Archiwum

Posts Tagged ‘Luis Suarez’

(Nie)wiara w ten Liverpool

Kibic Liverpoolu nie żył tak dobrze od 2009 roku. Takie wygrane na tak trudnym terenie w ostatnich latach po prostu się nie zdarzały. Ekipa z Anfield hurtowo tłucze kolejne gole i w efektywności strzałów przebija ich tylko bajeczna ofensywa Manchesteru City.

Najprzyjemniejsza niespodzianka tego sezonu na Anfield

Jakże przedziwnym obrazkiem było praktycznie wyludnione White Hart Lane jeszcze przed ostatnim gwizdkiem. Przecież to tutaj, na oczach swoich fanów, z tym rywalem, Koguty ostatnio wyjątkowo regularnie wpisywały sobie pewne trzy punkty. Pięć kolejnych wygranych nad Liverpoolem z rzędu w tym dwa lania po 4:0. Być może fani innych klubów większe wyzwania widzą w podróżach na Etihad Stadium, Stamford Bridge lub Old Trafford. Dla liverpoolczyka przedsionkiem piekieł był obiekt Tottenhamu.

Naprawdę trudno było spodziewać się takiego zakończenia Super Niedzieli w angielskiej ekstraklasie. Nawet przy eksperymentalnej obronie Spurs (Michael Dawson plus Etienne Capoue). Niedługo trzeba było jednak czekać na dowody, iż defensywnemu pomocnikowi (Capoue), będzie trudno z przestawieniem się do roli ostatniego bastionu przed bramkarzem. Tak złożonej obronie nie pomogła, niezrozumiała, decyzja Andre Villas-Boasa do dogmatycznego trzymania się swojej strategii gry z bardzo wysoką linią defensywy. W teorii wyglądało to nieźle. Napastnicy i pomocnicy Tottenhamu szaleńczo próbowali odcinać drogę rozegrania środkowym obrońcom Liverpoolu. Jednak, gdy The Reds udawało się już wydostać piłkę spod własnej, bramki… wtedy zaczynała się rzeź.

Pressing Tottenhamu był widowiskowy, ale to naciskanie Liverpoolu przynosiło efekty. Z nich robiły się kontry. Zabójcze przy wysoko ustawionych obrońcach i hektarach miejsca do wbiegnięcia za plecy. The Reds mieli dwóch liderów, którzy bezlitośnie, raz za razem karcili tę defensywną nieporadność Kogutów.

Po Luisie Suarezie można było się tego spodziewać. W obecnej formie strzeleckiej kręci statystyki na poziomie Leo Messiego lub Cristiano Ronaldo. Jego gra w całym tym sezonie to czysta klasa. Schodzi na boki, wyciąga obrońców, rozgryza, odbiera, walczy i biega. Aż dziw bierze, że na początku sezonu wydawało się, iż Suarez stracił całą ochotę do gry na Anfield. Może w ten sposób wabi kolejne Reale, Barcelony lub Bayerny?

Drugim filarem Liverpoolu okazał się Jordan Henderson. Ten sam, za którego cena 20 mln funtów wydawała się wiceszaleństwem dekady (35 mln funciaków za Andy’ego Carrolla nie przebije chyba nic…). Henderson to obok Aarona Ramseya największy postęp w tym sezonie ligowym. Wyjątkowo dobrze wychodzi mu wybieganie na pozycję napastnika, którą raz za razem opuszcza Suarez. Wydaje się wręcz, że w każdym kolejnym ruchu myśli wyłącznie o ruchu prosto na bramkę rywala. Podanie w bok lub bieg do tyłu – takie alternatywy zostawia innym.

Wciąż trudno mi uwierzyć w ten Liverpool, aby ustawić go jako godnego miejsca w czołowej czwórce, o tytule już nie wspominając. Zbyt świeże są wspomnienia przeciętności niedawnych drużyn spod ręki Hodgsona lub Dalglisha. To zostaje w głowie na długo. Przy każdej kolejnej marnowanej setce (pudło Suareza na pustą bramkę lub słupek Sakho) spodziewałem się, że zaraz Tottenham skarci ten brak skuteczności. Głębszy oddech i uśmiech na twarzy mógł pojawić się dopiero po trzecim golu. Z resztą, kto by się nie cieszył, gdy swoje trzy grosze dorzuca nawet lewy obrońca hodowany w akademii Liverpoolu?

Może jednak nie trzeba tak wątpić? Tegoroczny Liverpool jest naprawdę inny. Z rozmiłowaniem zajmuje się gromieniem kolejnych rywali. Nie zadowala się szybkim 2:0, a pruje po cztero-, pięciobramkowe przewagi. W ostatnich dwóch miesiącach The Reds już pięć razy aplikowali rywalom cztery lub więcej bramek. W niedzielę zrobili to po raz pierwszy na wyjeździe.

Ale serce kibica nie kupuje takich argumentów statystycznych. Nic, że Liverpool jest liderem na wyciągnięcie ręki od Arsenalu. Mówimy o Lidze Mistrzów? To porozmawiamy o tym w maju, tak w okolicach 37. kolejki. Do tego czasu wieszczę same katastrofy, upadki i kompletne rozbicie zespołu. Na zapas, żeby tak mocno nie bolał ewentualny zawód, którego tak strasznie się boję.

WNF TV #6 Najmniejsze futbolowe mocarstwo

Wracam ze swoją facjatą, aby opowiadać o ojczyźnie głodnego gry Luisa Suareza i atletycznego Edinsona Cavaniego. Co niezwykłego kryją losy futbolu w maleńkim Urugwaju?

Sezon zmian

Świat w ciągłym ruchu, nieustanne zmiany. Taka refleksja naszła mnie po niedzieli jakiej w tym sezonie ligowym już nie przewiduję. Niezwykłe tempo przemiany losów sprzyja dzień pisania tego posta – otóż jego autorowi 22 kwietnia przekręca się licznik w kategorii „wiek”:)

O dziwo Suarez trafia na koniec wpisu…

Choć trudno sobie to wyobrazić, nie chcę zaczynać od meczu Liverpool-Chelsea, który lepiej od tej pory nazywać „Luis Suarez Show Live”. Dużo większą przyjemność z patrzenia na angielskie kopanki czerpałem z White Hart Lane. W poprzednim wpisie zastanawiałem się, czy do końca maja będzie na co spoglądać w Premier League. Wyniki ostatniej kolejki czynią wyścig o Ligę Mistrzów jeszcze smaczniejszym (bo porażka Wigan przy wygranych Stoke, Sunderlandu i Norwich raczej rozstrzyga trójkę spadkowiczów).

Rok temu zachwycałem się zmianą Roberto Manciniego, którą bez większego ryzyka można wycenić na słynne mistrzostwo Anglii. Chodzi o pamiętne przesunięcie Yaya Toure na ofensywnego pomocnika w Newcastle. Teraz solidny kandydat na roszadę roku dział się na oczach Manciniego. Andre Villas-Boas zaczął w 61. minucie coś, co powinno wepchnąć jego Tottenham w objęcia czołowej czwórki. Koguty z największą liczbą kwietniowych porażek w dziejach Premier League pozbierały się w sposób spektakularny. Niczym Liverpool w finale Ligi Mistrzów 2005 roku: 7 minut (tam sześć) do strzelenia trzech bramek.

Przed dotknięciami AVB, Spurs grali obrzydliwie. Przewidywalnie do bólu, bez żadnej jakości na skrzydłach, z nieobecnym w polu karnym Emmanuelem Adebayorem. Jestem gorącym zwolennikiem udziału napastnika w rozegraniu. Tylko czasem wypada mu w odpowiedniej chwili wejść w strefę do strzału. Strasznie męczył się leczony w ekspresowym tempie Gareth Bale. Manchester City zasuwał po wicemistrzostwo kraju.

Villas-Boas dokonał trzech zmian. Jermain Defoe strzelił gola, a Tom Huddlestone z Lewisem Holtbym asystowali. Ruchy idealne. Tu mogłoby pojawić się pytanie: dlaczego nie wpuścił ich do gry od samego początku? Otóż, poza Holtbym, nie byłoby to do końca korzystne.

Czytaj dalej…

Smutne Łabędzie, biedni ich fani

Nie jestem psychologiem sportowym, jednak nie uwierzę, że absolutne baty 0:5 na tydzień przed najważniejszym meczem w historii klubu to dobre przygotowania. Swansea i Michael Laudrup sami sobie zgotowali ten los. Żal tylko kibiców z Walii, którzy pofatygowali się na Anfield, aby zobaczyć poddaństwo swoich idoli.

Oglądanie takiego meczu to żadna frajda. Przeżyłem to samo w 2007 roku, gdy za Liverpoolem pojechałem do Londynu na starcie z Fulham. Piłkarska wyprawa życia skończyła się tym, że menedżer oszczędzający piłkarzy (wtedy przed finałem Ligi Mistrzów) wysłał na plac gry 11-stkę: Reina – Arbeloa, Paletta, Hyypia, Insua – Pennant, Xabi Alonso, Sissoko, Gonzalez – Fowler, Bellamy. Zapomnijcie o Gerrardzie, Carragherze, Aggerze, Mascherano. Liverpool poddał się i przegrał 0:1, choć cztery dni wcześniej rozprawił się z Chelsea w półfinale Champions League. Skąd Rafael Benitez mógł wiedzieć, że młody Polak pierwszy (jak dotąd jedyny) raz oglądał swoich idoli. Swój finał później przegrał (1:2 z Milanem).

W niedzielę gdzieś na Anfield mógł zaplątać się podobny do mnie fan Swansea. Ten, który wybrał się do Liverpoolu w oczekiwaniu na spektakl życia, a dostał komedię pomyłek. Menedżer Michael Laudrup (którego chwaliłem we wcześniejszym wpisie) dokonał aż siedmiu zmian w porównaniu do wygranego tydzień wcześniej meczu z QPR (4:1). Swoje minuty dostali gracze incydentalnie wąchający murawy Premier League (wyróżnieni podkreśleniem). Dużo okazalej prezentowała się ławka rezerwowych Łabędzi.

Siedem zmian Swansea

Siedem zmian Swansea i kompletne rezerwy w akcji

Laudrup też z tyłu głowy miał swój wielki finał. 24 lutego zabiera Swansea na Wembley, gdzie będzie przytłaczającym faworytem starcia z Bradford o Puchar Ligi. Ale jego przygotowania nie przejdą raczej na karty poradników motywacyjnych.

Koszmar„, „zostaliśmy zarżnięci„, „winni są wszyscy” – mówił po meczu duński menedżer. Jego rezerwowi stanowili tylko białe tło do machiny ofensywnej Liverpoolu. Zaangażowani piłkarze drugiego planu dostali solidnie po uszach. To nie wpłynie najlepiej na ich wiarę we własne siły. Zmiennicy przecież zmarnowali okazję. Pokazali, że stanowią grupę o klasę gorszą od kolegów z pierwszej jedenastki. 

Czytaj dalej…

Guardiola wymierza prestiżowy cios w ligę angielską

Na nic czek z miejscem na wpisanie dowolnej kwoty. Pepa Guardioli nie skusiła Premier League ani bogactwo Chelsea i Manchesteru City. Ile straci liga angielska na monachijskim Octoberfest Katalończyka?

Najbardziej gorący towar na trenerskim rynku nie dla Anglików

Zawsze uznawałem angielską piłkę za fascynującą przez środowisko, publikę i kibiców. Jako piłkarz nie mogłem zrealizować swojego marzenia o graniu tutaj. Mam nadzieję, że będę mógł podjąć tu wyzwanie jako trener – mówił Guardiola. Jego wypowiedź angielscy dziennikarze odebrali za puszczenie oka w stronę Premier League. Pomylili się. Chelsea i Manchester City musiały obejść się smakiem.

Szlacheckie rozegrywki

Przejście Guardioli do Bayernu osłabiło prestiż Premier League. To kolejny cios w wizerunek ligi angielskiej. Jej reprezentantów zabrakło w Jedenastkach Roku UEFA według kapituły oraz kibiców.

Straty Anglików pompują mięśnie kwitnącej Bundesligi. Niemieckie rozgrywki umocniły się w rankingu nad ligą włoską i zaczęły zagrażać Premier League. Niemcy jako jedyni w Europie zachowali komplet przedstawicieli w fazie pucharowej Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej. Trio z Champions League awansowało jako zwycięzcy grupy. Schalke 04 wyprzedziło Arsenal i skazało londyńczyków na starcie z Bayernem, który według współczynników UEFA jest drugą po Barcelonie siłą na Starym Kontynencie.

Guardiola to wisienka na torcie zrobionym na cześć ekspansji niemieckich rozgrywek. – Guardiola: tytuł szlachecki dla Bundesligi – pisał Die Zeit. Z decyzji Katalończyka cieszą się nawet w Borussii Dortmund. Bundesliga przejęła człowieka, który w cztery lata w Barcelonie wygrał trzy mistrzostwa Hiszpanii i po dwa razy Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy, Klubowe Mistrzostwo Świata oraz Puchar Króla. To znakomity ruch marketingowy. Niecały tydzień po wyborze Guardioli, Bayern zdobył 3000 nowych członków klubu.

Czytaj dalej…

Ciasno, zimno,… wciągająco

W Anglii śnieg i pioruńsko zimno. Kluby Premier League w poszukiwaniu ciepła ścisnęły się do kupy i dzięki temu wyraźnie spłaszczyła się tabela. Tłok sprawia, że sprawa mistrzostwa kraju i Ligi Mistrzów wciąż jest szeroko otwarta.

Everton mógł zbliżyć się do Tottenhamu, ale otworzył furtkę do czołowej czwórki Arsenalowi i Liverpoolowi. Poniedziałkowe zakończenie kolejki gorzko rozczarowało sympatyków The Toffees. Piłkarze Davida Moyesa mieli wyraźnie problemy z rozgrzewką w Southampton, bo na pierwszą połowę wybiegli zupełnie chłodni. Oddali inicjatywę Świętym, jakby chcieli sprawić prezent powitalny ich nowemu menedżerowi Mauricio Pochettino. Naiwne straty w środku pola rozpędzały trybiki Gastona Ramireza. Ten świetnie współpracował z piekielnie inteligentnym Rickie Lambertem, który upatrzył sobie wolny plac za plecami nieprzekonywującego z początku Leightona Bainesa. Lambert szturmował to od boku, to wykorzystywał siłę fizyczną i groźnie główkował. Brak goli dla Southamptonu był prawdziwym cudem.

Boruc i pełne ręce roboty w drugiej połowie z Evertonem

Równie cudownie Everton przemienił się w trakcie kwadransa przerwy. Goście zaczęli szanować piłkę. Wpuścili dodatkowego napastnika, wypchnęli Bainesa do przody oraz zaczęli dominować w powietrzu. Do tablicy został wezwany Artur Boruc.

Pisanie o sukcesach Polaków w Premier League to wdzięczne i niecodzienne zadanie. Boruc w drugiej połowie z Evertonem zaczął realizować marzenie wielu rodaków, którzy w jego transferze do Świętych widzieli tylko odskocznię do ligowego giganta (niczym u Edwina van der Sara w Fulham). Widziałem Boruca w tym sezonie czterokrotnie. Przeciwko Arsenalowi zaczął niepewnie z rękawicami wysmarowanymi masłem po same czubki. Wszelkie centry, strzały i podania zakrawały o horror (na początku). Z Evertonem pokazał się zupełnie inny człowiek. Dośrodkowania w koszyczek, pewnie na przed polu. Polak dodał do tego dwie kapitalne parady, którymi na gibkości i refleksie zatrzymywał Marouane Fellainiego i Victora Anichebe. Komentator Sky Sports przypomniał, że takiego Boruca to on oglądał w Celticu.

Polak nie pękł, Everton zremisował. Ku wyraźnej uldze szczęśliwych ludzi z Tottenhamu. Koguty dały Manchesterowi United próbkę, tego co czuje każda drużyna, której przybysze z Old Trafford pakują gola w doliczonym czasie gry (nazwijmy to Fergie Time Comeback™).

Cios Tottenhamu w 93. minucie był przejawem sprawiedliwości (25-5 w strzałach dla gospodarzy), ale też zakłócił ocenę maestrii planu taktycznego sir Alexa Fergusona na trudny wyjazd. United niemal do końca trzymali siedmiopunktowe prowadzenie w tabeli i szli po kolejny skalp na gorącym terenie (po Manchesterze City, Chelsea i Liverpoolu).

Czytaj dalej…

Czerwone Diabły rzucają rywalom koło ratunkowe – analiza taktyczna

Manchester United długo udowadniał jak wielka przepaść powstała między nimi, a ich wielkimi rywalami z Liverpoolu. Zmiana taktyki The Reds w drugiej połowie tchnęła życie we wcześniej jednostronne widowisko. 

Początkowe taktyki

Liverpool w tym sezonie nie pokonał jeszcze ekipy z górnej połówki tabeli. Na Old Trafford było daleko od zwycięstwa, jednak optymizmem może napawać rodząca się nić porozumienia Luisa Suareza z Danielem Sturridgem.

Formacje: 

Manchester United musiał radzić sobie bez kontuzjowanego Wayne’a Rooneya. Na jego miejsce w formacji 4-2-3-1/4-4-1-1 trafił Danny Welbeck. Sir Alex Ferguson wystawił Anglika kosztem preferowanego wcześniej Javiera Hernandeza. Welbeck oferował więcej atletyzmu i pracy w defensywie. Jak się okazało, w pełni spłacił kredyt zaufania. Poza tym do jedenastki wrócił Nemanja Vidić.

Liverpoolowi brakowało Jose Enrique, co otworzyło drzwi do składu nastoletniemu Andre Wisdomowi i przesunęło Glena Johnsona na lewą obronę. The Reds postawili na gęsty środek pola. Ich realne ustawienie na początku przypominało mocno defensywny system 4-1-4-1 z wysuniętym Suarezem.

Welbeck

Zaskakujący wybór Welbecka można wytłumaczyć znacznie większą wszechstronnością Anglika niż Hernandeza. Elastyczność w ustawieniu młody napastnik United pokazywał od pierwszej chwili na boisku. Regularnie zmieniał się pozycjami z fałszywym skrzydłowym Kagawą. Ta dwójka dodatkowo broniła przeciwko Lucasowi Leivie, najgłębiej ustawionemu pomocnikowi Liverpoolu.

Właśnie z okupowanej przez Welbecka z Kagawą lewej strony Manchester United stwarzał największy zamęt. Pierwszy gol padł po kombinacji w środku pola, która zupełnie uwolniła przestrzeń do nadbiegającego Patrice’a Evry. Ten płasko dośrodkował w kierunku Robina van Persiego, który w tym meczu ograniczał się głównie do zamykania podobnych płaskich centr. Holender trzykrotnie pokazywał się do takich podań i za każdym razem poważnie kurzyło się pod bramką Jose Reiny. Jednak poza tym mało udzielał się w rozegraniu.

Większą paletą zagrań w ofensywie dysponował Welbeck. Silny i jednocześnie dynamiczny atakujący regularnie czyhał na długie piłki za plecy obrońców. Szczególnie upodobał sobie przestrzeń między Wisdomem a Martinem Skrtelem. W późniejszej fazie gry prostopadłe podania na Welbecka stanowiły główny plan ofensywny gospodarzy. Częstotliwość tej formy rozegrania Czerwonych Diabłów widać na wykresie podań przyjmowanych przez Welbecka.

Styl podań do Welbecka

Danny był niesamowity. Sprawił wiele trudności ich dwóm stoperom – powiedział Ferguson dla MUTV. Podobne zdanie miała stacja Sky Sports, która wyróżniła Welbecka nagrodą Piłkarza Meczu.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: