi się, i słusznie, o najlepszym wyścigu o mistrzostwo Anglii od lat, do którego stają trzy konie (Manchester City, Arsenal i Chelsea), a i uważnie trzeba przyglądać się Liverpoolowi. Nie zapominajmy jednak o najlepszej od lat walce o utrzymanie. W Premier League praktycznie zniknęła klasa średnia. Albo walczysz o puchary, albo bijesz się o utrzymanie. 9-10 klubów w styczniu realnie obawiających się o ligowy byt w maju? Sezon 2013/14 przejdzie do historii – zobaczycie…

PS. Adam Johnson strzelał gola lub asystował przy siedmiu ostatnich bramkach Sunderlandu w Premier League. W tym czasie Czarne Koty zgarnęły siedem punktów i wybiły się z dna tabeli. A były skrzydłowy Manchesteru City coraz głośniej może mówić o mundialowych marzeniach tego lata.

PS2. Jose Mourinho o West Hamie. „To nie był najlepszy futbol na świecie. Grali w piłkę nożną z XIX wieku. Trudno rywalizować w meczu, w którym ochotę do gry ma tylko jeden zespół. Nie mogę być jednak zbyt krytyczny. Czy na ich miejscu zrobiłbym to samo? Może tak.” Chelsea zremisowała 0:0, mimo oddania 39 strzałów. Przy… jednym West Hamu.

Drogi Jose, zrobiłbyś tak samo – bez zmrużenia oka.

Reklamy

Niesforne przedszkole Lamberta

Sen o Lidze Mistrzów został brutalnie przerwany. W Birmingham przyszedł czas na pobudkę. Aston Villa niczym już nie przypomina drużyny, która trzy sezony temu goniła za europejskim marzeniem.

Aktualny stan ducha na Villa Park

Tragiczne rozgrywki 2012/13 w Birmingham pieczętuje wtorkowa kompromitacja w Pucharze Ligi. Turniej stanowiący dotąd osłodę na ligowe klęski skończył się w półfinale. Villa nie umiała zwyciężyć w dwumeczu z czwartoligowym Bradford City. Wembley może poczekać. Tak samo jak inne ambicje.

The Villans są znacznie bliżej drugiej ligi niż Ligi Mistrzów. Końcówka grudnia przyniosła im zawstydzającą passę zakończoną trzema porażkami z bilansem 0:15. Klęska u siebie z Wigan przelała czarę goryczy. Kibice zaczęli opuszczać stadion już w 57. minucie, gdy trzecia bramka gości zabiła wszelką nadzieję. – Fani byli dotąd wspaniali dla mnie i drużyny. Mogę zrozumieć ich reakcję – mówił o frustracjach sympatyków klubu menedżer Paul Lambert.

Odcięcie od McLeisha?

Nie tak miało być. Lambert dostał misję zatarcia katastrofalnych rządów Alexa McLeisha, którego rok na Villa Park kojarzył się z paskudnym futbolem i lamentem kibiców. Poprzednikowi obecnego trenera nigdy nie zapomniano pracy u sąsiada z Birmingham City. McLeish przeszedł do historii The Villans jako ojciec najmniejszej liczby punktów klubu w Premier League, najmniejszej liczby zwycięstw w sezonie i najgorszego dorobku z gier na własnym obiekcie. Notoryczne trwonienie prowadzenia zakończyły erę Szkota na jednym sezonie.

Lambert, także Szkot, niósł nadzieję. On poprowadził Norwich z trzeciej ligi do środka tabeli Premier League. Skuszenie go perspektywą pracy w Birmingham udowadniało, że Aston Villa ciągle odbierana jest za wielki klub, który jeszcze w latach 80-tych sięgał po Puchar Europy. Zatrudnienie Lamberta na nowo rozpaliło uczucia wśród kibiców zniechęconych McLeishem. Podczas pierwszego meczu nowego trenera fani śpiewali „jesteśmy Aston Villa i podajemy piłkę„. – Postaramy się osiągać dobre jak najszybciej. Musimy grać futbol w odpowiedni sposób. Musimy dać coś kibicom – zapowiadał Lambert.

Czytaj dalej…

Radość z goli, czy płacz nad obroną?

41 goli w 10 meczach Premier League. Ekscytacja znów wylewała się z boisk ligi angielskiej, ale w Nowy Rok wchodzę nieco zaniepokojony. Czy obrona na Wyspach stała się sztuką zapomnianą? Optymizm przywracają jednak ożywione i miłe wspomnienia. Zapraszam do podsumowania ostatniej kolejki ligowej w niezwykłym 2012 roku.

1) Rozpacz defensywna

Nie ma już za kim gonić, Clincie Hillu

Newcastle strzeliło po trzy gole na Old Trafford i Emirates Stadium. Wyjechało bez punktów i z bagażem 11 straconych bramek. Aston Villa w trzy kolejki w przeciągu tygodnia dała sobie nawrzucać 15 trafień (w sobotę przy stanie 0:3 kibice zaczęli wychodzić ze stadionu już w 57. minucie!). Gole stanowią sól piłki nożnej. Decydują o wygranej i porażce. Ich oglądanie dla neutralnego kibica jest wciągające, ale czy nie warto zastanowić się jakością brytyjskich formacji obronnej?

Trzeba wrócić do lutego 2011 roku, aby odnaleźć kolejkę bardziej obfitującą w celne strzały. Worek bramek, szczególnie ten tracony przez liderów ligi (Manchester City i Arsenal po trzy), musi wyjątkowo cieszyć konkurencję w Europie.  W Bundeslidze najlepsza obrona (Bayern) dała sobie wbić siedem bramek w 17. kolejkach, w Serie A ( Juventus) 11 w 18. kolejkach, a w La Liga (Malaga) 12 w 17. kolejkach. Angielscy liderzy ze Stoke stracili w 20 meczach już 17 gola. W miniony weekend nie zrobili najlepszej reklamy angielskiemu futbolowi, jako najlepsza defensywa ligi. Zawstydzające pomyłki i samobój The Potters pozwoliły słabemu na wyjazdach Southamptonowi wywieźć remis 3:3.

W Anglii piłka wpada do siatki po błędach indywidualnych (prezent Jamesa Collinsa dla Reading), złej asekuracji (dowolnie wybrana bramka przeciwko Newcastle), przegranej walce po dośrodkowaniach (Arsenal) – całe spektrum błędów. Popisowe występy Vincenta Kompany’ego i Sylvina Distina stanowiły tylko wyjątek od reguły (ich kluby i tak straciły łącznie pięć goli). Prawdziwą tragedię defensywną zaserwowało QPR w pół godziny po rozpoczęciu meczu u siebie z Liverpoolem. Antybohater nr 1, Clint Hill, trafił na długą już listę ofiar traumy spowodowanej Luisem Suarezem. Stoper Rangersów przyczynił się do wszystkich trzech trafień The Reds. Defensywa The Hoops była zupełnie rozbita, a najlepiej podsumowała to reakcja Armanda Traore, który przy drugim trafieniu gości zwyczajnie rozłożył ręce…

Czystym kontem popisał się Manchester United, ale w tym sezonie klub dzisiejszego jubilata sir Alexa Fergusona (wszystkiego najlepszego!) już sporo nagrzeszył karkołomną obroną. Efekty dobitnie pokazała tegoroczna Liga Mistrzów, gdzie Chelsea i Manchester City zostały zwyczajnie rozklepane taktycznie, a Arsenal pokpił szansę na wyjście z łatwej grupy z pierwszego miejsca. Nie zdziwię się zupełnie, gdy w marcu 2013 w europejskiej elicie będzie próżno szukać jakiegokolwiek brytyjskiego przedstawiciela. Nie teraz, nie z takimi defensywami.

Czytaj dalej…

Wynik prawdę ci powie?

Odświeżające, że w Anglii tym razem obyło się bez dziwacznych wyników 4:4, 5:3 lub innych 8:2. W momencie, którym zaczęto wątpić nad realną jakością Premier League, nadeszła kolejka solidniejszej obrony. Choć wyniki tej serii spotkań nie zawsze oddawały realny przebieg zdarzeń.

Kto by tęsknił za Darrenem Bentem skoro jest Christian Benteke

Liverpool przegrał u siebie z Aston Villą 1:3. Nici z przewidywanej passy łatwych meczów, która miała zacząć się zwycięstwem nad The Villans, a później rozłożyć się na świąteczno-noworoczne starcia z Fulham, Stoke, QPR i Sunderlandem. 1:3 na Anfield brzmi koszmarnie, trzeba to przyznać. Jednak kto widział pierwsze pół godziny tego spotkania powinien złapać się za głowę nad ostatecznym rozstrzygnięciem. Już w komentarzach do poprzedniego wpisu sugerowaliście dobry początek The Reds. Dobry to mało powiedziane. Liverpoolczycy fruwali jak jeszcze nigdy w tym sezonie. Poświadcza to osoba, która widziała każdy ich mecz Premier League 2012/13. Kombinacje i szybkość ataków napędzanych przez Raheema Sterlinga, Luisa Suareza i wreszcie ofensywnego Stevena Gerrarda musiały robić wrażenie.

The Reds nie klepali powoli krótkich podań, a każdą okazję do zaskoczenia pięcioosobowej obrony Villi (grającej w systemie 3-5-2) wykorzystywali do błyskawicznych natarć. Znakomicie w ataku wyglądał Stewart Downing z pozycji lewego obrońcy, tak samo Glen Johnson z drugiej strony.

Futbol stanowi specyficzną dyscyplinę sportu, w której drużyna zbierająca ostre cięgi, zmuszona do rozpaczliwej obrony może wciąż wygrać. Dominacja zwiększa radykalnie szansę na gole, ale o niczym nie przesądza. Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy bezbronna i błagająca o litość Aston Villa zapakowała bramkę w swojej pierwszej sensownej akcji. Christian Benteke dostał odrobinę za dużo miejsca i się stało. Dziesięć minut później zabawa się skończyła. Kapitalna kombinacja Benteke z Andreasem Weimannem zwieńczyła dzieło. Wyczyny Belga w ataku Villi nie powinny specjalnie nikogo zdziwić – jego wpływ na zespół i dużo większą wartość od Darrena Benta tłumaczyłem we wcześniejszym wpisie.

Czytaj dalej…

Premier League do taktycznej tablicy – 11. kolejka

Na bloga wracają analizy, które umożliwia świetna aplikacja FourFourTwo Stats Zone. Dzisiaj przyjrzymy się uważne trzem meczom Premier League. Przeanalizujemy znaczenie roszad taktycznych Manchesteru City i Liverpoolu, udowodnimy wartość Paula Scholesa i pokażemy kogo powinien obawiać się Darren Bent.

1. Za wysoką obronę

Podania przyjęte przez Aguero (lewa) i podania na spalonego City (prawa)

Manchester City obrał klarowny plan na pokonanie Tottenhamu, którego trzymał się od pierwszej do 90. minuty: prostopadłe podania za linię obrony rywali. City chcieli skorzystać na zamiłowaniu Kogutów do wysokiego ustawiania defensorów. Tak kuszące, wolne miejsce tuż przed nosem bramkarza chcieli właściwie wykorzystać.

Realizacji tej strategii sprzyjał powrót do składu Davida Silvy. Hiszpan oraz Yaya Toure specjalizowali się w kreatywnych podaniach z głębi pola na wybiegających partnerów. Widać to choćby po ruchach Sergio Aguero – znaczna większość przyjmowanych przez niego podań wymagała ruchu bez piłki. Gracze The Citizens balansowali przy tym na krawędzi spalonego. Aż ośmiokrotnie dawali się łapać w pułapki rywali (prawa strona).

Mimo to, próbowali do samego końca. Pierwszy raz ryzyko opłaciło się w 55. minucie, gdy podanie lobem Toure spadło idealnie pod nogi wybiegającego Aguero. Argentyńczyk miałby okazję sam na sam, ale kompletnie zepsuł przyjęcie piłki. Nagroda za cierpliwość nadeszła w samej końcówce. Kolejny lob Silvy trafił na stopę superrezerwowego Edina Dżeko (jego bramki po wejściu z ławki dały City już dziewięć punktów!), który już wiedział, co zrobić w takiej sytuacji.

2. Mancini trzyma się swojego…

Znaczenie zmiany Maicona (lewa) i groźne dośrodkowania Brazylijczyka (prawa)

… i wygrywa. Włoski menedżer regularnie wprowadza w życie swój plan B w postaci ustawienia 3-5-2, które krytykowali już dziennikarze, analitycy brytyjskich stacji, a nawet piłkarze (przez Micah Richardsa). Upór Manciniego okazał się zbawienny w meczu z Tottenhamem. Opisane w pierwszym punkcie podania prostopadłe stanowiły sól ataków City. Jednak jednocześnie sprawiały, że ich ofensywa była wąska jak wąwóz w Termopilach.

Lekarstwo na tę dolegliwość pojawiło się w 57. minucie w postaci Maicona. Jego znaczenie na grę w końcówce widać na lewej stronie wykresu. Zmiana Brazyliczyka oznaczała przejście z ustawienia 4-2-3-1 do 3-5-2. Od tej pory Yaya Toure mógł już spokojnie rozciągać akcje na boki. Tam czekał Maicon, który korzystał z wolnych przestrzeni. Tottenham miał wyraźne problemy z nową formą ataku City. Po stronie Maicona był osamotniony Jan Verthongen, którego nie raczył wspierać Gareth Bale. Dzięki temu Brazylijczyk z Manchesteru mógł regularnie posyłać bardzo groźne dośrodkowania z prawego skrzydła (prawa strona wykresu).

Swoją drogą, Maicon był chyba najmniej spodziewanym aktorem do roli bohatera City. W niedzielnym meczu zagrał po raz pierwszy od blisko dwóch miesięcy. Poprzednim razem wyszedł na murawę przeciwko Realowi Madryt. Kto widział tamto spotkanie, pewnie pamięta jak Cristiano Ronaldo z Marcelo zrobili z niego króliczy pasztet. Mimo to był pierwszą opcją do zmiany w starciu z Tottenhamem… Odwaga Manciniego nie zna granic.

Czytaj dalej…

Granie w cieniu transferowego szału

Nie ma najmniejszych złudzeń – 31 sierpnia to w świecie futbolu czas handlu, wymian i kuszenia. Kibice ligi angielskiej są szczególnie rozpuszczeni emocjonalnym zamykaniem transferowego okna. Choć pewnie teraz śledzicie SkySports/BBC/Twittera, czy jakiekolwiek inne źródło – nie zapomnijcie, że jutro wraca granie na Wyspach. Na co warto zerknąć podczas zbliżającego się weekendu Premier League?

Transfer Deadline Day – święto kibiców (i Sky Sports)

1. Kto handluje ten żyje

Choćbym chciał (a nie chcę), nie sposób uciec od zmasowanej zmiany miejsc zamieszkania ważnych i znanych w angielskim futbolu. Premier League ma zwykle dwa bardzo nieprzewidywalne momenty – start sezonu, gdzie nie wiadomo kto się wzmocnił, a kto ma rok na straceniu oraz okolice trzeciej kolejki. Wtedy telefony agentów parzą, lotniska przeżywają nawał gwiazd piłkarskich, a każdy menedżer szuka oferty last minute.

Kurz opadnie w sobotę nad ranem. Wtedy zacznie się druga fala debiutów. W trzeciej serii meczów możemy się spodziewać nowych, znanych twarzy w lidze angielskiej: Julio Cesar z QPR (jak drużyna ledwie zipiąca nad strefą spadkową potrafi wyciągnąć triumfatora Ligi Mistrzów sprzed 2 lat?!), Esteban Granero z QPR (jak drużyna ledwie zipiąca nad strefą spadkową potrafi wyciągnąć porządnego technika z Realu?!), Pablo Hernandez ze Swansea (wybrał Walię zamiast Ligi Mistrzów w Valencii…), Maicon z Manchesteru City. Równie ekscytujące wydają się debiuty ogranych w Premier League, którzy szukają szczęścia w nowych drużynach – Moussa Dembele z Tottenhamu (to może być hit!), Andy Carroll z West Ham, Adam Johnson i Steven Fletcher z Sunderlandu, Scott Sinclair z Man City, Charlie Adam ze Stoke.

Okno transferowe zamykane w czasie sezonu to prawdziwe utrapienie w tworzeniu stabilności w drużyny. Ale szczerze? Niech zgłosi się kibic, który chętnie pozbyłby się tej zabawki pod koniec lata. 31 sierpnia to poza dniami meczowymi mój ulubiony termin piłkarskiego kalendarza.

2. Bezcenne punkty

Co z tego, że Liverpool stłamsił w środku pola Manchester City, jak wziął tylko remis? Co z tego, że The Reds coraz lepiej chwytają system Brendana Rodgersa? Co z tego, że Joe Allen wygląda na superpiłkarza? Chłopaki z Anfield robią rywalom przyspieszone święta i rozdają prezenty w obronie, stąd ledwie punkcik na koncie po dwóch grach.

Co z tego, że w Arsenalu znakomicie odszukał się Santi Cazorla? Co z tego, że obrona Kanonierów zaliczyła dwa czyste konta? Co z tego, że podopieczni Arsene Wengera tworzą najwięcej okazji strzeleckich w lidze? Na koncie bramkowym zespołu widnieje wciąż wielkie, okrągłe 0. Już teraz trzeba gonić za czołówką.

Hit na Anfield ugości dwie atrakcyjnie grające drużyny. Niech się cieszą piłkarscy esteci. Jednak strata punktu przez Liverpool lub Arsenal może oznaczać już bardzo pokaźne straty na inaugurację. Tu każdy weźmie 1:0 po samobóju.

3. Taktyczne rozterki Manciniego

Kto się nie rozwija, ten się cofa. Dlatego Roberto Mancini zakasał rękawy i stworzył nowe oblicze swojego zespołu. Mistrzowskie 4-2-3-1 z zeszłego sezonu przeplata 3-4-1-2, zaprezentowane w Liverpoolu lub podczas Tarczy Wspólnoty. Jeszcze wciąż za wcześnie na miarodajną ocenę nowego ustawienia, ale na Anfield nie wyglądało to kolorowo. Przegrana w środku pola, nieefektywne skrzydła, kompletny zanik Samira Nasriego i David Silva zmuszony do siedzenia na ławce – marna laurka.

Dlatego wiele wskazuje na to, że Mancini znów wróci do sprawdzonego systemu, w którym ma większą elastyczność w wyborze jedenastki. Królikiem doświadczalnym będzie QPR. Manchester City kontra QPR na Etihad Stadium – czy komuś to coś mówi, przypomina?:)

4. Układanka z Old Trafford

Urokliwie rozcięte udo Wayne’a Rooneya oznacza zmianę hierarchii w ataku Manchesteru United. Niewiele wskazuje, aby sir Alex Ferguson zmienił swój duet z ostatniego meczu: Robin van Persie i Shinji Kagawa, tym bardziej, że obaj strzelili po golu. Ale… W obliczu kontuzji Rooneya pojawia się szansa dla zakurzonego Javiera Hernandeza lub Danny’ego Welbecka.

Ciekawe też jak sir Alex rozwiąże kwestię ustawienia skrzydeł. Kto widział Naniego z Evertonem wie, że Portugalczyk dobrą formą nie grzeszy. A na stadionie Southampton to chyba Czerwone Diabły będą musiały się więcej wykazywać w kategoriach: kreatywność, rozegranie i rozbijanie defensywy.

5. Pobojowisko na WHL

W Tottenhamie brak punktów. Menedżer Andre Villas-Boas angażuje się w przewietrzenie zastanej stajni (szatni) i upuszczenie przez okna ducha poprzednika, stąd na wylocie z White Hart Lane jest długa kolejka zawodników. W takim pobojowisku trudno o normalność.

Jednak nareszcie skończyła się smrodliwa saga Luki Modricia. Wpadły gruuube miliony, które już są rozsądnie lokowane. Wspomniany Dembele powinien zadebiutować już z Norwich. Belg to znakomity drybler (vide mecz z Man United) i bezpardonowy obrońca, który wie, jak skutecznie wsadzić nogę po odbiór piłki. Widzę go świetnie wkomponowanego w trójkąt pomocników AVB, tuż za Gylfim Sigurdssonem.

6. Wczesny start

Everton i West Bromwich Albion zaczęły sezon wyjątkowo, mimo kalendarza sprzyjającego zwycięstwom jak kamieniste podłoże w hodowaniu ziemniaków. Dlatego ich bezpośrednie starcie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, powinno być jednym z hitów trzeciej kolejki.

Steve Clarke poukładał WBA w systemie 4-2-3-1 z twardym Yacobem na defensywnym pomocniku. Jednak największy atut (w moich oczach) trzyma jako jokera. Romelu Lukaku na starcie rozgrywek jest najlepszym zmiennikiem Premier League. Silny i dynamiczny, rozstawiał po kątach obrońców Liverpoolu lub Tottenhamu o znanych nazwiskach. Równie wiele ciepłych słów należy się koledze Lukaku z reprezentacji Belgii, czyli Marouane Fellainiemu z Evertonu. Obaj zawodnicy biegają w różnych sektorach boiska, ale mają podobne atuty. Kto lepszy w wewnątrzbelgijskim starciu?

7. Stałość w uczuciach jest przereklamowana

Od momentu przejęcia QPR przez Tony’ego Fernandesa, zespół zmienia się diametralnie przy każdym oknie transferowym. Mark Hughes ma pieniądze na eksperymenty i wciąż szuka magicznej formuły zwycięstwa. Nie wyszło z zakupem Roba Greena na bramkę? Dawać mi Julio Cesara. I tak dalej…

Choć na Loftus Road wciąż nie jest kolorowo, klub potrafi przyciągać wielkie nazwiska. Cesar, Granero, Jose Bosingwa, Park Ji-Sung, David Hoilett – to robi wrażenie. W zamrażarce czeka dodatkowo Ricardo Carvalho. Trudno oprzeć się wrażeniu, że 2-3 lata temu zespół QPR miałby w kadrze nazwiska na miarę przynajmniej Ligi Europejskiej. Czy po zakończeniu transferów wreszcie nastanie epoka cementowania drużyny?

8. Villa, mamy problem

Paul Lambert przyszedł na Villa Park w roli zbawcy. Miał przecież zupełnie odmienić oblicze zespołu, który za kadencji Alexa McLeisha obrzydzał nawet swoich kibiców (niskie frekwencje to przejaw wotum nieufności fanów).

Prognozy były piękne. Aston Villa w pierwszym meczu zaczęła grać podaniami po ziemi, co z zachwytem zauważyli sympatycy klubu w przyśpiewkach. Skończyło się jednak porażką z West Hamem. Drugi mecz, już u siebie, okazał się jeszcze gorszy. The Villans nie umieli już nawet podawać. Osamotniony Darren Bent błąkał się gdzieś między stoperami Evertonu. Większe zagrożenie od reprezentanta Anglii niósł nienabity pistolet na wodę. Lambert musi błyskawicznie znaleźć sposób na tworzenie okazji, a stadion Newcastle nie będzie sprzyjającym miejscem na takie doświadczenia.

9. Nowy lider?

Swansea jeszcze mocniej się uzbroiło w ostatnich dniach transferów. Łabędzie strzelają na zawołanie i bronią dość skutecznie, co opisywałem w odrębnym tekście. W sobotę zwycięstwo na własnym Liberty Stadium nad Sunderlandem da im (na 99,999999%) pozycję lidera tabeli. Kto by pomyślał…

10. Piłkarze, na których warto rzucić okiem:

Robert Snodgrass – Norwich – zdolna lewa noga, która kręciła defensywą QPR aż miło. Byłego piłkarza Leeds na boisku wszędzie i dla niego samego trzeba zerknąć na Kanarki.

Hatem Ben Arfa – Newcastle – on spośród wszystkich Srok zaczął najlepiej. W tym momencie jest w TOP3 najlepszych dryblerów Premier League. Uczta dla oka.

Park Ji-Sung – QPR – na Etihad Stadium Rangersi będą często w obronie. Kibice Man United mogą zerknąć, jak bardzo wychodzi praca w defensywie ich staremu, dobremu Koreańczykowi.

Andy Carroll – West Ham – Młoty, zgodnie ze swoim przydomkiem, w ataku stawiają na ostro ciosaną grę. Przy wypożyczeniu Carrolla z Liverpoolu zdobyli chyba najlepszą dostępną broń do swojej taktyki. Reprezentant Anglii może zaliczyć wielkie pasmo sukcesów na Upton Park.

Taktyka z Premier League – 37. kolejka

W podsumowaniu taktycznych manewrów z Premier League szczególną uwagę poświęcam genialnej zmianie Roberto Manciniego, która dała mu bezcenne zwycięstwo w Newcastle. Poza tym przyglądam się defensywie Vincenta Kompany’ego, grze skrzydeł Manchesteru United i negatywnemu nastawieniu Aston Villi.

1) Zmiana roku

Czy zmiana rozgrywającego/skrzydłowego za defensywnego pomocnika może uprawnić funkcjonowanie ataku? Roberto Mancini udowodnił, że jak najbardziej. W 61. minucie zdjął z boiska Samira Nasriego i zastąpił go Nigelem De Jongiem. Zrobił to przy stanie 0:0 w spotkaniu, które musiał wygrać, aby znacząco przybliżyć się do mistrzostwa Anglii. Tym manewrem Mancini poprzestawiał swoich pomocników.

Do tego momentu Yaya Toure rzadko zapędzał się pod pole karne Newcastle, co widać na górnym wykresie otrzymanych podań (minuty 0-61). Jego rolą była ochrona tylnej formacji i inaugurowanie ataków blisko linii środkowej. Po zmianie funkcję tę przejął De Jong, a Toure przeniósł się pod bramkę rywali.

Pomocnik z Wybrzeża Kości Słoniowej teraz znacznie częściej pojawiał się w strefie ataku (dół wykresu). Na efekty nie trzeba było długo czekać. Krótka wymiana podań z Sergio Aguero zaowocowała pierwszym golem w meczu. Później wbiegnięcie Toure za plecy obrońców skończyło się pojedynkiem oko w oko z Timem Krulem (przegranym tylko przez pechowy poślizg). Na koniec Toure ruszył za kontrą, wdarł się w pole karne, przyjął podanie od Gaela Clichy’ego i przypieczętował wygraną The Citizens.

Mancini przyznał po meczu, że rozważał ustawienie Toure za napastnikiem od pierwszego gwizdka, ale zdecydował się na wariant z dwoma klasycznymi atakującymi. Jego wielkością było sprawne zreorganizowanie szeregów własnej drużyny w kluczowym momencie. Roszada z 61. minuty udowodniła przy tym, że charakter zmiany należy oceniać poprzez ustawienie nowego piłkarza (ewentualnie różnicę taktyki całego zespołu), a nie przez charakterystykę gracza meldującego się na boisku.

2) Lider obrony

Mecz Manchesteru City w Newcastle był zapowiadany, nie bez podstaw, za wyjątkowo trudny. Wiele kłopotów mieli sprawiać znakomici Senegalczycy w barwach Srok – Demba Ba i Papiss Cisse.

Dużą zasługą The Citizens było zmuszenie superstrzelców rywali do oddawania uderzeń z dystansu. Działo się tak ponieważ lider defensywy City Vincent Kompany często opuszczał swoją pozycję i wychodził daleko za napastnikiem.

Belg robił to w sposób rozsądny i uporządkowany. Jego interwencje zwykle kończyły się sukcesem. Widać to na wykresie działań w obronie (legenda: zielone romby – przechwyty, żółte krzyżyki – udane odbiory, żółte kółka – skuteczne wybicia i szare kreski – blokowane strzały).

Kompany udowodnił w Newcastle, że jest czołowym (najlepszym?) stoperem Premier League. Dzięki jego przywództwu City stracili najmniej goli w lidze.

3) Rozsądek Fergusona

Manchester United, świadomy wyniku z Newcastle, musiał koniecznie wygrać ze Swansea, aby przedłużyć nadzieję na obronę mistrzowskiego tytułu. Na Old Trafford było niemal pewne, że przyjezdni ustawieni w systemie 4-2-3-1 maksymalnie zagęszczą środek boiska (trzech środkowych pomocników) i zostawią nieco więcej miejsca w bocznych sektorach.

Dlatego sir Alex Ferguson zdecydował się na powrót do taktyki 4-4-2, gdzie najważniejsi są ruchliwi i zaawansowani technicznie skrzydłowi. Antonio Valencia z Ashleyem Youngiem mieli wygrywać indywidualne pojedynki na flankach i dostarczać piłki w pole karne Swansea. Duże znaczenie miał też fakt, że Łabędzie najgorzej w całej lidze radzą sobie w powietrznych pojedynkach (sześć wygranych główek na mecz).

Wynikiem strategii United było aż 50 dośrodkowań (góra wykresu). Za ilością centr poszła także ich jakość. Szczególnie wykazał się Valencia, gdyż to z jego strony boiska (prawej) Czerwone Diabły stworzyły sobie najwięcej okazji bramkowych (dół wykresu). Owocem dryblingu i podania Valencii był pierwszy gol, a sam Young zaliczył drugie trafienie w meczu.

Wygrana nad Swansea oznacza, że United wciąż mogą wygrać ligę. Potrzeba im do tego tylko (bardziej aż) remisu/wygranej QPR na Etihad Stadium i własnego zwycięstwa w Sunderlandzie.

4) Tak się nie zjedna kibiców…

Menedżer Alex McLeish podpadł kibicom na Villa Park pracą u lokalnego rywala – Birmingham City. Ale osiąganymi wynikami i stylem gry nie zjednał sobie niechętnych sympatyków.

Remisem z Tottenhamem Aston Villa zapewniła sobie utrzymanie w Premier League. Na tym kończą się jednak dobre wiadomości dla ekipy z Birmingham. Mecz z Kogutami stanowił kolejny w sezonie dowód ograniczenia ofensywnego w poczynaniach The Villans.

Od 50. minuty Villa grała w przewadze jednego zawodnika po czerwonej kartce Danny’ego Rose’a. Piłkarze McLeisha prowadzili wtedy 1:0 po szczęśliwym rykoszecie. Nie chcieli wykorzystać liczebnej przewagi i całą inicjatywę oddali Tottenhamowi. Widać to po wykresie podań w strefie ataku od 50. do 96. minuty. Villa zdołała wymienić tylko 19 dokładnych zagrań w pobliżu bramki rywala (żadnego w polu karnym Kogutów). Tottenham odwdzięczył się 50 udanymi podaniami.

Goście strzelili wyrównującego gola, mieli miażdżąca przewagę w posiadaniu piłki i oddanych strzałach, ale nie wykorzystali tego naporu. Villa dowiozła remis, ale negatywne nastawienie znane z kadencji McLeisha nie napawa optymizmem przed następnym sezonem w ekstraklasie.

%d blogerów lubi to: