Archiwum

Posts Tagged ‘Chelsea’

Widzę czas zmiany lidera

Zaczynamy oficjalnie świąteczno-noworoczne szaleństwo Premier League, gdzie mecze w Anglii wydają się rozgrywać co 15 minut, a wszystkiego nie sposób sensownie ogarnąć. Dlatego planuję krótsze, ale dużo częstsze wpisy na temat ligi, która nie zapada w sen zimowy.

Trzy prognozy Andrzeja-Jasnowidza przed weekendem 21-23 grudnia:

1. Zmiana lidera Premier League

Andrzej-Jasnowidz widzi koniec pobytu Arsenalu na szczycie tabeli. Kanonierzy grają u siebie z Chelsea. Wieszczę remis lub wygraną gości, która siłą rozpędu zepchnie ekipę Arsene Wengera poza szczyt. Arsenal nie jest w kryzysie, nawet jak nie wygrał trzech kolejnych spotkań – tego nie dajmy sobie wmówić. Niefortunnie ułożył im się kalendarz gier, więc spora przewaga punktowa musiała stopniowo maleć. Źródeł ich przewidywanego niepowodzenia dopatruję się gdzie indziej.

Czemu wierzę w moc Chelsea? Ponieważ moim zdaniem właśnie w grudniu The Blues włączą piąty bieg, do którego jak dotąd się nie zbliżali. To dość niezwykłe, że ten zespół zachwycał najrzadziej z ligowej czołówki, a mimo to wciąż trzyma się na dystans kilku punktów od lidera. Znakomicie podsumowuje to odpowiedź Jose Mourinho, pytanego czego brakuje drużynie Chelsea, aby być na poziomie Manchesteru City. – Mamy od nich więcej punktów, więc to pewnie oni chcą być tacy jak my – powiedział.

W poniedziałkową noc na fotelu lidera zasiądzie zatem najprawdopodobniej… Liverpool. The Reds regularnie odprawiają kolejnych rywali na Anfield. Nie inaczej powinno być z Cardiff City, które jest dodatkowo wstrząsane narastającym konfliktem na linii właściciel – trener. Do scenariusza, w którym Liverpool znów będzie na szczycie wystarczy im swoje zwycięstwo i remis w derbach Londynu.

2. Southampton nad Tottenhamem

Wygrana Świętych z bezpośrednim starciu (u siebie) z Kogutami pozwoli im przeskoczyć nad londyńczyków w tabeli. Choć Southampton w ostatnich pięciu kolejkach zebrał ledwie dwa punkty – moim zdaniem da radę. Bardziej wiąże się to z rewolucją (według mnie zbyt pochopną) w Tottenhamie, która przypadła na najgorszy moment sezonu. Zmiana taktyki Kogutów (na 4-4-2 w środowym meczu Pucharu Ligi), nowy tymczasowy trener, fatalne nastroje po dwóch z rzędu klęskach u siebie i dodatkowo kontuzje/zawieszenia ważnych piłkarzy (Vertonghen, Paulinho, Sandro, Kaboul, Townsend). To wszystko układa się w wygraną Świętych.

3. Falstart nowego West Bromu

Ścieżką identyczną jak Tottenham poszli The Baggies – tuż przed najbardziej gorącym momentem w kalendarzu wyrzucili trenera. Podobnie jak wyżej – widzę w tym, przynajmniej początkowo, ścieżkę donikąd. West Brom w pierwszym meczu bez Steve Clarke’a zagra u siebie z Hull City, które na dziś jest najprzyjemniejszą niespodzianką pierwszej połowy sezonu. Remis ze wskazaniem na gości.

„Oglądam DVD, rosnę na króla strzelców Premier League”

Zakłady bukmacherskie to nie moja działka, ale na jeden mógłbym się skusić bez wahania. Czy Romelu Lukaku zostanie pierwszoplanową postacią światowej piłki? Tak jest – wyceniam to na kurs w okolicach 1.15. Wielkiego zarobku z takich przewidywań by nie było.

„Cholera, mam przegrane”

Everton wreszcie znalazł ligowego pogromcę, ale nawet w przegranym meczu biło od nich światło. Taką łunę ma jasna przyszłość 20-letniego Belga przewodzącego linią ataku The Toffees. Jego superforma to obok tworzenia ofensywnego duetu marzeń w Liverpoolu  (SAS, czyli Suarez And Sturridge – na cześć elitarnej jednostki brytyjskiego wojska i dawnego duetu Blackburn Shearer And Sutton) oraz wystrzału Aarona Ramseya to najciekawsze wątki początku sezonu Premier League.

Lukaku to żadna nowość, oczywiście. Na piłkarskiej arenie pojawił się jak 16-latek w Anderlechcie, gdzie rok później już świętował koronę króla strzelców. Takiej perły trudno nie dostrzec, więc i licytacja o jego usługi dobiła do dziesiątek milionów funtów. Ostatecznie wylądował w Chelsea. Klubie, gdzie wyniki potrzebne są już na wczoraj, z marnym klimatem pod hodowlę sportowych niemowlaków.

Tu z błogosławieństwem przychodzi system wypożyczeń, który na angielskiej ziemi sprawdza się wybornie. Można wymieniać dziesiątki gwiazd, które zyskały na dojrzewaniu w mniej stresujących warunkach, gdzie wynik ważny, ale konkurencja mniejsza – współczesne przykłady to Sturridge, Wilshere, Lampard, Terry… Lukaku swoją szansę dostał w West Bromwich. Jako najlepszy zmiennik ligi wchodził na dobicie rywali jednego z najprzyjemniejszych zaskoczeń poprzedniego sezonu. 17 uzbieranych goli dla The Baggies w lidze było wynikiem lepszym od jakiegokolwiek gracza Chelsea.

Mimo to po powrocie na Stamford Bridge nie czekała na niego lektyka i gwarancja miejsca w składzie. Jak tu upchnąć Lukaku, Fernando Torresa, Dembę Ba i nadciągającego jeszcze Samuela Eto’o na jedną pozycję? Nie żeby Belg nie miał szans w takiej rywalizacji. Jednak z konieczności szansę na występy byłby ograniczone. – Mogłem zostać i walczyć, ale nie chodziło o rywalizację. Jak masz 20 lat to potrzebujesz minut na boisku. Straciłem miejsce w reprezentacji, bo nie grałem przez rok w Chelsea – powiedział sam Lukaku. Na swoje żądanie, nie z woli Jose Mourinho, powędrował do Evertonu.

Ten ruch, na razie idealny w skutkach dla samego piłkarza i liverpoolskiego klubu, pokazuje mądrość tego młodziana. Są gorsze miejsca na otrzaskanie się w lidze niż ekipa rok w rok bijąca się o europejskie puchary. Można trafić gorzej niż pod skrzydła bardzo kumatego Roberto Martineza. Worek bramek, który Lukaku rozwiązał już od pierwszego meczu dla Evertonu spowodował lawinę wątpliwości. Dlaczego Mourinho wypuścił swojego najlepszego napastnika na wypożyczenie? W Chelsea na pewno nie miałby takiego kredytu zaufania i tylu minut doświadczenia do zebrania z boiska. W dłuższej perspektywie i The Blues opłaci się roczny pobyt 20-latka na Goodison Park.

Lukaku to chłop jak dąb. Nie od parady porównuje się go do Didiera Drogby. Jednak mimo znakomitych warunków fizycznych (191 cm i wielka muskulatura) to nie jest typowy adres posyłania długiej piłki. Górnych pojedynków za wiele nie wygrywa, ale do repertuaru w tym roku dodał coś, co wypycha go do czołówki snajperów Premier League. Poza wykańczaniem akcji zaczął pracować nad łączeniem ataków oraz grę tyłem do bramki. Lukaku nie widać teraz tylko w polu karnym, a coraz częściej przy linii środkowej.

Czytaj dalej…

Kolejka niczego specjalnego

Pewnie już zauważyliście, że w swoich podsumowaniach całej kolejki lubię poszukiwać wspólnego mianownika dla wielu ważnych meczów Premier League. Tydzień temu była to wszechobecna miłość. Dziś, niestety, słowa-klucze to „nic specjalnego”.

Bezbłędny Vidić rozjaśnił nudy z Old Trafford

Szkoda, bo tak zupełnie się nie zapowiadało. Po pierwszej, umiarkowanej w starcia wagi ciężkiej serii, przyszedł czas na inaugurację pojedynków klasy superciężkiej (między triem Manchester United, Manchester City i Chelsea). Odłożyłem przez to blogowanie do wtorku. Ba, nawet BBC przesunęło swoje Match of the Day 2 z niedzieli na poniedziałek, aby przeanalizować szlagier z Old Trafford. Olbrzymie oczekiwania i plany. A starcie United z Chelsea zasługiwało na ostatnie miejsce w programie – pięć minut skrótu z minutą analizy.

Relacja z tego meczu kolejki, typowanego na jeden z meczów sezonu, można skrócić do zdania: „mało szans z jedną kontrowersyjną sytuacją”. Dużo ciekawsza była cała otoczka wokół Wayne’a Rooneya. David Moyes wystawiając go do pierwszego składu, nie do końca przygotowanego fizycznie, dał sygnał, że jest dla niego przyszłość na Old Trafford. Tak samo z reakcją kibiców, którzy Rooneyowi zgotowali olbrzymią owację przy wyczytywaniu składów. Sam Anglik zostawił płuca w okolicach linii bocznej na połowie Chelsea, gdy gonił za atakującym rywali i wślizgiem wyłuskał mu piłkę spod nóg. Z tej perspektywy ognia do oliwy dolewa dodatkowo deklaracja Jose Mourinho, który Rooneyowi przez telewizyjny wywiad powiedział: „zdeklaruj się chłopie. Albo zostajesz, albo chcesz odejść. Decyzja należy do ciebie”. Jest nawet ultimatum stawiane przez Chelsea. Czy Rooney się skusi? Czy zadowoli go mocna pozycja w składzie, ale jednak jako drugie skrzypce za Robinem van Persie? Czy zbyt pociągające nie będzie miejsce na szpicy ataku – jedynej pozycji w ofensywie, gdzie Mourinho wydaje się nie mieć swojego faworyta? Wczoraj postawił na skład bez nominalnego napastnika. To wotum nieufności dla Fernando Torresa, a szczególnie Demby Ba, pozostawionemu poza kadrą meczową.

Gdyby jednak na siłę szukać w Old Traffordzkich nudach jasnych elementów, dla mnie było to sentymentalne przenosiny w okolice roku 2008. Wtedy, gdy para Nemanja Vidić i Rio Ferdinand uchodziła bez wątpienia za najlepszy duet obrońców na globie, a ich rywal John Terry stanowił wzór odpowiedzialnego oraz bezbłędnego lidera. Tej trójce weteranów, przy indolencji atakujących pod bramką, wychodziło wszystko w stopniu perfekcyjnym. Dowód statystyczny?

Terry: 1 przechwyt, 11 wybić piłki (wszystkie celne)

Ferdinand: 2 odbiory, 2 przechwyty, 10 wybić piłki (wszystkie celne)

Vidić (piłkarz meczu): 3 odbiory, 3 przechwyty, 13 wybić piłki (wszystkie celne)

Czytaj dalej…

I ♥ Premier League

„Miłość rośnie wokół nas” zaśpiewają fani Króla Lwa. Wraz z pierwszą kolejką Premier League w większości miejsc panuje atmosfera optymizmu, nadziei i ekscytacji. Miesiąc miodowy trwa w pięciu z sześciu miejsc, które najbardziej nastawiały się na słodki sezon.

Sceneria pod komedię romantyczną (bez Hugh Granta!)

Nowe koszulki, piłkarze, trenerzy, stadiony, beniaminki, kilka powrotów – jak tu nie kochać początku sezonu? Najbardziej błogo jest oczywiście w okolicach Stamford Bridge, gdzie pierwsza kolejka stanowiła… finisz komedii romantycznej „Jose i Chelsea”. Ta zaczęła się w 2004 roku od mistrzowskich wzlotów, bojach w Europie w towarzystwie The Special One. Później, jak w tradycyjnym scenariuszu takiej komedii, przyszedł czas zwątpienia, rozstania (2007) i szukania nowych kochanek (kolejni trenerzy w Chelsea, Inter/Real dla Mourinho). Aż wreszcie bohaterowie opowieści spostrzegli, że żyć bez siebie nie mogą. W atmosferze święta, aplauzu i wyznań uczuć Jose wrócił do na swoje niebieskie pole w Londynie. Teraz, po happy endzie, zaczyna się druga część filmu – „Druga szansa Jose i Chelsea”.

Pięknie wystrojony Portugalczyk wystawił do pierwszego składu swoich dawnych liderów Franka Lamparda (cóż za spłata kredytu zaufania!) i Johna Terry’ego. Wszystko w 10. rocznicę przejęcia Chelsea przez uśmiechniętego po uszy Romana Abramowicza. Święto trwało jeszcze całą pierwszą połowę z Hull Tigers, gdzie The Blues niesieni genialną linią ofensywnych pomocników (mówiłem o Kevinie De Bruyne!) spokojnie załatwili sobie bilet po pierwsze trzy punkty. Nawet menedżer rywali Steve Bruce dał się ponieść atmosferze święta z okazji powrotu Boga Stamford Bridge. Choć sam Mourinho, przytłoczony miłością fanów, każe im teraz skupiać się na zawodnikach, tak wyposzczeni fani Chelsea raczej nie poprzestaną na swoich wyznaniach miłości względem Jose.

Jeszcze przyjemniej i łatwiej na dzień dobry z nowym klubem miał Manuel Pellegrini. Z takim błyskiem i polotem, niemalże ocierającym się o sportową perfekcję, Chilijczyk z łatwością załagodzi Manchesterowi City bolesny rozwód z Roberto Mancinim. Pellegrini ożywił nieco system gry (4-4-1-1 zamiast 4-2-3-1 + miejsce dla tradycyjnego skrzydłowego rozszerzającego grę). Przede wszystkim zaś tchnął nowego ducha w Edina Dżeko. Bośniak gola nie zdobył, mimo że był pioruńsko blisko. Ale jego swoboda i łączenie ataków City każe sądzić, iż Dżeko może z całego serca pokochać ten nowy sezon – nawet mimo piekielnej konkurencji o miejsce w składzie.

Na otwarcie tej kolejki w Liverpoolu mnóstwo powodów do zakochania pokazali obaj bramkarze Simon Mignolet (cóż za wejście. Zeszłoroczny Liverpool z pewnością zremisowałby ten mecz i wszedł w sezon pełny rozczarowań) oraz Asmir Begović (najlepszy bramkarz z klubów dolnej połówki tabeli). Czytaj dalej…

Witaj z powrotem, droga Premier League – zapowiedź

Witam się z ligą angielską i zaczynam blogowanie po wakacjach. Od tej pory będę regularnie pisał o ulubionej lidze angielskiej i liczę na równie owocną, jak nie lepszą dyskusję jak przy końcówce poprzedniego sezonu.

Sobota, 13.45 – oficjalny termin powrotu Premier League do łask, która wita się z nami meczem Liverpoolu (dziękuję) i Stoke. Jednak czego spodziewać się przed sezonem? Zapraszam do mojego przewodnika/zapowiedzi nowych rozgrywek w formie pytań i odpowiedzi.

Jose jest argumentem na rzecz mistrzostwa dla Chelsea

1. Kto zdobędzie mistrzostwo Anglii?

Wszystkie kończyny ciała podpowiadają Chelsea, choć sprawa w Anglii jest otwarta bardziej niż w jakiejkolwiek konkurencyjnej lidze (duopol w Bundeslidze, La Liga, Ligue 1 i Serie A). W jednym obrazie trzeba faworyta oglądać w Manchesterach. Ale wskazuje The Blues, bo: a) Jose Mourinho zna lepiej Premier League niż Manuel Pellegrini, b) siła ofensywna Chelsea jest zabójcza, szczególnie w linii pomocy, c) mają najbardziej wiarygodną linię obrony spośród wszystkich faworytów. Olbrzymim atutem Chelsea będą nowi piłkarze, których kupowano wcześniej. Powroty z wypożyczenia Romelu Lukaku i Kevina De Bruyne’a robią pożądany ścisk w i tak już mocno konkurencyjnej ofensywie The Blues.

Ankieta na kibiców Guardianie także przewiduje Chelsea z 38% głosów, City 27%, United 16%, Arsenal 7%. 

2. Kto najbardziej wzmocnił się latem?

Jeśli miałbym wskazać największy grzech w kampanii obrony mistrzostwa Anglii przez Manchester City przed poprzednim sezonem, byłoby to zadowalanie się półśrodkami w transferach. City zabrakło kogoś ikonicznego na kształt Robina van Persiego, dlatego dość łatwo oddali tytuł wraz ze swoją zastałą i zadowoloną po wcześniejszych sukcesach kadrą. Nowi dyrektorzy City nie popełnili już tego samego błędu. Ich skala zakupów nie ma sobie równych w Anglii – wydali latem 98 mln funtów. Sprzedaż niezadowolonego Carlosa Teveza w pełni wetuje, a nawet usprawnia klubowy atak ściągnięcie duetu Stevan Jovetić  i Alvaro Negredo. Brakujące ogniwo na pozycji defensywnego pomocnika łata imponujący w Szachtarze Fernandinho, który przy okazji ma duży polot w ataku. Niezbędną konkurencję Samirowi Nasriemu zrobi Jesus Navas. To przepis na nowy i najsilniejszy atak całej Premier League. Ale chyba nie na miarę mistrzostwa, gdyż w obronie tylko Pablo Zabaleta i Vincent Kompany to top class.

3. Kto najbardziej leniuchował latem?

Manchester United jest na dobrej drodze do popełnienia zeszłorocznego błędu lokalnych rywali. W ich przypadku wzmocnione nie zostaje nawet zaplecze kadry. Plotki o pogoniach za Cristiano Ronaldo, Cescem Fabregasem lub Thiago zdobiły zapełnione miejsca w angielskich gazetach i kończyły się na zerowej aktywności klubu. Dodatkowo dochodzi przeciąganie liny z Waynem Rooneyem, które destabilizuje mistrzów kraju. United mają jeszcze dwa tygodnie okna transferowego na ruch, który pozwoli uwierzyć mi w ich poważne mierzenie w złoto. Inaczej nie widzę ich zeszłorocznej kadry rywalizującej z usprawnionymi Chelsea i Manchesterem City. Tym bardziej, gdy składu nie spaja już stary mistrz Ferguson (Moyesowi wróżę bardzo trudną karierę na Old Trafford). Sam Wilfred Zaha, kupiony z resztą zimą, to zdecydowanie za mało.

Podobną „strategię” zastosował Arsenal. Nikt nowy poza pozbyciem się balastu z rezerw, choć w prasie potencjalne wzmocnienia wyglądały imponująco. Higuain, Suarez? Phi…

4. Kto będzie czarnym koniem?

Czytaj dalej…

„Gruby kelner” odzyskał blask

Jego związek z Chelsea od początku przypominał koszmar. Jednak ten romans dla obu stron zakończył się niespodziewanym happy endem. Teraz Rafael Benitez obrał sobie za cel przełamanie swojego włoskiego fatum.

Mecz o reputację

Sukces z Chelsea przywrócił Beniteza do świata wielkich trenerów

Przy eksplozji entuzjazmu, on stanął nieco na uboczu. Z delikatnym uśmiechem na twarzy trawił poczucie spełnionej misji. Benitez nie pchał się na czoło świętujących zdobycie pucharu za triumf w Lidze Europejskiej. Ale jego piłkarze o nim nie zapomnieli. Hiszpański trener mógł potrząsnąć kolejnym trofeum w swojej karierze.

Jeden mecz w Amsterdamie ważył o ocenie dokonań Beniteza na Stamford Bridge. Gdyby przegrał, przepadłby bez pamięci. A był tego bliski. Benfica co rusz rozmontowywała Chelsea i nadawała ton wydarzeniom na boisku. Przez długie minuty spotkanie było tak jednostronne, że The Sun pisał „wyglądało to, jakby tonący chwytał się każdego fragmentu zatopionego statku przed ostatecznym utonięciem”. Jednak The Blues i Benitez nie poszli na dno. Głową Branislava Ivanovicia zapoczątkowali koszmar Benfiki, która w ciągu nieco ponad dwóch tygodni roztrwoniła szansę na trzy puchary.

Gruba skóra

Hiszpański trener nie zrobił cudu na miarę wygrania Ligi Mistrzów przez Roberto di Matteo. Nie przejdzie do historii Chelsea w gronie ukochanych menedżerów. Mimo to nic nie wymaże go z kronik klubowych, bo to za jego krótkiej kadencji The Blues skompletowali trzecie trofeum w rozgrywkach UEFA.

Czas Beniteza w Londynie nie był czystym pasmem wielkich sukcesów. Przed swoją chwilą chwały Hiszpan musiał zebrać ciosy za odpadnięcie w półfinałach Pucharu Ligi i Pucharu Anglii. Nie udało mu się także zabrać złotego krążka z Klubowych Mistrzostw Świata. Te potknięcia tylko umacniały nienawiść kibiców, którzy z klubu wyrzucali go od pierwszego dnia. „Gruby hiszpański kelner”, „Tymczasowy” – palety szyderstw nie brakowało.

Właśnie te okoliczności sprawiły, że ostateczny bilans Beniteza prosi się o przymiotnik „spektakularny”. Hiszpan zapanował nad chaosem i utrzymał skład we względnym ładzie. Niezrażony niechęcią trybun realizował swój plan. Pamiętajmy, że jedyny mecz przy życzliwej sobie publice rozgrywał w… kwietniu na liverpoolskim Anfield Road. Nie zwątpił w swój trenerski nos, choć wracał do pracy po dwóch latach przerwy i ciężkim doświadczeniu z Interem Mediolan.

Benitez nie rozkochał kibiców Chelsea, ani jej piłkarzy. – Niektórzy menedżerowie budują relacje i zbliżają się do ciebie. On nie jest takim typem. Inni trenerzy trzymają dystans i Rafa jest temu bliższy – przyznał Frank Lampard. Hiszpan był już taki w Liverpoolu, gdzie najlepsze zagrania nagradzał słowami „dobra robota”.

Nawet najbardziej wylewnemu trenerowi trudno byłoby kipieć entuzjazmem, gdyby wszedł w skórę Beniteza. Hiszpan szybko pojął, że Chelsea to tylko krótki epizod. Miał wyznaczony termin egzekucji, dlatego swój czas wykorzystał jak tylko się dało. – Wszyscy wiemy, kto będzie tu następnym trenerem. Każdy dowiedział się tego ze sportowych działów. To nie mój problem, co zdarzy się za rok, ale mnie tu już nie będzie – przewidział trafnie 53-letni szkoleniowiec. Duch Jose Mourinho uprzykrzał mu życie w Interze i wrócił także podczas pracy w Chelsea.

Czytaj dalej…

Triumfy niedzielnego kibica

Już kiedyś to grali. Majówkowa seria spotkań w Anglii do złudzenia przypomniała mi kolejkę z końcówki listopada. Wtedy pisałem „Czasami nawet weekend Premier League potrafi pokazać, że życie to prawdziwa gra wyborów. Śledząc losy ‚wielkich chłopców’ angielskiej piłki można było doprowadzić się do rozcięć na żyłach.”

Juan Mata – jasny punkt trudnej w odbiorze Super Niedzieli

Pozornie najciekawsze mecze weekendu okazały się klapą, którą spójną klamrą kompozycyjną połączył jeden wniosek – brak dokładności w strefie ataku. Match of the Day 2 zrobiło sobie parodię hucznie zapowiadanej Super Niedzieli przez długi pokaz zawstydzających podań do nikogo lub strzałów w 37 rząd trybun. Rzadkie zwycięstwo odnieśli „kibice wynikowi” wyrażający zainteresowanie futbolem przez patrzenie w tabelę i listę rezultatów. Rezultaty były zdecydowanie najważniejsze. Poświęcenie 270 minut na trzy mecze Premier League nie nauczyły wiele więcej, niż zwykły rzut oka na strzelców goli i zmiany w hierarchii angielskiej ekstraklasy.

Mimo to spróbujmy wyłapać drobne szczególiki, które warto wypunktować w podsumowaniu kolejki. Derby Liverpoolu litościwie przemilczę. Tam najważniejszy był żegnający się z piłką Jamie Carragher, a reszta (poza coraz bardziej obiecującym Philippe Coutinho) postanowiła nie kraść mu błysku fleszy i obiektywów kamer po końcowym gwizdku. Smutne to pożegnanie z tegorocznym śledzeniem zmagań The Reds – uwaga teraz wyłącznie skupia się walce o TOP4.

Olbrzymi krok do strefy Ligi Mistrzów i realizacji wszystkich planów Rafy Beniteza na koniec sezonu zrobiła Chelsea. Szturmem Old Trafford nie wzięła, ale wygrała całkiem zasłużenie. Manchester United miał szczęście w trwaniu bez straty gola, bo fatalne błędy w wyprowadzaniu piłki prosiły się o karę. Straty na własnej połowie kończone szybką kontrą The Blues były najbardziej elektryzującym momentem sportowej niedzieli. Tym bardziej, że winowajcy pochodzili z nietypowej puli: świetny ostatnio Phil Jones, Nemanja Vidić lub Wayne Rooney.

Ale największym powodem do rozpaczy dla kibiców Manchesteru powinna być tragikomiczna postawa Antonio Valencii. Jego podania lub niecelne wrzutki rozśmieszały sektor Chelsea, a zdumiewały zwolenników gospodarzy. Cóż się stało w przeciągu całego sezonu ze skrzydłowym, którego w poprzednich rozgrywkach wepchnąłbym do każdej jedenastki roku? Równie mizernie po powrocie do premierleague’owej akcji wyglądał Tom Cleverley. Ponarzekać można, jednak czym tu się nadmiernie przejmować, gdy mistrzostwo Anglii dla MU już dawno zapakowane, a i motywacja niższa.

Wszystkie trzy kluby myślące o dołączeniu do przyszłorocznej Ligi Mistrzów powygrywały 1:0. Trzykrotnie wygraną wyszarpywali zawodnicy już nie raz ratujący skórę swoim ekipom i wyraźni przywódcy w tym sezonie. Juan Mata dostał premię w postaci gola za najlepiej ustawiającego się i najsprawniej myślącego piłkarza na Old Trafford. Gareth Bale pokazał strzał żywcem wyjęty z arsenału Arjena Robbena z najlepszych lat. Zamknął tym samym usta krytykom, którzy wątpili w słuszność ozłacania go indywidualnymi nagrodami z tego roku (w głosowaniu na moim facebooku Wy także go wybraliście). Tottenham już dawno padłby wzorem Evertonu, gdyby za uszy nie wyciągał go niezwykły Walijczyk. Jego były kolega z Southamptonu Theo Walcott nie czekał na końcówkę gry i idealnie ułożył Arsenalowi wyjazd do beznadziejnego QPR. Jak trwoga, to do Boga. Futbol sportem drużynowym, ale czy nie definiują i uczłowieczają go przebłyski jednostek wyrywające się taktycznym założeniom?

Komplet zwycięstw londyńskich pretendentów sprawia, że do miana meczu sezonu urasta zaległe starcie Chelsea z Tottenhamem. Wygrana The Blues zapewnia im spokojny sen. Ale już teoretyczne zwycięstwo Kogutów spłaszcza kluczowy rejon tabeli na długość jednego punktu. Kto z neutralnych fanów nie będzie ściskał palców za chłopaków Andre Villas-Boasa?:)

%d blogerów lubi to: