Archiwum

Posts Tagged ‘Liga Mistrzów’

Jak Bayern ukuł serca Polaków*?

*zakładając, że Polska = Borussia Dortmund:)

Jak ten świetny finał wyglądał na boisku, wszyscy wczoraj dobrze zaobserwowaliśmy. Jak widziały go statystyczne strzałki, romby i kółka? Zapraszamy do przeglądu głównych trendów starcia Bayernu z Borussią w oczach wykresów Opta.

1. Bawarskie chłopy na schwał

Rzuty rożne

Jeśli szukać gdzieś największej przewagi Bayernu Monachium nad Borussią Dortmund w sobotnim finale, trzeba spojrzeć na walkę w powietrzu. Ten element miał ważne znaczenie w ataku – Dortmund nie zagroził rywalom z żadnego rzutu rożnego, najczęściej podając grzecznie w ręce Manuela Neuera. Bayern z kolei robił spory młyn pod bramką rywali przy większości kopnięć z narożnika boiska. Szczególnie dobrze wyglądały odchodzące dośrodkowanie z lewej strony boiska.

Główki rozbiły także plan Borussii na skuteczne wykorzystywanie Roberta Lewandowskiego w roli wysuniętego napastnika zgrywającego górne piłki. Polak, nauczony poprzednimi przegrywanymi pojedynkami z Dante, tym razem trzymał się bliżej Jerome’a Boatenga. Ten jednak nie pękł i Lewandowski skończył spotkanie z 1 wygraną główką na 8 pojedynków (Marco Reus miał 0/6).

Wyraźna przewaga Bayernu w główkach na całym boisku (szczególnie strefa obrony)

2. Zapasowy obrońca

Głęboki powrót Schweinsteigera

W pierwszych minutach gry Bayern miał spore problemy ze swobodnym wyprowadzaniem piłki w linii pomocy. Odważny pressing Borussii odcinał linię dostępu w środku pola. Z tego powodu monachijczycy musieli sięgnąć po radykalne środki. Przez długie minuty Bastian Schweinsteiger cofał się po podania na wysokość środkowych obrońców (wykres otrzymanych podań). W tym momencie ustawienie Bawarczyków bardziej przypominało układ 3-5-1-1 niż papierowe 4-2-3-1. W drugiej części gry Bayern miał już nieco więcej miejsca na oddech i Schweinsteiger mógł wrócić do swoich zadań bliżej środkowej części boiska.

Czytaj dalej…

Reklamy

Półfinał środkowych obrońców i zmiany Mourinho

Jose Mourinho był bliziutko zepsucia zbliżającej się wewnątrzniemieckiej zabawy w finale Ligi Mistrzów na Wembley. Jego roszady wypaliły w końcówce, ale Borussia Dortmund dotrwała z wynikiem dającym jej paszport do Londynu. Co pokazał nam rewanżowy półfinał z Santiago Bernabeu?

1. Mourinho bierze sprawy w swoje ręce

Jose wraca do Anglii?

Najważniejszy moment meczu przyszedł w 57. minucie. Zmęczony brakiem klarownych okazji swojego Realu Jose Mourinho zmienił system gry. Z ustawienia 4-2-3-1 przeszedł do bardzo odważnego 4-2-1-3. Za plecami trzech, blisko ustawionych napastników stanął rozgrywający Kaka.

Z jednej strony otworzyło zostawiło to tylko szóstkę piłkarzy do bronienia przeciwko kontrom Borussii. Po zmianie Mourinho Dortmund miał swój najlepszy moment na zamknięcie dwumeczu. Jednak równocześnie Real zaczął w końcu dysponować siłami kreatywnymi na miarę finału Ligi Mistrzów. Wcześniej Królewscy z dystansu ostrzeliwali Romana Weidenfellera. Większa liczba ofensywnych zawodników po 57. minucie przeniosła ciężar akcji gospodarzy wewnątrz pola karnego BVB. W końcówce udało się zepchnąć Dortmund do panicznej obrony. Można obstawiać, że kolejny kwadrans na boisku przyniósłby Realowi upragnioną trzecią bramkę.

2. Niedokładność wykonania

Borussia w Madrycie miała ściśle określone ścieżki ataku. Goście sami oddali piłkę i rozegranie swoim rywalom (choć w pierwszym meczu sami długo panowali nad futbolówką). Skoncentrowali się na wykorzystywaniu swojego głównego atutu w tegorocznych wojażach po Europie – bardzo szybkiej kontry. Dortmund potrzebował trzech-czterech podań, aby przenosić akcję w okolice Roberta Lewandowskiego.

Ale efekt końcowy we wtorkowy wieczór był mizerny. Chłopcy Jurgena Kloppa podawali piłkę w bardzo niechlujny sposób. Skończyli bitwę o Madryt z ledwie 70% dokładnością zagrań.

Gdy tylko Real bronił większą liczbą zawodników, bez problemu niszczył w zalążku każdy atak gości. Wielką rolę odegrali tu genialnie ustawiający się Sergio Ramos i Raphael Varane, którzy klasą przyćmili nieobecnego Pepe. Obaj do spółki utrudnili życie wysuniętemu Lewandowskiemu. Ramos liderował w przechwytach, a Varane wykonał 11 wybić piłki spod własnej bramki – wszystkie idealnie celnie.

Czytaj dalej…

Santana napastnikiem, Borussia w półfinale

Borussia Dortmund nauczyła nas przede wszystkim, że nigdy nie jest za późno. Swoich kibiców przeszkoliła też z wiary we własny zespół i cierpliwe czekanie do końca. Jakie inne wnioski można wysnuć z wtorkowego klasyku na Signal Iduna Park?

1. Szczęściu trzeba dopomóc

Rozegranie BVB od 87. minuty

Jurgen Klopp powiedział po jednym spotkań z Bundesligi, że jego zespół ma „mentalność potworów”. Niezniszczalna odporność psychiczna przydaje się właśnie w takich momentach. Dwa gole w 70. sekund uratowały Ligę Mistrzów w Dortmundzie. Wysiłek porównuje się do finału Ligi Mistrzów 1999, ale jeszcze bardziej przypomina gonitwę Manchesteru City za zeszłorocznym mistrzostwem Anglii. Tam też jeden gol nic nie dawał (nawet dogrywki jak w 1999) i trzeba było aż dwóch momentów magii w doliczonym czasie gry.

Klopp pomógł jak tylko mógł modyfikując taktykę na ostatnie minuty. Do ataku przesunął ze środka obrony 194 centymetrów Felipe Santany. Z ławki wprowadził dodatkowo świetnych z piłką przy nodze Nuriego Sahina i Matsa Hummelsa, którzy w końcówce rozgrywali cały atak Dortmundu z głębi (patrz wykres podań BVB od 87. minuty). Taki manewr jest bardzo powszechny przy gonieniu wyniku na ostatnią chwilę, ale rzadko kończy się takim powodzeniem. Dalekie i optymistyczne podania zwykle spokojnie wybijają rywale. Nie tym razem.

Borussia przecisnęła aż dwie długie piłki nad głowami obrońców Malagi (jedną Hummels, drugą Robert Lewandowski). Santana na nowej pozycji strzelił gola, a jego zblokowane uderzenie dobił Marco Reus. Plan zadziałał w 101 procentach.

2. Popisy na linii bramkowej

Jak często zdarza się, aby przy wyniku 3:2 bohaterami obu drużyn byli bramkarze? Willy Caballero przedłużył pokaz fantastycznych interwencji w LM. Gdyby nie cudowna końcówka Dortmundu, Malaga przeszłaby do półfinału na jego rękach i stopie. Właśnie lewą stopą Willy zatrzymywał arcytrudne uderzenia Reusa i Mario Gotze w odpowiednio 76. i 79. minucie gry. Obu uderzeniom nie brakowało precyzji, jednak reakcje Caballero okazały się wyjątkowo szybkie.

Heroizm golkipera Malagi nie miałby żadnego znaczenia, gdyby wcześniej Roman Weidenfeller nie utrzymał Dortmundu w dwumeczu. W trzy minuty, dzielone przerwą między połowami, 32-latek fruwał, aby blokować uderzenia głową Joaquina. Absolutnie unikalna była druga interwencja, gdzie Weidenfeller musiał radzić sobie z piłką w koźle i lecącą w kierunku przeciwnym do jego ruchu. Poradził sobie i choć Santana zgarnie tytuł ojca awansu do półfinału, Weidenfeller może spać z poczuciem znakomicie spełnionej misji.

Czytaj dalej…

Anglio, nie mamy problemu

Ani śladu po angielskich drużynach w ćwierćfinałach Ligi Mistrzów. Ostatni raz takie cuda działy się, gdy Legia Warszawa biła się o półfinał z Panathinaikosem w 1996 roku, wcześniej eliminując w grupie Blackburn Rovers. Czy to oznaka zadyszki całej Premier League?

Brak kartki dla Naniego przekreśliłby teksty o kryzysie ligi angielskiej? Chyba tak! (foto: Wikimedia)

Może wskazuje na to sucha statystyka. Jednak czy awans Manchesteru United kosztem Realu Madryt, tak wysoce prawdopodobny bez surowej czerwonej kartki dla Naniego, nie odwróciłby zupełnie tego punktu widzenia? Pamiętajmy, że United i Arsenal żegnali się z rozgrywkami po dwumeczach z gigantami europejskiej piłki. Bukmacherzy widzą w nich obok Barcelony dwóch głównych kandydatów do majowego triumfu na Wembley.

Marne efekty daje mierzenie potencjału całej ligi przez pryzmat obecności jej przedstawicieli w Lidze Mistrzów. Z tego wynikałoby, że turecka Super Lig bije na głowę rozgrywki z Anglii, Portugalii, Holandii lub Ukrainy. Tak nie jest.  Przygoda PSG w najlepszej ósemce w teorii pokazuje jakość Ligue 1. Ale chyba lepszym oddaniem kondycji ligi francuskiej są masowe zakupy dokonane zimą przez Newcastle bijące się o utrzymanie w Premier League. Sroki przebierały wśród liderów ekip walczących we Francji o europejskie puchary.

Analizując szaleństwa angielskich klubów w Lidze Mistrzów warto spojrzeć na szczegóły, które umykają pod odruchowym mówieniu o kompromitacji. Manchester City z Chelsea odpadały już w fazie grupowej. To brzmi źle. Ale warto wiedzieć, że ze swoim bilansem Chelsea została najlepszym klubem w historii Ligi Mistrzów, który przepadł w grupie. Nigdy zespół z 10 punktami, 16 strzelonymi bramkami i tak korzystnym bilansem bramek tak szybko nie żegnał się z rozgrywkami. W przypadku Manchesteru City nie do przecenienia jest ich niski współczynnik UEFA. Ze względu na lata przeciętności przed erą petrotransferów, The Citizens są losowani do dużo mocniejszych grup. Pechowo w dwóch ostatnich sezonach kończyli w zestawieniach jednogłośnie określanych jako grupy śmierci.

Czytaj dalej…

„Przegrała lepsza drużyna”

Manchester United miał patent na Real Madryt, aż przewagę z rąk wytrąciła mu czerwona kartka dlaNaniego. Od tamtego momentu na Old Trafford rządziła myśl taktyczna Jose Mourinho. Co pokazał nam szlagier 1/8 finału Ligi Mistrzów?

1. Stary mistrz prawie to zrobił

Welbeck za Rooneya to kontrowersyjny, ale świetny ruch Fergusona

Odświeżenie Naniego, Danny Welbeck kosztem Wayne’a Rooneya, 39-letni Ryan Giggs (1000 mecz w zawodowej karierze) oraz posadzenie na ławce zdobywcy hat-tricka przeciwko Norwich Shinjiego Kagawy sir Alex Ferguson szokował już od pierwszego gwizdka. Ruchy Szkota były kontrowersyjne, ale przez godzinę gry wydawały się natchnione jego geniuszem.

Oddelegowanie Giggsa do pilnowania Cristiano Ronaldo zakrawało na szaleństwo. Walijczyk jednak ganiał bez wytchnienia, jakby po wtorkowym wieczorze miał dostać miesiąc wolnego. Jako pierwszy rzucał się do łatania luk i bezbłędnie asekurował bocznego obrońcę Rafaela.

W ofensywie Welbeck usprawiedliwiał odstawienie Rooneya. To on, nie Robin van Persie, stanowił zarzewie najlepszych ataków gospodarzy. Fantastycznie wbiegał za linię obrony Realu. Dodatkowo dostał zadanie ścisłego krycia cofniętego rozgrywającego Królewskich, Xabiego Alonso. Trzymał się go niczym samica młodych, czym wyraźnie obniżył jakość ataku pozycyjnego przyjezdnych. – Każdy był zdrowy. Musieliśmy podjąć znaczące decyzję. Mieliśmy odpowiedni balans – tłumaczył obecność młodego Anglika drugi trener United Mike Phelan.

United uważnie prześledzili starcia Realu z Barceloną. Jeszcze przed czerwoną kartką zupełnie oddali inicjatywę rywalom, samemu skupiając się na tworzeniu wąskich i kompaktowych linii obrony. Środkowi pomocnicy otrzymali niemal wyłącznie zadania defensywne. Kontrnatarcia Czerwonych Diabłów rozprowadzane były bardzo szybko, głównie z wykorzystaniem dynamiki Welbecka i Naniego.

2. Mourinho korzysta z prezentu

Z dużą dozą prawdopodobieństwa Manchester dotrzymałby korzystny wynik, gdyby nie kontrowersyjne wyrzucenie Naniego z boiska w 56. minucie. Wcześniej Real miał duże problemy z rozbiciem zwartej obrony, mimo ciągłych zmian pozycji piłkarzy w ataku. Alonso izolowany przez Welbecka nie wspomagał ofensywy swoimi firmowymi długimi podaniami, za które z gorszym skutkiem zabierał się Sami Khedira.

Przy liczebnej przewadze Jose Mourinho potrzebował tylko trzech minut, aby znaleźć idealne rozwiązanie. Wpuścił na boisko Lukę Modricia, a Khedirę przestawił na bok obrony. W ten sposób miał trzech kreatywnych zawodników na środku – Modricia, Kakę i Alonso (wreszcie wolnego, gdy Welbeck załatał skrzydło opuszczone przez Naniego). – Miałem poczucie, że Modric zmieni mecz. Wniósł jakość, której wcześniej nie mieliśmy – chwalił Chorwata trener Realu. Tylko siedem minut zajęło rozmontowanie desperacko broniącego się United. Ferguson nie mógł być zadowolony z gola Modricia, bo padł po strzale ze środka boiska – strefy, której bronił najliczniej.

Kolejne 180 sekund przyniosło drugie trafienie madrytczyków. Wtedy United potrzebowali strzelenia dwóch goli i siłą rzeczy musieli podjąć duże ryzyko. Ustawili się w formacji 4-2-3, czym zwiększyli siłę swojego rażenia, ale też zupełnie otworzyli miejsce dla Realu. Madryt z wynikiem 2:1 wreszcie mógł grać tak, jak chciał od samego początku – szybkimi kontrami na niezorganizowaną obronę.

Czytaj dalej…

Pięć lekcji z hitu Real – Man United

Środowy wieczór w Madrycie nie zawiódł widzów głodnych wielkiej piłki. Pojedynek Realu i Manchesteru United stanowił deser wśród wszystkich starć 1/8 finału Ligi Mistrzów. Jakie wnioski płyną z pierwszej odsłony starcia europejskich gigantów? 

1) Okno wystawowe

Są powody do mruczenia

David de Gea był zjawiskowy. Chłopak urodzony w Madrycie i wychowanek Atletico zatrzymał Real na Santiago Bernabeu. Bez jego natchnionej interwencji po chytrym  strzale Fabio Coentrao w 6. minucie, dwumecz dla United zacząłby się od trzęsienia ziemi. Jego rąk nie przełamała także bomba Samiego Khediry z końcówki spotkania. Wręcz przeciwnie, hiszpański golkiper złapał ją w koszyczek.

De Gea pokazał swój talent i refleks przy wybijaniu piłki na linii bramkowej. Kilkukrotnie przypomniał też o swoich wątpliwych wyjściach do dośrodkowań. Mimo to 22-latka heroizmy nie powinny umknąć uwadze sztabowi reprezentacji Hiszpanii. De Gea może wkrótce przełamać pozycje tak długo okupowane już przez Ikera Casillasa, Pepe Reinę i Victora Valdesa.

2) W Manchesterze nie ma świętości

Obecna kadra United nie jest tworzona pod konkretnego lidera. Czerwone Diabły to przede wszystkim całość, zespół, do którego dopasowywane są gwiazdy. Wayne Rooney w innym otoczeniu mógłby poczuć się dotknięty ograniczoną rolą, jaką w środę wyznaczył mu trener. Angielski napastnik zasuwał na prawej pomocy i notorycznie pomagał swojemu obrońcy. Zadania wykonywał bez wytchnienia, aż do wyplucia płuc. W 84. minucie zmęczony Rooney został ściągnięty z boiska. Nie ma świętych krów.

Nawet superstrzelec Robin van Persie musiał dostosować się do rygla wymagań taktycznych sir Alexa Fergusona. W Madrycie Holender często pracował na skrzydle, zostawiając miejsce na wbieganie do środka mniej pomnikowym postaciom – Danny’emu Welbeckowi i Shinjiemu Kagawie.

Czytaj dalej…

Puchar Anglii marginalizowany, a wciąż kochany

Najstarsze klubowe rozgrywki świata nie wytrzymują konkurencji świetnie opłacalnych Premier League i Ligi Mistrzów. Wielcy traktują Puchar Anglii po macoszemu. Jednak ten turniej nadal ma swoją magię i oferuje historie nieopowiadane nigdzie indziej.

Lepszy Puchar Anglii w ręce, czy czwarte miejsce w tabeli?

– Pierwszym trofeum jest wygranie Premiership, drugim wygranie Ligi Mistrzów, trzecim awans do Ligi Mistrzów, czwartym triumf w Pucharze Anglii, a piątym Puchar Ligi – wyliczał rangę sezonowych celów Arsene Wenger. Menedżer Arsenalu nie zdobył żadnego pucharu od siedmiu sezonów, a mimo to czwarte miejsce w lidze otwierające drogę do europejskich pucharów postawił wyżej niż glorię w turnieju ze 142-letnią tradycją.

Dużych to nie grzeje

Puchar Anglii to obok mistrzostwa ligi element składowy krajowej podwójnej korony. Poszczycić się nią może tylko siedem klubów w Anglii.  Dawniej finał rozgrywek był zdecydowanie meczem roku na Wyspach. Okraszony atmosferą legendarnego Wembley, stanowił jedyną okazję w roku do podziwiania piłki nożnej na żywo w ogólnokrajowej telewizji.

Cały naród wstrzymywał oddech. Dziś najwyżej rzuci okiem. Trenerzy potentatów wolą oszczędzać nogi piłkarzy na ważniejsze wyzwania. Czasem osłabione składy wystawiają nawet w półfinale. W 1999 roku sir Alex Ferguson nawet wycofał swój Manchester United z rozgrywek, stawiając na Klubowe Mistrzostwa Świata.  – FA Cup to wciąż najlepsze krajowe rozgrywki na świecie – mówi Ferguson. – Ale bądźmy szczerzy, gdzie lepiej pojechać – do West Hamu czy Realu Madryt?

Klubom bardzie opłaca się międzynarodowe granie. Sam awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów daje nagrodę minimum siedmiu milionów funtów, bez wpływów marketingowych. Wygrany finał Pucharu Anglii wyceniany jest na niecałe dwa miliony.

Harry Redknapp zdobył FA Cup z Portsmouth i awansował do Ligi Mistrzów z Tottenhamem. Przyznaje, że Premier League przyćmiewa pucharowe wojaże. – Choć jestem romantykiem to muszę przyznać, że trudno byłoby mi wybrać, co dało mi większą przyjemność  – stwierdza porównując sukcesy z Portsmouth i Tottenhamem.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: