Archiwum

Posts Tagged ‘Harry Redknapp’

QPR – Qmulacja Przepłacanych Rezerwowych

Queens Park Rangers obrazuje psującą siłę źle wydawanego pieniądza. Klub przyciąga znane nazwiska bajońskimi pensjami, ale rozpuszcza piłkarzy do szpiku kości. Przy tak niskim morale sytuację po swojemu  próbuje ratować Harry Redknapp.

QPR spogląda na tabelę z samego dna. Właściciel Tony Fernandes określił przebieg sezonu za „katastrofę„. Nikogo nie powinno zwieść zwycięstwo nad Chelsea na wyjeździe. Występy QPR lepiej oddaje lanie od Liverpoolu.

Rangers cudem uchronili się przed spadkiem w zeszłym sezonie. – Nigdy więcej nie powtórzy się taka sytuacja – zapowiadał ówczesny menedżer Mark Hughes. Ma rację. Jest jeszcze gorzej, za co Walijczyk przypłacił głową. Przed przyjęciem posady nowego trenera, Redknapp uznał bilans za „zawstydzający„. Wyniki ulegają poprawie, ale utrzymanie w lidze będzie cudem.

Przepłaceni i niezadowoleni

Bosingwa nie może już liczyć na wsparcie Redknappa

Źródłem kryzysu QPR jest fatalna atmosfera. – Jesteście tu tylko dla pieniędzy – śpiewali kibice do piłkarzy podczas ostatniego meczu kadencji Hughesa. Od powrotu do angielskiej elity The Hoops wariują przy każdym okienku transferowym. Rozpaczliwie szukają tymczasowych rozwiązań i sowicie za to płacą. Na Loftus Road pojawili się triumfatorzy Ligi Mistrzów. Djibrill Cisse otrzymuje około 60 tysięcy funtów tygodniowo, a Jose Bosingwa 50 tysięcy. Jeszcze więcej pobiera Julio Cesar. Tylko były golkiper Interu trzyma odpowiedni poziom.

Oni mogli zwyciężyć w Lidze Mistrzów, ale liczy się teraźniejszość. Nie grają w tym sezonie na miarę swojego potencjału – mówi Redknapp. Menedżerowi szczególnie nie po drodze z Bosingwą, którego publicznie krytykuje. Portugalczyk odmówił zajęcia pozycji rezerwowego na mecz z Fulham. Redknapp nałożył na niego maksymalną grzywnę. – Ukarałem piłkarza na wysokość dwutygodniowej pensji. On zarabia więcej niż jakikolwiek piłkarz w Tottenhamie – komentował trener QPR. Od tamtej chwili Bosingwa jest oficjalnie kontuzjowany. Nie opuści klubu, bo nikt nie będzie w stanie udźwignąć jego wywindowanej pensji.

Czytaj dalej…

Reklamy

Puchar Anglii marginalizowany, a wciąż kochany

Najstarsze klubowe rozgrywki świata nie wytrzymują konkurencji świetnie opłacalnych Premier League i Ligi Mistrzów. Wielcy traktują Puchar Anglii po macoszemu. Jednak ten turniej nadal ma swoją magię i oferuje historie nieopowiadane nigdzie indziej.

Lepszy Puchar Anglii w ręce, czy czwarte miejsce w tabeli?

– Pierwszym trofeum jest wygranie Premiership, drugim wygranie Ligi Mistrzów, trzecim awans do Ligi Mistrzów, czwartym triumf w Pucharze Anglii, a piątym Puchar Ligi – wyliczał rangę sezonowych celów Arsene Wenger. Menedżer Arsenalu nie zdobył żadnego pucharu od siedmiu sezonów, a mimo to czwarte miejsce w lidze otwierające drogę do europejskich pucharów postawił wyżej niż glorię w turnieju ze 142-letnią tradycją.

Dużych to nie grzeje

Puchar Anglii to obok mistrzostwa ligi element składowy krajowej podwójnej korony. Poszczycić się nią może tylko siedem klubów w Anglii.  Dawniej finał rozgrywek był zdecydowanie meczem roku na Wyspach. Okraszony atmosferą legendarnego Wembley, stanowił jedyną okazję w roku do podziwiania piłki nożnej na żywo w ogólnokrajowej telewizji.

Cały naród wstrzymywał oddech. Dziś najwyżej rzuci okiem. Trenerzy potentatów wolą oszczędzać nogi piłkarzy na ważniejsze wyzwania. Czasem osłabione składy wystawiają nawet w półfinale. W 1999 roku sir Alex Ferguson nawet wycofał swój Manchester United z rozgrywek, stawiając na Klubowe Mistrzostwa Świata.  – FA Cup to wciąż najlepsze krajowe rozgrywki na świecie – mówi Ferguson. – Ale bądźmy szczerzy, gdzie lepiej pojechać – do West Hamu czy Realu Madryt?

Klubom bardzie opłaca się międzynarodowe granie. Sam awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów daje nagrodę minimum siedmiu milionów funtów, bez wpływów marketingowych. Wygrany finał Pucharu Anglii wyceniany jest na niecałe dwa miliony.

Harry Redknapp zdobył FA Cup z Portsmouth i awansował do Ligi Mistrzów z Tottenhamem. Przyznaje, że Premier League przyćmiewa pucharowe wojaże. – Choć jestem romantykiem to muszę przyznać, że trudno byłoby mi wybrać, co dało mi większą przyjemność  – stwierdza porównując sukcesy z Portsmouth i Tottenhamem.

Czytaj dalej…

Radość z goli, czy płacz nad obroną?

41 goli w 10 meczach Premier League. Ekscytacja znów wylewała się z boisk ligi angielskiej, ale w Nowy Rok wchodzę nieco zaniepokojony. Czy obrona na Wyspach stała się sztuką zapomnianą? Optymizm przywracają jednak ożywione i miłe wspomnienia. Zapraszam do podsumowania ostatniej kolejki ligowej w niezwykłym 2012 roku.

1) Rozpacz defensywna

Nie ma już za kim gonić, Clincie Hillu

Newcastle strzeliło po trzy gole na Old Trafford i Emirates Stadium. Wyjechało bez punktów i z bagażem 11 straconych bramek. Aston Villa w trzy kolejki w przeciągu tygodnia dała sobie nawrzucać 15 trafień (w sobotę przy stanie 0:3 kibice zaczęli wychodzić ze stadionu już w 57. minucie!). Gole stanowią sól piłki nożnej. Decydują o wygranej i porażce. Ich oglądanie dla neutralnego kibica jest wciągające, ale czy nie warto zastanowić się jakością brytyjskich formacji obronnej?

Trzeba wrócić do lutego 2011 roku, aby odnaleźć kolejkę bardziej obfitującą w celne strzały. Worek bramek, szczególnie ten tracony przez liderów ligi (Manchester City i Arsenal po trzy), musi wyjątkowo cieszyć konkurencję w Europie.  W Bundeslidze najlepsza obrona (Bayern) dała sobie wbić siedem bramek w 17. kolejkach, w Serie A ( Juventus) 11 w 18. kolejkach, a w La Liga (Malaga) 12 w 17. kolejkach. Angielscy liderzy ze Stoke stracili w 20 meczach już 17 gola. W miniony weekend nie zrobili najlepszej reklamy angielskiemu futbolowi, jako najlepsza defensywa ligi. Zawstydzające pomyłki i samobój The Potters pozwoliły słabemu na wyjazdach Southamptonowi wywieźć remis 3:3.

W Anglii piłka wpada do siatki po błędach indywidualnych (prezent Jamesa Collinsa dla Reading), złej asekuracji (dowolnie wybrana bramka przeciwko Newcastle), przegranej walce po dośrodkowaniach (Arsenal) – całe spektrum błędów. Popisowe występy Vincenta Kompany’ego i Sylvina Distina stanowiły tylko wyjątek od reguły (ich kluby i tak straciły łącznie pięć goli). Prawdziwą tragedię defensywną zaserwowało QPR w pół godziny po rozpoczęciu meczu u siebie z Liverpoolem. Antybohater nr 1, Clint Hill, trafił na długą już listę ofiar traumy spowodowanej Luisem Suarezem. Stoper Rangersów przyczynił się do wszystkich trzech trafień The Reds. Defensywa The Hoops była zupełnie rozbita, a najlepiej podsumowała to reakcja Armanda Traore, który przy drugim trafieniu gości zwyczajnie rozłożył ręce…

Czystym kontem popisał się Manchester United, ale w tym sezonie klub dzisiejszego jubilata sir Alexa Fergusona (wszystkiego najlepszego!) już sporo nagrzeszył karkołomną obroną. Efekty dobitnie pokazała tegoroczna Liga Mistrzów, gdzie Chelsea i Manchester City zostały zwyczajnie rozklepane taktycznie, a Arsenal pokpił szansę na wyjście z łatwej grupy z pierwszego miejsca. Nie zdziwię się zupełnie, gdy w marcu 2013 w europejskiej elicie będzie próżno szukać jakiegokolwiek brytyjskiego przedstawiciela. Nie teraz, nie z takimi defensywami.

Czytaj dalej…

5 faktów przed 29. kolejką Premier League

W wyjątkowo długiej (pięciodniowej) kolejce Premier League szczególną uwagę przyciągają pojedynki Manchesteru City z Chelsea oraz Evertonu z Arsenalem. W tym pierwszym meczu szansę powrotu powinien otrzymać rebeliant Carlos Tevez. Warto przyjrzeć się też kryzysowi Tottenhamu i Liverpoolu oraz miernemu początkowi przygody Marka Hughesa z QPR. 

Uśmiechnięty Carlos Tevez wraca do Premier League

1. Pucharowe zamieszanie

29. kolejka będzie wyjątkowo rozciągnięta w czasie. Pierwszy gwizdek na ligowych boiskach w Anglii wybrzmi w sobotę o 16.00, ostatni tuż przed 23.00 w środę. Wszystko przez weekend z Pucharem Anglii, w którym uczestniczy siedmiu przedstawicieli Premier League.

Dla tych drużyn kluczowe znaczenie powinno mieć umiejętne rotowanie siłami. Czynnik zmęczenia będzie szczególnie ważny w obozie Chelsea. The Blues w ciągu 18 dni będą mieli za sobą aż sześć spotkań, włączając w to morderczą dogrywkę w Lidze Mistrzów. Na Stamford Bridge przypomną sobie okres świąteczno-noworoczny, kiedy też trzeba było grać co trzy dni.

Pucharowa zawierucha nie powinna wielce wpłynąć na wyścig o mistrzostwo kraju. Kluby z Manchesteru pożegnały się już z wszystkimi rozgrywkami poza Premier League, więc wszystkie siły i całą uwagę mogą poświęcić walce o krajowy prymat.

2. Na szczytach tabeli

Środowy mecz Manchesteru City z Chelsea będzie absolutnym hitem 29. serii spotkań. Dla The Citizens rywalizacja z The Blues to jedna z dwóch (poza wyjazdem na Emirates Stadium) poważnych przeszkód przed 30 kwietnia – derbami Manchesteru, prawdopodobnie decydującymi o kształcie ligowej tabeli.

Chelsea przystąpi do rywalizacji na Etihad w szampańskich nastrojach. Londyńczycy zdołali odwrócić bardzo niekorzystny wynik z Neapolu i zostali tym samym ostatnim angielskim przedstawicielem w europejskich pucharach. The Blues pod wodzą tymczasowego menedżera Roberto di Matteo wygrali wszystkie trzy mecze. Brytyjskie media domyślają się, że te zwycięstwa należy zawdzięczać władzy piłkarzy w klubie. Obecna Chelsea przypomina tą z 2008 roku, kiedy na menedżerskim stołku siedział Avram Grant, ale to głównie starszyzna zawodników trzymała zespół w ryzach. Wtedy The Blues dotarli aż do finału Ligi Mistrzów.

Chelsea ma szansę wygrać na Etihad walką w powietrzu. Do dośrodkowaniach w pole karne londyńczycy zdobyli trzy gole przeciwko Napoli. Teraz mogą wykorzystać słaby punkt obrony City – Stefana Savicia – jeśli na czas nie wykurują się Vincent Kompany lub Joleon Lescott.

Na mecz z Chelsea Roberto Mancini przewidział powrót Carlosa Teveza. Syn marnotrawny The Citizens ograł się w rezerwach, w tym tygodniu dołączył do treningów z pierwszą drużyną. Pozostali piłkarze City z wielkim entuzjazmem mówią o wpływie Teveza. Argentyńczyk może być czynnikiem decydującym o mistrzowskich ambicjach drużyny z błękitnej części Manchesteru.

3. Pogromcy wielkich

Everton w słabym stylu uczcił 10-lecie pracy Davida Moyesa na Goodison Park. The Toffees przegrali wyjazdowe derby Liverpoolu aż 0:3. Teraz na mecz z Evertonem przyjedzie Arsenal.

A;e The Toffees u siebie są znacznie lepszym zespołem. Everton to paradoksalna drużyna, której bije się jak równy z równym z mocarzami, a gubi punkty z ligowymi przeciętniakami. Gracze Moyesa mogą się pochwalić serią trzech wygranych z rzędu u siebie. I to z kim! Na ich rozkładzie znaleźli się Manchester City, Chelsea i Tottenham. Czy Everton będzie w stanie dodać Arsenal do listy pokonanych faworytów?

Wiele zależy od postawy bloku obronnego gospodarzy. Sylvain Distin i spółka muszą być gotowi na zagrożenie z każdej strony ataku Arsenalu. W bardzo dobrej formie są bowiem i lewoskrzydłowy (Oxlade-Chamberlain), i prawoskrzydłowy (Walcott), i gracze środka (van Persie i Rosicky). Ostatnio Arsenal nie pęka nawet, gdy musi nadrabiać straty. Kanonierzy wygrali cztery mecze z rzędu, w których jako pierwsi tracili gola.

4. Mamy kryzys

Tottenham wydawał się pewniakiem do podium w ligowej tabeli. Liverpool do ostatniej kropli krwi miał walczyć o miejsce w Lidze Mistrzów. Obu drużynom przytrafił się jednak dołek formy.

Koguty cierpią na zamieszaniu wokół Harry’ego Redknappa. Odkąd Fabio Capello zrezygnował z posady selekcjonera Anglii, gazety nieustannie łączą Redknappa z posadą trenera kadry. Od powstania wakatu na stanowisku szkoleniowca Anglii Tottenham przegrał trzy z czterech meczów. Złą serię Koguty mogą przegonić u siebie w starciu ze Stoke.

Liverpool złapał nieco świeżego powietrza po rozgromieniu Evertonu 3:0, jednak była to jedyna jaskółka zwiastująca wiosnę na Anfield. Wcześniej The Reds zebrali jeden punkt w czterech ligowych starciach. Liverpool do strefy Ligi Mistrzów traci dziesięć punktów, dlatego jedynym realnym celem dla drużyny Kenny’ego Dalglisha pozostaje walka o zdobycie pucharowego dubletu (Liverpool wygrał Carling Cup i dalej walczy w Pucharze Anglii).

5. Trudne Hughesa początki

Zwykle pojawienie się w klubie nowego menedżera potrafi wykrzesać z piłkarzy dodatkowe możliwości. Efekt nowej miotły wspaniale zadziałał w Sunderlandzie. Martin O’Neill zebrał na Stadium of Light pięć wygranych w ośmiu pierwszych meczach.

Mark Hughes, nowy szef QPR, w ośmiu ligowych pojedynkach uciułał raptem jedno zwycięstwo. Rangersi pod wodzą Walijczyka pięć razy przegrali i znaleźli się w strefie spadkowej. QPR, zasilane pokaźną gotówką Tony’ego Fernandesa, nie może sobie pozwolić na opuszczenie Premier League. Hughes musi zacząć wygrywać od zaraz. Pierwszą okazję do tego będzie miał w starciu z Liverpoolem.

QPR cierpi z powodu nieskuteczności. Rangersi oddają mnóstwo uderzeń na bramkę, ale często trafiają w słupki lub poprzeczki. Ich szansą na odgonienie złej aury wydaje się być coraz bardziej obiecująca współpraca napastników Bobby’ego Zamory i Djibrilla Cisse.

Chaos po angielsku

Do pierwszego aktu Euro 2012 zostały trzy miesiące. Trenerzy reprezentacji po lutowym sparingu dostali kolejną porcję wiedzy o swoich podopiecznych. Teraz dopinają wszystko na ostatni guzik i już układają w myślach listę powołań. Tak jest wszędzie poza kolebką futbolu – Anglią.

Któremu z tych dżentelmenów przypadnie rola selekcjonera Anglii?

Czas ucieka

Franciszek Smuda swoją pieczęć na polskiej kadrze stawia od 2009 roku. Smuda już wtedy zaczął selekcję piłkarzy na Euro 2012. Przyszły trener Anglików wyboru dokona w nieco ponad dwa tygodnie. – Wielu szkoleniowców na naszej liście jest gdzieś zatrudnionych i nie chcemy zakłócać ich sezonu. Będziemy działać w końcówce rozgrywek – zapowiedział sekretarz wyspiarskiej federacji Alex Horne.

Ostatni gwizdek w Premier League wybrzmi 13 maja. 26 maja Anglia rozegra towarzyski mecz z Norwegią, jeden z dwóch sprawdzianów przez Euro. 72 godziny później trzeba zgłosić pełny skład wyselekcjonowany na mistrzostwa. Gdzie w tym tłoku znaleźć jeszcze miejsce na wakacje dla zmęczonych piłkarzy?

Mętlik zaczął się od rezygnacji Fabio Capello. Włoch nie zniósł decyzji działaczy o odebraniu opaski kapitańskiej Johnowi Terry’emu. Proces oskarżonego o rasizm obrońcy Chelsea odbędzie tuż po zakończeniu Euro. Do tego czasu Capello chciał poszanowania zasady domniemania niewinności. Inaczej na sprawę patrzyli angielscy oficjele, dlatego włoski trener spakował walizki i pożegnał się z Wyspami.

Rozwiązania tymczasowe

Choć teraz obowiązki selekcjonera piastuje Stuart Pearce, niewiele wskazuje, aby to on prowadził Anglię w bitwie o mistrzostwo Europy. Prasa, kibice i sami zawodnicy zbawcy upatrują w Harrym Redknappie. „Harry Houdini”, jak mawiają o nim fani, właśnie dokonuje swojej magii na Tottenhamie. Jego Koguty walczą o najwyższe cele w Anglii. Redknapp pragnie czarować jako selekcjoner ojczystego kraju, ale z żalem myśli o rozstaniu z Tottenhamem. Angielska federacja porozmawia z nim trenerskiej posadzie w pierwszej kolejności, ale nie można być pewnym, że Redknapp zechce porzucić klubową piłkę. Jakie są kolejne opcje? Brytyjskie media widzą szefa kadry narodowej w Pepie Guardioli lub Jose Mourinho, którzy co jakiś czas przebąkują o możliwości opuszczenia Hiszpanii.

Na razie jednak Anglicy zostają z tymczasowym trenerem i tymczasowym kapitanem zespołu. Pierwsze dwa mecze Euro opuści dodatkowo największa gwiazda Wayne Rooney. Mimo tego w federacji piłkarskiej panuje stoicki spokój. – Nigdzie się nie spieszymy. Możemy kogoś zatrudnić na kilka dni przed turniejem – zapewnia dyrektor sir Trevor Brooking.

Może więc w brytyjskim nieładzie jest metoda? Anglicy nie wykształcili myśli trenerskiej, która odbija się w grze na wszystkich szczeblach reprezentacji od osesków do seniorów. Taki system zbudowali Niemcy i Hiszpanie. W Anglii wiele zależeć będzie od pracy jednej osoby, jej wpływu na resztę otoczenia. Nowy trener i piłkarze z pewnością nie znudzą się wzajemnym towarzystwem. Kto wie, może Wyspiarze powtórzą scenariusz Danii w 1992, gdzie z chaosu zrodziło się mistrzostwo Europy?

Artykuł ukazał się w drukowanej wersji tygodnika „Tylko Piłka” nr 10/2012, s. 6.

Stal w obronie Manchesteru United – analiza taktyczna

Manchester United w bolesny sposób wybił Tottenhamowi z głowy marzenia o mistrzostwie kraju. Czerwone Diabły zagrały bezwzględnie w ataku i uważnie w obronie, co przyniosło przekonywujące zwycięstwo 3:1 na White Hart Lane. Koguty przedłużyły tym samym fatalną serię 26 meczów bez wygranej nad chłopcami sir Alexa Fergusona.

Tegoroczne starcia na szczycie tabeli Premier League często kończyły się hokejowymi wynikami – 1:5,1:6, 8:2, 3:5, 3:3. Bogactwo goli cieszy fanów żądających emocji. Ale każe też zadać pytanie o jakość obrony angielskiej czołówki. Zaskakujący więc wydaje się fakt, iż w niedzielnym starciu Tottenhamu z Manchesterem przez długi czas górowała skuteczna defensywa.

Wyjściowe składy

Harry Redknapp miał poważny dylemat w selekcji swojej drużyny. Z różnych powodów na boisku nie mogli pojawić się Gareth Bale, Rafael van der Vaart i Scott Parker. Bez nich powstała olbrzymia wyrwa w pomocy Kogutów, którą próbowali załatać Luka Modrić, Jack Livermore oraz Sandro.

Redknapp w trzecim meczu z rzędu zdecydował się na taktykę 4-4-2. W ataku wystawił dwóch piłkarzy o podobnej charakterystyce – Emmanuela Adebayora oraz Louisa Sahę. Ta kombinacja znakomicie zadziałała z Newcastle (5:0), ale nie sprawdziła się przeciwko Arsenalowi (słaba współpraca w drugiej połowie). Redknapp wolał w odwodzie pozostawić najbardziej ruchliwego napastnika Jermaina Defoe.

Manchester United wyszedł na boisko w podobnym ustawieniu 4-4-2, z tym, że Wayne Rooney częściej cofał się do linii pomocy. Siłą Czerwonych Diabłów miały być dynamiczne skrzydła z Nanim i Ashleyem Youngiem.

Defensywa

Mimo, że ostatecznie padły aż cztery gole, to obrona odegrała decydującą rolę w tym spotkaniu. Przez godzinę oba zespoły w ustawieniach 4-4-2 wzajemnie się blokowały. W środku pola walczyli świetni podający, ale słabsi w odbiorze (Paul Scholes, Michael Carrick) oraz przeciętni rozgrywający stworzeni do zadań defensywnych (Sandro, Livermore). Rzadko do przodu zapędzali się boczni obrońcy, stąd atakujący mieli wyjątkowo mało miejsca na rozwijanie skrzydeł. Przewagę w posiadaniu miał Tottenham, który oddawał też więcej strzałów, ale poza jedną akcją Aarona Lennona Koguty nie mąciły spokoju Davida De Gei.

Solidnie prezentowały się pary stoperów. Obrońcy obu drużyn bazowały na podobnym założeniu. Jeden gracz wychodził do pojedynków główkowych, wyskakiwał do biegających napastników (Jonny Evans, Younes Kaboul), drugi zostawał wycofany i asekurował poczynania kolegi (Rio Ferdinand, Ledley King).

Dla Manchesteru United ważnym ogniwem był także Partice Evra. Francuz trzymał się blisko własnego pola karnego. Miał na oku Lennona, praktycznie jedynego zawodnika w szeregach rywali, który realnie mógł zakłócić organizację defensywy mistrzów Anglii.

Ferguson w pomeczowym wywiadzie dla Sky Sport rozpływał się nad postawą tylnej formacji. – To wielki wynik, wspaniały występ naszych obrońców. Okopali się z tyłu, a my pokazaliśmy swoją determinację. Występ Evansa i Ferdinanda był niemal bezbłędny. Obaj znakomicie współpracowali, przekazywali sobie krycie. Zmusili Sahę i Adebayora do łącznie 15 strat. Sami defensorzy United aż 37 razy wybijali piłkę spod własnego pola karnego.

Podobne pochwały można byłoby przypisać defensywie Tottenhamu, gdyby nie bolesne, indywidualne potknięcia. Wszystkie trzy stracone gole były wynikiem drobnego błędu, który bez skrupułów wykorzystywali rywale z Old Trafford. Najpierw Kyle Walker nabrał się na ruch Rooneya i zgubił krycie przy rzucie rożnym. Później Luka Modrić zostawił za plecami Naniego przy wyrzucie z autu. Na koniec Kaboul zbyt długo zwlekał z doskoczeniem do Younga. Tak Manchester United z sześciu strzałów na bramkę zdobył aż trzy gole.

Braki Kogutów

Absencja Bale oraz van der Vaarta okazała się decydująca dla potencjału ofensywnego Tottenhamu. Gracze Redknappa byli zbyt przewidywalni. Szarże Lennona często rozbrajał Evra. Modrić gasł biegając przy bocznej linii. Na lewym skrzydle nie mógł wykrzesać z siebie kreatorskiej iskry. Jedyne groźne podania serwował po dośrodkowaniach.

Tottenham z rzadka przebijał się przez obronę United, stąd częste próby strzałów z dystansu. Z nimi bez problemu radził sobie De Gea. Gol pocieszenia Defoe był bardziej wynikiem braku koncentracji Ryana Giggsa, niż realizowania założeń taktycznych.

Bez Bale’a, który dynamizuje grę Tottenhamu i stanowi element zaskoczenia, Koguty będą miały problemy z silnymi rywalami. Posyłanie długich piłek w kierunku Adebayora jest zbyt przewidywalne na najwyższym poziomie. Co ciekawe, aż do 80. minuty Redknapp zwlekał ze zmianami, które pozwoliłyby Modriciowi na przejście do środka boiska. Menedżer Kogutów przeprowadził roszady, gdy partia była już rozstrzygnięta na korzyść Manchesteru United.

Podsumowanie

Mecz na White Hart Lane przypominał sobotnie starcie Liverpoolu z Arsenalem. Tam także gospodarze mieli więcej z gry, częściej utrzymywali się przy piłce. Liverpool miał jednak dużo klarownych szans bramkowych, a Tottenham nie radził sobie z rozpracowaniem świetnej obrony gości.

Zarówno Arsenal, jak i Manchester United wygrały na skuteczności. Wielką sztuką jest wykorzystywanie wszystkich szans, które daje los.

Choć nie był to najlepszy występ podopiecznych Fergusona w sezonie, sięgnęli oni po całą pulę. Do Manchesteru City tracą tylko dwa punkty i mają łatwiejszy terminarz spotkań. Wiele wskazuje na to, że 30 kwietnia na Etihad Stadium rozstrzygną się losy mistrzostwa Anglii.

Tottenham – z uśmiechem po tytuł

Tottenham wygrał w środę z Evertonem i zrównał się punktami z Manchesterem United. Do lidera, Manchesteru City, zawodnicy Harry’ego Redknappa tracą tylko trzy punkty. Koguty sezon zaczynały na dnie tabeli po dwóch porażkach. Czy teraz są realnym kandydatem do mistrzostwa Anglii?

Dobre humory nie opuszczają White Hart Lane, fot: Onet

Spotkanie z Evertonem było odrabianiem zaległości z 1. kolejki. Pewne zwycięstwo w styczniu to dar od losu. Gdyby Tottenham mierzył się z The Toffees planowo, w sierpniu, wynik mógłby tak nie satysfakcjonować kibiców Kogutów. Gracze z White Hart Lane inaugurowali rozgrywki ligowe z poważnymi lukami kadrowymi. Atmosferę w klubie podtruwała transferowa saga Luki Modricia do Chelsea. Skutek? Dwie klęski z manchesterskimi ekipami.

Modrić jednak został w północnej części Londynu, a kadrę zasilili Scott Parker oraz Emmanuel Adebayor. Od tego momentu Tottenham w lidze na 18 spotkań przegrał tylko raz (pechowo w Stoke po kontrowersyjnych decyzjach Chrisa Foya), wygrywając 14-krotnie. Co ciekawe, aby utrzymywać tempo potentatów z Manchesteru, Tottenham wcale nie szastał gotówką.

City są tam, gdzie są z powodu szejka Mansoura, Chelsea dzięki Romanowi Abramowiczowi. My tak nie robiliśmy, z czego jestem dumny. Nie trzeba wydawać fortuny, aby znaleźć dobrych piłkarzy. Zajmujemy trzecie miejsce w lidze, mimo że nikt nie przyszedł i nie rzucił mi pieniędzy na stół – krytykował politykę finansową rywali menedżer Redknapp.

City płaci zawodnikom 200 tys. funtów tygodniowo – to niewiarygodne. Ludzie zarządzający Tottenhamem inwestują rozsądnie. Wielu dziwiło się, gdy ściągaliśmy graczy pokroju Younesa Kaboula, a on uczynił znaczący postęp – dodał szkoleniowiec Kogutów.

Potwierdzeniem słów Redknappa są kwoty płacone za Parkera i Adebayora – ludzi, którzy odmienili oblicze Tottenhamu. Parker kosztował pięć mln funtów. Odrzuconego z Manchesterze City Adebayora Koguty wypożyczyły do końca sezonu. Mistrzostwem handlowym było porozumienie co do płatności. Za dziewięć goli Togijczyka w białej koszulce, City dokłada blisko połowę ze 170. tys. funtów tygodniówki!

Rozsądnie budowana drużyna zachwyca wynikami, ale i stylem. Trudno dziś w Premier League o efektowniejszy futbol, niż ten serwowany na White Hart Lane.

Gramy wykorzystując tempo Garetha Bale’a, Aarona Lennona i Kyle Walkera, włączanie się do przodu bocznych obrońców. Wygląda to naprawdę dobrze – stwierdził obrońca Michael Dawson w wywiadzie dla BBC.

Mniej merytorycznie, ale bardziej dosadnie i obrazowo wypowiedział się na ten temat Redknapp.

Jeśli nie podoba ci się nasz styl, nie powinieneś oglądać piłki nożnej. Gramy z uśmiechem na ustach. Nie jest niemożliwe, abyśmy wygrali mistrzostwo, ale będzie o to bardzo, bardzo trudno. Mamy szansę – zauważył menedżer Tottenhamu.

Koguty są obecnie najlepszą londyńską drużyną w stawce. Na razie przełamują wieloletnią dominację Chelsea i Arsenalu w stolicy Wielkiej Brytanii. Nad The Blues mają osiem, nad Arsenalem dziewięć punktów przewagi.

Czy Tottenham model 2011/2012 ma szansę sprowadzić tytuł mistrzowski na White Hart Lane? Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się 51 lat temu. Sami piłkarze Kogutów – William Gallas, Rafael van der Vaart – coraz odważniej mówią o szansach na końcowy triumf.

Pierwszy test tego, czy w Tottenhamie jest mistrzowski potencjał planowany jest na 22 stycznia, kiedy do Londynu zawita Manchester City.

Teraz wszyscy wiedzą, że Tottenham ma świetny zespół. City będzie wielkim wyzwaniem. Oni nie są już tak regularni jak kiedyś. Przegrali niedawno kilka meczów i możemy to wykorzystać. Mają sporo klasowych graczy, indywidualności. Sądzę jednak, że my prezentujemy się lepiej jako drużyna – prognozuje van der Vaart cytowany przez The Guardian.

Nikt nie ludzi przyjeżdżać na White Hart Lane. U siebie jesteśmy niewiarygodni. Po meczu z City będziemy wiedzieć na czym stoimy, ale wszyscy w szatni wierzą, że stać nas na wygranie ligi – dodał holenderski pomocnik.

Rywalizacja z City da tylko częściowy pogląd na możliwości Tottenhamu. Główna weryfikacja nadziei na tytuł Kogutów zacznie się 6 lutego wyjazdem na Anfield. W ciągu miesiąca Tottenham zmierzy się kolejno z Liverpoolem, Newcastle, Arsenalem i Manchesterem United. Trudno o bardziej wymagający kalendarz, ale patrząc na formę Bale’a i spółki, to rywale Kogutów powinni drżeć o wyniki. Tottenham na wznoszącej fali ma szansę utrzymać się do końca maja.

%d blogerów lubi to: