Archiwum

Posts Tagged ‘blog Premier League’

Jak ukarać Pardewa?

Alan Pardew obudził u większości obserwatorów w Anglii nutkę moralisty. Jak bardzo ukarać trenera, który haniebnie zaatakował piłkarza Hull City Davida Meylera? Na ile wycenić jego oczywisty przecież grzech?

Krótkie przypomnienie lub streszczenie. Newcastle prowadzi na wyjeździe 3:1, gdy w 72. minucie gry Meyler biegnie po piłkę wyrzuconą na aut i wchodzi na szlak kolizyjny z Pardewem. Krótka przepychanka i wymiana słów prowadzi do dynamicznego ruchu głową trenera Srok w stronę gracza Hull (ang. headbutt). Pardew wylatuje na trybuny, Meyler dostaje żółtą kartkę. Piłkarska Anglia eksploduje.

Ceniony Henry Winter z „The Daily Telegraph” wycenia to przewinienie Pardewa na zawieszenie do końca sezonu – 10 meczów. –  FA musi działać zdecydowanie i, aby zachować wiarygodność, wykluczyć Alana Pardewa, menedżera Newcastle, z pobytu na stadionach piłkarskich do końca sezonu – pisze. Podobnie sprawę widzi analityk BBC Robbie Savage (były agresor boisk Premier League, nomen omen). – Pardew nie powinien pojawiać się na stadionach przez 10 ostatnich meczów w sezonie Newcastle. Jak można zarządzać grupą piłkarzy, gdy zrobiło się podobną rzecz jednemu z ich kolegów? – pyta Savage.

Błyskawicznie zareagowało samo Newcastle, które wlepiło trenerowi 100 tysięcy funtów grzywny (mocne) i udzieliło oficjalnego ostrzeżenia. Pardew pozostał na swoim stanowisku, mimo że niektórzy, jak Graeme Souness, domagali się natychmiastowego zwolnienia. Swoje dołoży jeszcze angielska federacja, która już zapowiedziała ukaranie Anglika, nie wiadomo jeszcze w jakim wymiarze. Podobno FA widzi sprawę jako większe przewinienie niż popchnięcie sędziego przez Paula Ince’a, za które ten niedawno dostał pięciomeczowe zawieszenie.

Pierwsza reakcja była oczywista – cóż ten Pardew uczynił?! Jednak z każdym dniem coraz mniej podoba mi się publiczny ostracyzm Anglika. Zasłużył na znaczącą karę, ale w racjonalnych proporcjach do przewinienia. Naruszył nietykalność cielesną swojego kolegi z profesji, a na to nie ma miejsca. Bez cienia wątpliwości. Pomogło mu zdecydowanie to, że Meyler przyjął sprawę jak twardziel i zamiast rolowania po ziemi postanowił słownie odgryźć się trenerowi. Do eskalacji nie doszło po szybkiej interwencji innych graczy.

Bardzo wygodnie jest jednak robić z niego kozła ofiarnego. Zachowanie Pardewa, choć wyjątkowo głupie, nie było przecież bardzo agresywne i w żaden sposób nie mogło uszkodzić piłkarza. Cios głową jest przecież przewidywalny, wolny i dość słaby – słusznie ludzie z podcasta Football Weekly ocenili go bardziej jako gest niż faktyczny cios.

Czy nie dużo groźniejsze są ataki z czystą premedytacją na nogi rywala w „rytmie meczowym”? Czy nie gorsze są rasistowskie gesty lub odzywki? Nicolas Anelka dostał niedawno pięć meczów zawieszenia od FA za gest „quenelle”, który ma zabarwienie antysemickie. Samo ukaranie go za ten ruch wskazuje, że federacja odebrała go za obelżywy. Jak więc TAKIE coś może być wycenione dwa razy słabiej niż działanie Pardewa? Przypomnijmy też, że Jose Mourinho za wbicie palca w oko Tito Vilanovy (to dopiero groźne) dostał 600 euro grzywny i zawieszenie na… dwa spotkania.

Skłaniam się ku słowom byłego prezesa Newcastle Freddy’ego Sheperda. – On przeprosił i nie powinien tego robić. To było szalone, ale dostanie karę i będzie się z tym zmagał do końca życia. Dwadzieścia milionów ludzi to oglądało i wydaje mi się, że FA zechce zrobić z niego przykład – powiedział. Też się tego obawiam, że Pardew zostanie czarną owcą angielskiej piłki, choć natychmiast ruszył z akcją przepraszania i całkowitego przyznania do winy oraz gotowości do zmierzenia się z konsekwencjami.

Z pewnością Pardewowi nie pomaga dawna historia wybuchów na ławce trenerskiej. Słynne są już jego starcia słowne z Arsenem Wengerem, Martinem O’Neillem i niedawne z Manuelem Pellegrinim (którego nazwał dosłownie, wybaczcie „starą, pierdoloną cipą”). Półtora roku temu dostał 20 tysięcy funtów grzywny i dwa mecze zawieszenia za popchnięcie asystenta sędziego. Z pewnością ma kłopoty z okiełznaniem swojego temperamentu, ale stawianie jego najnowszego grzechu nad akcje Mourinho lub Anelki to duża przesada. Inna kwestia to wpływ zachowania trenera na opinię zawodników, o którą pyta Savage. Kwestia utrzymania dyscypliny przez Pardewa zależy od wielu czynników, których nie znamy – jego posłuchu, dotychczasowej pozycji, rozliczenia i rachunku sumienia przed zespołem. Moim zdaniem zasługuje na szansę, tym bardziej, że popierają go wyniki sportowe. Co o tym sądzicie?

PS. Najdziwniejsze w całej sprawie jest to, że cała sytuacja przytrafiła się, gdy Newcastle spokojnie wygrywało trudny mecz wyjazdowy i zaczynało się otrząsać po stracie Yohana Cabaye’a. Ich świetny występ przyćmiła debata o Pardewie. Szkoda, bo tegoroczne odrodzenie Srok to jedna z ważniejszych historii w tegorocznym sezonie Premier League.

 

Reklamy

Forma Młota

Kto jest aktualnie drużyną w najlepszej formie w Premier League? Wcale nie Liverpool lejący Arsenal i wracający cudem z zaświatów w Fulham. Wcale nie Tottenham napędzany Emmanuelem Adebayorem, czy regularny w punktowaniu lider – Chelsea. Piękną wyprawę w góry tabeli urządził sobie West Ham United i to w momencie najmniej oczekiwanym.

W trzech ostatnich meczach, trzy zwycięstwa, wszystkie po 2:0 i cztery kolejne czyste konta. Wyjście ze strefy spadkowej w okolice idealnego środka tabeli. A jeszcze przed tą serią, 21 stycznia 2014, nastroje wokół Upton Park były najgorsze od lat, gdy właśnie zostali wychłostani przez Manchester City 0:9 w dwumeczowym półfinale Pucharu Ligi.

Olbrzymią cierpliwością wykazali się ludzie West Hamu, którzy mimo wielkiej presji nie odcięli głowy trenera Sama Allardyce’a. Mieli ku temu powód, otóż Wielki Sam nie spadł jeszcze w swojej karierze z Premier League, mimo iż prowadził kryzysowe Bolton Wanderers lub Blackburn Rovers.

Allardyce utrzymał miejsce przy ławce West Hamu

Świetną serię oraz zmianę oblicza Młotów można z powodzeniem przypisać heroicznej i bardzo szczęśliwej walce na Stamford Bridge, gdzie udało im się zatrzymać Chelsea strzelającą 39 razy na bramkę. Tamten remis, określony przez Jose Mourinho mianem dziewiętnastowiecznego futbolu, rozpoczął passę czystych kont. Paradoksalnie, bramkarz Adrian nie zawsze miał zbyt wiele pracy. Narobił się jak stachanowiec przy okazji gry z Chelsea i Norwich. Ze Swansea i Aston Villą jednak w bramce można było spokojnie postawić miotłę, a i tak niewiele by to zmieniło, rywale celnie nie strzelali. Bo jeśli West Hamowi idzie w tym sezonie, to za sprawą szczelnej defensywy. Ich obecna seria to wyrównanie tegorocznego rekordu w liczbie czystych kont z rzędu (wcześniej Southampton i Artur Boruc). Młoty najwięcej razy w całej lidze powstrzymywali rywali przed zdobyciem gola – 13-krotnie, czyli dokładnie w połowie rozegranych meczów! – Utrzymanie czystego konta w połowie naszych spotkań to wynik, którego normalnie można oczekiwać po drużynie z czołowej szóstki – chwali swoją defensywę Allardyce.

Swoje zrobił też powrót kontuzjowanych i zawieszonych graczy – głównie odrodzonego w strzeleckiej formie Kevina Nolana (autora czterech z sześciu goli) oraz energicznego Mohameda Diame. Wydawało się, że ekipę bez napastnika wreszcie do boju pociągnie Andy Carroll, który zaczął obiecująco od dwóch asyst, ale później zarobił czerwoną kartkę i trzymeczowe zawieszenie. West Ham radzi sobie bez niego, choć rychły powrót wielkiego Anglika pozwala myśleć o podtrzymaniu dobrej serii. Młoty wzmocniły zimą także swoją ławkę rezerwowych i teraz mogą liczyć na wartościowe zmiany, kto wie – może i grę w pierwszym składzie, doświadczonych Włochów Antonio Nocerino i Marco Borriello.

West Ham nie jest jeszcze bezpieczny, mimo świetnej formy w lutym. 11. pozycja w tabeli, ale od strefy spadkowej odstają ledwie czterema punktami – ot, cały urok tegorocznej walki o utrzymanie w Premier League. Jednak w londyńskim klubie wreszcie mogą pozwolić sobie na głębszy oddech i powrót dobrego nastroju. Widać to po mowie ciała u piłkarzy po wtorkowej wygranej nad Norwich City. Wyrwali zwycięstwo na siłę, w samej końcówce, gdy wcześniej kilkukrotnie z opresji ratował ich hiszpański bramkarz Adrian (ponoć praktycznie nie mówiący po angielsku). Nic tak nie spaja jak zwycięstwa, nawet nie trzeba zbyt wiele mówić. Tak Adrian nosił na ręce Marka Noble’a – obrazek sielanki. Jak długo potrwa w lidze, w której wszystko dzieje się w zabójczym tempie?

PS. Nie jestem w stanie napisać nic obiektywnego o Liverpoolu po cudownej wygranej z Fulham (boję się o zbyt dużą nadinterpretację). Chciałem o Arsenal – Manchester United, ale zabrakło mi sił, żeby to obejrzeć do końca… Brawo Wojciech Szczęsny, to tyle.

Cichosza

Gdy usłyszałem dźwięki Old Trafford po ostatnim gwizdku meczu z Fulham, przed oczami stanął mi krakowski bard, Grzegorz Turnau. Cicho, cichosza. A jeszcze 10. minut wcześniej trybuny ryczały z radości, gdy Manchester United zaliczał powrót jak za dawnych lat.

David Moyes ma rację mówiąc o dominacji swojej drużyny. Na mapie średniej pozycji piłkarzy w czasie tego meczu WSZYSCY gracze Fulham, co do jednego napastnika, przeciętnie czas spędzali na własnej połowie. W przypadku Czerwonych Diabłów tylko bramkarz i dwaj obrońcy średnio stali na własnym terenie. Moyes myli się jednak myśląc, że to wystarczy do regularnego wygrywania. Liverpool przed sezonem lub dwoma także cierpiał na chorobę, która teraz dopada United. Tłamsili, naciskali z każdej strony, ale maluczcy wywozili punkty z Anfield, gdyż gospodarze nie umieli odcisnąć swojego piętna. To samo dzieje się teraz na Old Trafford. Szok jest w tym przypadku większy, w końcu w zeszłym roku teren ten był niemal uświęcony, nie do zdobycia. Dziś punkty wywożą z niego West Bromwich, Southampton, Everton, Newcastle, Tottenham i teraz Fulham.

Jakże trafna była analiza Robbiego Savage’a w Match of the Day, który z zadumą patrzył na akcję dającą wyrównanie Fulham w 94. minucie (czasie Manchesteru United, do cholery). Liczył: czterech ludzi United na czterech ludzi Fulham. Naprawdę? Tak ciężko nadrobione straty, podniesienie się z knockdownu i dwa gole w dwie minuty – wyparowały po kompletnym zlekceważeniu sobie końcówki gry. Jeszcze gorszy był obrazek z pierwszego trafienia gości. Steve Sidwell, zupełnie przez nikogo nie zauważony, wbiega spokojnie z 35 metra, aby wejść na wolne pola trawy, które już dawno poopuszczali wyciągnięci obrońcy United. Wystarczyło tylko jedno, drobne i w miarę precyzyjne podanie lobem.

Trzeba przyznać, że Moyes zrobił wszystko, co tylko się dało, aby ratować sytuację. Do i tak ofensywnego ustawienia z Waynem Rooneyem, Robinem van Persiem i Juanem Matą dodał później jeszcze Javiera Hernandeza, Antonio Valencię i Adnana Januzaja. Ale z kim jak nie z ekipą zamykającą tabelę w starciu u siebie? Napór, wyrażony rekordowymi 81 dośrodkowaniami (jak bardzo nie chcielibyśmy się z nich śmiać – obie bramki United wzięły się właśnie z tych zagrań) dał namiastkę dawnych lat, gdy magia przyciągania bramek na Old Trafford działała cuda.

Za starych dobrych czasów nie byłoby jednak takiego finiszu. Nic już nie uciszyłoby szczęśliwych trybun, Rooneya szalejącego na kolanach po drugim golu dla swojej drużyny.

To nie jest już ten Manchester United. Mamy kolejny dowód. Choć reputacja klubu i jego potencjał wciąż nie pozwalają spisać mi ich na straty w walce o Ligę Mistrzów, wniosek nasuwa się tylko jeden. Przez te wszystkie lata fergusonowskie, szczytem niepowodzenia dla każdego fana United było trzecie miejsce w tabeli. Trzecie! Kolekcja pucharów puchła niemal rokrocznie. Przyzwyczailiśmy się do tego stanu rzeczy i myśleliśmy, że tak będzie już zawsze. Witamy w rzeczywistości, drodzy kibice czerwonego Manchesteru. Życiu, gdzie obecny jest ból, oczekiwania i nadzieja na lepsze jutro. Wiem jednak, że przyzwyczajenie się do takiego stanu to trudne doświadczenie. Ale przynajmniej bardziej docenicie przyszłe sukcesy. Bo Manchester United jest zbyt gigantyczny, aby na dłużej zostać na mieliźnie.

PS. Najlepsze 20 minut tego sezonu. Kto nie widział jak Liverpool wybił z głowy liderowanie Arsenalowi, powinien skusić się tylko na pokaz tych cudownych 20 minut. Prostopadłe podania Coutinho, wizjonerskie zagrania Suareza, szybkość Sterlinga, wykorzystywanie fatalnych ustawień obrony, centry Gerrarda wprost na łysą głowę Skrtela. Szkoda, że hit kolejki skończył się tak szybko, bo resztę meczu można było spokojnie sobie darować. Niezwykłe są te tegoroczne festiwale goli Liverpoolu…

Redefinicja Mourinho

Trudno będzie mi się wznieść na bardziej adekwatny komentarz starcia kolejki, dla niektórych meczu o mistrzostwo Anglii od twitta Gary’ego Linekera w przerwie gry.

Trenerski popis jednego aktora przyćmił występy plejady bohaterów Chelsea, o których też koniecznie trzeba wspomnieć. Etihad Stadium okazało się w tym sezonie sceną dla wielkich występów trzech ludzi. Najczęściej bryluje tam świta Manuela Pellegriniego, która tylko dwa razy dała się pozbawić głównych ról na rzecz gości. Raz Etihad rządził Pep Guardiola i Bayern w meczu największej dominacji 2013 (1:3 dla Bawarczyków). Drugi raz udało się to Jose Mourinho.

Zwycięstwo Chelsea nie jest oczywiście żadną sensacją, ale mimo to sporym zaskoczeniem. Przecież wcześniej Manchester City wygrywał tu 11 razy z rzędu, strzelił 42 gole. Pewnie większość z nas spodziewała się bardziej pomeczowych docinek w stronę Mourinho dotyczących jego hipokryzji w ocenach gry rywali. Przecież jeszcze w środę Portugalczyk punktował West Ham za „futbol z XIX wieku” i zabijanie rywalizacji na najwyższym poziomie. Zaparkowany autobus przed bramką The Blues to był najpewniejszy scenariusz w przypadku, gdyby Chelsea miała wywieźć coś z Manchesteru. Całe szczęście, że stało się inaczej… Mourinho zwyczajnie zabronił nam o sobie źle myśleć.

Wątpliwości budziła pierwsza jedenastka The Blues, gdzie wydawało się, że zagrają trzema defensywnymi pomocnikami w bardzo hermetycznie zamkniętym i wycofanym systemie. Mourinho zwiódł nas jednak rolą Ramiresa. Zamiast schować go obok Nemanji Maticia oraz Davida Luiza (świetnych przy okazji), menedżer gości wypchnął szybkonogiego i niezmordowanego Brazylijczyka na jedno ze skrzydeł. Pierwsza z kapitalnych decyzji. Gdy wydawało się, że Chelsea swoje ataki będzie przeprowadzać garstką piłkarzy, do każdej z kontr (wielu, wielu, wielu) ruszała z przynajmniej czwórką żołnierzy.

Najbardziej zaskakująca okazała się wyrwa w środku boiska, którą zostawili gospodarze. Przez wymuszoną absencję Fernandinho swoją szansę w pomocy dostał Martin Demichelis, dziś obiekt największych drwin/krytyki w piłkarskiej Anglii. To w niej najczęściej popisywali się Eden Hazard (11/16 w dryblingach) lub Willian (6 kluczowych podań). Już w 8. minucie The Blues pruli w kontrze w przewadze liczebnej. Niecałe 20. minut później popełnili kardynalny grzech zaniedbania, gdy łatwo zmarnowali okazję czterech na jednego plus bramkarz. Nie zemściło się jednak i w końcu wepchnęli swojego gola po zaskakującym strzale lewą nogą Branislava Ivanovicia.

Imponujące kontry chłopców Mourinho brały się przede wszystkim ze znakomitego przygotowania obrony. Gdy trzeba było, już do obrońców Manchesteru City dopadało kilku graczy rywali, którzy zamykali bezpieczne ścieżki podań. Sporo wiedzy dostarczyła mowa ciała graczy City pod koniec pierwszej połowy, gdy z bezsilności okopywali auty. Gdy zachodziła potrzeba, udanie absorbowali ataki gospodarzy. The Citizens, zwykle z całym wachlarzem opcji ofensywnych, tutaj ograniczyli się do jednej groźnej broni. Były ją groźne, płaskie wstrzelenia piłki ze strony włączającego się do akcji Aleksandara Kolarova. Nie istniał Alvaro Negredo lub Edin Dżeko, którym jakąkolwiek dominację w powietrzu z głowy wybił Gary Cahill. Choć w tygodniu Mourinho „najlepszym obrońcą Premier League” nazwał jego kolegę z linii Johna Terry’ego, w poniedziałek zjawiskowy był ex-piłkarz Boltonu. Zobaczcie sami na wykresie. Oto wytłumaczenie tej masy zielonych kółek: 16 wybić piłki, 2 zablokowane strzały, 1 przechwyt.

Gary Cahill – idealnie ustawiony

W tym meczu padł tylko jeden gol, ale widowisko nijak można nazwać nudnym. Chelsea trzykrotnie ostrzelała słupek lub poprzeczkę, co jest wyrównaniem tegorocznego rekordu Premier League.

Na początku sezonu wytypowałem Chelsea do tytułu mistrzowskiego w Anglii. Coś musi być na rzeczy, gdy Mourinho spycha presję na rywali z Manchesteru i sam głośno o tym nie mówi. Przyznam, że niedawno uznałem za niesprawiedliwe jakiekolwiek inne rozwiązanie niż tytuł dla City. Trzeba przecież nagradzać kolejne pogromy, olbrzymi polot w ofensywie, który pozwala im choćby dwukrotnie stłamsić silny przecież Tottenham. Jednak… czy taką estymą otaczać zespół, który okazuje się tak bezbronny w największych sprawdzianach sezonu (Bayern i Chelsea). Trudno powiedzieć i całe szczęście, że nie mnie przyjdzie o tym decydować.

Z dala od szczytów

W komentarzu pod ostatnim wpisem obiecałem notkę o ekipach środka tabeli, które choć wojują na chwałę Premier League, zwykle stanowią tło Londynu, Manchesteru lub Liverpoolu. Spełnienie obietnicy mogło być trudne przy smakowicie zapowiadających się derbach Merseyside i szlagierze na White Hart Lane. Los się jednak uśmiechnął dla fanów środka tabeli.

Skończyły się lata, gdy Villa brała Puchar Europy…

Niekwestionowany mecz kolejki i źródło największych zwrotów akcji to derby, ale regionu Midlands, nie Liverpoolu. Zwyczajową potęgą okolic Birmingham (drugiego miasta Wielkiej Brytanii, było nie było) można nazwać Aston Villę i, z uwagi na zasługi z lat 80-tych, Nottingham Forest. W ostatnich sezonach jednak po władzę w dzielnicy coraz śmielej sięgało West Bromwich Albion, które przestało być synonimem bańki-wstańki ligi angielskiej. Sezon w drugiej, sezon w pierwszej i tak na zmianę. WBA jest premierleague’owy pełną gębą, za to Aston Villa, Birmingham i Wolverhampton pogrążyły się w marazmie.

Ten środowy mecz nie miał prawa się udać. Miał być zwykłą kopaniną środka/dołu tabeli. West Brom świeżo po przyjęciu nowego trenera i aferze wokół antysemickiego/antysystemowego gestu Nicolasa Anelki, który doprowadzi do rychłego zakończenia współpracy ze sponsorem na koszulkach. Aston Villa – najsłabsza w Premier League na własnych śmieciach. Osiem punktów w 11 wcześniejszych pojedynkach i tylko osiem strzelonych goli u siebie. Nawet Fulhamy, Sunderlandy i West Hamy tej ligi nie prezentowały się przed własną publiką tak żałośnie.

Ale derby wymagają innego poziomu zaangażowania. Widać to było po szturmie West Bromu z samego początku starcia. Strzelanie otworzył Chris Brunt uderzeniem nie do obrony. Ten chłopak to jeden z najbardziej niedocenianych piłkarzy całej ligi. Skąd ten wniosek? Gdy gazety porównują najlepszych kreatorów ligi na przestrzeni ostatnich lat, obok Juana Maty, Davida Silvy i Wayne’a Rooneya znajdziecie właśnie nazwisko Brunta, który po cichu prezentuje kolegom mnóstwo szans na bramki. Po 9 minutach było już 0:2, tym razem po typowej dla WBA bezpośredniej akcji i samobóju Fabiana Delpha.

Nie minęły kolejne 15 minut, a na tablicy wyników 2:2. Spory udział przy odrabianiu strat przez Aston Villę miał Diego Lugano, którego eksperci Match of the Day poprosili o powtórkę tak koszmarnej gry obronnej na Mundialu 2014 (Lugano to Urugwajczyk, rywal grupowy Anglików). Pierwsze prowadzenie w meczu dał Villi… pechowiec Delph, dla którego był to dopiero pierwszy gol w historii swoich występów w Premier League. Chłopak kiedyś kupowany w glorii następnej wielkiej gwiazdy futbolu, hamowany przez kontuzję kolana, czekał na ten moment długie pięć sezonów. Nie wystarczyło na długo, bo WBA szaloną pierwszą połowę skończyli kolejnym golem. 3:3 po 43. minutach walki. Huh!

Trudno było się spodziewać, że tak zabójcze tempo utrzyma się do samego końca. Ukoronowanie tego spotkania okazało się chyba najmniej spektakularne. Christian Benteke wykorzystał pewnie rzut karny po kolejnym koszmarku Lugano w defensywie. To był trzeci gol w trzecim kolejnym meczu Belga, który dopiero w 2014 roku otrząsnął się z niedoszłego transferu, którym kuszono go zeszłego lata.

Dopiero trzecim zwycięstwem u siebie Aston Villa dźwignęła się aż na 10 pozycję w tabeli. Jedna wygrana wypchnęła ich chwilowo ze strefy zmartwień i oglądania się za siebie. Sąsiedzi z dołu tabeli, Swansea, mają ledwie pięć punktów przewagi nad strefą spadkową i tylko sześć do ostatniej lokaty w tabeli. Wiele mówi się, i słusznie, o najlepszym wyścigu o mistrzostwo Anglii od lat, do którego stają trzy konie (Manchester City, Arsenal i Chelsea), a i uważnie trzeba przyglądać się Liverpoolowi. Nie zapominajmy jednak o najlepszej od lat walce o utrzymanie. W Premier League praktycznie zniknęła klasa średnia. Albo walczysz o puchary, albo bijesz się o utrzymanie. 9-10 klubów w styczniu realnie obawiających się o ligowy byt w maju? Sezon 2013/14 przejdzie do historii – zobaczycie…

PS. Adam Johnson strzelał gola lub asystował przy siedmiu ostatnich bramkach Sunderlandu w Premier League. W tym czasie Czarne Koty zgarnęły siedem punktów i wybiły się z dna tabeli. A były skrzydłowy Manchesteru City coraz głośniej może mówić o mundialowych marzeniach tego lata.

PS2. Jose Mourinho o West Hamie. „To nie był najlepszy futbol na świecie. Grali w piłkę nożną z XIX wieku. Trudno rywalizować w meczu, w którym ochotę do gry ma tylko jeden zespół. Nie mogę być jednak zbyt krytyczny. Czy na ich miejscu zrobiłbym to samo? Może tak.” Chelsea zremisowała 0:0, mimo oddania 39 strzałów. Przy… jednym West Hamu.

Drogi Jose, zrobiłbyś tak samo – bez zmrużenia oka.

Wywrócona tabela

Przeprosiny od Premier League przyjęte. Po fatalnym poniedziałku eksplozja emocji nastąpiła w Boxing Day. Lider spadł na czwarte miejsce, outsider pokonał na wyjeździe ekipę z TOP4, West Ham zanurkował w strefie spadkowej. Huh!

Nie sposób zacząć gdzieś indziej niż na Etihad Stadium. Przed meczem z Liverpoolem Manchester City aplikował kolejnym rywalom u siebie średnio 4,375 gola na mecz. Wszystkie rzecz jasna wygrał. Trudno było się więc spodziewać wyniku innego niż wygrana gospodarzy w starciu najlepszych ataków całej Premier League. Wynik 2:1 dla City – zupełnie spodziewany. Przebieg walki na szczycie – absolutnie zaskakujący.

Liverpool miał nie wygrać w Tottenhamie, a zwyciężył. Na Etihad przewidywałem wersję zdarzeń podobną do ich wyjazdowego starcia z Arsenalem. Niby kilka niezłych akcji, ale Kanonierzy pod kontrolą wydarzeń i ze spokojnym 2:0. Nie po raz pierwszy w sezonie nie doceniłem potencjału The Reds. Rzadko kiedy porażki mogą służyć jako moment, w którym zaczyna się piękna bajka. Jednak minimalna przegrana z Manchesterem City na taką wygląda. The Reds mają naprawdę wszystko, aby rzucić wyzwanie Chelsea na wyjeździe już w najbliższą niedzielę.

Dotychczasowy lider tabeli atakował z polotem, precyzją i finezją większą od spektakularnego dotąd Manchesteru City. Trójkąt Luis Suarez – Raheem Sterling – Philippe Coutinho, ustawiony często na długość ręki od siebie, wymieniał wyśmienite kombinacje podań na jeden kontakt. Grama przesady nie było w pochwałach Brendana Rodgersa, który zauważał jakość ataków konstruowanych przez swój zespół. Suarez udowodnił kolejny raz, że teraz, pod koniec kalendarzowego roku, nie ma sobie równych w Anglii, a i pewnie w reszcie świata. Jako pierwszy od niepamiętnych czasów tak często kręcił zjawiskowym przecież Vincentem Kompanym. Umiał go wyciągać z pozycji, a które najczęściej wbiegał Sterling. Tak jak na Tottenhamie pudła Liverpoolu nie skończyły się renesansem gospodarzy, tak tu przestrzelone „setki” Glena Johnsona i Sterlinga właśnie okazały się języczkiem u wagi między dwoma równorzędnymi rywalami.

Otwarte starcie Manchesteru City z Liverpoolem (oraz wcześniejszy hit City – Arsenal) uwidoczniły dodatkowo jaki futbol w 2013 roku zyskał na znaczeniu. Chyba czas już ogłosić koniec dogmatycznego poszukiwania długiego utrzymywania się przy piłce i wiązaniu 49 podań przy okazjach strzeleckich. Wyjątkowe mecze dzieją się, gdy obaj rywale hołdują błyskawicznej wymianie kontrnatarć. Nawet City, które rok temu grało znacznie wolniej, swojego zwycięskiego gola zawdzięcza błyskawicznemu wypadowi złożonego z wybicia, dwóch podań i strzału (słabego, obciążającego konto Simona Mignoleta). W tak zachwycającym pokazie nawet nie warto psuć sobie wspomnień decyzjami sędziowskimi, które doprowadziły do wybuchu Rodgersa na konferencji prasowej.

Reszta stawki

1. Dramatyczne rzeczy działy się na mnóstwie stadionów poza Etihad. Moją uwagę przykuł szczególnie wyjazdowy sukces Crystal Palace. Zespół ten ma w tym roku wyjątkową moc do wygrywania meczów, których waga wydaje się największa. To nie przypadek, gdy spektakularne triumfy odnosi się nad potentatami ligi. Crystal Palace takie spotkania regularnie przegrywa. Za to wszystkie pięć wiktorii z tego sezonu odnosi nad rywalami bezpośrednio zaangażowanymi w walkę o utrzymanie. Wczorajszy skalp na Aston Villi był kolejnym po pobiciu Cardiff, West Hamu, Hull oraz Sunderlandu. Po raz pierwszy w sezonie Palace wyściubiło głowę poza strefę spadkową.

2. Największą sensacją świąt, prawdziwym łamaczem kuponów bukmacherskich, musiało być zwycięstwo Sunderlandu na niezdobytej dotąd twierdzy Evertonu. Wydatnie pomogło tu słuszne wyrzucenie Tima Howarda już w 23. minucie. Everton, mimo liczebnego osłabienia, zrobił wszystko, aby wrócić do życia w tym meczu. Ale nie tym razem. Na ich drodze stanął bramkarz Vito Mannone, który w Arsenalu mógł liczyć tylko na granie trzecich skrzypiec za golkiperskim duetem Polaków. Sunderland zrobił przy tym pierwszy krok na drodze swojej „mission impossible”. Drużyna ostatnia w tabeli Premier League na święta w 95% przypadków spada z ligi. Jedyny raz w historii udało się jej uciec spod topora w pamiętnej gonitwie West Bromu z Tomaszem Kuszczakiem w bramce, którego symbolem była ta parada w ostatnich sekundach starcia z Wigan.

Czytaj dalej…

Widzę czas zmiany lidera

Zaczynamy oficjalnie świąteczno-noworoczne szaleństwo Premier League, gdzie mecze w Anglii wydają się rozgrywać co 15 minut, a wszystkiego nie sposób sensownie ogarnąć. Dlatego planuję krótsze, ale dużo częstsze wpisy na temat ligi, która nie zapada w sen zimowy.

Trzy prognozy Andrzeja-Jasnowidza przed weekendem 21-23 grudnia:

1. Zmiana lidera Premier League

Andrzej-Jasnowidz widzi koniec pobytu Arsenalu na szczycie tabeli. Kanonierzy grają u siebie z Chelsea. Wieszczę remis lub wygraną gości, która siłą rozpędu zepchnie ekipę Arsene Wengera poza szczyt. Arsenal nie jest w kryzysie, nawet jak nie wygrał trzech kolejnych spotkań – tego nie dajmy sobie wmówić. Niefortunnie ułożył im się kalendarz gier, więc spora przewaga punktowa musiała stopniowo maleć. Źródeł ich przewidywanego niepowodzenia dopatruję się gdzie indziej.

Czemu wierzę w moc Chelsea? Ponieważ moim zdaniem właśnie w grudniu The Blues włączą piąty bieg, do którego jak dotąd się nie zbliżali. To dość niezwykłe, że ten zespół zachwycał najrzadziej z ligowej czołówki, a mimo to wciąż trzyma się na dystans kilku punktów od lidera. Znakomicie podsumowuje to odpowiedź Jose Mourinho, pytanego czego brakuje drużynie Chelsea, aby być na poziomie Manchesteru City. – Mamy od nich więcej punktów, więc to pewnie oni chcą być tacy jak my – powiedział.

W poniedziałkową noc na fotelu lidera zasiądzie zatem najprawdopodobniej… Liverpool. The Reds regularnie odprawiają kolejnych rywali na Anfield. Nie inaczej powinno być z Cardiff City, które jest dodatkowo wstrząsane narastającym konfliktem na linii właściciel – trener. Do scenariusza, w którym Liverpool znów będzie na szczycie wystarczy im swoje zwycięstwo i remis w derbach Londynu.

2. Southampton nad Tottenhamem

Wygrana Świętych z bezpośrednim starciu (u siebie) z Kogutami pozwoli im przeskoczyć nad londyńczyków w tabeli. Choć Southampton w ostatnich pięciu kolejkach zebrał ledwie dwa punkty – moim zdaniem da radę. Bardziej wiąże się to z rewolucją (według mnie zbyt pochopną) w Tottenhamie, która przypadła na najgorszy moment sezonu. Zmiana taktyki Kogutów (na 4-4-2 w środowym meczu Pucharu Ligi), nowy tymczasowy trener, fatalne nastroje po dwóch z rzędu klęskach u siebie i dodatkowo kontuzje/zawieszenia ważnych piłkarzy (Vertonghen, Paulinho, Sandro, Kaboul, Townsend). To wszystko układa się w wygraną Świętych.

3. Falstart nowego West Bromu

Ścieżką identyczną jak Tottenham poszli The Baggies – tuż przed najbardziej gorącym momentem w kalendarzu wyrzucili trenera. Podobnie jak wyżej – widzę w tym, przynajmniej początkowo, ścieżkę donikąd. West Brom w pierwszym meczu bez Steve Clarke’a zagra u siebie z Hull City, które na dziś jest najprzyjemniejszą niespodzianką pierwszej połowy sezonu. Remis ze wskazaniem na gości.

%d blogerów lubi to: