Archiwum

Posts Tagged ‘David de Gea’

Siła Manchesterów

Komplet 24 punktów, osiem wygranych w lidze, awanse do półfinału Pucharu Ligi, cztery czyste konta, łączny bilans bramek 29:10. Nigdzie indziej wypełniona meczami co trzy dni końcówka grudnia nie była lepsza niż w Manchesterze. Świąteczne kopanie wepchnęło City tuż za plecy lidera, a United zbliżyło do czołowej czwórki na odległość trzech oczek.

Joe Hart wrócił do bramki The Citizens 17 grudnia i z miejsca stał się kluczową postacią dla tej znakomitej serii swojego klubu. Odzyskał pozycję po wygranym hicie 6:3 z Arsenalem. Jego pobyt na ławce z pewnością był zaplanowany na wyłącznie krótką chwilkę. Trener pokazał mu, że nie jest nietykalny i kolejne łatwe błędy nie będą tak łatwo zapominane. Takie: „Do pracy kolego, walcz o swoje”. Hart wrócił silniejszy, identycznie jak Wojciech Szczęsny po krótkim zesłaniu z zeszłego roku. Świetnie bronił już z Liverpoolem, ale jego apogeum przypadło na nietypowe starcie – z beniaminkiem Crystal Palace.

Trudno widzieć głównego bohatera w bramkarzu, gdy twój zespół wygrywa, ma 74% posiadania piłki i oddaje 23 strzały na bramkę rywala. Hart jednak miał sporo trudnej pracy i zwyczajnie nie chciał dać się zaskoczyć. Nie pękł nawet, gdy po starciu z Cameronem Jeromem poważnie rozciął łuk brwiowy. Wyglądał jak osiedlowy bokser, ale na szczęście City dotrwał do samego końca.

Wspominam o Harcie na samym początku, bo swojemu bramkarzowi sporo zawdzięcza także Manchester United. David de Gea może bronił mniej spektakularnie, ale jego interwencje z Norwich były równie kluczowe (o czym dowodzi wybranie go na piłkarza meczu przez kibiców United). W opisywanej połówce grudnia zaliczył trzy czyste konta. Jemu także, jak Hartowi i Szczęsnemu, przydał się oddech na plecach i rywalizacja z drugim golkiperem.

W przypadku United nie sposób także zapomnieć o Dannym Welbecku. Napastnik, który umiał wszystko poza… strzelaniem goli wreszcie zaczął je regularnie zdobywać. W ostatnich czterech meczach trafił czterokrotnie. W tym roku to już jego szósta bramka – sześciokrotnie więcej niż w całych poprzednich rozgrywkach ligowych. Nie ma Robina van Persiego? Na razie nie ma problemu, choć długoterminowe liczenie na Welbecka jeszcze nie przekonuje mnie do końca.

Zwycięski gol Welbecka padł z resztą, gdy Anglik wbiegł na boisko z ławki rezerwowych. To kolejny dowód w ostatnich dniach na odważne zmiany Davida Moyesa, który nie wahał się wpuścić na prawą obronę skrajnie ofensywnego skrzydłowego (Januzaj), a w przerwie meczu z Norwich wymienić Ryana Giggsa właśnie na Welbecka. United co prawda mierzyli się z przeciętnymi rywalami (kolejno Aston Villa, Stoke, West Ham, Hull i Norwich), miewali duże problemy (0:2 z Hull) – jednak trudno nie docenić powrotu dawnej regularności. Oczyszczenie atmosfery przyda się na najbliższe dni, gdy przyjdzie czas na poważniejsze testy – Tottenham i Chelsea.

Czytaj dalej…

Rollercoaster po amfetaminie

Za oknem znowu dominują kolory z polskiego budownictwa lat 60-tych, ale w Anglii piłkarska wiosna. Rewelacyjną niedzielę w Premier League potrafiła zepsuć tylko rywalizacja telewizji o oglądalność. Zamiast upchnąć hity Liverpool – Tottenham i Manchester United – Chelsea w różnych porach, powiedzieli: „Wybieraj synu”.

Kibice w Anglii nie potrzebują takich rozrywek – oni mają futbol

Mi udało się z odtworzenia złapać oba niedzielne thrillery. Było warto. Puls skakał niczym przy przejażdżce rollercoasterem po amfetaminie. Choć na takie cuda zupełnie nie zapowiadało się na Old Trafford. Jedenaście minut gry, a ja już, przyznaję, odesłałem Chelsea z powrotem pośpiesznym do Londynu. Zachwycające podanie Michaela Carricka i godne wykończenie akcji Javiera Hernandeza (jego piąty gol w sześciu ostatnich meczach z The Blues), a później szczęśliwy rogalik Wayne’a Rooneya miały załatwić sprawę. Tak też myślał chyba sir Alex Ferguson, bo United tylko jeszcze chwilę postanowili szukać szczęścia w ataku. W 25. minucie Rooney strzelił wprost w Petra Cecha, który później cudem podniósł się, aby odbić dobitkę. Sprawdził go koleżeński David Luiz z własnej obrony…

Czerwone Diabły specjalizują się w zamykaniu takich meczów (ku rozpaczy szukających emocji). Nie tym razem. Słyszeliście kiedyś tezę, że prowadzenie 2:0 to niebezpieczny wynik? Na zdrowy rozum wydaje się to równie groźne, co znalezienie na strychu akcji firmy Apple z 1984 roku – można zgłupieć z nadmiaru bogactwa. Jednak teoria nie jest tak dziwna, na jaką wygląda. Jeden gol kontaktowy, strzelony odpowiednio wcześnie, zupełnie zmienia nastawienie psychiczne obu klubów. Jeszcze wygrywający cofają się panicznie, aby dowieźć do końca co jeszcze zostało. Przegrywający rzucają się w szał ataku, wietrząc w tym ostatnią szansę.

Tak też się stało na Old Trafford. Zmiana oblicza gry dokonała się ostatecznie w przerwie meczu, gdy Rafael Benitez (wyszydzany przez pełne 90. minut) zaprezentował widowni Edena Hazarda. Wcześniej The Blues przetrzymywali długo piłkę, ale najczęściej odbijali się od solidnie zorganizowanych linii obronnych United. Hazard to zmienił. Chelsea zaczęła odzyskiwać posiadanie na połowie rywali i łapała ich na braku odpowiedniego ustawienia. Pędzili z kontrami słuchając liderów Hazarda i Juana Maty. Najlepiej to nastawienie oddaje wyrównujący gol Ramiresa, gdy czwórka wygłodniałych przybyszów ze Stamford Bridge dorwała się do czterech defensorów United.

Czytaj dalej…

Pięć lekcji z hitu Real – Man United

Środowy wieczór w Madrycie nie zawiódł widzów głodnych wielkiej piłki. Pojedynek Realu i Manchesteru United stanowił deser wśród wszystkich starć 1/8 finału Ligi Mistrzów. Jakie wnioski płyną z pierwszej odsłony starcia europejskich gigantów? 

1) Okno wystawowe

Są powody do mruczenia

David de Gea był zjawiskowy. Chłopak urodzony w Madrycie i wychowanek Atletico zatrzymał Real na Santiago Bernabeu. Bez jego natchnionej interwencji po chytrym  strzale Fabio Coentrao w 6. minucie, dwumecz dla United zacząłby się od trzęsienia ziemi. Jego rąk nie przełamała także bomba Samiego Khediry z końcówki spotkania. Wręcz przeciwnie, hiszpański golkiper złapał ją w koszyczek.

De Gea pokazał swój talent i refleks przy wybijaniu piłki na linii bramkowej. Kilkukrotnie przypomniał też o swoich wątpliwych wyjściach do dośrodkowań. Mimo to 22-latka heroizmy nie powinny umknąć uwadze sztabowi reprezentacji Hiszpanii. De Gea może wkrótce przełamać pozycje tak długo okupowane już przez Ikera Casillasa, Pepe Reinę i Victora Valdesa.

2) W Manchesterze nie ma świętości

Obecna kadra United nie jest tworzona pod konkretnego lidera. Czerwone Diabły to przede wszystkim całość, zespół, do którego dopasowywane są gwiazdy. Wayne Rooney w innym otoczeniu mógłby poczuć się dotknięty ograniczoną rolą, jaką w środę wyznaczył mu trener. Angielski napastnik zasuwał na prawej pomocy i notorycznie pomagał swojemu obrońcy. Zadania wykonywał bez wytchnienia, aż do wyplucia płuc. W 84. minucie zmęczony Rooney został ściągnięty z boiska. Nie ma świętych krów.

Nawet superstrzelec Robin van Persie musiał dostosować się do rygla wymagań taktycznych sir Alexa Fergusona. W Madrycie Holender często pracował na skrzydle, zostawiając miejsce na wbieganie do środka mniej pomnikowym postaciom – Danny’emu Welbeckowi i Shinjiemu Kagawie.

Czytaj dalej…

Wieści z „Festiwalu Klopsów”

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym wierny fan angielskiego futbolu kazał się zahibernować w 1985 roku. Odmrozili go przed drugą kolejką tego sezonu, więc weekendowe zmagania były dla niego materiałem oglądowym, jak przez lata zmieniła się liga. Ów „hibernator” zapewne złapałby się za głowę, widząc ilość koszmarnych błędów w na najwyższym szczeblu rozgrywek.

Okazji do łapania się za głowę było znacznie więcej

Sobota i niedziela sypnęła zawstydzającymi błędami. Weekend otworzyli gracze Swansea i West Hamu. Dwa pierwsze gole – jeden po „pachówie” Jussiego Jaaskelainena, drugi po katastrofalnym podaniu do bramkarza Jamesa Collinsa. Kilka godzin później do galerii gaf dołączył Shay Given (żadne okoliczności nie tłumaczą koślawego odbicia główki Fellainiego) i Jose Fonte (strata piłki przez niego, ostatniego obrońcę, oznaczała łatwe sam na sam dla Arouny Kone z Wigan). W brodę pluć może sobie też David de Gea, którego tak chwaliłem przed kilkoma dniami. Ale bez pochopnych wniosków – Hiszpan w bramce Manchesteru znów fruwał na linii, wyciągał strzały na refleksie, popisał się absolutnie najlepszą paradą początku rozgrywek. Zdarzył się i słabszy moment. Zła ocena wyjścia z bramki + wątłe ciało de Gei = klops przy piąstkowaniu dośrodkowania i gol kontaktowy dla Fulham. De Gea utwierdza mnie w przekonaniu, że jego czystobramkarskie zdolności plasują go w ścisłej czołówce Premier League, ale ma jeszcze kawał pracy domowej do odrobienia w kwestii gry na przedpolu – tak istotnej w przypadku angielskiej ekstraklasy.

Paradę błędów „godnie” zamknęli Martinowie Kelly i Skrtel z Liverpoolu. Ich wpadki uratowały skórę Manchesteru City w najlepszym meczu kolejki na Anfield. The Citizens po raz pierwszy w lidze zaprezentowali się w nowym systemie Roberto Manciniego 3-4-1-2, którego zalety ładnie uwidocznił pojedynek o Tarczę Wspólnoty. Tym razem jednak, City brakowało zęba w ataku. Mistrzowie Anglii w ofensywie, niczym marynarz ze szkorbutem, mieli więcej dziur, niż ważnych ogniw. Samir Nasri przetruchtał swoje minuty gry na skraju pola karnego. Zdecydowanie za rzadko na wyższy bieg wchodzili skrzydłowi James Milner i Aleksandar Kolarov. A przecież to oni stanowią fundament formacji 3-4-1-2 (jeśli w środku boiska rywale też mają trzech pomocników, a tak grał Liverpool). Ich obecność oznaczała też, że tylko na ławce mógł się znaleźć David Silva. Wolne korytarze na bokach starał się zapełniać Carlos Tevez i to właśnie jego wszechstronność w wymienianiu piłek (po prawej na dolnym wykresie), stanowiła motor akcji, których przebieg podnosił ciśnienie krwi fanów The Reds. Argentyńczyk pięknie dryblował (lewa strona). Brakowało mu tylko samodzielnego wykończenia akcji, więc może dlatego Skrtel postanowił go wynagrodzić dokładnym podaniem wyprowadzającym na pojedynek oko w oko z Jose Reiną?

Manciniemu nie spodobał się zespół funkcjonujący w takim systemie, dlatego przeprowadził w końcówce słynną już zmianę, wypychającą do przodu Yaya Toure (dzięki temu reprezentant WKS znalazł się w polu karnym po błędzie Kelly’ego).

City grało się ciężko, bo rywale z Liverpoolu nawet nie myśleli ułatwianiu życia mistrzom. Linia pomocy The Reds podawała odważnie, bez zbędnych wykopów, choć była pod ciągłym pressingiem. Swoje 15 mln funtów odstępnego pięknie zaczął spłacać Joe Allen. Niemal bezbłędny w podaniu, dzielnie zastępujący na pozycji defensywnego pomocnika kontuzjowanego znów Lucasa Leivę (wielu obserwatorów było zdziwionych postawą Allena w obronie, ale ja jego walory po obu stronach boiska widziałem już w zeszłym roku w Swansea). Poza Walijczykiem, kolosalną pracę z tyłu wykonał skrzydłowy Fabio Borini (3 odbiory, 3 przechwyty). Z tak ciężko pracującym graczem ataku, Liverpool nie powinien mieć problemów z zespołową obroną.

Odżył Steven Gerrard, tym razem trzymający się nieco z tyłu, grający bezpieczniej, ale na dużym zasięgu podań. Brendan Rodgers zaryzykował i postawił od pierwszej minuty na 17-letniego Raheema Sterlinga. Ten, choć chaotycznie, powoził za nos Kolo Toure, kilka razy przegrał drybling – jednak emanował odwagą. Sporo przed nim, zwłaszcza w trzymaniu pozycji w obronie – właśnie jemu uciekł Tevez przy golu na 1:1.

Liverpool z rzadka rozbijał trzyosobowy blok stoperów City, ale dwa razy wychodził na prowadzenie po świetnych stałych fragmentach. Kolektywną pracę roztrwoniły błędy jednostek. Dla Skrtela to już drugi mecz w obronie, w którym w oczy kłują powolne ruchy (nakręcony przez Balotelliego) i złe decyzje (podanie do Teveza). Niech nikogo w ocenie nie zmyli piękny gol głową – główne zadanie Słowaka to defensywa, a to jak dotąd idzie cieniutko.

Mój wymyślony „hibernator” ochłonął po wrażeniach z Anfield, potrząsnął głową za błędami, ale zobaczył też kawał wspaniałego  futbolu. Rogalik z wolnego Luisa Suareza – niczego sobie. Zagranie na jeden kontakt Robina van Persiego i trudny technicznie strzał w długi róg – równie zacny. Ale i tak najpiękniej, znowu, działo się w okolicach niebieskich koszulek z Chelsea. Dokładniej za sprawą dwóch przebojów początku sezonu Premier League – Edena Hazarda (gol i kolejna asysta) i Fernando Torresa. The Blues bardzo się chciało wyłącznie w pierwszej połowie. Wtedy z telewizora znów wyciekały źródełka kreatywności, rozegrania z rozmachem. Podobał Wam się gol Torresa z Reading? Dużo lepiej działo się przeciwko Newcastle.

Torres tym razem dryblował mniej, oddał ledwie jeden strzał (jakość, nie ilość!). Ciekawie wygląda jednak jego nowy wymiar w grze. Zwykle Hiszpan kojarzył się z eksplozją prędkości przy podaniach prostopadłych lub dryblingach, ale przeciwko Newcastle pokazał większą paletę umiejętności.

Udowadnia to wykres otrzymanych podań i pojedynków główkowych (wygranych 7 na 10). Torres rozwija grę plecami do bramki, staje się opcją do szybkiego przeniesienia ciężaru rozegrania i utrzymania piłki w rejonach pola karnego rywala. Kto wie, może już wkrótce 50 mln funtów ze stycznia 2011 okaże się ceną promocyjną?

W przebiegu drugiej kolejki dostrzegłem też sporo elementów, które zgrabnie powtórzyły scenariusz pierwszej serii spotkań. Everton zaczął sezon tak obiecująco, że żadnym dziwactwem nie będzie wyobrażanie sobie The Toffees w czubie tabeli na koniec rozgrywek. Formę chłopców Davida Moyesa potwierdziła kupa okazji strzeleckich na Villa Park. Przy śledzeniu Evertonu warto zwrócić uwagę na elastyczność skrzydłowych, którzy ścinając do środka, robią miejsce bocznym obrońcom. Stąd taki Leighton Baines może naprodukować w 90 minut aż osiem sytuacji na strzał. Swój firmowy ruch bez piłki odświeżył też Nikica Jelavić. Wyobrażacie sobie, że od maja 2011 do kwietnia 2012 Jelavić potrzebował 47 kontaktów z piłką, żeby zdobyć… 44 gole dla Glasgow i Evertonu? Bramka z Aston Villi stanowi modelowy przykład jego sposobu na żer w polu karnym.

Arsenalowi znów czkawką odbiło się przymusowe odejście van Persiego. Kanonierzy nie strzelili jeszcze gola jako jedyny zespół w lidze, który rozegrał dwa spotkania. Spodziewam się, że wkrótce Arsenal zacznie trafiać. Ale równie dobrze może ich dotknąć klątwa Liverpoolu z zeszłego roku – kreującego multum okazji i strzelającego ślepakami. Na dobre stery w Arsenalu przejął już Santi Cazorla, najaktywniejszy w starciu ze Stoke. Hiszpan stanowi przyjemną odmianę do klepaniny podań wokół pola karnego rywali, tak znanego elementu spotkań Kanonierów w lidze. Cazorla ma lukę to strzela, co widać na wykresie jego uderzeń.

Wybuch z pierwszej kolejki powtórzyła Swansea, choć nie bez pomocy „wielbłądów” West Hamu. Trzeba przyznać, że na Łabędzie, mimo odejścia Rodgersa, patrzy się z wielką przyjemnością. Rotacja piłki w trójkątach oraz odwaga w grze od tyłu została nietknięta. Wydaje się jednak, że unowocześniona Swansea Michaela Laudrupa jest bardziej błyskotliwa z przodu. Schodzący do środka skrzydłowi sieją zamęt. Obronę West Hamu co rusz dziurawiły prostopadłe piłki z głębi pola. W walijskim rodzynku w Premier League widzę na razie jedną wyraźną słabość – grę w powietrzu. West Ham nieprzyzwoicie często wygrywał pojedynki główkowe, ale też trudno się dziwić: w końcu stanowi to podstawę pomysłu na atak Sama Allardyce’a.

Piłkarski weekend w Anglii trzeba podsumować smutną informacją. Z ligi wypłynął wybitny talent Luki Modricia, który doczekał się wymarzonych przenosin do Realu Madryt. Jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że letnia sesja transferowa, nawet po odejściu Modricia, znacząco podniosła poziom ligi angielskiej. Hazard, Cazorla, Kagawa, Michu i inni – będzie komu się przyglądać.

Premier League żegna się z Modriciem

JEDENASTKA 2. KOLEJKI PREMIER LEAGUE

Michel Vorm (Swansea)

Rafael (Manchester United), Ashley Williams (Swansea), Anton Ferdinand (QPR), Leighton Baines (Everton)

Eden Hazard (Chelsea), Moussa Dembele (Fulham), Joe Allen (Liverpool), Steven Pienaar (Everton)

Carlos Tevez (Manchester City), Fernando Torres (Chelsea)

Mecze wygrywa się w głowie (głową)

Świat stoi na głowie. Manchester United podrasowany pierwszoligowymi transferami zaczyna bój o odzyskanie Anglii z dołu tabeli. Everton, który za punkt honoru zwykł sobie stawiać świetną grę dopiero od stycznia, przez 60. minut zdemolował Czerwone Diabły. W czasach dominacji Hiszpanii i wysławiania gry krótkimi podaniami, bohaterem Goodison Park został chłop jak dąb, który rozstawiał wszystkich w powietrzu.

Marouane Fellaini, bo o nim mowa, zagrał na nosie angielskim dziennikarzom wybierającym jedenastkę kolejki już po weekendowych meczach. Trzeba było się wstrzymać. Na początku nowego sezonu w Anglii żaden piłkarz tak mocno nie zdominował rywali, nagłówków gazet, analiz spotkania. Belg większość kariery w Evertonie spędził w środku pola, bliżej mu było do defensywnego pomocnika. Z United wyszedł podwieszony pod napastnika i zaczęło się przedstawienie.

Wykres wygranych główek Belga mówi wszystko. Spójrzmy tylko na pole karne United – przepaść. Co dziwne, przez większość meczu z Fellainim skakał Michael Carrick, czyli stoper z konieczności. Biedny reprezentant Anglii po tym meczu nagrody FIFA dla Obrońcy Roku nie zdobędzie. Dawał się przepchnąć, minąć i wyprzedzić, rewanżując się tylko długimi pociągnięciami podań. Ale tak bywa, gdy departament obrony spustoszy plaga (swoją drogą, United powinni pomyśleć o wymianie fizjoterapeuty. Ile kontuzji można zaliczyć na sezon?).

Choć to Carrick przegrał najważniejszą główkę, która dała gola o wadze trzech punktów, nie w jego kopnięciach zrodziła się porażka Manchesteru. To wszystko przebłysk Fellainiego. Belg przesuwał nawet Nemanję Vidicia, zwykle kojarzonego z jakimś solidnym murem.

Zwycięstwo Evertonu zostało osiągnięte w stereotypowym stylu z boisk Premier League. Mówisz Anglia, myślisz fizyczna walka, wysokie tempo i poświęcenie. O to pierwsze dbał Fellaini, drugie dawali boczni obrońcy, a poświęcenie dodali niezłomni Sylvain Distin i Phil Jagielka. Obaj umówili się, że pomeczowy splendor zbiorą po równo, bo w kluczowych statystykach mieli te same cyferki – 13 wybić i dwa bloki. Nic dziwnego, że Distina z boiska (po pierwszym spotkaniu sezonu) musieli zeskrobywać szpachelkami.

Jednak sporym nadużyciem byłoby wieszczenie kryzysu w Manchesterze. Wręcz przeciwnie, pewne oznaki są bardzo zachęcające. Herosem Czerwonych Diabłów był człowiek, na którego temat jeszcze kilka miesięcy temu mogłaby powstać okazała książka dowcipów. David de Gea fruwał, odbijał i jakąś nadprzyrodzoną siłą skierowywał akcję Evertonu na obramowanie bramki lub tuż obok słupka. Jeśli najsłabsze ogniwo United z pierwszej połowy zeszłego sezonu będzie tak dalej wyglądać, to huh…

Nie ma co ukrywać, że większość obserwatorów czekała na Robina van Persiego w nowej czerwonej koszulce z diabłem na piersi, zamiast kanonierki. Jako, że sir Alex Ferguson dawkował emocje, trzeba było zadowolić się debiutem Shinji Kagawy. Dla mnie poniedziałkowe wyczyny Japończyka nie stanowiły żadnej nowości, w końcu kilka razy widziało się jego telepatyczne porozumienie z Robertem Lewandowskim w Dortmundzie. Adaptacja do nowej ligi, w jednym z największych klubów świata? Phi, żaden problem. Kagawa zaliczył najwięcej podań w strefie ataku, stworzył najwięcej okazji w ekipie gości. Znakomicie się ustawiał w „dziurze” między obroną i pomocą Evertonu, gdzie swobodnie przyjmował kolejne podania. Już na starcie nawiązał nić porozumienia z Waynem Rooneyem. Choć realizator wypchnął go w prezentacji składów na skrzydło, on stał na środku, a bok boiska zostawił Danny’emu Welbeckowi (który schodząc do centralnej strefy sprawił, że United grali praktycznie pozbawieni lewej strony w ofensywie).

Wpływ Kagawy zmalał nieziemsko, gdy na plac gry wszedł van Persie. Stało się to, czego obawiałem się w niedawnym wpisie. Jak pomieścić tyle ofensywnych talentów, aby każdy grał na swojej pozycji i nie załamał tym samym balansu w zespole. Van Persie, co zauważył sam Ferguson, był traktowany nieco jak ciało obce. Szkot musi wydumać jeszcze sposób, na zmontowanie właściwego ustawienia ze swoich oszałamiających zasobów.

11-stka 26. kolejki Premier League, Lampard najlepszy

Arsenal i Chelsea wreszcie zagrali zgodnie ze statusem i oczekiwaniami. Londyńskie kluby przeżywające zapaść przekonywająco, różnicą trzech bramek wygrali swoje mecze. Zapraszam na jedenastkę 26. kolejki, w której najbardziej wyróżnił się Frank Lampard.

Jedenastka 26. kolejki (1-4-4-2):
BR: David de Gea (3*, Manchester United)
PO: Bacary Sagna (1, Arsenal)
ŚO: David Luiz (2, Chelsea)
ŚO: Matthew Upson (1, Stoke)
LO: Alexandar Kolarov (2, Manchester City)
PP: Theo Walcott (2, Arsenal)
ŚP: Frank Lampard (2, Chelsea)
ŚP: Keith Andrews (1, West Brom)
LP: Ryan Giggs (2, Manchester United)
N: Peter Odemwingie (3, West Brom)
N: Kevin Doyle (1, Wolverhampton)
* razy w jedenastce kolejki

Gracz kolejki: 

Frank Lampard (Chelsea) – Lampard przyznał ostatnio, że jego relacje z menedżerem The Blues nie należą do najlepszych. Anglikowi nie przeszkadza to w kontynuowaniu fantastycznej strzeleckiej passy. Lampard liderował w środku pola Chelsea podczas pogromu Boltonu. Strzelił gola i zaliczył asystę. Jego trafienie, już dziesiąte w sezonie, wpisało go do historii angielskiego futbolu. Lampard został pierwszym w dziejach Premier League graczem, który przez dziewięć kolejnych sezonów zdobywał przynajmniej dziesięć goli. Nie dokonali tego ani Alan Shearer, ani Thierry Henry, a nominalny pomocnik!

Mecz kolejki: 

Arsenal – Tottenham 5:2 – Fenomenalne tempo utrzymywało się od pierwszego gwizdka. Tottenham świetnie zaczął, w 34. minucie prowadził już 2:0. Wydawało się, że największy rywal przedłuży katusze Arsenalu. Ale Kanonierów stać było na cudowny powrót. Prowadzeni przez Theo Walcotta i Robina van Persiego odrobili straty po zabójczych kontrach. Show Arsenalu skończył się na pięciu golach. Drużyna Arsene Wengera odzyskała honor i wskoczyła na czwarte miejsce w tabeli.

Gol kolejki: 

Jonas Gutierrez (Newcastle) – Sroki miały bezpieczną przewagę nad Wolverhampton po świetnym strzale Gutierreza. Argentyńczyk przejął zbyt krótkie wybicie i posłał mocne uderzenie z dystansu w górny róg bramki Wilków. Newcastle roztrwoniło jednak dwubramkową zaliczkę i gol Gutierreza oznaczał tylko punktową zdobycz.

Asysta kolejki: 

Moussa Dembele (Fulham) – The Cottagers wzięli rewanż na menedżerze Marku Hughesie, który porzucił ich zeszłego lata. Fulham wygrało na stadionie QPR dzięki genialnemu podaniu Dembele. Belg związał obronę rywali i piętą zagrał wprost do wbiegającego w pole karne Pavla Pogrebniaka.

Parada kolejki: 

David de Gea (Manchester United) – Jeśli ktoś wątpił w zdolności de Gei, dobrą odpowiedź otrzymał na Carrow Road. Hiszpan bronił jak natchniony, nie bał się pojedynków w powietrzu. Najładniejszą paradę zaliczył przy strzale z dystansu, gdy wyciągnięty jak struna odbił lecącą piłkę.

Kontrowersja kolejki: 

Gareth Bale (Tottenham) – geniusz Walijczyka nie podlega wątpliwościom. Szkoda, że błyskotliwe zagrania Bale przeplata boiskowym nurkowaniem. Skrzydłowy Kogutów naciągnął sędziego na rzut karny, mimo że Wojciech Szczęsny nie dotknął jego nóg. Tottenham wykorzystał „jedenastkę”, ale – oliwa sprawiedliwa – ostatecznie przegrał na Emirates.

Moment weekendu: 

Liverpool wygrywa Puchar Ligi – The Reds czekali od 2006 roku na powiększenie klubowej kolekcji. Piłkarze Kenny’ego Dalglisha byli murowanym faworytem w staciu z Cardiff, ale dzielni Walijczycy postawili olbrzymi opór. Wciągający thriller na Wembley zakończyły rzuty karne. Przy ostatnim pomylił się Anthony Gerrard – kuzyn kapitana Liverpoolu, Stevena. W dramatyczny sposób The Reds wrócili na zwycięską drogę. Tę triumfalną ścieżkę w Carling Cup, w tym decydujące momenty finału, można znaleźć na filmie pod tym linkiem.

Jedenastka 24. kolejki EPL, van Persie najlepszy

Wszystko co najciekawsze w 24. kolejce Premier League skumulowało się w drugiej połowie hitu na Stamford Bridge. Sporo działo się też na Emirates, gdzie Arsenal urządził Blackburn prawdziwą kanonadę. Pierwsze skrzypce grał Robin van Persie. Zapraszam na podsumowanie kolejki i prezentację wyróżniającej jedenastki zawodników. 

Jedenastka 24. kolejki (1-3-4-3):
BR: Tim Krul (4*, Newcastle)
PO: Francis Coquelin (1, Arsenal)
ŚO: Michael Dawson (1, Tottenham)
LO: Leighton Baines (2, Everton)
PP: Theo Walcott (1, Arsenal)
ŚP: Raul Meireles (2, Chelsea)
ŚP: Gylfi Sigurdsson (1, Swansea)
LP: Alex Oxlade-Chamberlain (1, Arsenal)
N: Wayne Rooney (4, Manchester United)
N: Sergio Aguero (3, Manchester City)
N: Robin van Persie (7, Arsenal)
* razy w jedenastce kolejki

Gracz kolejki: 

Robin van Persie wziął ze sobą piłkę po strzeleniu hat-tricka

Robin van Persie (Arsenal) – Arsenal przejechał się po Blackburn niczym walec. W centrum uwagi znów znalazł się latający Holender z Emirates. Van Persie sam ustrzelił trzy gole, przy okazji asystował przy dwóch kolejnych trafieniach. Kapitalna było jego podanie przy bramce Oxlade-Chamberlaina. Van Persie ucieka wszystkim rywalom w klasyfikacji strzelców. Już uzbierał 22 trafienia, więcej niż zeszłoroczni królowie Carlos Tevez i Dimitar Berbatov, a do końca sezonu jeszcze 14 ligowych spotkań.

Mecz kolejki: 

Chelsea – Manchester United 3:3 – Kolejny wspaniały hit w Premier League i kolejny wielki comeback drużyny sir Alexa Fergusona. Pierwsza połowa to pokaz defensywy, ale w następnej odsłonie klasyk ruszył z siłą rakiety odrzutowej. – Druga połowa to jak przejażdżka Maserati po Monte Carlo po wcześniejszym wygraniu w kasynie miliona euro – napisał komentator Canal+ Przemysław Rudzki na swoim blogu. Takie cacko, z pięknymi golami, wymianą ciosów zdarza się niezwykle rzadko. Szczególnie, gdy mierzą się ze sobą czołowe drużyny w kraju. Swoje trzy grosze dorzucił też sędzia Howard Webb, który kontrowersyjnie gwizdał przy wydarzeniach w okolicach pola karnego The Blues.

Gol kolejki: 

Juan Mata (Chelsea) – Hiszpan okrasił klasyk na Stamford Bridge znakomitym wolejem. Mata czekał na długim słupku, a gdy dotarła do niego centra Fernando Torresa, huknął z całej siły. Skrzydłowy Chelsea miał mało miejsca na rozgrywanie piłki, ale golem i asystą potrafił wpłynąć na wynik spotkania.

Parada kolejki: 

David de Gea (Manchester United) – przed spotkaniem bramkarz United znalazł się znów pod falą krytyki. Odpowiedział w najlepszy możliwy sposób. W doliczonym czasie gry świetne sparował uderzenie Maty z rzutu wolnego. Pierwszorzędna interwencja wymagała od niego maksymalnego rozciągnięcia. De Gea jakimś cudem zatrzymał strzał lecący w samo okienko bramki.

Gafa kolejki: 

Tim Howard (Everton) – mniej szczęścia miał były golkiper Czerwonych Diabłów. Wpadka Howarda kosztowała Everton zwycięstwo w Wigan. Piłka po odbiciu od obrońcy niefortunnie odbiła się od kępy trawy, ale Amerykanin powinien się lepiej ustawić. Futbolówka prześlizgnęła mu się po rękach i wtoczyła się do siatki.

Pudło kolejki: 

Peter Odemwingie (WBA) – Mimo przegranej West Brom wcale nie było gorsze od Swansea. The Baggies seriami tworzyli dobre okazje, ale zabrakło im wykończenia. Przy stanie 1:2 Odemwingie miał przed sobą tylko bramkarza i mnóstwo czasu na dobry strzał, ale wszystko przeniósł piłkę wysoko nad poprzeczką. Pudło zmniejszyło szanse WBA na cenny punkt.

Zawód kolejki:

Liverpool – Tottenham 0:0 – po niedzielnym szlagierze oczekiwania wobec meczu siódmej i trzeciej drużyny tabeli sięgały zenitu. Wcześniejsze spotkania na szczycie w tym sezonie obfitowały w grad bramek (8:2, 3:5, 1:5, 3:3). W poniedziałek jednym z najciekawszych wydarzeń było… pojawienie się kota na boisku. Tottenham zdecydował się na asekuracyjną, zdyscyplinowaną taktykę. Liverpool natomiast nie potrafił wystarczająco rozszczelnić obrony Kogutów. Remis na Anfield ucieszył wszystkich rywali w TOP 7.

%d blogerów lubi to: