Archiwum

Posts Tagged ‘Michu’

Magik z boiska, magik z ławki

Michael Laudrup potrzebował nieco ponad pół sezonu, aby osiągnąć największy sukces w historii Swansea. Słynny Duńczyk wprowadził Łabędzie do finału Pucharu Ligi. Jego zwycięskie zmiany w walijskim klubie już przyciągają uwagę Chelsea i Realu Madryt.

Duński dynamit w Walii

Laudrupa w Swansea życie jak w Madrycie

Laudrup doskonale zna klimat wielkiego finału na Wembley. Razem z Barceloną smakował tam pierwszego w historii klubu Pucharu Europy w 1992 roku. Swansea City celebrowała mecze na angielskim stadionie narodowym tylko przy okazji turniejów niższej rangi. Przez ponad 100 lat swojego istnienia nigdy nie przebiła się do finału ogólnokrajowych pucharów.

Zwycięska kampania w Pucharze Ligi złożyła się m.in. z pokonania Liverpoolu na Anfield oraz Chelsea na Stamford Bridge. Nagrodą będzie starcie z fenomenalnym czwartoligowcem Bradford City już 24 lutego. Ostatni mecz Swansea z Bradford w 2007 roku odbył się w ramach rozgrywek trzeciej ligi i oglądało go nieco ponad 7 tysięcy widzów. Teraz 90 tysięcy fanów niecierpliwie rwie kartki z kalendarza, aby wreszcie udać się na legendarne Wembley.

Swansea osiągnęła historyczny sukces w pucharach, dobrze przędzie też w Premier League. Drużynie wróżono syndrom drugiego sezonu, który tak często dopada beniaminków. Po pierwszych, zaskakujących sukcesach, następuje nagły spadek. Obawy pogłębiło odejście menedżera Brendana Rodgersa, który wpoił Łabędziom nietypowe dla nowicjuszy długie utrzymywanie piłki. Rodgers swoją wizją przyciągnął sam Liverpool. Jego zastępcą został duński piłkarz wszech czasów.

Ewolucja wypiera rewoltę

Laudrup podpisał kontakt ze Swansea w dzień swoich urodzin. Klub i trener nie mogli się spodziewać, jak szybko okaże się to prezentem z marzeń. Walijski zespół upolował szefa z wielkim nazwiskiem. Jednak mnóstwo gwiazd z boiska fatalnie znosi przenosiny na szkoleniową ławkę. Magikom futbolu trudno pojąć, dlaczego innym tak duże problemy sprawiają rzeczy, które im przychodziły z dziecinną łatwością. O to rozbijały się trenerskie kariery Michela Platiniego lub Zbigniewa Bońka.

Ale Laudrup w Premier League idzie drogą Franza Beckenbauera lub Johana Cruyffa. Tak jak na boisku, sięga po sukcesy w roli trenera, choć dysponuje mocno ograniczonym potencjałem. Duża w tym zasługa prezesa Łabędzi, który dopasował nowego trenera do stylu posiadanej drużyny. Zamiast rewolucji, Laudrup wprowadził wymagane uaktualnienia w trybach ekipy Rodgersa. Dzięki temu na rywali czekała kolejna niespodzianka.

Czytaj dalej…

Migawki z 2012 roku (video)

Poprzedni sezon Premier League został wybrany najlepszym w historii rozgrywek. Nie bez kozery. 2012 rok w angielskim futbolu wypełniały chwile czystej ekscytacji, łez i śmiechu. Oto minione 12 miesięcy brytyjskiej piłki w pigułce (uwieńczone filmami z opisywanych wydarzeń).

Moment roku: gol Sergio Aguero przeciwko QPR

Manchester City potrzebował zwycięstwa u siebie nad walczącym o życie QPR, aby przypieczętować pierwsze mistrzostwo od 1968 roku. Wcześniej City wygrali 17 z 18 meczów na Etihad. Mimo oddania 42 strzałów, gospodarze do 92. minuty sensacyjnie przegrywali 1:2. Wtedy wyrównał Edin Dżeko. Trzy minuty później 44. strzał City w meczu, tym razem autorstwa Sergio Aguero sprowadził trofeum mistrzowskie z powrotem na Etihad. To był ostatni akt sezonu, jak się okazało – najważniejszy.

Piłkarz roku: Robin van Persie

32 ligowe gole w roku kalendarzowym – 20 dla Arsenalu i 12 dla Manchesteru United. Do tego dołożone dziewięć asyst. Van Persie sprzątnął innym indywidualne zaszczyty i został wybrany Piłkarzem Sezonu Premier League przez piłkarzy, dziennikarzy oraz kibiców. Holender w pojedynkę zaciągnął Arsenal na podium i Ligi Mistrzów. W poszukiwaniu trofeów przeniósł się na Old Trafford, gdzie współpraca z Waynem Rooneyem wydobywa z niego wszystko, co najlepsze. Sir Alex Ferguson dobrze wydał każdego pensa z 24 milionów funtów odstępnego za RVP.

Gol roku: Papiss Cisse przeciwko Chelsea

Bramka Senegalczyka najlepiej oddała fenomen Newcastle w pierwszej połowie roku. Sroki wytrwale biły się o strefę Ligi Mistrzów i robiły to spektakularnie. Cisse zapewnił zwycięstwo na stadionie Chelsea po rewelacyjnym uderzeniu z podbicia, które zaprzeczyło prawom fizyki i przelobowało Petra Cecha. Nawet przegrany w tym spotkaniu Didier Drogba nie omówił sobie szerokiego uśmiechu z powodu gola Cisse. – To była zdumiewająca bramka – zachwycał się menedżer Newcastle Alan Pardew.

Czytaj dalej…

Osiem wniosków z weekendu Premier League

Od londyńskich trenerów z bólem głowy, przez superpołowę w Reading i ważny powrót w Liverpoolu, po waleczne Kanarki. Weekend z Premier League jak zwykle dostarczył tony pytań i tematów do dyskusji. Zapraszam do prześledzenia moich ośmiu spostrzeżeń z angielskich boisk.

1. Przeciętniactwo Arsenalu

Marsz przeciwko obecnej polityce Arsenalu

Marsz przeciwko obecnej polityce Arsenalu

Arsenal nie zaczął sezonu tak źle jak teraz jeszcze nigdy za kadencji Arsene Wengera (w erze Premier League czarniejsze okazała się tylko kampania 1994/95). Lepiej było nawet przy upokarzającej inauguracji zeszłych rozgrywek, podsumowanej klęską 2:8 na Old Trafford. Nic dziwnego, że fani są poważnie rozgoryczeni. Pojawiły się już publiczne oznaki sprzeciwu – zorganizowano marsz pod hasłem „wykopania chciwości z futbolu„. Kibice łączą regularne wyprzedaże kluczowych piłkarzy i nadmierną oszczędność budżetową z siedmioletnim już brakiem sukcesów (wyrażanych w trofeach, a nie awansach do Ligi Mistrzów).

Kanonierzy siedzą obecnie na 10. miejscu w tabeli. –  Nie martwię się pozycjami. Do naszej gry musi wrócić odpowiednia jakość – zaznaczył Wenger. Jego słowa to odpowiednia krytyka dla zawodników Arsenalu. Londyńczycy nie tracą punktów przez pecha, złe decyzje sędziów lub wybitną klasę rywali. Na meczach Kanonierów w ostatnich tygodniach można złamać sobie zęby i doznać poważnych wykrzywień twarzy. Jedyny chlubny wyjątek, derby z Tottenhamem, można uznać za owoc gry prawie 3/4 spotkania w przewadze liczebnej po czerwonej kartce Emmanuela Adebayora.

Porażka u siebie ze Swansea przelała czarę goryczy. Wojciech Szczęsny musiał powybijać sporo strzałów zanim padł rażony główną bronią Łabędzi (o której w punkcie 6). Po skończeniu spotkania niezłą rozróbę w szatni wywołał asystent Wengera Steve Bould. – Zawiedliście nas i zawodzicie nas przez cały sezon – miał krzyczeć nr 2 w Arsenalu. – Nikt z was nie bierze na siebie odpowiedzialności.

2. Benitez w ślady Clougha? (nie chodzi o kolejny Puchar Europy)

Jeszcze podlejsze nastroje niż w Arsenalu panują u sąsiadów z zachodniej części stolicy Anglii. Chelsea znów dopadła jesienna depresja. Porażka z West Hamem była już siódmym kolejnym meczem ligowym bez kompletu punktów. The Blues są dodatkowo na skraju odpadnięcia z Ligi Mistrzów (jeśli wyjdą z grupy, przez miesiąc na blogu zamiast mojego avatara umieszczę facjatę Justina Biebera!). Tak złej serii w lidze Chelsea nie miała od 1995 roku – tu znowu zła dola łączy ich z Arsenalem.

Wcześniej Chelsea zdobyła 22 z 24 możliwych punktów i siedziała wygodnie na fotelu lidera. Teraz do pierwszego miejsca traci już 10. oczek i coraz bardziej wygląda na to, że w Anglii znowu ścigać będą się tylko dwa konie z Manchesteru.

W rolę ofiary dla mediów i rozwścieczonych kibiców wdzięcznie wpisuje się Rafa Benitez (bilans 0 zwycięstw, 2 remisy, 1 porażka). Zrzucanie winy na człowieka, który jeszcze dobrze nie poznał układu korytarzy w ośrodku treningowym Cobham wydaje się jednak wysoce przesadzone. Błędy Branislava Ivanovicia i Ashleya Cole’a przy trafieniach West Hamu w sobotę były wybitnie „niebenitezowskie” – on takich wpadek w obronie nie akceptuje.

Ale Benitez jest na drodze do powtórzenia scenariusza z filmu „Damned United”, w którym Brian Clough wytrwał zaledwie 44 dni u steru Leeds United (świetny obraz dla każdego sympatyka angielskiej piłki, polecam). Tam też trener przychodził do klubu na szczycie, który właśnie pozbył się ukochanego menedżera. Clough zmagał się z buntem piłkarzy, Benitez cierpi na relacjach z trybunami.

Roman Abramowicz, czy tego właśnie chcesz? – pytali kibice Chelsea obecni na Upton Park. Dla Beniteza kluczowe będzie spotkanie z Sunderlandem, po którym The Blues wylecą na Klubowe Mistrzostwa Świata. Bez kompletu punktów w najbliższą sobotę, Chelsea może wrócić z Japonii poza strefą Ligi Mistrzów i z paskudnie dużymi stratami do nadrobienia.

Czytaj dalej…

Emocjonalne deja vu

Jakim cudem przy takiej liczbie debiutantów i nowych trenerów odczucia po skończeniu pierwszej Premier League pozostają identyczne, jak te zostawione w maju? Dlaczego w Anglii mistrz kraju może przegrywać z beniaminkiem, by później wiernie odtworzyć comeback, który przeszedł do historii sportu? Jak w dziewięciu weekendowych meczach mieści się tyle historii do opisania? Premier League i jej magia wróciła. Ma się znakomicie.

Po niemal zakończonej pierwszej kolejce w głowie kołacze się milion wniosków. Padły pierwsze odpowiedzi, ale zrodziły się kolejne znaki zapytania. Trzeba jakoś ugryźć tę inaugurację w Anglii, wynotować to, co może wkrótce okazać się decydujące dla losów tytułu, europejskich pucharów lub spadku. Wnioski na razie są poparte małym materiałem dowodowym, więc proszę nie szydzić i nie skazywać mnie na stos w razie błędów. Zeszły rok Bolton zaczął od 4:0 na wyjeździe i spadł z ligi. Wolverhampton złapało się do czuba tabeli w trzech pierwszych kolejkach, drużynie wieszczono sprawny rozwój, a skończyło się na dnie. Nic, zaryzykuję…

Odświeżony Carlos Tevez będzie jednym z bohaterów sezonu

Tynfa temu, kto oglądał dwa ostatnie mecze ligowe Manchesteru City i nie miał zbieżnych myśli. Na Etihad przyjechały beniaminki – QPR i Southampton. Goście skazywani na pewną porażkę, ubrani w czerwono-białe koszulki. City strzela na 1:0 po golu Argentyńczyka (Zabaleta w maju i Tevez wczoraj). Rutyna, zaraz się zacznie rzeź niewiniątek. Dwa momenty słabości i 1:2 dla rywali. Ostatecznie The Citizens wyciągają wynik na 3:2 i każda gęba na Etihad o błękitnym sercu śmieje się od ucha do ucha. Niesamowite. Nie zdziwię się, jeżeli mecz Man City – Southampton już teraz nie zapewni sobie miana najlepszego spotkania sezonu. Chłopcy Roberto Manciniego rozpuszczają własnych kibiców. Jak fani teraz przełkną zwykłe 1:0, nie daj Boże 0:0, po nudnawej kopaninie?

Ale do rzeczy. City oczywiście nie powinni mieć takich trudności z wygrywaniem u siebie z przeciętniakami. Jednak to nie oznaka słabości. Jak znakomicie podsumowali to niezawodni ludzie z Match of the Day, gdyby w taki sposób wygrywał Manchester United, każdy zachwycałby się mistrzowskim charakterem. Powrót nie byłby możliwy bez dwójki Carlos Tevez – Samir Nasri. Duet marzeń kręcił całym show na Etihad. Ich akcje dały rzut karny, pierwszego gola, a sam Nasri dokończył dzieła. Tevez, podobnie jak w meczu o Tarczę Wspólnoty, biega jak bestia, niczym zupełnie nowy zawodnik w talii Manciniego. A propos talii – argentyński napastnik zrzucił parę kilo i wreszcie wygląda jak przedstawiciel piłkarskiej elity. A ja wieściłem mu pewne odejście w niebyt. Dziś skaczę podekscytowany jego zagraniami jak nastoletnia fanka Justina Biebera. Serce kibica szybko wybacza.

Hazard zbyt sprytny jak na możliwości Wigan

Dość o mistrzach Anglii, o nich jeszcze będzie czas nakreślić parę słów. Pierwsza kolejka ligowa = debiutanci. Szczególnie zajmujący są ci, którzy dopiero pierwszy raz prezentują się na arenie Premier League. Wzorowo inaugurację rozegrali Eden Hazard, Michu i Mladen Petrić. Belg z Chelsea potrzebował kilkudziesięciu sekund na asystę w nowej lidze. Chwilkę później kilka zgrabnych zwodów wystarczyło do rzutu karnego. The Blues z trzema punktami, Hazardem zapowiadającym się na pierwszorzędnego technika i kreatora, dynamicznym Fernando Torresem. Jeśli ktoś może rzucić wyzwanie Manchesterom, to musi być Chelsea.

Wybuch formy Michu ze Swansea również nie powinien dziwić. Przed sezonem chyba każda zapowiedź lub ocena transferów w Anglii zawierała adnotację, że dwa miliony funtów za autora 15 goli w zeszłych rozgrywkach La Liga to znakomity interes. Hiszpan ruszył z kopyta. Strzelił dwie bramki, a jego Swansea z Michaelem Laudrupem na ławce przejechało się po faworyzowanym QPR. Dwoma golami z Anglią przywitał się i Petrić. Były wojażer niemieckich boisk to już 31-latek, ale w Fulham może z powodzeniem wypełnić lukę po Andym Johnsonie i Pawle Pogrebniaku.

Równie wybuchowy debiut zaliczył Steve Clarke na ławce menedżerskiej West Bromwich Albion. Już na dzień dobry dostał okazję do zemsty na Liverpoolu, który pożegnał się z nim przez telefon. WBA wygrało 3:0, choć mogło 5:0. Ale równie dobrze zwycięstwo mógł wyrwać Liverpool. The Reds pod wodzą Brendana Rodgersa pokazali seryjki krótkich podań, rozgrywali piłkę od własnej obrony. Tak jak rok temu, nad boiskiem fruwał Luis Suarez. Tak jak rok temu, Urugwajczyk też mocno pudłował. West Brom zachowało cierpliwość i wykończyło gości prostą taktyką. Do obrony wracał cały zespół prócz wysuniętego napastnika. Gdy The Reds tracili piłkę, szybkie podanie dawało atakującemu WBA możliwość biegowych pojedynków ze stoperami. Shane Long ośmieszał Martina Skrtela (Słowak zaliczył najgorszy występ, w jakim go widziałem), potem wyrzucił z murawy Daniela Aggera. Gdy Long już oddychał rękawami, na plac gry wszedł Romelu Lukaku, ale strategia pozostała taka sama. Silny i przebojowy napastnik wypożyczony z Chelsea rozstawiał defensywę Liverpoolu po kątach. Nie zdziwię się, jak młody Belg skończy sezon w czołówce strzelców całej ligi.

Lukaku (w powietrzu) porozstawiał defensywę Liverpoolu

Podobnych historyjek można pleść bez końca. Kreatywny Santi Cazorla w środku pomocy bezzębnego (na razie) Arsenalu… Rob Green przypominający o koszmarnej wpadce z Mundialu 2010… Debiutujący w Premier League Adam Federici z Reading, który stworzył nową definicję maślanych rąk… Powrót do strzelania po miesiącach posuchy Demby Ba z Newcastle…

Federici robi piękny koszyczek, tyle że piłka już za nim

Oj, droga Premier League. Zmieniły się niektóre twarze, przyszli inni trenerzy, pojawiły się nowe kluby. Poziom emocjonalny pozostał bez zmian i nie może z nim rywalizować żadna inna liga świata.

%d blogerów lubi to: