Archiwum

Posts Tagged ‘Jan Vertonghen’

Triumf bezpośredniego futbolu w stolicy

Tottenham Hotspur przypomina mi dlaczego tak bardzo przychylam się w stronę bezpośredniego futbolu. W epoce tiki-taki rodem z Hiszpanii (począwszy od 2008 roku) nieco przejada mi się futbol oparty na długim posiadaniu piłki. Skuteczność szybszego futbolu odpowiednio objawiają starcia takie jak niedzielne derby północnego Londynu.

Arsenal lubi krótkie podania, wiadomo nie od dziś. Już sama ich formacja z upchniętymi czterema środkowymi pomocnikami sugeruje, czego można się spodziewać. Tottenham sam nie brzydzi się rozgrywać pozycyjnie, ale ich kogucie pazury najlepiej widziałem dotąd w rozpędach bale’owskich lub lennonowskich. Konfrontacja obu stylów tylko utwierdziła mnie w nabytej sympatii.

Spurs załatwili sobie siedmiopunktową przewagę już w pierwszej połowie, wyprowadzając dwa znakomite ciosy. Pierwszy po trzech podaniach i dwóch sprintach. Drugi po odbiorze i jednym prostopadłym zagraniu Scotta Parkera. Po cóż się szamotać? Kanonierzy wygrali statystykę posiadania 61% do 39%, w liczbie podań 504 do 328, w ich dokładności 83% do 73%. Czy ktoś jednak mi powie, że porażka z White Hart Lane przyszła niezasłużenie?

Przereklamowana rola podań?

Bezpośredni futbol maluje mi się piękniej, bo nie zależy w takim stopniu od natchnionych kopnięć jednostek. Barcelony, Bayerny i Arsenale muszą wspinać się co rusz na techniczny Mount Everest, aby dołożyć solidnie poukładanym i w pełni zorganizowanym z tyłu przeciwnikom. Oczywiście rywale robią gafy, a wymienione kluby dysponują ludźmi zdolnymi rozmontować układ obrońców. Tylko, czy zawsze potrzeba do tego tyle wysiłku? Szybszy atak naraża się na większą niedokładność, ale skutecznie wyprowadzony korzysta z dobrodziejstw przerzedzonych zasieków. Z ośmiu przeciwników do minięcia zostaje czterech/pięciu – dodatkowo nieustawionych idealnie w swoim miejscu. Dlatego tak bardzo zachwycałem się golem Realu w pucharowym El Clasico, kiedy w 14. sekund groźną akcję pod swoją bramką zamienili na gola na 2:0. (Jasne, co innego, gdy długie podania służą strategii obronnej – jak np. w Barcelonie lub Swansea)

Czytaj dalej…

Reklamy

Dwulicowy Manchester United – analiza taktyczna

Ustawienie wyjściowe MU i Spurs

Prawdziwym wyzwaniem każdego opisującego szlagier sobotniego wieczoru będzie uniknięcie wytartego do ostatniej głoski wyrażenia „mecz dwóch różnych połów”. Ups… zdarzyło się – przynajmniej wiecie już jak diametralnie zmieniały się wydarzenia na Old Trafford. Tottenham tradycyjnie mecz na obiekcie Manchesteru United kojarzył z 98% prawdopodobieństwem porażki. Koguty wreszcie zrzuciły ciężki bagaż z pleców i w ekscytujący sposób przełamały 23-letnią klątwę.

Tottenham wziął do Londynu komplet punktów, jednak przebieg spotkania zależał głównie od postawy gospodarzy. United, identycznie jak na Anfield przed tygodniem, okazali się bardzo dwulicowi. Osłabiająco mizerną pierwszą połowę zastąpił popis w drugiej. Czerwonym Diałbom zabrakło okruszyny szczęścia do zaliczenia kolejnego wielkiego comebacku.

Szybko (TOT), wolno (MU), szybko, szybko, wolno

United od samego początku mieli olbrzymie problemy z ochroną własnej formacji obronnych. Linie były od siebie znacząco oddalone, a Paul Scholes z Michaelem Carrickiem (nie najszybszy duet w środku) byli boleśnie mijani przez żwawych biegaczy Tottenhamu.

Co ciekawe, ton kontrze Spurs nadawał… Jan Vertonghen. Jego gol po wjeździe w pole karne z 2. minuty był tylko zapowiedzią dalszych wydarzeń. Tottenham po odbiorze piłki przenosił ją do przodu ekstremalnie szybko, głównie po lewej stronie boiska. Właśnie wtedy najboleśniej obnażana była słaba współpraca linii pomocy i obrony United. Grzechy zaniedbań defensywnych u skrzydłowych gospodarzy w połączeniu z nieco przyrdzewiałymi w zwinnych ruchach graczami drugiej linii dały Kogutom wszystkie trzy bramki z tego spotkania (wykres – jak niewiele podań potrzeba było do strzelenia goli). No, gościom przydało się też ośmieszające wyciąganie Rio Ferdinanda z jego właściwych pozycji.

Kapitalny ruch na kontrze Tottenhamu

Dla kontrastu, Tottenham wyśmienicie (a nawet WYŚMIENICIE) ochraniał swoich obrońców, jak gdyby byli klejnotami koronnymi z londyńskiego Tower. Sandro sprzątał bałagan, stał blisko swoich stoperów i nie bał się odważnych odbiorów. W sukurs szedł mu Moussa Dembele, który dodatkowo udzielał się przy wyprowadzaniu dynamicznych ataków dzięki umiejętnościom dryblingu. Dzięki takiej zaporze Koguty w pierwszej połowie dały się okładać ciosami rodem z wagi… koguciej.  Shinji Kagawa nie mógł znaleźć sobie miejsca pod bramką, dlatego cofał się po piłkę głębiej i głębiej na własną połowę. Z początku jedynym zalążkiem skutecznej ofensywy Manchesteru były przerzuty piłek od Scholesa do nieobstawionego Naniego, który dużą przestrzeń do gry zamienił na 15 niecelnych dośrodkowań w całym meczu. 15 niecelnych, żadnego dokładnego!

Praca defensywnych pomocników Tottenhamu

Jednak kłopoty ofensywne United najlepiej uosabiała postać z lewego skrzydła. Dość zaskakującym manewrem sir Alexa Fergusona było wystawienie tam Ryana Giggsa. Dekadę temu takie zdanie byłoby świętokradztwem, ale od tamtego momentu w Tamizie upłynęło sporo wody i Giggs znacznie stracił na szybkości. Jego wkład w grę był mizerny i Walijczyk zaliczył chyba jedno z najgorszych spotkań w karierze w barwach Czerwonych Diabłów. Przez 45. minut uciułał łącznie 10 podań i to na ledwie 50% skuteczności. Nic dziwnego, że w pierwszej połowie Manchester wysilił się na ledwie jeden strzał na bramkę.

Zmiana ról

Gdy sędzia zagwizdał koniec pierwszej połowy, wiadomo było, że w szatni będzie huk. To co piłkarze pokazali po ponownym wybiegnięciu na murawę najlepiej obrazuje rolę instrukcji trenerów i znaczenia ich słów na taktykę zespołów.

Giggsa zastąpił Wayne Rooney i się zaczęło. United wypchnęli obu bocznych obrońców do ofensywy (wcześniej bardzo pochowanych), dzięki czemu zyskali odpowiednią szerokość swoich ataków. Z przodu udzielał się szczególnie aktywny Rafael. Gospodarze zaczęli aktywniej i znacznie wyżej stawiać zasieki defensywne, co skutkowało szybkimi odbiorami piłek. Chłopcy Fergusona zaczęli grać spokojniej w rozegraniu i zupełnie przejęli kontrolę nad posiadaniem (dowód statystyczny: pierwsza połowa 49%-51% dla Tottenhamu, po zakończeniu meczu 74%-26% dla Manchesteru!).

Kluczowe znaczenie zmiany Rooneya

Wejście Rooneya zupełnie zmieniło strukturę formacji 4-2-3-1 United. Anglik stanął za Robinem van Persiem, a na lewą stronę został przesunięty Kagawa. Tak wyglądało to tylko na papierze, bo cała trójka bardzo płynnie wymieniała się pozycjami. Kagawa notorycznie ścinał do środka, Rooney szukał miejsca na skrzydłach, van Persie rozgrywał z głębi pola. Manchester miał wreszcie ośrodki rozegrania, i to aż trzy, tuż przed polem karnym Tottenhamu. Odtąd okolice bramki Spurs zalewały groźne podania prostopadłe i zagrania przecinające obronę od bocznych stref „szesnastki”. Pełną kontrolę zapewniał z tyłu Scholes, który niczym sprawiedliwy król Salomon rozdzielał podania we wszystkie sektory połowy rywali (33 długie podania i 27 celnych w całym meczu). Tottenham drżał w posadach.

Decyzja AVB

– W pierwszej połowie atakowaliśmy i utrzymywaliśmy piłkę. W drugiej broniliśmy – powiedział Andre Villas-Boas po spotkaniu. Tak w najprostszych słowach można ująć nastawienie Kogutów. Goście świadomie oddali inicjatywę, wycofali swoich bocznych obrońców i zespolili się w zwartym ustawieniu 4-5-1. Ciągle katorżniczą pracę odrabiali Sandro z Dembele. Zmianę nastawienia Tottenhamu kapitalnie oddaje prezentowany wykres wpływu zawodników na mecz. Spójrzcie tylko jak mocno cofnęli się wszyscy zawodnicy Spurs w drugiej części.

Wycofanie Kogutów w drugiej części meczu

Dzięki temu w ataku mogli liczyć tylko na ruchy Jermain Defoe. Osamotniony Robinson Cruzoe ataku Tottenhamu próbował biegać w wolne korytarze z boków boiska, ale miał marne wsparcie. Poza akcją Defoe z 52. minuty, która dała gola na 3:1, Koguty myślały wyłącznie o przetrwaniu naporu gospodarzy. – Gdybyśmy utrzymali wynik 2:1 przez kilka minut, myślę że byśmy wygrali – zauważył Ferguson i trudno odmówić mu racji.

Kuriozalna końcówka

United napierali, gnietli i wkręcali się w pobliże bramki Spurs, ale zdołali wepchnąć tylko dwa gole. W końcówce zawodnikom Fergusona zabrakło cierpliwości i decydowali się na posyłanie dośrodkowań z głębi pola. Główki wybijali ludzie z Tottenhamu i choć piłka często spadała zaraz pod nogi gospodarzy, nie przynosiło to wymiernych efektów.

Ostatnie minuty dostarczyły taktycznych dziwactw. United grali praktycznie systemem 2-4-4, więc skutecznie „re-odwrócili piramidę” z książki Jonathana Wilsona. Tottenham postawił na „stary, sprawdzony i powszechnie stosowany” system 5-5-0, aby tylko mieć jak najwięcej głów do oddalania zagrożenia.

Podsumowanie

Dłużące minuty Tottenhamu na Old Trafford skończyły się szczęśliwie, co najlepiej oddała uśmiechnięta po uszy twarz Villas-Boasa. Jego zespół dostał mentalnego kopniaka na resztę kampanii w Premier League. Zwycięstwo pokazało potencjał szybkościowy Spurs.

Rywale z Manchesteru mogą być w pełni usatysfakcjonowani drugą połową, tym bardziej, że należały im się jeszcze 2-3 rzuty karne. Oblicze United podającego płynnie, przesuwającego się sprawnie w całej formacji i kompletnie dominującego środek pola musi być balsamem dla oczu Fergusona. Ale Szkot z pewnością nie zapomni o kolejnej już farsie z początku spotkania, gdy jego podopieczni wyglądali na bandę przestraszonych uczniaków z zerowym poczuciem własnej wartości. Czerwone Diabły straciły bramkę jako pierwsze już w piątym na sześć meczów tego sezonu. To nie jest statystyka dla przyszłych mistrzów Anglii.

Taktyczne wykresy Stats Zone – 3. kolejka EPL

Do stałego repertuaru na blogu wracają wykresy statystyczne, dostępne dzięki świetnej aplikacji FourFourTwo Stats Zone. Na ich podstawię przeanalizujemy aż osiem aspektów, w tym niesymetryczną taktykę Manchesteru United, wzorce pomocników w lidze angielskiej, czy niecodzienny pomysł na rozegranie Kanarków z Norwich.

1. Zapomniane ogniwo Man United

Nieaktywna lewa strona Manchesteru United

Nie raz wspominałem już na blogu o moich wątpliwościach co do pozycji Danny’ego Welbecka w systemie Manchesteru United. Jego pozycja w ataku mocno ucierpiała na sprowadzeniu pewnego bombardiera z Arsenalu, dlatego sir Alex Ferguson musi mu szukać miejsca w innych rejonach boiska.

Jeśli Welbeck wychodzi w podstawowym składzie, awizowany jest na lewej stronie pomocy. Gdy spojrzymy na przechodzenie United do obrony – wszystko się zgadza. Welbeck wraca jak Bóg (Ferguson) przykazał. Inaczej jest w momencie ataku pozycyjnego.

Wtedy ustawienie Manchesteru United robi się niesymetryczne jak twarz Harveya Denta z Batmana. Welbeck wchodzi na pozycję drugiego napastnika, zdecydowanie bliżej środka boiska, niejako dublując ustawienie Robina van Persiego. Na drugim skrzydle Antonio Valencia trzyma się bliżej bocznej linii i zapewnia odpowiednią szerokość ataku. Skutki widać na powyższym wykresie. Z 15 akcji strzeleckich United tylko dwie (w tym jeden rzut rożny) powstały na lewym skrzydle. Dla odmiany, prawa strona naprodukowała aż pięć sytuacji.

Gdy Welbeck gra w środku, jedyną alternatywą na lewej flance jest Patrice Evra, który, umówmy się, świetnego początku rozgrywek nie ma. Oddanie bez walki jednej z trzech stref ataku jest niebezpieczne, gdyż umożliwia rywalom wzmocnienie pozycji obronnych na częściej używanych stronach boiska, a tym samym zacieśnia przestrzeń dla ataków Czerwonych Diabłów.

2. Antidotum na kontuzję Aguero

Mobilność i wszędobylskość Teveza

Od pierwszego gwizdka nowego sezonu Carlos Tevez jest w ścisłej czołówce najlepszych graczy Premier League. Strzela, asystuje, ale największe wrażenie robi jego ruch po całym boisku. Kto uważa, że klasowy napastnik to wyłącznie łowca goli, powinien obejrzeć Teveza i zmienić mylne wrażenie. Natychmiast!

Zerknijmy na wykres podan skierowanych do Argentyńczyka. Niedawny wygnaniec z Etihad Stadium teraz przyciąga piłki w różnych strefach pola karnego niczym witryna sklepowa spłukaną zakupoholiczkę. Dodatkowo, Tevez łączy krótkie kombinacje podań na skrzydle, które umożliwiają rozluźnianie szyków defensywnych rywali.

Uraz Sergio Aguero z pierwszego meczu miał być bolesny jak kopnięcie w stół małym palcem. Z tak pracowitym Tevezem w składzie Manchester City nie musi już tak cierpieć.

3. Taką zmianę to ja rozumiem

Berbatov duuuużo pożyteczniejszy niż Petrić

Dimitar Berbatov został zepchnięty w czarną otchłań ławki rezerwowych/trybun na Old Trafford, więc słusznie poszukał szczęścia gdzie indziej. Wylądował w Fulham, dla którego sprowadzenie Bułgara ma duże szanse okazać się strzałem w dziesiątkę (nie jak wybudowanie ohydnego pomnika Michaela Jacksona przed stadionem).

Berbatov wciąż ma wybitne umiejętności. On lubi skleić piłkę, chwilę ją przytrzymać i muskać podania w swoim tempie. Man United dążący do przyspieszania gry niezbyt przychylnie patrzył na artyzm Bułgara. Jednak jego zagrania siały spore zagrożenie w szeregach West Hamu.

Nowy atakujący Fulham pojawił się na boisku w drugiej połowie przy stanie 0:3. Mimo to potrafił wykreować aż pięć okazji strzeleckich dla swoich kolegów – głównie wykładając piłkę przed pole karne Hugo Rodalledze. Dla porównania, Mladen Petrić, który ustąpił miejsca na boisku Berbatovowi, przez 45 minut zdołał wykrzesać raptem 4 celne podania w strefie ataku (nie mówimy o tworzeniu sytuacji bramkowych, a samych podaniach)! Ktoś chyba straci miejsce w wyjściowym składzie, panie Petrić…

4. Wszechstronność zawsze w cenie

Świetny Noble po obu stronach boiska

Abou Diaby był znakomity w środku pola przeciwko Liverpoolowi, ale nagrodę najlepszego pomocnika kolejki zgarnia Mark Noble. 25-latek z West Hamu zaprezentował modelową charakterystykę piłkarza, określanego w Anglii mianem „box-to-box”, czyli zawodnika pracującego pod własnym polem karnym i bramką przeciwnika.

Potwierdzają to wykresy. Po lewej – odbiory, czyli idealne 7/7. Wślizgi Noble’a były wymierzone co do milimetra i skutecznie uprzykrzały życie rozgrywającym Fulham. Z drugiej strony – podania, czyli prawie idealne 79/81. Anglik stabilizował środek pola, rozpoczynał akcje własnej drużyny i nawet sam kreował ataki. Dwa niecelne zagrania można mu wybaczyć, tym bardziej, że jedno było nadmiernie ambitne.

5. Pan bezbłędny (niemal)

Chirurgiczne podania Joe Allena

Pozycja w strefie spadkowej Liverpoolu mówi wiele, ale nie wszystko. The Reds wcale nie grają tak beznadziejnie, jak wskazuje dorobek punktowy. Są w środku taktycznej rewolucji i ciosy w zęby zbierają głównie po indywidualnych błędach ludzi, którzy nowego systemu się dopiero uczą.

Jednym z promyków nadziei jest Joe Allen. On zna strategię Brendana Rodgersa w stopniu takim, że gdyby otworzono wydział „Rodgersologia stosowana” na uniwersytecie, on zostałby dyrektorem katedry. Widać to po jego statystykach podań. Według Opta Sports, Walijczyk wykonał najwięcej dokładnych długich piłek (31) niż jakikolwiek inny zawodnik Premier League w tym sezonie. Pomylił się tylko raz, co daje średnią 96,9% dokładności dalekich piłek.

Najlepszy dowód daje starcie z Arsenalem. Szczególnie imponujące są jego precyzyjne rozrzucenia gry na prawą stronę, gdzie wysoko po boisku biega Glen Johnson. Takie podanie jeszcze nie stwarza bezpośredniego zagrożenia, ale znacząco zwiększa płynność rozegrania. W sytuacji Liverpoolu, dobre i to.

6. Przeciwko Norwich trzeba się nagłowić

Bezpośredni styl Norwich

Oglądając mecz Tottenhamu i Norwich nie umiałem pozbyć się wrażenia, że Kanarki za wszelką cenę usiłują jak najszybciej przemieszczać piłkę w strefę ataku. Wręcz gardzili klepaniem przez nogi środkowych pomocników. Stąd (widoczna po lewej stronie) mnogość długich piłek, głównie w kierunku mniej obstawionych skrzydeł. Niechęć do rozgrywania piłki środkiem jest w tym przypadku wyjątkowo dobrze widoczna.

Dużo niecelnych podań Norwich znalazło się w centrum boiska. Czemu? Rozwiązanie tej zagadki w dużej mierze przynosi prawa część wykresu. Otóż przy walce w powietrzu niesamowicie spisał się Jan Vertonghen – jego 11 wygranych główek to rekord weekendu w pięciu najlepszych ligach Europy.

7. Skrzydłowy?

Lallana w poszukiwaniu strzału

Myślę, że każdy widz meczu Southampton – Manchester United dostrzegł gracza, o którym teraz mowa. Adam Lallana był wyjątkowo dynamiczny i on najczęściej wyprowadzał akcje Świętych z własnej połowy.

Dość rozpowszechnionym trendem w Premier League staje się ścinanie skrzydłowych do środka pola (Everton, Tottenham, Newcastle, itp.). Ale Lallana posunął się do sytuacji ekstremalnej.

Na lewej stronie wykresu można dostrzec, że wszystkie podania w okolicach pola karnego United zebrał w środkowej strefie. Nic dziwnego zatem, że jego cztery próby strzałów także pochodziły ze tej części boiska. Jedynie w głębi pola Lallana decydował się trzymać  bliżej boku boiska. Skrzydłowy, który brzydzi się skrzydeł? Świat staje na głowie…

8. Stempel na każdej akcji

Carrick dominuje środek pola

Na koniec kolejne kuriozum ze spotkania na St. Mary’s Stadium. Michael Carrick tak bardzo stęsknił się za grą w pomocy, że chwytał się każdej okazji do rozegrania piłki. Anglik wykonał w meczu aż 126 podań. Następny na liście najczęściej podających, Morgan Schneiderlin z Southampton, zaliczył prawie połowę mniej zagrań. Może próby Carricka skupiały się głównie na utrzymywaniu posiadania i oddawania piłki najbliższemu koledze, ale wciąż różnica jest powalająca. Tego wymaga się od gracza-metronoma w ofensywie. Nie wierzycie? Spytajcie Sergio Busquetsa w Barcelonie. On coś na ten temat wie.

%d blogerów lubi to: