Archiwum

Posts Tagged ‘Manchester United’

Cichosza

Gdy usłyszałem dźwięki Old Trafford po ostatnim gwizdku meczu z Fulham, przed oczami stanął mi krakowski bard, Grzegorz Turnau. Cicho, cichosza. A jeszcze 10. minut wcześniej trybuny ryczały z radości, gdy Manchester United zaliczał powrót jak za dawnych lat.

David Moyes ma rację mówiąc o dominacji swojej drużyny. Na mapie średniej pozycji piłkarzy w czasie tego meczu WSZYSCY gracze Fulham, co do jednego napastnika, przeciętnie czas spędzali na własnej połowie. W przypadku Czerwonych Diabłów tylko bramkarz i dwaj obrońcy średnio stali na własnym terenie. Moyes myli się jednak myśląc, że to wystarczy do regularnego wygrywania. Liverpool przed sezonem lub dwoma także cierpiał na chorobę, która teraz dopada United. Tłamsili, naciskali z każdej strony, ale maluczcy wywozili punkty z Anfield, gdyż gospodarze nie umieli odcisnąć swojego piętna. To samo dzieje się teraz na Old Trafford. Szok jest w tym przypadku większy, w końcu w zeszłym roku teren ten był niemal uświęcony, nie do zdobycia. Dziś punkty wywożą z niego West Bromwich, Southampton, Everton, Newcastle, Tottenham i teraz Fulham.

Jakże trafna była analiza Robbiego Savage’a w Match of the Day, który z zadumą patrzył na akcję dającą wyrównanie Fulham w 94. minucie (czasie Manchesteru United, do cholery). Liczył: czterech ludzi United na czterech ludzi Fulham. Naprawdę? Tak ciężko nadrobione straty, podniesienie się z knockdownu i dwa gole w dwie minuty – wyparowały po kompletnym zlekceważeniu sobie końcówki gry. Jeszcze gorszy był obrazek z pierwszego trafienia gości. Steve Sidwell, zupełnie przez nikogo nie zauważony, wbiega spokojnie z 35 metra, aby wejść na wolne pola trawy, które już dawno poopuszczali wyciągnięci obrońcy United. Wystarczyło tylko jedno, drobne i w miarę precyzyjne podanie lobem.

Trzeba przyznać, że Moyes zrobił wszystko, co tylko się dało, aby ratować sytuację. Do i tak ofensywnego ustawienia z Waynem Rooneyem, Robinem van Persiem i Juanem Matą dodał później jeszcze Javiera Hernandeza, Antonio Valencię i Adnana Januzaja. Ale z kim jak nie z ekipą zamykającą tabelę w starciu u siebie? Napór, wyrażony rekordowymi 81 dośrodkowaniami (jak bardzo nie chcielibyśmy się z nich śmiać – obie bramki United wzięły się właśnie z tych zagrań) dał namiastkę dawnych lat, gdy magia przyciągania bramek na Old Trafford działała cuda.

Za starych dobrych czasów nie byłoby jednak takiego finiszu. Nic już nie uciszyłoby szczęśliwych trybun, Rooneya szalejącego na kolanach po drugim golu dla swojej drużyny.

To nie jest już ten Manchester United. Mamy kolejny dowód. Choć reputacja klubu i jego potencjał wciąż nie pozwalają spisać mi ich na straty w walce o Ligę Mistrzów, wniosek nasuwa się tylko jeden. Przez te wszystkie lata fergusonowskie, szczytem niepowodzenia dla każdego fana United było trzecie miejsce w tabeli. Trzecie! Kolekcja pucharów puchła niemal rokrocznie. Przyzwyczailiśmy się do tego stanu rzeczy i myśleliśmy, że tak będzie już zawsze. Witamy w rzeczywistości, drodzy kibice czerwonego Manchesteru. Życiu, gdzie obecny jest ból, oczekiwania i nadzieja na lepsze jutro. Wiem jednak, że przyzwyczajenie się do takiego stanu to trudne doświadczenie. Ale przynajmniej bardziej docenicie przyszłe sukcesy. Bo Manchester United jest zbyt gigantyczny, aby na dłużej zostać na mieliźnie.

PS. Najlepsze 20 minut tego sezonu. Kto nie widział jak Liverpool wybił z głowy liderowanie Arsenalowi, powinien skusić się tylko na pokaz tych cudownych 20 minut. Prostopadłe podania Coutinho, wizjonerskie zagrania Suareza, szybkość Sterlinga, wykorzystywanie fatalnych ustawień obrony, centry Gerrarda wprost na łysą głowę Skrtela. Szkoda, że hit kolejki skończył się tak szybko, bo resztę meczu można było spokojnie sobie darować. Niezwykłe są te tegoroczne festiwale goli Liverpoolu…

Reklamy

Siła Manchesterów

Komplet 24 punktów, osiem wygranych w lidze, awanse do półfinału Pucharu Ligi, cztery czyste konta, łączny bilans bramek 29:10. Nigdzie indziej wypełniona meczami co trzy dni końcówka grudnia nie była lepsza niż w Manchesterze. Świąteczne kopanie wepchnęło City tuż za plecy lidera, a United zbliżyło do czołowej czwórki na odległość trzech oczek.

Joe Hart wrócił do bramki The Citizens 17 grudnia i z miejsca stał się kluczową postacią dla tej znakomitej serii swojego klubu. Odzyskał pozycję po wygranym hicie 6:3 z Arsenalem. Jego pobyt na ławce z pewnością był zaplanowany na wyłącznie krótką chwilkę. Trener pokazał mu, że nie jest nietykalny i kolejne łatwe błędy nie będą tak łatwo zapominane. Takie: „Do pracy kolego, walcz o swoje”. Hart wrócił silniejszy, identycznie jak Wojciech Szczęsny po krótkim zesłaniu z zeszłego roku. Świetnie bronił już z Liverpoolem, ale jego apogeum przypadło na nietypowe starcie – z beniaminkiem Crystal Palace.

Trudno widzieć głównego bohatera w bramkarzu, gdy twój zespół wygrywa, ma 74% posiadania piłki i oddaje 23 strzały na bramkę rywala. Hart jednak miał sporo trudnej pracy i zwyczajnie nie chciał dać się zaskoczyć. Nie pękł nawet, gdy po starciu z Cameronem Jeromem poważnie rozciął łuk brwiowy. Wyglądał jak osiedlowy bokser, ale na szczęście City dotrwał do samego końca.

Wspominam o Harcie na samym początku, bo swojemu bramkarzowi sporo zawdzięcza także Manchester United. David de Gea może bronił mniej spektakularnie, ale jego interwencje z Norwich były równie kluczowe (o czym dowodzi wybranie go na piłkarza meczu przez kibiców United). W opisywanej połówce grudnia zaliczył trzy czyste konta. Jemu także, jak Hartowi i Szczęsnemu, przydał się oddech na plecach i rywalizacja z drugim golkiperem.

W przypadku United nie sposób także zapomnieć o Dannym Welbecku. Napastnik, który umiał wszystko poza… strzelaniem goli wreszcie zaczął je regularnie zdobywać. W ostatnich czterech meczach trafił czterokrotnie. W tym roku to już jego szósta bramka – sześciokrotnie więcej niż w całych poprzednich rozgrywkach ligowych. Nie ma Robina van Persiego? Na razie nie ma problemu, choć długoterminowe liczenie na Welbecka jeszcze nie przekonuje mnie do końca.

Zwycięski gol Welbecka padł z resztą, gdy Anglik wbiegł na boisko z ławki rezerwowych. To kolejny dowód w ostatnich dniach na odważne zmiany Davida Moyesa, który nie wahał się wpuścić na prawą obronę skrajnie ofensywnego skrzydłowego (Januzaj), a w przerwie meczu z Norwich wymienić Ryana Giggsa właśnie na Welbecka. United co prawda mierzyli się z przeciętnymi rywalami (kolejno Aston Villa, Stoke, West Ham, Hull i Norwich), miewali duże problemy (0:2 z Hull) – jednak trudno nie docenić powrotu dawnej regularności. Oczyszczenie atmosfery przyda się na najbliższe dni, gdy przyjdzie czas na poważniejsze testy – Tottenham i Chelsea.

Czytaj dalej…

Królestwo Vincenta I Wspaniałego

Leżącego się nie kopie. Więc z mojej strony tylko słowna reprymenda. Manchester City zrobił pobojowisko z lokalnego rywala. Swoją wielką formą zabił znaczną część meczu zapowiadającego się na jeden z klasyków sezonu.

Taki wykres mówi wiele…

Od 51 minuty i stanu 4:0 dla The Citizens nie było już wielu powodów do oglądania derbów Manchesteru. To co się działo później nie miało większego znaczenia (holowanie wyniku w oczywisty sposób oznaczało większe zaangażowanie w ataku gości). United miało faktycznie start sezonu rodem z piekła, ale znów widać tam oznaki sporej słabości w starciach z klasowymi rywalami. Od kiedy nałogowo śledzę zmagania Premier League nie pamiętam takiego rozstrzelania graczy z Old Trafford (którzy graliby w pełnym, jedenastoosobowym składzie) jak w niedzielne popołudnie. Spychanie całego zespołu gości na przedmurza ich własnej bramki. Notoryczne odbieranie piłek na połowie rywali przez City. Wreszcie artyleryjski ostrzał gospodarzy. Słabość United w pierwszej połowie symbolizowała rubryka strzały, wyrażona bilansem 13:1. Zobaczcie dodatkowo na wykres jak celny był ten strzał Czerwonych Diabłów w wykonaniu Antonio Valencii. Prawdziwym błogosławieństwem przyjezdnych było dotrwanie do przerwy z wynikiem zaledwie 0:2.

Dwa ciosy później już na starcie drugiej połowy dopełniły dzieła. Najlepszym symbolem dominacji The Citizens była postać Vincenta I Wspaniałego (rodowe nazwisko Kompany), który takimi występami każe wliczać się do kategorii najlepszych obrońców wszechświata. Vincent I Wspaniały potrafił raz za razem ośmieszać i przepychać najefektowniejszego i najbardziej walecznego z poległych rywali, Wayne’a Rooneya. Ustawiał się wybitnie, zdążył wszędzie tam, gdzie pragnął dobiec. Wymierzone w sam punkt. Vincent I Wspaniały był doprawdy złotą gwiazdą w błękitnej koszulce.

Jednak nawet król Vincent nie zajechałby daleko bez wiernej świty. Najlepszy z giermków, Yaya Toure,  rozstawiał szyki w środku pola. Na wezwanie jego oraz dzielnego pomocnika Fernandinho dyktowane były warunki gry w centralnej strefie bitwy o Manchester. Fizyczna dominacja duetu City nie dziwiła w przypadku Michaela Carricka. Jednak Marouane Fellaini to chłop jak dąb, który wcześniej sam wyczyniał podobne cuda z przeciwnikami. Teraz Fellaini był wiecznie spóźniony, dziecinnie łatwo mijany musiał wziąć srogą lekcję od znakomitego Toure. Środek boiska okazał się kluczowy, bo właśnie tam zrobiły się największe luzy w starciu drużyn, którym w przypisywaniu formacji najbliżej było do ustawień 4-4-2. Dwóch na dwóch o największy plac boiska i kompletna dominacja City.

Czytaj dalej…

Odkurzona sztuka wygrywania

100 lat temu zdarzył się cud narodzin, który wywrócił historię Liverpoolu do góry nogami. Z klubu w kryzysie stali się elitą angielskiej i europejskiej piłki. Praca u podstaw Billa Shankly’ego, jego marzenie o zwycięstwie nie umarło z nim w 1981 roku. Dziś The Reds są najbliżej od lat, aby znowu żyć zgodnie z zasadami Shankly’a.

MU

Definiujące momenty sezonu dla Man United? (fot: WhoScored.com)

Urodzony dokładnie 100 lat temu Szkot zostawił na Anfield komplety koszulek i spodenek w czerwonych kolorach oraz maksymę „wygrany bierze wszystko, drugi jest nikim”. Jakby nie patrzeć, jeszcze w zenicie nowego sezonu, Liverpool jest na pierwszym miejscu tabeli z kompletem wygranych i dorobkiem trzech czystych kont.

Obserwator wczorajszych „derbów Anglii” na Anfield między dwoma najbardziej utytułowanymi klubami w dziejach musi przyznać rację pomeczowej uwadze Brendana Rodgersa. Według menedżera The Reds, jego zespół nie przeważał technicznie nad rywalem, ale wreszcie wydobywa z siebie mentalność zwycięzcy. Dokładna odwrotność zeszłego roku, gdzie dominacja na boisku za często wyrażała się jednym lub zerem punktów. Takie nastawienie to sól, definicja sukcesu w piłce nożnej. Nikt nie przechodzi przez rozgrywki z kompletem 38 genialnych spotkań. Najlepsza drużyna dwóch ostatnich dekad, Manchester United, swoim kredo zrobiła wygrywanie meczów, w których ich dominacja pozostawała pod znakiem zapytania. Efektem 13 mistrzowskich tytułów w erze sir Alexa Fergusona. W niedzielę wystarczył jeden sprytny ruch świętującego urodziny Daniela Sturridge’a (który po meczu przyznał, że z powodu małej kontuzji bał się nawet mocno strzelać!)

Liverpool długimi chwilami drżał w posadach. Szczególnie przy cięto kręconych dośrodkowaniach. Indywidualne mikrowpadki defensywy nie były tym razem karane, jak niechybnie działoby się rok lub dwa temu. To Robin van Persie za późno dołożył nogę. To do bomby Ashleya Younga przykleił się Glen Johnson.

Manchester United zaznaczył już kolejny raz, że transformacja w dzieło Davida Moyesa nie przebiega tak płynnie, jak powinna. Wołająca od lat wyrwa w środku pomocy łatana jest w momencie pisania tych słów panicznymi (zapewne także przepłaconymi) transferami na ostatnią chwilę. Czerwone Diabły zbyt często pękały pod naporem agresywnie nacierających Liverpoolczyków. Przez to mimo optycznej przewagi, zabrakło akcji wyciągającej z widza gromkie „ach”, a przynajmniej donośne „ooo”.

The Reds na początku rozgrywek pokazują odporność psychiczną i umiejętność czułego dbania o wynik. To realizacja wpajanego w latach 70-tych i 80-tych ducha Liverpoolu szlifowanego przez Shankly’a i Boba Paisley’a. United bardzo brakowało tego odwołania się do własnego dziedzictwa (czyt. myśli fergusonowskiej). Powoli przestaje z truchlejącym lękiem patrzeć na doliczone minuty gry w meczach Manchesteru. United byli bliżsi stracenia kolejnego gola, niż dogonienia wyniku. Nawet Tottenham był wczoraj znacznie bardziej przekonywujący w gonieniu wyniku 0:1 niż niezmordowane przez lata w tej sztuce Czerwone Diabły.

Niedzielną porażką Manchester United sam wepchnął się na bardzo niewygodne siedzenie – karnego jeża za przeciętny początek sezonu. Cztery punkty z dziewięciu możliwych to chyba poniżej zakładanego minimum, nawet zważywszy na piekielnie trudny terminarz. Przejrzałem kalendarz MU, które po przerwie reprezentacyjnej do końca września zaliczy maraton spotkań w Manchesterze: dwa ligowe starcia u siebie (potencjalnie łatwe, na komplet punktów), wyjazdowe derby z City (kolejne zero?), przeplatane pucharowymi wyzwaniami z Liverpoolem (P. Ligi) i Leverkusen (Liga Mistrzów). To nie moment na złapanie oddechu, ale czas wyzwań. Bez przynajmniej siedmiu punktów w Premier League sprawa miejsca MU w tabeli mocno się skomplikuje. Bowiem później aż do początku grudnia (!) czekają ich praktycznie same wyjazdy i pojedyncze spotkanie na Old Trafford z… Arsenalem. Fatalnie ułożony kalendarz już na starcie sezonu pozwoli oszacować na ile w tym roku stać ekipę Moyesa.

Czytaj dalej…

Kolejka niczego specjalnego

Pewnie już zauważyliście, że w swoich podsumowaniach całej kolejki lubię poszukiwać wspólnego mianownika dla wielu ważnych meczów Premier League. Tydzień temu była to wszechobecna miłość. Dziś, niestety, słowa-klucze to „nic specjalnego”.

Bezbłędny Vidić rozjaśnił nudy z Old Trafford

Szkoda, bo tak zupełnie się nie zapowiadało. Po pierwszej, umiarkowanej w starcia wagi ciężkiej serii, przyszedł czas na inaugurację pojedynków klasy superciężkiej (między triem Manchester United, Manchester City i Chelsea). Odłożyłem przez to blogowanie do wtorku. Ba, nawet BBC przesunęło swoje Match of the Day 2 z niedzieli na poniedziałek, aby przeanalizować szlagier z Old Trafford. Olbrzymie oczekiwania i plany. A starcie United z Chelsea zasługiwało na ostatnie miejsce w programie – pięć minut skrótu z minutą analizy.

Relacja z tego meczu kolejki, typowanego na jeden z meczów sezonu, można skrócić do zdania: „mało szans z jedną kontrowersyjną sytuacją”. Dużo ciekawsza była cała otoczka wokół Wayne’a Rooneya. David Moyes wystawiając go do pierwszego składu, nie do końca przygotowanego fizycznie, dał sygnał, że jest dla niego przyszłość na Old Trafford. Tak samo z reakcją kibiców, którzy Rooneyowi zgotowali olbrzymią owację przy wyczytywaniu składów. Sam Anglik zostawił płuca w okolicach linii bocznej na połowie Chelsea, gdy gonił za atakującym rywali i wślizgiem wyłuskał mu piłkę spod nóg. Z tej perspektywy ognia do oliwy dolewa dodatkowo deklaracja Jose Mourinho, który Rooneyowi przez telewizyjny wywiad powiedział: „zdeklaruj się chłopie. Albo zostajesz, albo chcesz odejść. Decyzja należy do ciebie”. Jest nawet ultimatum stawiane przez Chelsea. Czy Rooney się skusi? Czy zadowoli go mocna pozycja w składzie, ale jednak jako drugie skrzypce za Robinem van Persie? Czy zbyt pociągające nie będzie miejsce na szpicy ataku – jedynej pozycji w ofensywie, gdzie Mourinho wydaje się nie mieć swojego faworyta? Wczoraj postawił na skład bez nominalnego napastnika. To wotum nieufności dla Fernando Torresa, a szczególnie Demby Ba, pozostawionemu poza kadrą meczową.

Gdyby jednak na siłę szukać w Old Traffordzkich nudach jasnych elementów, dla mnie było to sentymentalne przenosiny w okolice roku 2008. Wtedy, gdy para Nemanja Vidić i Rio Ferdinand uchodziła bez wątpienia za najlepszy duet obrońców na globie, a ich rywal John Terry stanowił wzór odpowiedzialnego oraz bezbłędnego lidera. Tej trójce weteranów, przy indolencji atakujących pod bramką, wychodziło wszystko w stopniu perfekcyjnym. Dowód statystyczny?

Terry: 1 przechwyt, 11 wybić piłki (wszystkie celne)

Ferdinand: 2 odbiory, 2 przechwyty, 10 wybić piłki (wszystkie celne)

Vidić (piłkarz meczu): 3 odbiory, 3 przechwyty, 13 wybić piłki (wszystkie celne)

Czytaj dalej…

Witaj z powrotem, droga Premier League – zapowiedź

Witam się z ligą angielską i zaczynam blogowanie po wakacjach. Od tej pory będę regularnie pisał o ulubionej lidze angielskiej i liczę na równie owocną, jak nie lepszą dyskusję jak przy końcówce poprzedniego sezonu.

Sobota, 13.45 – oficjalny termin powrotu Premier League do łask, która wita się z nami meczem Liverpoolu (dziękuję) i Stoke. Jednak czego spodziewać się przed sezonem? Zapraszam do mojego przewodnika/zapowiedzi nowych rozgrywek w formie pytań i odpowiedzi.

Jose jest argumentem na rzecz mistrzostwa dla Chelsea

1. Kto zdobędzie mistrzostwo Anglii?

Wszystkie kończyny ciała podpowiadają Chelsea, choć sprawa w Anglii jest otwarta bardziej niż w jakiejkolwiek konkurencyjnej lidze (duopol w Bundeslidze, La Liga, Ligue 1 i Serie A). W jednym obrazie trzeba faworyta oglądać w Manchesterach. Ale wskazuje The Blues, bo: a) Jose Mourinho zna lepiej Premier League niż Manuel Pellegrini, b) siła ofensywna Chelsea jest zabójcza, szczególnie w linii pomocy, c) mają najbardziej wiarygodną linię obrony spośród wszystkich faworytów. Olbrzymim atutem Chelsea będą nowi piłkarze, których kupowano wcześniej. Powroty z wypożyczenia Romelu Lukaku i Kevina De Bruyne’a robią pożądany ścisk w i tak już mocno konkurencyjnej ofensywie The Blues.

Ankieta na kibiców Guardianie także przewiduje Chelsea z 38% głosów, City 27%, United 16%, Arsenal 7%. 

2. Kto najbardziej wzmocnił się latem?

Jeśli miałbym wskazać największy grzech w kampanii obrony mistrzostwa Anglii przez Manchester City przed poprzednim sezonem, byłoby to zadowalanie się półśrodkami w transferach. City zabrakło kogoś ikonicznego na kształt Robina van Persiego, dlatego dość łatwo oddali tytuł wraz ze swoją zastałą i zadowoloną po wcześniejszych sukcesach kadrą. Nowi dyrektorzy City nie popełnili już tego samego błędu. Ich skala zakupów nie ma sobie równych w Anglii – wydali latem 98 mln funtów. Sprzedaż niezadowolonego Carlosa Teveza w pełni wetuje, a nawet usprawnia klubowy atak ściągnięcie duetu Stevan Jovetić  i Alvaro Negredo. Brakujące ogniwo na pozycji defensywnego pomocnika łata imponujący w Szachtarze Fernandinho, który przy okazji ma duży polot w ataku. Niezbędną konkurencję Samirowi Nasriemu zrobi Jesus Navas. To przepis na nowy i najsilniejszy atak całej Premier League. Ale chyba nie na miarę mistrzostwa, gdyż w obronie tylko Pablo Zabaleta i Vincent Kompany to top class.

3. Kto najbardziej leniuchował latem?

Manchester United jest na dobrej drodze do popełnienia zeszłorocznego błędu lokalnych rywali. W ich przypadku wzmocnione nie zostaje nawet zaplecze kadry. Plotki o pogoniach za Cristiano Ronaldo, Cescem Fabregasem lub Thiago zdobiły zapełnione miejsca w angielskich gazetach i kończyły się na zerowej aktywności klubu. Dodatkowo dochodzi przeciąganie liny z Waynem Rooneyem, które destabilizuje mistrzów kraju. United mają jeszcze dwa tygodnie okna transferowego na ruch, który pozwoli uwierzyć mi w ich poważne mierzenie w złoto. Inaczej nie widzę ich zeszłorocznej kadry rywalizującej z usprawnionymi Chelsea i Manchesterem City. Tym bardziej, gdy składu nie spaja już stary mistrz Ferguson (Moyesowi wróżę bardzo trudną karierę na Old Trafford). Sam Wilfred Zaha, kupiony z resztą zimą, to zdecydowanie za mało.

Podobną „strategię” zastosował Arsenal. Nikt nowy poza pozbyciem się balastu z rezerw, choć w prasie potencjalne wzmocnienia wyglądały imponująco. Higuain, Suarez? Phi…

4. Kto będzie czarnym koniem?

Czytaj dalej…

Historie Szkotem pisane

Tygodnie narzekań złożyły się w jedno. Jedną chwilę wybuchu, gdy kopnięcia na każdym stadionie w Anglii miały znaczenie i dramat wpisany w 90. minut walki. Pomniejsze historie jak zachowanie ligowego bytu przez Norwich i Newcastle lub super Daniel Sturridge muszą jednak ustąpić miejsca rzeczom epokowym.

Glasgow – to tam zaczęły się bycze etapy historii United i Evertonu

Dwa stadiony oddalone o siebie o 45 minut drogi samochodem. Tysiące różnic między dwiema okazjami i kolejne tysiąc podobieństw. Historia Premier League w jedną niedzielę oddała hołd i zespoiła losy Manchesteru United i Evertonu. Oba kluby żegnały swoich „The Boss” ku wzruszeniu, owacji i poczuciu święta na całych trybunach.

Te przykłady same w sobie pokazały w pigułce ery, które właśnie się kończyły. Powtarzalne elementy każdego meczu (gol w końcówce, dobra kombinacja podań) widoczne w mnóstwie innych gier dały niezwykłą opowieść. Odpowiedni kontekst uczynił z tych okazji momenty pisania historii.

Sir Alex Ferguson pożegnał Old Trafford po ponad 26 latach wielkiej służby (której znaczenie podsumuję już po sezonie). Przywitał go szpaler złożony z pracowników, piłkarzy, sędziów – każdy chciał oddać mu zasłużony salut. Przemowa na koniec tylko udowodniła jego wielkość jako lidera. – Przez te lata klub stał przy mnie. Zaczyna się nowa praca i waszym zadaniem jest stać przy nowym trenerze – nawoływał legendarny Szkot. Zrobił podkład pod jego następcę, który godzinę wcześniej równie gorąco żegnał się z Evertonem.

David Moyes zostawia swój klub bez trofeum, ale w zdrowym stanie. Na niego także czekał honorowy szpaler. Przy zmianie trenerskiej w Manchesterze United to właśnie The Toffees ucierpią najbardziej, bo znalezienie człowieka tak regularnie przekraczającego oczekiwania i możliwości jest wyjątkowo rzadkie. Nic dziwnego, że przy rundzie honorowej na Goodison Park łzy w oczach miał właściciel Bill Kenwright.

Meczom United i Evertonu towarzyszyła atmosfera benefisów, gdzie każde kopnięcie miało symbol i niosło za sobą hołd. Gol Rio Ferdinanda z 87 minuty? Oddał niezliczone wsysanie goli w końcówkach spotkań ekipy Fergusona. Strzelił go dodatkowo człowiek wierny mu od 2002 roku, który na swoją bramkę czekał pięć lat. Symboliczne nawet było pozostawienie zdrowego Wayne’a Rooneya na trybunach – Ferguson pokazał, że transferowych żądań nie toleruje. Przyszłość Rooneya na Old Trafford prawdopodobnie dobiegła końca. W jakże innym nastroju do ery jego menedżera. Gol Evertonu? Pokazał ogrom jakości (wyrażany wykonawcami ORAZ wykonaniem), który zaszczepił Moyes za groszowe transfery. Ruch angażujący pół drużyny, gdzie największa liczba kontaktów wynosiła trzy, wszystko w świetnym tempie i dużym rozmachu.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: