Archiwum

Posts Tagged ‘Manchester City’

Redefinicja Mourinho

Trudno będzie mi się wznieść na bardziej adekwatny komentarz starcia kolejki, dla niektórych meczu o mistrzostwo Anglii od twitta Gary’ego Linekera w przerwie gry.

Trenerski popis jednego aktora przyćmił występy plejady bohaterów Chelsea, o których też koniecznie trzeba wspomnieć. Etihad Stadium okazało się w tym sezonie sceną dla wielkich występów trzech ludzi. Najczęściej bryluje tam świta Manuela Pellegriniego, która tylko dwa razy dała się pozbawić głównych ról na rzecz gości. Raz Etihad rządził Pep Guardiola i Bayern w meczu największej dominacji 2013 (1:3 dla Bawarczyków). Drugi raz udało się to Jose Mourinho.

Zwycięstwo Chelsea nie jest oczywiście żadną sensacją, ale mimo to sporym zaskoczeniem. Przecież wcześniej Manchester City wygrywał tu 11 razy z rzędu, strzelił 42 gole. Pewnie większość z nas spodziewała się bardziej pomeczowych docinek w stronę Mourinho dotyczących jego hipokryzji w ocenach gry rywali. Przecież jeszcze w środę Portugalczyk punktował West Ham za „futbol z XIX wieku” i zabijanie rywalizacji na najwyższym poziomie. Zaparkowany autobus przed bramką The Blues to był najpewniejszy scenariusz w przypadku, gdyby Chelsea miała wywieźć coś z Manchesteru. Całe szczęście, że stało się inaczej… Mourinho zwyczajnie zabronił nam o sobie źle myśleć.

Wątpliwości budziła pierwsza jedenastka The Blues, gdzie wydawało się, że zagrają trzema defensywnymi pomocnikami w bardzo hermetycznie zamkniętym i wycofanym systemie. Mourinho zwiódł nas jednak rolą Ramiresa. Zamiast schować go obok Nemanji Maticia oraz Davida Luiza (świetnych przy okazji), menedżer gości wypchnął szybkonogiego i niezmordowanego Brazylijczyka na jedno ze skrzydeł. Pierwsza z kapitalnych decyzji. Gdy wydawało się, że Chelsea swoje ataki będzie przeprowadzać garstką piłkarzy, do każdej z kontr (wielu, wielu, wielu) ruszała z przynajmniej czwórką żołnierzy.

Najbardziej zaskakująca okazała się wyrwa w środku boiska, którą zostawili gospodarze. Przez wymuszoną absencję Fernandinho swoją szansę w pomocy dostał Martin Demichelis, dziś obiekt największych drwin/krytyki w piłkarskiej Anglii. To w niej najczęściej popisywali się Eden Hazard (11/16 w dryblingach) lub Willian (6 kluczowych podań). Już w 8. minucie The Blues pruli w kontrze w przewadze liczebnej. Niecałe 20. minut później popełnili kardynalny grzech zaniedbania, gdy łatwo zmarnowali okazję czterech na jednego plus bramkarz. Nie zemściło się jednak i w końcu wepchnęli swojego gola po zaskakującym strzale lewą nogą Branislava Ivanovicia.

Imponujące kontry chłopców Mourinho brały się przede wszystkim ze znakomitego przygotowania obrony. Gdy trzeba było, już do obrońców Manchesteru City dopadało kilku graczy rywali, którzy zamykali bezpieczne ścieżki podań. Sporo wiedzy dostarczyła mowa ciała graczy City pod koniec pierwszej połowy, gdy z bezsilności okopywali auty. Gdy zachodziła potrzeba, udanie absorbowali ataki gospodarzy. The Citizens, zwykle z całym wachlarzem opcji ofensywnych, tutaj ograniczyli się do jednej groźnej broni. Były ją groźne, płaskie wstrzelenia piłki ze strony włączającego się do akcji Aleksandara Kolarova. Nie istniał Alvaro Negredo lub Edin Dżeko, którym jakąkolwiek dominację w powietrzu z głowy wybił Gary Cahill. Choć w tygodniu Mourinho „najlepszym obrońcą Premier League” nazwał jego kolegę z linii Johna Terry’ego, w poniedziałek zjawiskowy był ex-piłkarz Boltonu. Zobaczcie sami na wykresie. Oto wytłumaczenie tej masy zielonych kółek: 16 wybić piłki, 2 zablokowane strzały, 1 przechwyt.

Gary Cahill – idealnie ustawiony

W tym meczu padł tylko jeden gol, ale widowisko nijak można nazwać nudnym. Chelsea trzykrotnie ostrzelała słupek lub poprzeczkę, co jest wyrównaniem tegorocznego rekordu Premier League.

Na początku sezonu wytypowałem Chelsea do tytułu mistrzowskiego w Anglii. Coś musi być na rzeczy, gdy Mourinho spycha presję na rywali z Manchesteru i sam głośno o tym nie mówi. Przyznam, że niedawno uznałem za niesprawiedliwe jakiekolwiek inne rozwiązanie niż tytuł dla City. Trzeba przecież nagradzać kolejne pogromy, olbrzymi polot w ofensywie, który pozwala im choćby dwukrotnie stłamsić silny przecież Tottenham. Jednak… czy taką estymą otaczać zespół, który okazuje się tak bezbronny w największych sprawdzianach sezonu (Bayern i Chelsea). Trudno powiedzieć i całe szczęście, że nie mnie przyjdzie o tym decydować.

Reklamy

Siła Manchesterów

Komplet 24 punktów, osiem wygranych w lidze, awanse do półfinału Pucharu Ligi, cztery czyste konta, łączny bilans bramek 29:10. Nigdzie indziej wypełniona meczami co trzy dni końcówka grudnia nie była lepsza niż w Manchesterze. Świąteczne kopanie wepchnęło City tuż za plecy lidera, a United zbliżyło do czołowej czwórki na odległość trzech oczek.

Joe Hart wrócił do bramki The Citizens 17 grudnia i z miejsca stał się kluczową postacią dla tej znakomitej serii swojego klubu. Odzyskał pozycję po wygranym hicie 6:3 z Arsenalem. Jego pobyt na ławce z pewnością był zaplanowany na wyłącznie krótką chwilkę. Trener pokazał mu, że nie jest nietykalny i kolejne łatwe błędy nie będą tak łatwo zapominane. Takie: „Do pracy kolego, walcz o swoje”. Hart wrócił silniejszy, identycznie jak Wojciech Szczęsny po krótkim zesłaniu z zeszłego roku. Świetnie bronił już z Liverpoolem, ale jego apogeum przypadło na nietypowe starcie – z beniaminkiem Crystal Palace.

Trudno widzieć głównego bohatera w bramkarzu, gdy twój zespół wygrywa, ma 74% posiadania piłki i oddaje 23 strzały na bramkę rywala. Hart jednak miał sporo trudnej pracy i zwyczajnie nie chciał dać się zaskoczyć. Nie pękł nawet, gdy po starciu z Cameronem Jeromem poważnie rozciął łuk brwiowy. Wyglądał jak osiedlowy bokser, ale na szczęście City dotrwał do samego końca.

Wspominam o Harcie na samym początku, bo swojemu bramkarzowi sporo zawdzięcza także Manchester United. David de Gea może bronił mniej spektakularnie, ale jego interwencje z Norwich były równie kluczowe (o czym dowodzi wybranie go na piłkarza meczu przez kibiców United). W opisywanej połówce grudnia zaliczył trzy czyste konta. Jemu także, jak Hartowi i Szczęsnemu, przydał się oddech na plecach i rywalizacja z drugim golkiperem.

W przypadku United nie sposób także zapomnieć o Dannym Welbecku. Napastnik, który umiał wszystko poza… strzelaniem goli wreszcie zaczął je regularnie zdobywać. W ostatnich czterech meczach trafił czterokrotnie. W tym roku to już jego szósta bramka – sześciokrotnie więcej niż w całych poprzednich rozgrywkach ligowych. Nie ma Robina van Persiego? Na razie nie ma problemu, choć długoterminowe liczenie na Welbecka jeszcze nie przekonuje mnie do końca.

Zwycięski gol Welbecka padł z resztą, gdy Anglik wbiegł na boisko z ławki rezerwowych. To kolejny dowód w ostatnich dniach na odważne zmiany Davida Moyesa, który nie wahał się wpuścić na prawą obronę skrajnie ofensywnego skrzydłowego (Januzaj), a w przerwie meczu z Norwich wymienić Ryana Giggsa właśnie na Welbecka. United co prawda mierzyli się z przeciętnymi rywalami (kolejno Aston Villa, Stoke, West Ham, Hull i Norwich), miewali duże problemy (0:2 z Hull) – jednak trudno nie docenić powrotu dawnej regularności. Oczyszczenie atmosfery przyda się na najbliższe dni, gdy przyjdzie czas na poważniejsze testy – Tottenham i Chelsea.

Czytaj dalej…

Królestwo Vincenta I Wspaniałego

Leżącego się nie kopie. Więc z mojej strony tylko słowna reprymenda. Manchester City zrobił pobojowisko z lokalnego rywala. Swoją wielką formą zabił znaczną część meczu zapowiadającego się na jeden z klasyków sezonu.

Taki wykres mówi wiele…

Od 51 minuty i stanu 4:0 dla The Citizens nie było już wielu powodów do oglądania derbów Manchesteru. To co się działo później nie miało większego znaczenia (holowanie wyniku w oczywisty sposób oznaczało większe zaangażowanie w ataku gości). United miało faktycznie start sezonu rodem z piekła, ale znów widać tam oznaki sporej słabości w starciach z klasowymi rywalami. Od kiedy nałogowo śledzę zmagania Premier League nie pamiętam takiego rozstrzelania graczy z Old Trafford (którzy graliby w pełnym, jedenastoosobowym składzie) jak w niedzielne popołudnie. Spychanie całego zespołu gości na przedmurza ich własnej bramki. Notoryczne odbieranie piłek na połowie rywali przez City. Wreszcie artyleryjski ostrzał gospodarzy. Słabość United w pierwszej połowie symbolizowała rubryka strzały, wyrażona bilansem 13:1. Zobaczcie dodatkowo na wykres jak celny był ten strzał Czerwonych Diabłów w wykonaniu Antonio Valencii. Prawdziwym błogosławieństwem przyjezdnych było dotrwanie do przerwy z wynikiem zaledwie 0:2.

Dwa ciosy później już na starcie drugiej połowy dopełniły dzieła. Najlepszym symbolem dominacji The Citizens była postać Vincenta I Wspaniałego (rodowe nazwisko Kompany), który takimi występami każe wliczać się do kategorii najlepszych obrońców wszechświata. Vincent I Wspaniały potrafił raz za razem ośmieszać i przepychać najefektowniejszego i najbardziej walecznego z poległych rywali, Wayne’a Rooneya. Ustawiał się wybitnie, zdążył wszędzie tam, gdzie pragnął dobiec. Wymierzone w sam punkt. Vincent I Wspaniały był doprawdy złotą gwiazdą w błękitnej koszulce.

Jednak nawet król Vincent nie zajechałby daleko bez wiernej świty. Najlepszy z giermków, Yaya Toure,  rozstawiał szyki w środku pola. Na wezwanie jego oraz dzielnego pomocnika Fernandinho dyktowane były warunki gry w centralnej strefie bitwy o Manchester. Fizyczna dominacja duetu City nie dziwiła w przypadku Michaela Carricka. Jednak Marouane Fellaini to chłop jak dąb, który wcześniej sam wyczyniał podobne cuda z przeciwnikami. Teraz Fellaini był wiecznie spóźniony, dziecinnie łatwo mijany musiał wziąć srogą lekcję od znakomitego Toure. Środek boiska okazał się kluczowy, bo właśnie tam zrobiły się największe luzy w starciu drużyn, którym w przypisywaniu formacji najbliżej było do ustawień 4-4-2. Dwóch na dwóch o największy plac boiska i kompletna dominacja City.

Czytaj dalej…

Witaj z powrotem, droga Premier League – zapowiedź

Witam się z ligą angielską i zaczynam blogowanie po wakacjach. Od tej pory będę regularnie pisał o ulubionej lidze angielskiej i liczę na równie owocną, jak nie lepszą dyskusję jak przy końcówce poprzedniego sezonu.

Sobota, 13.45 – oficjalny termin powrotu Premier League do łask, która wita się z nami meczem Liverpoolu (dziękuję) i Stoke. Jednak czego spodziewać się przed sezonem? Zapraszam do mojego przewodnika/zapowiedzi nowych rozgrywek w formie pytań i odpowiedzi.

Jose jest argumentem na rzecz mistrzostwa dla Chelsea

1. Kto zdobędzie mistrzostwo Anglii?

Wszystkie kończyny ciała podpowiadają Chelsea, choć sprawa w Anglii jest otwarta bardziej niż w jakiejkolwiek konkurencyjnej lidze (duopol w Bundeslidze, La Liga, Ligue 1 i Serie A). W jednym obrazie trzeba faworyta oglądać w Manchesterach. Ale wskazuje The Blues, bo: a) Jose Mourinho zna lepiej Premier League niż Manuel Pellegrini, b) siła ofensywna Chelsea jest zabójcza, szczególnie w linii pomocy, c) mają najbardziej wiarygodną linię obrony spośród wszystkich faworytów. Olbrzymim atutem Chelsea będą nowi piłkarze, których kupowano wcześniej. Powroty z wypożyczenia Romelu Lukaku i Kevina De Bruyne’a robią pożądany ścisk w i tak już mocno konkurencyjnej ofensywie The Blues.

Ankieta na kibiców Guardianie także przewiduje Chelsea z 38% głosów, City 27%, United 16%, Arsenal 7%. 

2. Kto najbardziej wzmocnił się latem?

Jeśli miałbym wskazać największy grzech w kampanii obrony mistrzostwa Anglii przez Manchester City przed poprzednim sezonem, byłoby to zadowalanie się półśrodkami w transferach. City zabrakło kogoś ikonicznego na kształt Robina van Persiego, dlatego dość łatwo oddali tytuł wraz ze swoją zastałą i zadowoloną po wcześniejszych sukcesach kadrą. Nowi dyrektorzy City nie popełnili już tego samego błędu. Ich skala zakupów nie ma sobie równych w Anglii – wydali latem 98 mln funtów. Sprzedaż niezadowolonego Carlosa Teveza w pełni wetuje, a nawet usprawnia klubowy atak ściągnięcie duetu Stevan Jovetić  i Alvaro Negredo. Brakujące ogniwo na pozycji defensywnego pomocnika łata imponujący w Szachtarze Fernandinho, który przy okazji ma duży polot w ataku. Niezbędną konkurencję Samirowi Nasriemu zrobi Jesus Navas. To przepis na nowy i najsilniejszy atak całej Premier League. Ale chyba nie na miarę mistrzostwa, gdyż w obronie tylko Pablo Zabaleta i Vincent Kompany to top class.

3. Kto najbardziej leniuchował latem?

Manchester United jest na dobrej drodze do popełnienia zeszłorocznego błędu lokalnych rywali. W ich przypadku wzmocnione nie zostaje nawet zaplecze kadry. Plotki o pogoniach za Cristiano Ronaldo, Cescem Fabregasem lub Thiago zdobiły zapełnione miejsca w angielskich gazetach i kończyły się na zerowej aktywności klubu. Dodatkowo dochodzi przeciąganie liny z Waynem Rooneyem, które destabilizuje mistrzów kraju. United mają jeszcze dwa tygodnie okna transferowego na ruch, który pozwoli uwierzyć mi w ich poważne mierzenie w złoto. Inaczej nie widzę ich zeszłorocznej kadry rywalizującej z usprawnionymi Chelsea i Manchesterem City. Tym bardziej, gdy składu nie spaja już stary mistrz Ferguson (Moyesowi wróżę bardzo trudną karierę na Old Trafford). Sam Wilfred Zaha, kupiony z resztą zimą, to zdecydowanie za mało.

Podobną „strategię” zastosował Arsenal. Nikt nowy poza pozbyciem się balastu z rezerw, choć w prasie potencjalne wzmocnienia wyglądały imponująco. Higuain, Suarez? Phi…

4. Kto będzie czarnym koniem?

Czytaj dalej…

Pamiętne migawki: Premier League 2012/13

Sporo zwlekałem z właściwym podsumowaniem sezonu. Z perspektywy czasu uważam, że to dobrze. Esencja sportu jest pasmem momentów, które zostają w głowie na dłużej. Stąd oddzielając ziarno od plew zostają chwile, które utkwią w głowie poza wakacje 2013.

Jaka będziesz ligo bez Fergiego?

Informacja sezonu: emerytura pewnego Szkota

Manchester United bez sir Alexa Fergusona. Należę do pokolenia, które nie zna angielskiej piłki bez szkockiego trenera. To będzie dziwna rzeczywistość…

Moment sezonu:  doliczony czas gry finału Pucharu Anglii.

Każde zwycięstwo Manchesteru City, nawet najbardziej paskudne lub niesprawiedliwe, zapadłoby w pamięć tylko fanom tego klubu. Jednak kolosalna niespodzianka i triumf ekipy, która kilka dni później zagwarantowała sobie spadek z ekstraklasy to zupełnie inna opowieść. Niezwykłe trafienie na wagę Pucharu Anglii dla Wigan wyrwane ówczesnemu mistrzowi kraju po 90. minucie. Poza tym niezapomniane kręcenie na skrzydle Calluma McManamana. City tym samym zaprzepaściło szansę na jakiekolwiek miłe wspomnienia związane z sezonem 2012/13. Ligę krajową przegrali z Southamptonem dzięki 1:3, Ligę Mistrzów pożegnali w grupie. Ale to Wigan było gwoździem do trumny dla ery Roberto Manciniego.

Wyróżnienie: kęs Luisa Suareza i bomby z dystansu Garetha Bale’a także zostaną z nami na długo.

Dziadostwo sezonu: Queens Park Rangers

Ekipa-pomyłka, klub-parodia. QPR swoimi ambicjami z początku zyskało moją aprobatę. Późniejsze coraz to grubsze błędy w zarządzaniu klubem sprawiały, że żegnam się z nimi bez żalu. Symbolem tej pożal się Boże drużyny był Jose Bosingwa, który od zdobywcy Ligi Mistrzów z sezonu poprzedniego został modelem braku profesjonalizmu. Spadłeś właśnie z ligi? Uciekaj do szatni z uśmiechem na twarzy. Nie chce ci się walczyć na tonącym statku? Nie wysilaj się specjalnie i protestuj.

Czytaj dalej…

Sezon zmian

Świat w ciągłym ruchu, nieustanne zmiany. Taka refleksja naszła mnie po niedzieli jakiej w tym sezonie ligowym już nie przewiduję. Niezwykłe tempo przemiany losów sprzyja dzień pisania tego posta – otóż jego autorowi 22 kwietnia przekręca się licznik w kategorii „wiek”:)

O dziwo Suarez trafia na koniec wpisu…

Choć trudno sobie to wyobrazić, nie chcę zaczynać od meczu Liverpool-Chelsea, który lepiej od tej pory nazywać „Luis Suarez Show Live”. Dużo większą przyjemność z patrzenia na angielskie kopanki czerpałem z White Hart Lane. W poprzednim wpisie zastanawiałem się, czy do końca maja będzie na co spoglądać w Premier League. Wyniki ostatniej kolejki czynią wyścig o Ligę Mistrzów jeszcze smaczniejszym (bo porażka Wigan przy wygranych Stoke, Sunderlandu i Norwich raczej rozstrzyga trójkę spadkowiczów).

Rok temu zachwycałem się zmianą Roberto Manciniego, którą bez większego ryzyka można wycenić na słynne mistrzostwo Anglii. Chodzi o pamiętne przesunięcie Yaya Toure na ofensywnego pomocnika w Newcastle. Teraz solidny kandydat na roszadę roku dział się na oczach Manciniego. Andre Villas-Boas zaczął w 61. minucie coś, co powinno wepchnąć jego Tottenham w objęcia czołowej czwórki. Koguty z największą liczbą kwietniowych porażek w dziejach Premier League pozbierały się w sposób spektakularny. Niczym Liverpool w finale Ligi Mistrzów 2005 roku: 7 minut (tam sześć) do strzelenia trzech bramek.

Przed dotknięciami AVB, Spurs grali obrzydliwie. Przewidywalnie do bólu, bez żadnej jakości na skrzydłach, z nieobecnym w polu karnym Emmanuelem Adebayorem. Jestem gorącym zwolennikiem udziału napastnika w rozegraniu. Tylko czasem wypada mu w odpowiedniej chwili wejść w strefę do strzału. Strasznie męczył się leczony w ekspresowym tempie Gareth Bale. Manchester City zasuwał po wicemistrzostwo kraju.

Villas-Boas dokonał trzech zmian. Jermain Defoe strzelił gola, a Tom Huddlestone z Lewisem Holtbym asystowali. Ruchy idealne. Tu mogłoby pojawić się pytanie: dlaczego nie wpuścił ich do gry od samego początku? Otóż, poza Holtbym, nie byłoby to do końca korzystne.

Czytaj dalej…

Anglio, nie mamy problemu

Ani śladu po angielskich drużynach w ćwierćfinałach Ligi Mistrzów. Ostatni raz takie cuda działy się, gdy Legia Warszawa biła się o półfinał z Panathinaikosem w 1996 roku, wcześniej eliminując w grupie Blackburn Rovers. Czy to oznaka zadyszki całej Premier League?

Brak kartki dla Naniego przekreśliłby teksty o kryzysie ligi angielskiej? Chyba tak! (foto: Wikimedia)

Może wskazuje na to sucha statystyka. Jednak czy awans Manchesteru United kosztem Realu Madryt, tak wysoce prawdopodobny bez surowej czerwonej kartki dla Naniego, nie odwróciłby zupełnie tego punktu widzenia? Pamiętajmy, że United i Arsenal żegnali się z rozgrywkami po dwumeczach z gigantami europejskiej piłki. Bukmacherzy widzą w nich obok Barcelony dwóch głównych kandydatów do majowego triumfu na Wembley.

Marne efekty daje mierzenie potencjału całej ligi przez pryzmat obecności jej przedstawicieli w Lidze Mistrzów. Z tego wynikałoby, że turecka Super Lig bije na głowę rozgrywki z Anglii, Portugalii, Holandii lub Ukrainy. Tak nie jest.  Przygoda PSG w najlepszej ósemce w teorii pokazuje jakość Ligue 1. Ale chyba lepszym oddaniem kondycji ligi francuskiej są masowe zakupy dokonane zimą przez Newcastle bijące się o utrzymanie w Premier League. Sroki przebierały wśród liderów ekip walczących we Francji o europejskie puchary.

Analizując szaleństwa angielskich klubów w Lidze Mistrzów warto spojrzeć na szczegóły, które umykają pod odruchowym mówieniu o kompromitacji. Manchester City z Chelsea odpadały już w fazie grupowej. To brzmi źle. Ale warto wiedzieć, że ze swoim bilansem Chelsea została najlepszym klubem w historii Ligi Mistrzów, który przepadł w grupie. Nigdy zespół z 10 punktami, 16 strzelonymi bramkami i tak korzystnym bilansem bramek tak szybko nie żegnał się z rozgrywkami. W przypadku Manchesteru City nie do przecenienia jest ich niski współczynnik UEFA. Ze względu na lata przeciętności przed erą petrotransferów, The Citizens są losowani do dużo mocniejszych grup. Pechowo w dwóch ostatnich sezonach kończyli w zestawieniach jednogłośnie określanych jako grupy śmierci.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: