Archiwum

Posts Tagged ‘Craig Bellamy’

Droga przez mękę

Podróż Cardiff City do Premier League przypominała masochistyczny spacer po rozgrzanym żelazie. Zespół wciąż potykał się na ostatnich przeszkodach. Do elity brytyjskiego futbolu wszedł dzięki wsparciu malezyjskiego właściciela, który jeszcze przed sezonem był persona non grata w walijskim klubie.

Vincent Tan – kontrowersyjny dobrodziej Cardiff

Cardiff ostatni raz posmakowało piłkarskiej ekstraklasy w 1962 roku. Ponad pół wieku czekania najbardziej dłużyło się w ostatnich latach. Przez trzy kolejne sezony ekipa The Bluebirds docierała do baraży o Premier League, ale za każdym razem nie potrafiła przypieczętować awansu. Najbliżej była w 2010 roku, kiedy dwukrotnie prowadziła z najniżej rozstawionym Blackpool w finale baraży na Wembley, by ostatecznie przegrać 2:3.

Tamto spotkanie było jednym z przejawów klątwy Wembley krążącej nad walijskim klubem.  Na legendarnym stadionie Cardiff przegrało także finał Pucharu Anglii w 2008 roku oraz finał Pucharu Ligi z 2012 roku. – Było tu wiele bólu – mówi bramkostrzelny pomocnik Peter Whittingham. – Ale sądzę, że ból jest dobry. Niektórzy chcą go stłumić, ale ja wykorzystuje takie uczucia jako motywację.

Słodko-gorzkie przejęcie klubu

Zmobilizowany zespół eksplodował w obecnym sezonie. Tabeli Championship przewodził już od listopada. Tym razem nie roztrwonili dorobku w ostatniej chwili. Do osiągnięcia upragnionego awansu Cardiff nie żałowało gotówki, a już wcześniej miało olbrzymie długi. W maju 2010 roku z misją zbawienia zespołu przybył malezyjski milioner Vincent Tan. Spłacił sporą część zadłużenia (około 40 mln funtów) i utrzymał wysoką aktywność na rynku transferowym.

Jednak nie ma niczego za darmo. Hojny Tan zapragnął przebranżowić Cardiff City według własnego pomysłu. Latem 2012 roku podjął decyzję, którą złamał 105 lat tradycji klubu i zraził do siebie kibiców. Zwyczajowo niebieskie koszulki drużyny podczas meczów u siebie wymienił na czerwone trykoty. – W Azji czerwony jest kolorem radości i świętowania. W kulturze chińskiej niebieski to kolor żałoby – tłumaczył Tan. Tym manewrem właściciel pragnął podbić chłonny rynek Dalekiego Wschodu. Zmianie uległ także klubowy herb. Czołowe miejsce błękitnika, od którego wziął się przydomek The Bluebirds zajął smok. – Cardiff to stolica Walii, czerwony jest kolorem narodowym Walii, a smok narodowym symbolem. Smok jest też widziany jako bardzo silny symbol w Azji, tak jak kolor czerwony – dodał dyrektor wykonawczy Alan Whiteley. The Bluebirds zostali tylko z nazwy.

Część kibiców uznało to za datę śmierci ich ukochanej drużyny i przestało śledzić mecze Cardiff. Większość fanów uległa jednak wizji Tana. Z niechęcią pogodzili się z sytuacją. Na stadion przychodzili kibice w niebieskich i czerwonych koszulkach. Po zapewnieniu awansu zgotowali głośną owację triumfującemu Tanowi. Tradycja przegrała z marzeniem o Premier League.

Czytaj dalej…

Reklamy

5 faktów przed 26. kolejką EPL – zapowiedź

W 26 kolejce Premier League w centrum uwagi staje stolica Anglii. Podczas weekendu rozstrzygną się losy derbów północnego i zachodniego Londynu. Warto zwrócić także uwagę na kryzys w szatni Chelsea oraz pucharowe ambicje Liverpoolu.

It's all about London

1. Walka o północny Londyn

Na najbardziej ekscytujący pojedynek zdecydowanie wyrasta bój Arsenalu z Tottenhamem na Emirates. Derby północnego Londynu w poprzednich sezonach stały na najwyższym poziomie, więc w niedzielę należy spodziewać się piłkarskiej uczty.

Koguty już dawno nie jechały na stadion odwiecznych rywali w roli tak wyraźnego faworyta. Piłkarze Harry’ego Redknappa w ostatnich 23 ligowych meczach przegrali tylko dwa razy. Tottenham przejechał się niedawno po silnym przecież Newcastle 5:0, a wzorową współpracę pokazali Emmanuel Adebayor (10 goli, 10 asyst w EPL) i Louis Saha. Czy Redknapp zaryzykuje ofensywne ustawienie z dwójką napastników przeciwko Kanonierom?

W Arsenalu dzieje się źle. Morale ucierpiały po klęskach 0:4 z Milanem i 0:2 z Sunderlandem. Kanonierzy praktycznie pożegnali się z rozgrywkami pucharowymi. Ich jedynym celem pozostaje walka o czołową czwórkę i awans do przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Humory na Emirates psuje dodatkowo kryzys kontuzji obrońców. Na długo wypadł Per Mertesacker, pod znakiem zapytania stoi występ Laurenta Koscielnego, a porządna defensywa Arsenalu będzie konieczna do zwycięstwa.

Mecz może rozstrzygnąć walka na skrzydle. Gareth Bale i Benoit Assou-Ekotto grają ostatnio fantastycznie w ofensywie. Czoła stawią im Bacary Sagna z Theo Walcottem. Ten pierwszy dopiero wrócił po kontuzji, drugi słabo sprawuje się w pracy defensywnej. Przewaga wydaje się leżeć po stronie Tottenhamu.

Aby oddać zmianę w potencjale Arsenalu i Tottenhamu warto podać statystyki. Kanonierzy w tym sezonie zdobywają średnio 1,7 punktu na mecz (najgorzej za czasów Arsene Wengera), a Tottenham średnio 2,1 punktu na mecz (najwięcej w erze Wengera w Arsenalu).

2. Pożegnanie z Afryką

Od ostatniego gwizdka w Pucharze Narodów Afryki minęło już prawie dwa tygodnie, ale 26. kolejka będzie pierwszą, w której do klubów wrócą wszyscy uczestnicy turnieju. Wybrzeże Kości Słoniowej rywalizowało do samego finału, a właśnie ta reprezentacja zabrała najwięcej reprezentantów z ligi angielskiej.

Najbardziej zadowolony z końca afrykańskich mistrzostw jest Roberto Mancini. Włoch skorzystał już z Yaya Toure w dwumeczu Ligi Europejskiej przeciwko Porto. Pomocnik miał duży wpływ na przekonywujące triumfy The Citizens w LE. Jego absencja była bardzo dotkliwa dla Manchesteru City.

Ważny będzie także powrót Didiera Drogby do składu Chelsea. Fernando Torres nie wykorzystał szansy na błyśnięcie, dlatego Drogba powinien z miejsca wrócić do podstawowej jedenastki The Blues.

Swoje drużyny na nowo wzmocnią też Cheik Tiote z Newcastle i Gervinho z Arsenalu. Dobrze widzieć afrykańskie talenty z powrotem na angielskich murawach.

3. Kryzys w szatni The Blues

Ashley Cole skrytykował taktykę Andre Villas-Boasa na mecz z Napoli. Na ławce rezerwowych dąsał się Frank Lampard. Menedżer Chelsea odsunął starą gwardię od podstawowego składu i przegrał w Neapolu. Konflikt piłkarzy z trenerem psuje atmosferę wokół Stamford Bridge.

Daily Mail porównuje sytuację w Chelsea do walki Briana Clougha ze starszyzną klubową Leeds w 1974 (opowiada o tym świetny film „Przeklęta liga” z Michaelem Sheenem). Wtedy też młody i utalentowany menedżer wszedł do szatni pełnej mistrzów. Samce alfa walczące o prymat zamiast współpracy wybrali konfrontacje. Clough wytrzymał w Leeds 44 dni, Villas-Boas ciągle próbuje wprowadzić własne rządy na Stamford Bridge.

W tak negatywnym klimacie Chelsea podejmie Bolton. Warto zwrócić uwagę na jaką jedenastkę zdecyduje się portugalski menedżer The Blues. Czy odsunie Cole’a i Lamparda? Villas-Boas wygrał w Londynie tylko 47,4% meczów – to najgorsza średnia od czasów Glenna Hoddle’a w 1996 roku. Tylko kiedy Chelsea miałaby podnieść statystyki jak nie w sobotę? Bolton traci po Blackburn najwięcej goli w lidze i ledwie wyrasta ponad dno tabeli.

4. Twarde lądowanie Hughesa

Mark Hughes po udanym sezonie zostawił Fulham w poszukiwaniu klubu o większych ambicjach. Po półrocznym bezrobociu Walijczyk znalazł swoją przystań w Queens Park Rangers. Hughes wygrał w nowym zespole jeden z pięciu ligowych meczów. Rangersi są wciąż wśród drużyn najbardziej zagrożonych spadkiem z Premier League.

Mimo kiepskich wyników Hughes otrzymał sporo gotówki na transfery, co jest jedynym dotąd przejawem ambicji QPR. Menedżer wyciągnął z Fulham lidera ataku Bobby’ego Zamorę. Teraz ten duet zmierzy się z poprzednim pracodawcą w derbach zachodniego Londynu.

W poprzednim starciu QPR z Fulham, The Cottagers wygrali 6:0! Teraz powtórka wydaje się mało prawdopodobna. Rangersi wzmocnili obronę transferami Neduma Onuohy i Taye Taiwo. Kluczem do zwycięstwa jednej ze stron będzie aktywność gwiazd – Adela Taarabta (QPR) i Clinta Dempseya (Fulham). Ten, który błyśnie intensywniej może pociągnąć swój zespół do derbowego triumfu.

5. Liverpool po puchar

Kolejne ekscytujące derby 26. kolejki – o prymat w Liverpoolu – przełożył występ The Reds w finale Pucharu Ligi. Carling Cup ma najmniejsze znaczenie ze wszystkich trofeów, ale i Liverpool zrobi wszystko, aby dodać je do swojej kolekcji.

Co jest bardziej istotne – gra w Lidze Mistrzów czy zdobywanie pucharów? Chodzi o wygrywanie trofeów. Gdy kończysz karierę rozliczają cię z tego co zdobyłeś, a nie z awansów do ćwierćfinału Ligi Mistrzów – ocenił ekspert Sky Sports Jamie Redknapp. Liverpool potrzebuje wygranej w Carling Cup do powrotu na ścieżkę triumfu, którą klub opuścił w 2006 roku (ostatnia wygrana w Pucharze Anglii).

Choć The Reds są faworytem w potyczce z Cardiff to muszą pamiętać o zeszłorocznym przypadku Arsenalu. Kanonierzy mieli zgnieść w finale Birmingham, a sensacyjnie przegrali. Od tamtego momentu piłkarze Wengera posypali się i cały sezon został spisany na straty.

Bohaterem Liverpoolu ma szansę zostać Craig Bellamy, który od dziecka jest fanem Cardiff, tam się urodził i jeszcze w zeszłym sezonie zakładał trykot walijskiego klubu.

Cesarz Anfield i odrzutek Etihad

Choć Steven Gerrard dwa razy pewnie wykorzystywał rzuty karne, to nie on wprowadził Liverpool do finału Pucharu Ligi. Craig Bellamy, oddany za darmo przez Manchester City, pogrążył swoich byłych pracodawców. Los go sowicie wynagrodził. O triumf w Carling Cup zagra przeciwko klubowi z miasta urodzenia – Cardiff City.

Craig Bellamy zatopił swój były klub - Manchester City. Fot: BBC.

To nie mógł być lepszy finał dla mnie. Futbol czasem potrafi być zabawny – Bellamy komentował przyszłe starcie z walijską drużyną. Napastnik Liverpoolu jeszcze w zeszłym sezonie biegał w trykocie Cardiff. W stolicy Walii zdobył 11 goli. 26 lutego stanie po drugiej stronie barykady i powalczy na chwałę ekipy z Anfield.

Półfinał Carling Cup był przypomnieniem magicznych wieczorów na obiekcie The Reds. Trybuna The Kop znów ryczała w rytm klubowych piosenek, po drugiej stronie hałasowali przyjezdni z Manchesteru. Śpiewali o „wschodzie błękitnego księżyca„, zgodnie ze słowami hymnu The Citizens. Na boisku podopieczni Roberto Manciniego wschodzili dwukrotnie. Prowadząc 1:0 i 2:1 City mieli kolejny finał krajowych rozgrywek na wyciągnięcie ręki.

Plany pokrzyżował Bellamy. Niechciany na Etihad Stadium, wziął rewanż za wotum nieufności otrzymane w Manchesterze. Walijczyk imponował swoją szybkością, pressingiem na obrońcach rywali. Był źródłem koszmaru Stefana Savicia. Mancini zmienił swojego obrońcę już na początku drugiej połowy.

Moment Bellamy’ego przyszedł w 74. minucie. Znakomita klepka z Glenem Johnsonem oznaczała pojedynek oko w oko z bramkarzem City. Joe Hart, wcześniej broniący wybornie, musiał skapitulować. Gdy Bellamy schodził z boiska pod koniec spotkania, całe Anfield wstało. Oddało cesarzowi, co cesarskie.

Craig Bellamy zrobił różnicę. Jego tempo jest zawsze zagrożeniem. Kiedy ma okazję na gola, wiemy, że może ją wykorzystać – chwalił partnera Steven Gerrard.

Bellamy-show odbywał się na oczach właściciela Liverpoolu, Johna W. Henry’ego. Amerykanin nie szczędził funtów w letnim okienku transferowym. Blisko 50 mln wydane na trio Stewart Downing, Jordan Henderson i Charlie Adam jeszcze się nie spłaciło. Właśnie oni mieli zapewnić nową jakość na Anfield. Okazało się, że sukces może zapewnić nawet darmowy transfer 32-latka, który miał tylko uzupełniać kadrę.

Menedżer Kenny Dalglish powoli wprowadzał Bellamy’ego do składu. Początkowo w roli żelaznego rezerwowego, z czasem wpisał nazwisko Walijczyka w wyjściowej jedenastce. Znaczenie Bellamy’ego wzrosło jeszcze bardziej, gdy karę zawieszenia otrzymał Luis Suarez. Kupowany za 35 mln funtów Andy Carroll nie był w stanie dźwignąć odpowiedzialności. Apogeum bezsilności młodego Anglika przypadło na sobotni mecz z Boltonem. Napastnik gubił piłki, niemal każde zagranie kończył stratą. The Reds przegrali 1:3. Na mecz z City, najważniejszy w sezonie, Bellamy posadził Carrolla na ławce. Dzięki temu gra Liverpoolu stała się znacznie płynniejsza.

Środowe spotkanie w Pucharze Ligi stanowiło kolejny dowód klasy 32-latka z Anfield. Wcześniej Bellamy na własnych barkach przeprowadził Liverpool przez ćwierćfinał Carling Cup z Chelsea (dwie asysty).  Tyle, że The Reds nie mogą wiecznie polegać na trafieniach człowieka, który kondycyjnie nie wytrzymuje spotkań granych co trzy dni.

Jednak problemy z atakiem są teraz w cieniu euforii. Liverpool pojedzie na Wembley pierwszy raz od 1996 roku. Bellamy zapewnił The Reds największy sukces od sześciu lat (2006, wygrana w FA Cup z West Hamem).

W sobotę 32-latek może wpisać się w kolejny fragment historii klubu z Anfield. Do miasta przyjedzie Manchester United na starcie w Pucharze Anglii. Dalglish byłby nierozsądny, gdyby swoją walijską strzelbę zostawił w okolicach ławki rezerwowych.

Jedenastka 19. kolejki EPL

W sylwestrowo-noworocznej kolejce trupem padli angielscy giganci. Swoje mecze przegrał Manchester City, Man United oraz Chelsea, a Tottenham zremisował. Tylko Arsenal i Liverpool odniosły przekonujące zwycięstwa. To właśnie Craig Bellamy z The Reds został piłkarzem 19. serii meczów. 

Jedenastka 19. kolejki (1-4-4-2):
BR: Simon Mignolet (1*, Sunderland)
PO: Ronnie Stam (1, Wigan)
ŚO: Sylvain Distin (1, Everton)
ŚO: Gary Cahill (2, Bolton)
LO: Adam Henley (1, Blackburn)
PP: Scott Sinclair (2, Swansea)
ŚP: Moussa Dembele (1, Fulham)
ŚP: Stephen Ireland (1, Aston Villa)
LP: Craig Bellamy (1, Liverpool)
N: Jonathan Walters (1, Stoke)
N: Yakubu (3, Blackburn)
* razy w jedenastce kolejki

Craig Bellamy dwukrotnie ustrzelił Sroki

Gracz kolejki: Craig Bellamy (Liverpool) – pod nieobecność Luisa Suareza Walijczyk przejął na siebie odpowiedzialność za wyniki Liverpoolu. Bellamy strzelił bezcenne dwa gole, które dały The Reds tak rzadkie w tym sezonie zwycięstwo na Anfield. 32-latek był dynamiczny, wykreował kolegom trzy sytuacje strzeleckie. W 60. minucie dołączył do niego Steven Gerrard i wspólnie rozbili defensywę Newcastle.

Mecz kolejki: Manchester United – Blackburn 2:3 – największa sensacja dotychczasowych rozgrywek. Skazywane na pożarcie Blackburn zwyciężyło na Old Trafford, choć wcześniej ani razu nie wygrało w delegacjach. United przystępowali do rywalizacji po dwóch zwycięstwach 5:0 i wydawało się, że zmiotą Rovers z powierzchni ziemi. Blackburn heroicznie się broniło i groźnie kontrowało – to wystarczyło na sukces w jaskini lwa.

Gol kolejki: Sam Ricketts (Bolton) – obrońca Kłusków wybrał się pod bramkę Wolverhampton i zawstydził wszystkich napastników. Ładnie zakręcił pilnującym go obrońcą i wpakował do siatki mierzony strzał z dystansu. Trafienie zapewniło punkt walczącemu o utrzymanie Boltonowi.

Obrona kolejki: Martin Skrtel (Liverpool) – The Reds wygrywali 2:1 kiedy bardzo groźną akcję przeprowadziło Newcastle. Yohan Cabaye sprytnie zagrał do Demby Ba, a ten przelobował bramkarza Liverpoolu. Niechybnie padłby gol, gdyby nie odważna interwencja Skrtela. Słowak tak się rozpędził do wybicia piłki, że zahaczył o bramkę i odniósł drobną kontuzję.

Błąd kolejki: David de Gea (Man United) & Tim Krul (Newcastle) – w tej kolejce poważnych błędów nie ustrzegli się piłkarze z klubów górnej połówki tabeli. Największe gafy zaliczyli bramkarze Manchesteru United i Newcastle. De Gea źle wyszedł z bramki, dał się przepchnąć w walce o górną piłkę i tak mistrzowie Anglii stracili trzeciego gola przeciwko ostatniej drużynie tabeli. Natomiast Krul nie porozumiał się z Dannym Simpsonem, a chwila zawahania kosztowała jego Newcastle utratę drugiej bramki na Anfield.

Kontrowersja kolejki: gol Sunderlandu – Manchester City spędził niemal cały mecz szukając gola, który znów zwiększyłby dystans między nim a Manchesterem United. Wydawało się, że z Sunderlandu podopieczni Roberto Manciniego wywiozą tylko remis, gdy w ostatniej akcji meczu gola zdobył Ji Dong-Won. Koreańczyk w momencie podania znajdował się jednak na spalonym i City stracili w ten sposób cenny punkcik.

%d blogerów lubi to: