Archive

Posts Tagged ‘blog o Premier League’

Jak ukarać Pardewa?

Alan Pardew obudził u większości obserwatorów w Anglii nutkę moralisty. Jak bardzo ukarać trenera, który haniebnie zaatakował piłkarza Hull City Davida Meylera? Na ile wycenić jego oczywisty przecież grzech?

Krótkie przypomnienie lub streszczenie. Newcastle prowadzi na wyjeździe 3:1, gdy w 72. minucie gry Meyler biegnie po piłkę wyrzuconą na aut i wchodzi na szlak kolizyjny z Pardewem. Krótka przepychanka i wymiana słów prowadzi do dynamicznego ruchu głową trenera Srok w stronę gracza Hull (ang. headbutt). Pardew wylatuje na trybuny, Meyler dostaje żółtą kartkę. Piłkarska Anglia eksploduje.

Ceniony Henry Winter z „The Daily Telegraph” wycenia to przewinienie Pardewa na zawieszenie do końca sezonu – 10 meczów. –  FA musi działać zdecydowanie i, aby zachować wiarygodność, wykluczyć Alana Pardewa, menedżera Newcastle, z pobytu na stadionach piłkarskich do końca sezonu – pisze. Podobnie sprawę widzi analityk BBC Robbie Savage (były agresor boisk Premier League, nomen omen). – Pardew nie powinien pojawiać się na stadionach przez 10 ostatnich meczów w sezonie Newcastle. Jak można zarządzać grupą piłkarzy, gdy zrobiło się podobną rzecz jednemu z ich kolegów? – pyta Savage.

Błyskawicznie zareagowało samo Newcastle, które wlepiło trenerowi 100 tysięcy funtów grzywny (mocne) i udzieliło oficjalnego ostrzeżenia. Pardew pozostał na swoim stanowisku, mimo że niektórzy, jak Graeme Souness, domagali się natychmiastowego zwolnienia. Swoje dołoży jeszcze angielska federacja, która już zapowiedziała ukaranie Anglika, nie wiadomo jeszcze w jakim wymiarze. Podobno FA widzi sprawę jako większe przewinienie niż popchnięcie sędziego przez Paula Ince’a, za które ten niedawno dostał pięciomeczowe zawieszenie.

Pierwsza reakcja była oczywista – cóż ten Pardew uczynił?! Jednak z każdym dniem coraz mniej podoba mi się publiczny ostracyzm Anglika. Zasłużył na znaczącą karę, ale w racjonalnych proporcjach do przewinienia. Naruszył nietykalność cielesną swojego kolegi z profesji, a na to nie ma miejsca. Bez cienia wątpliwości. Pomogło mu zdecydowanie to, że Meyler przyjął sprawę jak twardziel i zamiast rolowania po ziemi postanowił słownie odgryźć się trenerowi. Do eskalacji nie doszło po szybkiej interwencji innych graczy.

Bardzo wygodnie jest jednak robić z niego kozła ofiarnego. Zachowanie Pardewa, choć wyjątkowo głupie, nie było przecież bardzo agresywne i w żaden sposób nie mogło uszkodzić piłkarza. Cios głową jest przecież przewidywalny, wolny i dość słaby – słusznie ludzie z podcasta Football Weekly ocenili go bardziej jako gest niż faktyczny cios.

Czy nie dużo groźniejsze są ataki z czystą premedytacją na nogi rywala w „rytmie meczowym”? Czy nie gorsze są rasistowskie gesty lub odzywki? Nicolas Anelka dostał niedawno pięć meczów zawieszenia od FA za gest „quenelle”, który ma zabarwienie antysemickie. Samo ukaranie go za ten ruch wskazuje, że federacja odebrała go za obelżywy. Jak więc TAKIE coś może być wycenione dwa razy słabiej niż działanie Pardewa? Przypomnijmy też, że Jose Mourinho za wbicie palca w oko Tito Vilanovy (to dopiero groźne) dostał 600 euro grzywny i zawieszenie na… dwa spotkania.

Skłaniam się ku słowom byłego prezesa Newcastle Freddy’ego Sheperda. – On przeprosił i nie powinien tego robić. To było szalone, ale dostanie karę i będzie się z tym zmagał do końca życia. Dwadzieścia milionów ludzi to oglądało i wydaje mi się, że FA zechce zrobić z niego przykład – powiedział. Też się tego obawiam, że Pardew zostanie czarną owcą angielskiej piłki, choć natychmiast ruszył z akcją przepraszania i całkowitego przyznania do winy oraz gotowości do zmierzenia się z konsekwencjami.

Z pewnością Pardewowi nie pomaga dawna historia wybuchów na ławce trenerskiej. Słynne są już jego starcia słowne z Arsenem Wengerem, Martinem O’Neillem i niedawne z Manuelem Pellegrinim (którego nazwał dosłownie, wybaczcie „starą, pierdoloną cipą”). Półtora roku temu dostał 20 tysięcy funtów grzywny i dwa mecze zawieszenia za popchnięcie asystenta sędziego. Z pewnością ma kłopoty z okiełznaniem swojego temperamentu, ale stawianie jego najnowszego grzechu nad akcje Mourinho lub Anelki to duża przesada. Inna kwestia to wpływ zachowania trenera na opinię zawodników, o którą pyta Savage. Kwestia utrzymania dyscypliny przez Pardewa zależy od wielu czynników, których nie znamy – jego posłuchu, dotychczasowej pozycji, rozliczenia i rachunku sumienia przed zespołem. Moim zdaniem zasługuje na szansę, tym bardziej, że popierają go wyniki sportowe. Co o tym sądzicie?

PS. Najdziwniejsze w całej sprawie jest to, że cała sytuacja przytrafiła się, gdy Newcastle spokojnie wygrywało trudny mecz wyjazdowy i zaczynało się otrząsać po stracie Yohana Cabaye’a. Ich świetny występ przyćmiła debata o Pardewie. Szkoda, bo tegoroczne odrodzenie Srok to jedna z ważniejszych historii w tegorocznym sezonie Premier League.

 

Forma Młota

Kto jest aktualnie drużyną w najlepszej formie w Premier League? Wcale nie Liverpool lejący Arsenal i wracający cudem z zaświatów w Fulham. Wcale nie Tottenham napędzany Emmanuelem Adebayorem, czy regularny w punktowaniu lider – Chelsea. Piękną wyprawę w góry tabeli urządził sobie West Ham United i to w momencie najmniej oczekiwanym.

W trzech ostatnich meczach, trzy zwycięstwa, wszystkie po 2:0 i cztery kolejne czyste konta. Wyjście ze strefy spadkowej w okolice idealnego środka tabeli. A jeszcze przed tą serią, 21 stycznia 2014, nastroje wokół Upton Park były najgorsze od lat, gdy właśnie zostali wychłostani przez Manchester City 0:9 w dwumeczowym półfinale Pucharu Ligi.

Olbrzymią cierpliwością wykazali się ludzie West Hamu, którzy mimo wielkiej presji nie odcięli głowy trenera Sama Allardyce’a. Mieli ku temu powód, otóż Wielki Sam nie spadł jeszcze w swojej karierze z Premier League, mimo iż prowadził kryzysowe Bolton Wanderers lub Blackburn Rovers.

Allardyce utrzymał miejsce przy ławce West Hamu

Świetną serię oraz zmianę oblicza Młotów można z powodzeniem przypisać heroicznej i bardzo szczęśliwej walce na Stamford Bridge, gdzie udało im się zatrzymać Chelsea strzelającą 39 razy na bramkę. Tamten remis, określony przez Jose Mourinho mianem dziewiętnastowiecznego futbolu, rozpoczął passę czystych kont. Paradoksalnie, bramkarz Adrian nie zawsze miał zbyt wiele pracy. Narobił się jak stachanowiec przy okazji gry z Chelsea i Norwich. Ze Swansea i Aston Villą jednak w bramce można było spokojnie postawić miotłę, a i tak niewiele by to zmieniło, rywale celnie nie strzelali. Bo jeśli West Hamowi idzie w tym sezonie, to za sprawą szczelnej defensywy. Ich obecna seria to wyrównanie tegorocznego rekordu w liczbie czystych kont z rzędu (wcześniej Southampton i Artur Boruc). Młoty najwięcej razy w całej lidze powstrzymywali rywali przed zdobyciem gola – 13-krotnie, czyli dokładnie w połowie rozegranych meczów! – Utrzymanie czystego konta w połowie naszych spotkań to wynik, którego normalnie można oczekiwać po drużynie z czołowej szóstki – chwali swoją defensywę Allardyce.

Swoje zrobił też powrót kontuzjowanych i zawieszonych graczy – głównie odrodzonego w strzeleckiej formie Kevina Nolana (autora czterech z sześciu goli) oraz energicznego Mohameda Diame. Wydawało się, że ekipę bez napastnika wreszcie do boju pociągnie Andy Carroll, który zaczął obiecująco od dwóch asyst, ale później zarobił czerwoną kartkę i trzymeczowe zawieszenie. West Ham radzi sobie bez niego, choć rychły powrót wielkiego Anglika pozwala myśleć o podtrzymaniu dobrej serii. Młoty wzmocniły zimą także swoją ławkę rezerwowych i teraz mogą liczyć na wartościowe zmiany, kto wie – może i grę w pierwszym składzie, doświadczonych Włochów Antonio Nocerino i Marco Borriello.

West Ham nie jest jeszcze bezpieczny, mimo świetnej formy w lutym. 11. pozycja w tabeli, ale od strefy spadkowej odstają ledwie czterema punktami – ot, cały urok tegorocznej walki o utrzymanie w Premier League. Jednak w londyńskim klubie wreszcie mogą pozwolić sobie na głębszy oddech i powrót dobrego nastroju. Widać to po mowie ciała u piłkarzy po wtorkowej wygranej nad Norwich City. Wyrwali zwycięstwo na siłę, w samej końcówce, gdy wcześniej kilkukrotnie z opresji ratował ich hiszpański bramkarz Adrian (ponoć praktycznie nie mówiący po angielsku). Nic tak nie spaja jak zwycięstwa, nawet nie trzeba zbyt wiele mówić. Tak Adrian nosił na ręce Marka Noble’a – obrazek sielanki. Jak długo potrwa w lidze, w której wszystko dzieje się w zabójczym tempie?

PS. Nie jestem w stanie napisać nic obiektywnego o Liverpoolu po cudownej wygranej z Fulham (boję się o zbyt dużą nadinterpretację). Chciałem o Arsenal – Manchester United, ale zabrakło mi sił, żeby to obejrzeć do końca… Brawo Wojciech Szczęsny, to tyle.

Cichosza

Gdy usłyszałem dźwięki Old Trafford po ostatnim gwizdku meczu z Fulham, przed oczami stanął mi krakowski bard, Grzegorz Turnau. Cicho, cichosza. A jeszcze 10. minut wcześniej trybuny ryczały z radości, gdy Manchester United zaliczał powrót jak za dawnych lat.

David Moyes ma rację mówiąc o dominacji swojej drużyny. Na mapie średniej pozycji piłkarzy w czasie tego meczu WSZYSCY gracze Fulham, co do jednego napastnika, przeciętnie czas spędzali na własnej połowie. W przypadku Czerwonych Diabłów tylko bramkarz i dwaj obrońcy średnio stali na własnym terenie. Moyes myli się jednak myśląc, że to wystarczy do regularnego wygrywania. Liverpool przed sezonem lub dwoma także cierpiał na chorobę, która teraz dopada United. Tłamsili, naciskali z każdej strony, ale maluczcy wywozili punkty z Anfield, gdyż gospodarze nie umieli odcisnąć swojego piętna. To samo dzieje się teraz na Old Trafford. Szok jest w tym przypadku większy, w końcu w zeszłym roku teren ten był niemal uświęcony, nie do zdobycia. Dziś punkty wywożą z niego West Bromwich, Southampton, Everton, Newcastle, Tottenham i teraz Fulham.

Jakże trafna była analiza Robbiego Savage’a w Match of the Day, który z zadumą patrzył na akcję dającą wyrównanie Fulham w 94. minucie (czasie Manchesteru United, do cholery). Liczył: czterech ludzi United na czterech ludzi Fulham. Naprawdę? Tak ciężko nadrobione straty, podniesienie się z knockdownu i dwa gole w dwie minuty – wyparowały po kompletnym zlekceważeniu sobie końcówki gry. Jeszcze gorszy był obrazek z pierwszego trafienia gości. Steve Sidwell, zupełnie przez nikogo nie zauważony, wbiega spokojnie z 35 metra, aby wejść na wolne pola trawy, które już dawno poopuszczali wyciągnięci obrońcy United. Wystarczyło tylko jedno, drobne i w miarę precyzyjne podanie lobem.

Trzeba przyznać, że Moyes zrobił wszystko, co tylko się dało, aby ratować sytuację. Do i tak ofensywnego ustawienia z Waynem Rooneyem, Robinem van Persiem i Juanem Matą dodał później jeszcze Javiera Hernandeza, Antonio Valencię i Adnana Januzaja. Ale z kim jak nie z ekipą zamykającą tabelę w starciu u siebie? Napór, wyrażony rekordowymi 81 dośrodkowaniami (jak bardzo nie chcielibyśmy się z nich śmiać – obie bramki United wzięły się właśnie z tych zagrań) dał namiastkę dawnych lat, gdy magia przyciągania bramek na Old Trafford działała cuda.

Za starych dobrych czasów nie byłoby jednak takiego finiszu. Nic już nie uciszyłoby szczęśliwych trybun, Rooneya szalejącego na kolanach po drugim golu dla swojej drużyny.

To nie jest już ten Manchester United. Mamy kolejny dowód. Choć reputacja klubu i jego potencjał wciąż nie pozwalają spisać mi ich na straty w walce o Ligę Mistrzów, wniosek nasuwa się tylko jeden. Przez te wszystkie lata fergusonowskie, szczytem niepowodzenia dla każdego fana United było trzecie miejsce w tabeli. Trzecie! Kolekcja pucharów puchła niemal rokrocznie. Przyzwyczailiśmy się do tego stanu rzeczy i myśleliśmy, że tak będzie już zawsze. Witamy w rzeczywistości, drodzy kibice czerwonego Manchesteru. Życiu, gdzie obecny jest ból, oczekiwania i nadzieja na lepsze jutro. Wiem jednak, że przyzwyczajenie się do takiego stanu to trudne doświadczenie. Ale przynajmniej bardziej docenicie przyszłe sukcesy. Bo Manchester United jest zbyt gigantyczny, aby na dłużej zostać na mieliźnie.

PS. Najlepsze 20 minut tego sezonu. Kto nie widział jak Liverpool wybił z głowy liderowanie Arsenalowi, powinien skusić się tylko na pokaz tych cudownych 20 minut. Prostopadłe podania Coutinho, wizjonerskie zagrania Suareza, szybkość Sterlinga, wykorzystywanie fatalnych ustawień obrony, centry Gerrarda wprost na łysą głowę Skrtela. Szkoda, że hit kolejki skończył się tak szybko, bo resztę meczu można było spokojnie sobie darować. Niezwykłe są te tegoroczne festiwale goli Liverpoolu…

Redefinicja Mourinho

Trudno będzie mi się wznieść na bardziej adekwatny komentarz starcia kolejki, dla niektórych meczu o mistrzostwo Anglii od twitta Gary’ego Linekera w przerwie gry.

Trenerski popis jednego aktora przyćmił występy plejady bohaterów Chelsea, o których też koniecznie trzeba wspomnieć. Etihad Stadium okazało się w tym sezonie sceną dla wielkich występów trzech ludzi. Najczęściej bryluje tam świta Manuela Pellegriniego, która tylko dwa razy dała się pozbawić głównych ról na rzecz gości. Raz Etihad rządził Pep Guardiola i Bayern w meczu największej dominacji 2013 (1:3 dla Bawarczyków). Drugi raz udało się to Jose Mourinho.

Zwycięstwo Chelsea nie jest oczywiście żadną sensacją, ale mimo to sporym zaskoczeniem. Przecież wcześniej Manchester City wygrywał tu 11 razy z rzędu, strzelił 42 gole. Pewnie większość z nas spodziewała się bardziej pomeczowych docinek w stronę Mourinho dotyczących jego hipokryzji w ocenach gry rywali. Przecież jeszcze w środę Portugalczyk punktował West Ham za „futbol z XIX wieku” i zabijanie rywalizacji na najwyższym poziomie. Zaparkowany autobus przed bramką The Blues to był najpewniejszy scenariusz w przypadku, gdyby Chelsea miała wywieźć coś z Manchesteru. Całe szczęście, że stało się inaczej… Mourinho zwyczajnie zabronił nam o sobie źle myśleć.

Wątpliwości budziła pierwsza jedenastka The Blues, gdzie wydawało się, że zagrają trzema defensywnymi pomocnikami w bardzo hermetycznie zamkniętym i wycofanym systemie. Mourinho zwiódł nas jednak rolą Ramiresa. Zamiast schować go obok Nemanji Maticia oraz Davida Luiza (świetnych przy okazji), menedżer gości wypchnął szybkonogiego i niezmordowanego Brazylijczyka na jedno ze skrzydeł. Pierwsza z kapitalnych decyzji. Gdy wydawało się, że Chelsea swoje ataki będzie przeprowadzać garstką piłkarzy, do każdej z kontr (wielu, wielu, wielu) ruszała z przynajmniej czwórką żołnierzy.

Najbardziej zaskakująca okazała się wyrwa w środku boiska, którą zostawili gospodarze. Przez wymuszoną absencję Fernandinho swoją szansę w pomocy dostał Martin Demichelis, dziś obiekt największych drwin/krytyki w piłkarskiej Anglii. To w niej najczęściej popisywali się Eden Hazard (11/16 w dryblingach) lub Willian (6 kluczowych podań). Już w 8. minucie The Blues pruli w kontrze w przewadze liczebnej. Niecałe 20. minut później popełnili kardynalny grzech zaniedbania, gdy łatwo zmarnowali okazję czterech na jednego plus bramkarz. Nie zemściło się jednak i w końcu wepchnęli swojego gola po zaskakującym strzale lewą nogą Branislava Ivanovicia.

Imponujące kontry chłopców Mourinho brały się przede wszystkim ze znakomitego przygotowania obrony. Gdy trzeba było, już do obrońców Manchesteru City dopadało kilku graczy rywali, którzy zamykali bezpieczne ścieżki podań. Sporo wiedzy dostarczyła mowa ciała graczy City pod koniec pierwszej połowy, gdy z bezsilności okopywali auty. Gdy zachodziła potrzeba, udanie absorbowali ataki gospodarzy. The Citizens, zwykle z całym wachlarzem opcji ofensywnych, tutaj ograniczyli się do jednej groźnej broni. Były ją groźne, płaskie wstrzelenia piłki ze strony włączającego się do akcji Aleksandara Kolarova. Nie istniał Alvaro Negredo lub Edin Dżeko, którym jakąkolwiek dominację w powietrzu z głowy wybił Gary Cahill. Choć w tygodniu Mourinho „najlepszym obrońcą Premier League” nazwał jego kolegę z linii Johna Terry’ego, w poniedziałek zjawiskowy był ex-piłkarz Boltonu. Zobaczcie sami na wykresie. Oto wytłumaczenie tej masy zielonych kółek: 16 wybić piłki, 2 zablokowane strzały, 1 przechwyt.

Gary Cahill – idealnie ustawiony

W tym meczu padł tylko jeden gol, ale widowisko nijak można nazwać nudnym. Chelsea trzykrotnie ostrzelała słupek lub poprzeczkę, co jest wyrównaniem tegorocznego rekordu Premier League.

Na początku sezonu wytypowałem Chelsea do tytułu mistrzowskiego w Anglii. Coś musi być na rzeczy, gdy Mourinho spycha presję na rywali z Manchesteru i sam głośno o tym nie mówi. Przyznam, że niedawno uznałem za niesprawiedliwe jakiekolwiek inne rozwiązanie niż tytuł dla City. Trzeba przecież nagradzać kolejne pogromy, olbrzymi polot w ofensywie, który pozwala im choćby dwukrotnie stłamsić silny przecież Tottenham. Jednak… czy taką estymą otaczać zespół, który okazuje się tak bezbronny w największych sprawdzianach sezonu (Bayern i Chelsea). Trudno powiedzieć i całe szczęście, że nie mnie przyjdzie o tym decydować.

Amerykanin utopiony w Premier League

Wybaczcie tak długą przerwę, która była spowodowana zamieszaniem wokół wydarzenia, które właśnie opiszę. Tak się stało, że na jakiś czas wyjechałem za wielką wodę. Z niepokojem myślałem o swojej regularności oglądania Premier League. Bez potrzeby.

Kiedyś opisywałem sytuację piłki nożnej w Stanach Zjednoczonych (tutaj link), gdzie mówiłem o coraz większej popularności naszego futbolu wśród najmłodszych widzów. Kto wciągnie się już w piłkę i przełamie pierwsze lody – oj, wtedy drzwi do najlepszych meczów są dla niego otwarte. Dzięki nowej umowie Premier League w USA pokazuje stacja NBC (ci od Igrzysk) oraz jej odnoga NBC Sports Network (koszt ok 10 mln $ rocznie). Jak to wygląda w praktyce? Przetestowałem na żywym organizmie.

Standardowa sobota z Premier League wczesnym śniadaniem o 7.00 (!), gdzie z ekranu NBCSN wylewa się studio z zapowiedziami meczów tego dnia. Pół godziny później czas na pierwszą akcję – wczoraj Sunderland vs Southampton. Komentarz zupełnie poprawny, głównie bazujący na wiedzy Anglików i ekspertów, którzy z Premier League mieli organoleptyczną styczność. Nowością w porównaniu do polskiego Canal + jest studio w przerwie i po meczu, w którym analizowane są bramki/najlepsze sytuacje ze spotkania. Przy okazji eksperci pogadali także chwilkę o zamieszaniu we władzach Southamptonu związanych z odejściem prezesa Nicola Cortese. Wszystko okraszają statystyki i pasek informacyjny ala TVN24 z newsami ze świata piłki. Jednak w kraju, w którym sport i reklama to jedno, studio jest poszatkowane krótkimi blokami spotów, co wyraźnie zniechęca do utrzymywania uwagi. Przeciętne wejście ekspertów przypomina często mundialowe studia TVP – dwa zdania każdy i oglądajcie dalej nowości w świecie chipsów.

Lunch z Premier League startuje tuż po zakończeniu pierwszego meczu dnia. Omawiane są bramki, zawodnik meczu (wczoraj Adam Johnson przy krytyce obrony Artura Boruca), krótka analiza. Po kolejnym bloku reklam interesujące są wstawki z przygotowań do meczów zaplanowanych na 16.00 czasu polskiego (10.00 w USA). Tu pokazują przygotowania debiutującego w Hull Nikicy Jelavica, tam zdrowego i gotowego do walki Serio Aguero. Fajne i niespotykane u nas. Tak samo jak krótkie wywiady z trenerami drużyn, których starcie za chwilę będzie transmitowane.

NBCSN wybrało z puli starcie lidera Arsenalu z Fulham. Ale w erze meczów na żądanie, każdy skrzywdzony tą decyzją fan Manchesteru City lub Stoke może swobodnie obejrzeć swój zespół dzięki Premier League Extra Time w telewizji, tablecie. W ten sposób NBC transmituje każdą minutę akcji Premier League. Co wybierzesz, twój wybór. Miłe, Canal+ może o tym pomyśleć…

Danie główne, obiadowe, to jedyny w tygodniu występ Premier League w ogólnokrajowej sieci NBC. Mecz o 12:30 poprzedza tradycyjne studio ekspercko-reklamowe. Widać jednak, że to danie główne, bo do komentarza Liverpool vs Aston Villa stawił się znakomity analityk Lee Dixon. Po przełknięciu gorzkiej pigułki w postaci remisu The Reds u siebie trzeba chwilę odetchnąć od telewizji. Mylicie się jednak, jeśli stwierdzacie, że to już koniec na sobotę.

O 23.00 czasu amerykańskiego wchodzi ich wersja Match of the Day. Dużo sobie po niej obiecywałem, gdyż od kilku lat jestem wyznawcą angielskiego odpowiednika. Program prowadzi babeczka mniej wyrazista w tej funkcji niż Gary Lineker. Po obejrzeniu skrótów meczu dnia (Liverpool – Villa), wywiadach z trenerami i amerykańskim bramkarzem Villi nastąpiła analiza taktyczna oraz pogadanka o szansach The Reds w tym sezonie. Później obowiązkowa pula reklam i kolejny skrót. Tym razem bez żadnej analizy. To samo z kolejnymi starciami. Po prawdzie od canalplusowego Premier League+ różni się to tylko dodaniem komentarza i dodania tony reklam. Program trwa wyjątkowo długo, łącznie dwie godziny (wczoraj dodatkowo spóźnili się 15 min przez galę MMA). Nie było warte tak długiego siedzenia, dlatego odpuściłem w połowie. Następnym razem zdecydowanie stawiam na Match of the Day w BBC…

Niedziela i kolejne dni? Wszystkie mecze na żywo (w momencie pisania tekstu jest 8:30 rano i leci już Swansea vs Tottenham:) poszatkowane analizami. Po hicie Chelsea – Manchester United podsumują wszystko golami z każdego stadionu na weekend. Później tylko retransmisja meczu tygodnia. W dni robocze Premier League rządzi nocnym rozkładem NBCSN. Po północy każdego dnia puszczają powtórki lub podsumowania.

Jak widać, będąc fanem Premier League w USA nie sposób się zanudzić lub czuć niedoinformowanym. Piłki nożnej w telewizji jest dużo (dochodzi kanał beIN z ligą włoską, hiszpańską, francuską, ale go akurat nie mam:), choć ogólnie sport w amerykańskiej kablówce wylewa się z ekranu w każdej minucie. Rozgrywki uniwersyteckie, codzienne mecze lig zawodowych. Współczuje dziewczynom/żonom zagorzałych kibiców, które mają alergię na sport…

Wywrócona tabela

Przeprosiny od Premier League przyjęte. Po fatalnym poniedziałku eksplozja emocji nastąpiła w Boxing Day. Lider spadł na czwarte miejsce, outsider pokonał na wyjeździe ekipę z TOP4, West Ham zanurkował w strefie spadkowej. Huh!

Nie sposób zacząć gdzieś indziej niż na Etihad Stadium. Przed meczem z Liverpoolem Manchester City aplikował kolejnym rywalom u siebie średnio 4,375 gola na mecz. Wszystkie rzecz jasna wygrał. Trudno było się więc spodziewać wyniku innego niż wygrana gospodarzy w starciu najlepszych ataków całej Premier League. Wynik 2:1 dla City – zupełnie spodziewany. Przebieg walki na szczycie – absolutnie zaskakujący.

Liverpool miał nie wygrać w Tottenhamie, a zwyciężył. Na Etihad przewidywałem wersję zdarzeń podobną do ich wyjazdowego starcia z Arsenalem. Niby kilka niezłych akcji, ale Kanonierzy pod kontrolą wydarzeń i ze spokojnym 2:0. Nie po raz pierwszy w sezonie nie doceniłem potencjału The Reds. Rzadko kiedy porażki mogą służyć jako moment, w którym zaczyna się piękna bajka. Jednak minimalna przegrana z Manchesterem City na taką wygląda. The Reds mają naprawdę wszystko, aby rzucić wyzwanie Chelsea na wyjeździe już w najbliższą niedzielę.

Dotychczasowy lider tabeli atakował z polotem, precyzją i finezją większą od spektakularnego dotąd Manchesteru City. Trójkąt Luis Suarez – Raheem Sterling – Philippe Coutinho, ustawiony często na długość ręki od siebie, wymieniał wyśmienite kombinacje podań na jeden kontakt. Grama przesady nie było w pochwałach Brendana Rodgersa, który zauważał jakość ataków konstruowanych przez swój zespół. Suarez udowodnił kolejny raz, że teraz, pod koniec kalendarzowego roku, nie ma sobie równych w Anglii, a i pewnie w reszcie świata. Jako pierwszy od niepamiętnych czasów tak często kręcił zjawiskowym przecież Vincentem Kompanym. Umiał go wyciągać z pozycji, a które najczęściej wbiegał Sterling. Tak jak na Tottenhamie pudła Liverpoolu nie skończyły się renesansem gospodarzy, tak tu przestrzelone „setki” Glena Johnsona i Sterlinga właśnie okazały się języczkiem u wagi między dwoma równorzędnymi rywalami.

Otwarte starcie Manchesteru City z Liverpoolem (oraz wcześniejszy hit City – Arsenal) uwidoczniły dodatkowo jaki futbol w 2013 roku zyskał na znaczeniu. Chyba czas już ogłosić koniec dogmatycznego poszukiwania długiego utrzymywania się przy piłce i wiązaniu 49 podań przy okazjach strzeleckich. Wyjątkowe mecze dzieją się, gdy obaj rywale hołdują błyskawicznej wymianie kontrnatarć. Nawet City, które rok temu grało znacznie wolniej, swojego zwycięskiego gola zawdzięcza błyskawicznemu wypadowi złożonego z wybicia, dwóch podań i strzału (słabego, obciążającego konto Simona Mignoleta). W tak zachwycającym pokazie nawet nie warto psuć sobie wspomnień decyzjami sędziowskimi, które doprowadziły do wybuchu Rodgersa na konferencji prasowej.

Reszta stawki

1. Dramatyczne rzeczy działy się na mnóstwie stadionów poza Etihad. Moją uwagę przykuł szczególnie wyjazdowy sukces Crystal Palace. Zespół ten ma w tym roku wyjątkową moc do wygrywania meczów, których waga wydaje się największa. To nie przypadek, gdy spektakularne triumfy odnosi się nad potentatami ligi. Crystal Palace takie spotkania regularnie przegrywa. Za to wszystkie pięć wiktorii z tego sezonu odnosi nad rywalami bezpośrednio zaangażowanymi w walkę o utrzymanie. Wczorajszy skalp na Aston Villi był kolejnym po pobiciu Cardiff, West Hamu, Hull oraz Sunderlandu. Po raz pierwszy w sezonie Palace wyściubiło głowę poza strefę spadkową.

2. Największą sensacją świąt, prawdziwym łamaczem kuponów bukmacherskich, musiało być zwycięstwo Sunderlandu na niezdobytej dotąd twierdzy Evertonu. Wydatnie pomogło tu słuszne wyrzucenie Tima Howarda już w 23. minucie. Everton, mimo liczebnego osłabienia, zrobił wszystko, aby wrócić do życia w tym meczu. Ale nie tym razem. Na ich drodze stanął bramkarz Vito Mannone, który w Arsenalu mógł liczyć tylko na granie trzecich skrzypiec za golkiperskim duetem Polaków. Sunderland zrobił przy tym pierwszy krok na drodze swojej „mission impossible”. Drużyna ostatnia w tabeli Premier League na święta w 95% przypadków spada z ligi. Jedyny raz w historii udało się jej uciec spod topora w pamiętnej gonitwie West Bromu z Tomaszem Kuszczakiem w bramce, którego symbolem była ta parada w ostatnich sekundach starcia z Wigan.

Czytaj dalej…

Wojna autobiograficzna

Literatura piłkarska osiągnęła swój przesyt. Każda większa gwiazda światowej piłki pisze swoje wspominki i autobiografię z tych wiekopomnych doświadczeń aż 25-28 lat życia. Jeśli nie zrobisz tego sam, z pewnością ktoś inny zabierze się za twoją biografię. Rzadko jednak książki futbolowe pochłaniają debatę publiczną jak teraz w Anglii.

Na emeryturze, a wciąż trzęsie Premier League

Przyznam, że kiedyś wciągałem praktycznie każdą pozycję o piłce na rynku. Skończyło się wraz z książkami pokroju wynurzeń Andresa Iniesty. Dość mam tych ochów i achów. Dość hagiografii grających piłkarzy, którzy bardziej niż ludzi przypominają greckie bóstwo. Jedyne wciągające lektury od początku do końca ostatnich trzech lat to autobiografie Andrzeja Iwana i Zlatana Ibrahimovicia – jednak tam ciekawy scenariusz napisało ich barwne, głośne i kontrowersyjne życie.

Autobiografia to specyficzna rzecz. Nikt nie może specjalnie skontrować opisanych przez ciebie wydarzeń. Jesteś panem i władcą narracji – opowiadasz swoją historię, zupełnie ze swojego punktu widzenia. Rzecz jasna pewne rzeczy pomijasz, drugie wyolbrzymiasz. Z drugiej też strony nie możesz się specjalnie pochwalić. Wyjdziesz na bufona stwierdzeniem, że to wszystko moja zasługa, a reszta grała drugie skrzypce. Nawet jeśli tak naprawdę było…

Sir Alex Ferguson przeżył zawodowe życie w sposób taki, o którym warto pisać książki, opracowania i analizy. Trzeba uczyć się od wielkich mistrzów. Ferguson nigdy nie żałował publice swojej opinii. Czasem płacił za to – dosłownie – w karach za ostrą krytykę sędziów lub rywali.

W swoim życiu Ferguson napisał już jedną biografię. Ta z 2000 roku, „Managing My Life”, powstała tuż po życiowym osiągnięciu Szkota. Jako ciągle aktywny zawodowy, zakorzeniony w środowisku, nie mógł odkryć wszystkich kart. Co innego 13 lat później. Na zasłużonej emeryturze nie obowiązują go śluby milczenia. Pisze co myśli. A to potrafi zaboleć. Nie było świętości.

  • Liverpool – jest o klasowych 8 pilkarzy od walki o tytuł mistrzowski. Steven Gerrard nie jest graczem ścisłej światowej czołówki. Jordan Henderson nie potrafi dobrze biegać i będzie miał problemy. Liverpool przepłacał za Stuarta Downinga i Andy’ego Carrolla.
  • David Beckham – po związaniu się z Victorią skończyła się jego koncentracja tylko na piłce. Zapragnął sławy poza stadionem. Musiał odejść, ku rozpaczy Fergusona. Ten uważał Beckhama za niemal syna i podziwiał go za upór w dążeniu do sukcesu.
  • Roy Keane – opisywał go jako przerażającą osobowość i typ szefa, który nie przejmował się sposobem pełnienia swoich rządów. Miarka przebrała się podczas wywiadu z 2005 roku, gdy Keane przejechał się po kolegach z zespołu. Kieran Richardson, Darren Fletcher, Alan Smith, Edwin van der Sar lub Rio Ferdinand, bez większej różnicy. Od tego momentu para żyje ze sobą w słabych relacjach. (Keane doniesienia Fergusona nazwał przejawem braku lojalności).
  • Manchester City – osobny rozdział należy do mistrzowskiego sezonu City, wyrwanego w ostatnich sekundach sezonu 2011/12. Podobno był to najgorszy dzień w życiu… żony sir Alexa. Szkot postawił sobie za punkt honoru zrewanżowanie się na lokalnych rywalach (oczywiście się udało). Przy okazji mówił, że nie czuł niechęci do Roberto Manciniego. Jego zdaniem Włoch strzelił sobie w stopę pozwalając na powrót do składu dezertera Carlosa Teveza.
  • Wayne Rooney – chciał sam odejść z klubu w zeszłym sezonie (piłkarz zaprzecza). Podobno też wywierał nacisk na transfer Mesuta Ozila, co zirytowało Fergusona. Piłkarz nie ma wtrącać się do polityki transferowej.
  • Sędziowie i władze FA – ci pierwsi nie należą do czołówki i nie wykonują dobrze swojej pracy (oglądając Fergusona w akcji, nie dziwi ani jedno słowo). Ci drudzy nie potrafią zarządzać i uwzięli się na Manchester United. W karaniu giganta widzieli sposób na zjednanie sobie reszty społeczności kibiców.
  • Media – te nowoczesne są zmienne i trudne w współpracy. Nie może znieść widoku młodych dziennikarzy w luźnych ubraniach. Jego zdaniem standardy znacznie się pogorszyły – z rozrzewnieniem wspomina czasy początków trenerskiej kariery w Szkocji.
  • Rafa Benitez – maniak od kontrolowania wszystkiego, którego drużyny grają nudnawo.

Nie zabrakło też miłych momentów i pochwał. Bukiet róż dostali Cristiano Ronaldo, Jose Mourinho lub Rio Ferdinand. Jednak nie ma się co oszukiwać, to pikantne szczegóły i prztyczki w nos cieszą najbardziej. Zaczęła się licytacja kto miał rację, gdzie Ferguson się mylił. Brendan Rodgers wziął Hendersona w obronę. O Stevenie Gerrardzie mówił ostatnio „top, top, top, top, top player”. Szkot sprokurował odpowiedź od prezesa Premier League, negatywne komentarze Keane’a. Rooney odmówił sobie przywileju riposty.

Historię piszą zwycięzcy. Nawet, gdy naginają fakty pod siebie. Ferguson to model wygranego i może sobie pozwolić na własną interpretację dziejów. Nie zawsze słuszną, ale podpartą autorytetem 13-krotnego mistrza Anglii, 2-krotnego triumfatora Ligi Mistrzów, itp. Książka dopiero ma premierę w Wielkiej Brytanii, ale już z niecierpliwością trzeba wyczekiwać polskiego wydania.

%d blogerów lubi to: