Archiwum

Posts Tagged ‘Marouane Fellaini’

Selekcja meczów o jakąś stawkę, jakąkolwiek

Przyszedł ten czas w sezonie, gdy gro meczów nie ma większego znaczenia. Ktoś skończy na ósmym, ktoś na 12 – bez różnicy. Jako, że Manchester United uciekł już daleko z tytułem mistrzowskim, w Premier League sensowna gra została jeszcze tylko o miejsca 3-6 (Liga Mistrzów) oraz 15-18 (ostatni do spadku).

Jedyne ciekawe miejsca tabeli w EPL (za WhoScored.com)

Jedyne ciekawe miejsca tabeli w EPL (za WhoScored.com)

Nie jest to zbytnio komfortowe rozwiązanie. Patrzysz na listę meczów i wychodzi mało gier, w których oba zespoły o coś grają. W najbliższy weekend doszukałem się tylko jednej takiej pary: Sunderland – Everton. Nawet szlagiery Liverpool – Chelsea i Tottenham – Manchester City mają umiarkowany ładunek napięcia, bo The Reds i City swoich pozycji w tabeli na 95% już nie zmienią.

W środku tego tygodnia wypadło nam „półkolejcze” w Anglii, w którym jedno ze spotkań napisało wciągający scenariusz. Nawet, gdy był to jedyny bezbramkowy remis. Gdyby Arsenal wygrał u siebie, Everton mógłby żegnać się z wizją Ligi Mistrzów. A tak, The Toffees wciąż mają nadzieje na ciche wetknięcie się do europejskiej elity. Remis zrobił dobrze najciekawszemu obecnie rejonowi tabeli od 3 do 6. Zainteresowane LM ekipy dzieli od siebie raptem pięć punktów. A gdyby Everton wykorzystał początkową przewagę i podbił The Emirates, siedziałby ściśnięty z Arsenalem i Tottenhamem na wspólnej liczbie 58 punktów…

Gdybanie już nic nie da, więc skupmy się na tym co działo się w rzeczywistości. The Toffees faktycznie wyglądają na zespół, który jak mówi sam David Moyes, jest najsilniejszy za jego 11-letniej kadencji. Najładniej pokazuje to przykład przekazywania odpowiedzialności za wynik w różnych częściach sezonu. Z początku Everton ciągnęli za sobą Leighton Baines z Marounanem Fellainim. Wtorek z Arsenalem i wcześniejsze gry pokazały, że teraz świetnie radzą sobie inny boczny obrońca Seamus Coleman oraz inny Belg w pomocy Kevin Mirallas. Coleman był zjawiskowy w meczu przeciwko City, który analizowałem na tych łamach. Wtedy zasuwał przy obu bramkach. Na The Emirates jego ofensywa nie wyglądała już tak zjawiskowo, ale z tyłu zagrał idealnie. Gdy trzeba, przyklejał się do linii bocznej, jednak częściej ganiał do środka i asekurował stoperów. To on wepchnął Everton na ścieżkę remisu, gdy cudem na ostatnią chwilę zblokował strzał Oliviera Girouda. U Mirallasa natomiast niezwykle imponujące są błyskawiczne zejścia z piłką doklejoną do nogi na pełnej szybkości. Akcje grzechu warte.

Czytaj dalej…

Reklamy

Wszystko jasne

Manchester United mistrzem Anglii 2012/13. Od przyszłego sezonu jako jedyny klub w Anglii mogliby nosić dwie gwiazdki na wzór włoski (jedna za dziesięć tytułów). Do końca jeszcze 12. kolejek, ale na nie trzeba już znaleźć inny temat przewodni niż walka o mistrza.

Podobny obrazek ujrzymy 19 maja 2013 w West Bromwich

Pieniądze za triumf United wypłaca już bukmacher Paddy Power. Obecna dziura między pierwszym United i drugim City to 12 punktów. Na Wyspach jeszcze nikt nie odrobił takiej straty w 12. kolejek. Rekordowe osiągnięcie w tempie gonienia za liderem należy do Man United, które w 1996 roku zdobyło tytuł, mimo że 15 spotkań przed końcem sezonu było tuzin oczek za Newcastle.

Wyjątkowo nudne zrobiły się te wyścigi mistrzowskie w najlepszych ligach Europy. W Niemczech Bayern Monachium ma 15 punktów zapasu, w Hiszpanii Barcelona czeka na oficjalną koronację z 12-punktową luką.

Nie będziemy mieli szalonego, absolutnie szalonego finiszu sezonu 2011/12, kiedy mistrz Anglii zmienił się w ostatnich 10. sekundach rozgrywek. Jeśli się mylę i Manchester United zaprzepaści swój dorobek – obiecuję pofarbować włosy w barwach triumfatora ligi angielskiej i przez tydzień dokumentować fotograficznie moją udziwnioną fryzurę. Jestem jednak pewien, że moje włosy są całkowicie bezpieczne.

Jeśli mistrzowska kampania United miała się kiedyś sypnąć, byłby to mecz z Evertonem. Zrzeszeni tu kibice Czerwonych Diabłów na pewno boleśnie wspominają ostatni remis 4:4 na Old Trafford, choć The Toffees przegrywali 2:4 jeszcze w 83. minucie. Trudne wspomnienia wiążą się też z początkiem obecnych rozgrywek, kiedy Everton na plecach Marouane Fellainiego pobił w fizycznej walce chłopców sir Alexa Fergusona (o przebiegu tamtej walki pisałem tutaj).

Dwa decydujące kroki United do niechybnego tytułu zrobili za nich niebiescy rywale z Manchesteru. Tydzień temu poślizgnęli się na Liverpoolu. W sobotę przybili gwóźdź do mistrzowskich aspiracji w Southamptonie. Porażkę 1:3 i stan nadziei na obronę złota w Premier League u The Citizens nieźle oddał samobój Garetha Berry’ego i gafa Joe Harta. – My dziś nie graliśmy. Grali tu jacyś piłkarze – skomentował po meczu menedżer Roberto Mancini.

Czytaj dalej…

Migawki z 2012 roku (video)

Poprzedni sezon Premier League został wybrany najlepszym w historii rozgrywek. Nie bez kozery. 2012 rok w angielskim futbolu wypełniały chwile czystej ekscytacji, łez i śmiechu. Oto minione 12 miesięcy brytyjskiej piłki w pigułce (uwieńczone filmami z opisywanych wydarzeń).

Moment roku: gol Sergio Aguero przeciwko QPR

Manchester City potrzebował zwycięstwa u siebie nad walczącym o życie QPR, aby przypieczętować pierwsze mistrzostwo od 1968 roku. Wcześniej City wygrali 17 z 18 meczów na Etihad. Mimo oddania 42 strzałów, gospodarze do 92. minuty sensacyjnie przegrywali 1:2. Wtedy wyrównał Edin Dżeko. Trzy minuty później 44. strzał City w meczu, tym razem autorstwa Sergio Aguero sprowadził trofeum mistrzowskie z powrotem na Etihad. To był ostatni akt sezonu, jak się okazało – najważniejszy.

Piłkarz roku: Robin van Persie

32 ligowe gole w roku kalendarzowym – 20 dla Arsenalu i 12 dla Manchesteru United. Do tego dołożone dziewięć asyst. Van Persie sprzątnął innym indywidualne zaszczyty i został wybrany Piłkarzem Sezonu Premier League przez piłkarzy, dziennikarzy oraz kibiców. Holender w pojedynkę zaciągnął Arsenal na podium i Ligi Mistrzów. W poszukiwaniu trofeów przeniósł się na Old Trafford, gdzie współpraca z Waynem Rooneyem wydobywa z niego wszystko, co najlepsze. Sir Alex Ferguson dobrze wydał każdego pensa z 24 milionów funtów odstępnego za RVP.

Gol roku: Papiss Cisse przeciwko Chelsea

Bramka Senegalczyka najlepiej oddała fenomen Newcastle w pierwszej połowie roku. Sroki wytrwale biły się o strefę Ligi Mistrzów i robiły to spektakularnie. Cisse zapewnił zwycięstwo na stadionie Chelsea po rewelacyjnym uderzeniu z podbicia, które zaprzeczyło prawom fizyki i przelobowało Petra Cecha. Nawet przegrany w tym spotkaniu Didier Drogba nie omówił sobie szerokiego uśmiechu z powodu gola Cisse. – To była zdumiewająca bramka – zachwycał się menedżer Newcastle Alan Pardew.

Czytaj dalej…

Świąteczny karp po angielsku

Tekst ukazał się na stronie internetowej tygodnika „Piłka Nożna” – zapraszam.

Polskie święta to góra jedzenia z workiem prezentów. Anglicy dokładają do tego szał piłkarski. W Premier League zaczyna się morderczy kalendarz spotkań. Cztery kolejki upchane w ledwie 11 dni. Jak wpłynie to na losy tabeli?

Cios Fellainiego zapewnił mu wolne święta

Przez ten czas Premier League serwuje tylko jeden hit wrzucający do akcji dwa zespoły z pierwszej szóstki ligi. 30 grudnia należy zerknąć na zmagania Evertonu z Chelsea. Tym bardziej, że dla The Blues obiekt klubu z niebieskiej części Liverpoolu stanowi prawdziwą stajnię Augiasza – Chelsea przegrała tam trzy poprzednie mecze ligowe. Everton będzie musiał sobie radzić bez lidera Marouane Fellainiego. Belg dotąd terroryzował obrony rywala w sportowej walce, ale ostatnio zinterpretował to zadanie zbyt dosłownie i zaatakował głową Ryana Shawcrossa. Władze zawiesiły go na trzy mecze.

Kto wygra, kto spadnie?

Tylko jeden szlagier nie oznacza, że końcówka grudnia jest bez znaczenia. Okres ten odgrywa kluczową rolę podczas walki o utrzymanie w lidze. Ostatni zespół na przełomie roku niemal na pewno z hukiem zleci z Premier League. Działo się tak w 17 z 20 przypadków w historii rozgrywek. O uniknięcie roli czerwonej latarni w Nowy Rok walczą Reading z Queens Park Rangers. Ci pierwsi notują obecnie wyjątkowo paskudne wyniki. The Royals przegrali sześć meczów z rzędu. Porażka z Arsenalem obnażyła ich największą słabość – beznadziejną obronę. Pozwalając Kanonierom na pięć goli gracze Reading udowodnili, jakie szkody może przynieść statyczność defensorów w polu karnym.

Nieco lepszą sytuację ma QPR. Po zmianie menedżera na Harry’ego Redknappa, znanego z Tottenhamu, Rangersi przestali notorycznie przegrywać. Po 17. długich kolejkach wreszcie zanotowali pierwszy triumf, którego ojcem był zdolny Adel Taarabt. Teraz QPR musi solidnie nadrobić straty do bezpiecznego miejsca, bo od połowy stycznia ich lider wyjedzie na Puchar Narodów Afryki.

Grudzień zwykle decyduje o spadku z ligi, ale sprawa mistrzostwa nie jest już tak jasna. Drużyny przodujące stawce w Nowy Rok dziewięć razy kończyły sezon w chwale, a 11-krotnie dawały się wyprzedzić. Trzęsące Premier League kluby z Manchesteru mają przyjemny kalendarz spotkań, więc nie powinny nagle tracić masy punktów. Mecze Manchesteru United w okresie świąteczno-noworocznym dadzą kibicom szansę na oglądanie pojedynków najdokładniejszych strzelców ligi: Robin van Persie będzie się mierzył z Michu (Swansea) i Dembą Ba (Newcastle).

Czytaj dalej…

Wynik prawdę ci powie?

Odświeżające, że w Anglii tym razem obyło się bez dziwacznych wyników 4:4, 5:3 lub innych 8:2. W momencie, którym zaczęto wątpić nad realną jakością Premier League, nadeszła kolejka solidniejszej obrony. Choć wyniki tej serii spotkań nie zawsze oddawały realny przebieg zdarzeń.

Kto by tęsknił za Darrenem Bentem skoro jest Christian Benteke

Liverpool przegrał u siebie z Aston Villą 1:3. Nici z przewidywanej passy łatwych meczów, która miała zacząć się zwycięstwem nad The Villans, a później rozłożyć się na świąteczno-noworoczne starcia z Fulham, Stoke, QPR i Sunderlandem. 1:3 na Anfield brzmi koszmarnie, trzeba to przyznać. Jednak kto widział pierwsze pół godziny tego spotkania powinien złapać się za głowę nad ostatecznym rozstrzygnięciem. Już w komentarzach do poprzedniego wpisu sugerowaliście dobry początek The Reds. Dobry to mało powiedziane. Liverpoolczycy fruwali jak jeszcze nigdy w tym sezonie. Poświadcza to osoba, która widziała każdy ich mecz Premier League 2012/13. Kombinacje i szybkość ataków napędzanych przez Raheema Sterlinga, Luisa Suareza i wreszcie ofensywnego Stevena Gerrarda musiały robić wrażenie.

The Reds nie klepali powoli krótkich podań, a każdą okazję do zaskoczenia pięcioosobowej obrony Villi (grającej w systemie 3-5-2) wykorzystywali do błyskawicznych natarć. Znakomicie w ataku wyglądał Stewart Downing z pozycji lewego obrońcy, tak samo Glen Johnson z drugiej strony.

Futbol stanowi specyficzną dyscyplinę sportu, w której drużyna zbierająca ostre cięgi, zmuszona do rozpaczliwej obrony może wciąż wygrać. Dominacja zwiększa radykalnie szansę na gole, ale o niczym nie przesądza. Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy bezbronna i błagająca o litość Aston Villa zapakowała bramkę w swojej pierwszej sensownej akcji. Christian Benteke dostał odrobinę za dużo miejsca i się stało. Dziesięć minut później zabawa się skończyła. Kapitalna kombinacja Benteke z Andreasem Weimannem zwieńczyła dzieło. Wyczyny Belga w ataku Villi nie powinny specjalnie nikogo zdziwić – jego wpływ na zespół i dużo większą wartość od Darrena Benta tłumaczyłem we wcześniejszym wpisie.

Czytaj dalej…

Kolejka z marzeń Manchesteru United

Przykro było zerknąć jak bardzo Arsenal potwierdził moje piątkowe prognozy. Kanonierzy odstają od ligowego szczytu tak mocno, że zwycięstwo Manchesteru United wydawało się rutynowe, niczym coroczna przejażdżka po Wiganach lub innych Sunderlandach. Dla Czerwonych Diabłów ten weekend nie mógł ułożyć się korzystniej.

Kolejka marzenie dla Manchesteru United

Poza United tylko West Bromwich Albion zdołało wyszarpać zwycięstwo spośród drużyn z pierwszej 12 tabeli. The Baggies nie są żadnym zagrożeniem, więc liczyły się przede wszystkim remisy Chelsea i Manchesteru City oraz porażki Arsenalu i Tottenhamu. Urywanie punktów faworytom mogło wynieść w tabeli kilka goniących zespołów (Liverpool, Newcastle), ale i one marnowały okazję. Już teraz zarysowały się grupy – czołowa trójka, walka o Ligę Mistrzów, rywalizacja o TOP10, bezpieczne rejony tabeli oraz bitwa o utrzymanie.

Hit?

Starcie Manchesteru United z Arsenalem było wątpliwą reklamówką dla Premier League. Wolne tempo obu stron, zupełna impotencja Kanonierów w linii pomocy oraz na skrzydłach sprawiły, że ciekawe historie z Old Trafford wyczerpały się już w trzeciej minucie. Wtedy gola strzelił ten, którego wszyscy oglądali przez podwójną lupę – Robin van Persie. Kropka. Pozostałe chwile z powodzeniem mogłyby się nie odbyć, bo United mieli tak uderzającą przewagę.

Jesteśmy teraz bardzo daleko z tyłu. W tym momencie nie można tego powiedzieć (żeby Arsenal był wystarczająco dobry na czołową trójkę) – przyznał Arsene Wenger. Menedżer Arsenalu bardzo ponarzekał na postawę defensywy. Jej jakość najlepiej (najgorzej?) oddał występ Andre Santosa – wiecznie spóźnionego i wyjętego z właściwej pozycji. Antonio Valencia nie miał problemów z omijaniem sztywnych kończyn brazylijskiego rywala, który do obrony na najwyższym poziomie zwyczajnie się nie nadaje.

Jak źle dzieje się w Arsenalu, skoro 100% racji miał sir Alex Ferguson mówiący o zbyt niskim wyniku? Porażka 1:2 cukruje rzeczywistość Kanonierów. Przy dwubramkowych stratach rzut karny zmarnował Wayne Rooney. Arsenal celnie wstrzelił się dopiero w doliczonym czasie gry. Nawet ich bramka była wynikiem przypadkowego odbicia i błysku Santiego Cazorli, a nie zaplanowanego ruchu.

Czytaj dalej…

Czerwone derby rozstrzygnęła czerwona kartka – 5. kolejka EPL

Całą piątkową zapowiedź kolejki skupiłem na wydarzeniu z Anfield Road. Były ku temu powody. W podniosłej atmosferze hołdu dla ofiar Hillsborough, dwaj wielcy rywale pokazali klasowe oblicze. Oba zespoły w dresach upamiętniających 96 zmarłych. Uścisk dłoni poważnie poróżnionych po ostatniej bitwie o Anfield Patrice Evry i Luisa Suareza. Stadion pokryty napisami „96”, „Sprawiedliwość” i „Prawda”. No i przedmeczowe „You’ll Never Walk Alone”, które już dawno nie miało w sobie takiej głębi i mocy.

Wspomnienia byłoby piękne, gdyby nie szambo pozostawione przez kibiców obu stron po ostatnim gwizdku. 90. minut szacunku okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Głupia mniejszość z Liverpoolu zaczęła naśladować spadające samoloty z Monachium, równie tępa grupka z Manchesteru odpowiedziała przyśpiewkami o mordercach.

Zostawiając odmieńców na marginesie, wróćmy czym prędzej na boisko. Tam naładowany okolicznościami Liverpool z miejsca wziął się za okładanie muru obronnego rywali. Piłka swobodnie rotowała między nogami graczy The Reds. Z początku obrazkiem przewodnim były indywidualne starcia Raheema Sterlinga z Evrą. 17-latek nie pękał przed doświadczonym Francuzem i kocimi ruchami przemykał obok defensora Czerwonych Diabłów. Gospodarze zdominowali środkową część boiska, w której mieli liczebną przewagę wynikającą ze starcia formacji 4-3-3 z manchesterowskim 4-4-1-1. Swoje trzy grosze do rozegrania dokładał Suarez, dlatego goście zostali niemal przypięci do własnej połowy. Gracze sir Alexa Fergusona szybko tracili piłkę pod presją, nie mieli odwagi na dłuższe wymiany podań, dlatego rzucali zagrania w stronę Robina van Persiego, modląc się o mannę z nieba. Nic z tego.

Przerzuty Stevena Gerrarda

Liverpool w szyku utrzymał Steven Gerrard. Spod jego stóp wychodziły zagrania wspaniałe lub olśniewające. Widać to na prezentowanym wykresie. Zerknijcie tylko na zasięg piłek rozrzucanych na prawe skrzydło. Maestria (choć odbiegającego od ideału menedżera Brendana Rodgersa).

Manchester United, korzystając ze słów samego Fergusona, był słaby. Napór gospodarzy zwiastował rychłe zdobycie gola. Aż do momentu, gdy zgłupiał Jonjo Shelvey. Młody pomocnik rzucił się agresywnie do wślizgu i poturbował Jonny’ego Evansa (zauważmy jednak, że Evans także zaatakował piłkę dwiema nogami, tylko udało mu się uniknąć rywala, też powinien wylecieć?). Po powtórkach telewizyjnych czerwona kartka wydaje się nieco na wyrost, ale sędzia kierował się impetem Shelveya. Miał podstawy do tej decyzji. Każdy, kto choć trochę zna specyfikę Manchesteru United wiedział już, że po usunięciu Shelveya w 39 minucie przebieg spotkania zupełnie się odmieni. Nawet, jeśli Liverpool w osłabieniu zdołał wyjść na prowadzenie po kopnięciu natchnionego Gerrarda (bramkę dedykował rok starszemu kuzynowi, który zginął na Hillsborough).

Efekt czerwonej kartki Shelveya

Przedstawiony wykres pokazuje schemat podań United w pierwszej (lewa) i drugiej (prawa) połowie. Różnica jest k-o-l-o-s-a-l-n-a! Goście zaczęli spokojnie podawać w środku boiska, bez presji Liverpoolu schowanego za podwójną zasłoną. Bardzo zaktywizowały się boki boiska, szczególnie jego lewa strona. United wreszcie dopadli do pola karnego The Reds, choć liczba stworzonych szans dalej nie powalała na łopatki.

19-krotni mistrzowie Anglii zostali podłączeni do tlenu po wejściu na boisko Paula Scholesa. Tak jak przewidywałem w zapowiedzi, Anglik z powodów kondycyjnych zaczął na ławce. Wszedł od startu drugiej połowy i zaczął swój show. Regulował tempo akcji United i zapewniał wystarczająco szybką rotację piłki na bok. W pół meczu wykonał 45 podań – najlepszy wśród gości Michael Carrick przez całe spotkanie zaliczył tylko 15 zagrań więcej. Właśnie ta stabilizacja pozwoliła wypchnąć do przodu bocznych obrońców Manchesteru (Rafael znalazł się w polu karnym i strzelił wyrównującą bramkę).

Scholes panuje nad atakiem United

Coraz bardziej zmęczony Liverpool nie miał już żadnych argumentów w ofensywnie. Ale nie do końca kleiło się i gościom. W zwycięstwie United pomógł dość „miękki rzut karny”. Delikatny kontakt z nogą Valencii (nie postawną) został wyceniony na jedenastkę, a podobny faul na Suarezie w drugim polu karnym uszedł Evansowi na sucho. Chętnie poznam opinię kogoś, kto nie jest fanatycznym kibicem Liverpoolu, ale w mojej ocenie to spora niesprawiedliwość.

Znajomy fan United przyznał, że styl go nie zachwycił, ale znów Manchester zgarnął trzy punkty. Typowe i cholernie skuteczne. The Reds mogą być dumni ze sposobu gry, ale cóż z tego, jeśli dalej siedzą w strefie spadkowej.

Przy katastrofalnej wręcz pozycji ligowej Liverpoolu, w zupełnie inny sposób sezon otworzyli sąsiedzi – Everton. Miałem okazję oglądać każdy ligowy mecz The Toffess 2012/13 i jestem zauroczony. Przesunięcie Marouane Fellainiego za napastnika może być taktycznym manewrem sezonu, jeśli tylko chłopcy z Goodison utrzymają narzucone tempo. Everton to teraz potęga, dosłownie. Siła fizyczna atakujących była nie do zniesienia dla Swansea. Najlepiej obrazuje to jak pilnowany Fellaini przyjął(!) dośrodkowanie w polu karnym i wyłożył (ręką) piłkę do Victora Anichebe.

Znaku firmowego The Toffees upatruję też w uwolnionych od linii bocznych skrzydłowych. Steven Pienaar to mózg rozegrania, a jego vis-a-vis Kevin Mirallas upodobał sobie podwajanie pozycji napastnika. Z prawego boku niemal w każdej akcji wchodzi w pole karne i szuka okazji do strzału. Próbował, próbował, aż w końcu złamał defensywę Łabędzi.

ZAPALNIKI DO DYSKUSJI:

1. Pierwsze zwycięstwo Southamptonu

O Świętych w ten weekend zrobiło się w Polsce głośno przez zakontraktowanie Artura Boruca. Polak ma tu oszałamiająco duże szanse, aby z miejsca wskoczyć do podstawowego składu w Premier League. W minionej kolejce Kelvin Davies musiał ustąpić 20-letniemu Paolo Gazzanidze. Rywale jak najbardziej w zasięgu Boruca (który przy zachwianej pozycji Wojciecha Szczęsnego w Arsenalu może zostać jedynym Polakiem na co dzień pokazującym się w EPL).

Święci mogą mieć kłopot z bramką i obroną, ale nie da się tego powiedzieć o ich ofensywie. W sobotę wreszcie skończyli serię porażek. Potrafili odwrócić wynik z Aston Villą i zwyciężyli 4:1. Popisową partię rozegrał najdroższy w historii Southampton Gaston Ramirez. Urugwajczyk ustawiony za napastnikiem był człowiekiem z zupełnie innej bajki. Przeciskał podania prostopadłe, lobował defensywę rywali, łączył ataki na jeden zagraniami na jeden kontakt. Sami tylko zobaczcie jego wszechstronność na tym wykresie.

Ramirez spoiwem Southampton

2. Hit-kit

Szumnie zapowiadany mecz na szczycie Manchester City – Arsenal boleśnie mnie rozczarował. Jakość akcji kleconych przez The Citizens znacznie odbiegała od standardów, do których przyzwyczaili mistrzowie Anglii. Jeden kreatywny David Silva to zdecydowanie za mało na rozbicie bloku z Emirates Stadium. Kanonierzy złapali punkt na wyjeździe (gole po rzutach rożnych), ale gdyby na świetnych kontrach Gervinho celował tak, jak przed tygodniem, twierdza Etihad wreszcie by upadła…

3. Senegalska zagadka

Miejsce akcji: Newcastle. Czas: początek zeszłego sezonu. Efekt: Demba Ba strzela kiedy tylko chce i nie potrafi przestać. Pół roku później: przychodzi jego rodak Papiss Cisse i też trafia na zawołanie, ale… Ba zupełnie się zacina. Nowy sezon: U Ba odradza się instynkt strzelecki, ale… teraz nie strzela Cisse!

Senegalczycy w Newcastle nie mogą wspólnie odnaleźć drogi do siatki. W tej kolejce, już po golu Ba, koledzy wypchnęli Cisse do karnego, aby biedak się przełamał. Cisse przełamał, ale krzesełka na trybunach, bo właśnie tam, a nie w siatce skończył jego strzał z jedenastu metrów.

JEDENASTKA 5. KOLEJKI PREMIER LEAGUE

Tim Howard (EVE)

Rafael (MU), Mark Williamson (NEW), Jan Vertonghen (TOT), Ashley Cole (CHE)

Kevin Mirallas (EVE), Steven Gerrard (LFC), Marouane Fellaini (EVE), Gaston Ramires (SOU)

Rickie Lambert (SOU), Victor Anichebe (EVE)

P.S. Na facebookowym profilu bloga WnF dziś wrzuciłem zdjęcie powalonego przez wślizg Steve Sidwella… sędziego Lee Proberta. Warto to zobaczyć.

%d blogerów lubi to: