Archive

Posts Tagged ‘Newcastle’

Jak ukarać Pardewa?

Alan Pardew obudził u większości obserwatorów w Anglii nutkę moralisty. Jak bardzo ukarać trenera, który haniebnie zaatakował piłkarza Hull City Davida Meylera? Na ile wycenić jego oczywisty przecież grzech?

Krótkie przypomnienie lub streszczenie. Newcastle prowadzi na wyjeździe 3:1, gdy w 72. minucie gry Meyler biegnie po piłkę wyrzuconą na aut i wchodzi na szlak kolizyjny z Pardewem. Krótka przepychanka i wymiana słów prowadzi do dynamicznego ruchu głową trenera Srok w stronę gracza Hull (ang. headbutt). Pardew wylatuje na trybuny, Meyler dostaje żółtą kartkę. Piłkarska Anglia eksploduje.

Ceniony Henry Winter z „The Daily Telegraph” wycenia to przewinienie Pardewa na zawieszenie do końca sezonu – 10 meczów. –  FA musi działać zdecydowanie i, aby zachować wiarygodność, wykluczyć Alana Pardewa, menedżera Newcastle, z pobytu na stadionach piłkarskich do końca sezonu – pisze. Podobnie sprawę widzi analityk BBC Robbie Savage (były agresor boisk Premier League, nomen omen). – Pardew nie powinien pojawiać się na stadionach przez 10 ostatnich meczów w sezonie Newcastle. Jak można zarządzać grupą piłkarzy, gdy zrobiło się podobną rzecz jednemu z ich kolegów? – pyta Savage.

Błyskawicznie zareagowało samo Newcastle, które wlepiło trenerowi 100 tysięcy funtów grzywny (mocne) i udzieliło oficjalnego ostrzeżenia. Pardew pozostał na swoim stanowisku, mimo że niektórzy, jak Graeme Souness, domagali się natychmiastowego zwolnienia. Swoje dołoży jeszcze angielska federacja, która już zapowiedziała ukaranie Anglika, nie wiadomo jeszcze w jakim wymiarze. Podobno FA widzi sprawę jako większe przewinienie niż popchnięcie sędziego przez Paula Ince’a, za które ten niedawno dostał pięciomeczowe zawieszenie.

Pierwsza reakcja była oczywista – cóż ten Pardew uczynił?! Jednak z każdym dniem coraz mniej podoba mi się publiczny ostracyzm Anglika. Zasłużył na znaczącą karę, ale w racjonalnych proporcjach do przewinienia. Naruszył nietykalność cielesną swojego kolegi z profesji, a na to nie ma miejsca. Bez cienia wątpliwości. Pomogło mu zdecydowanie to, że Meyler przyjął sprawę jak twardziel i zamiast rolowania po ziemi postanowił słownie odgryźć się trenerowi. Do eskalacji nie doszło po szybkiej interwencji innych graczy.

Bardzo wygodnie jest jednak robić z niego kozła ofiarnego. Zachowanie Pardewa, choć wyjątkowo głupie, nie było przecież bardzo agresywne i w żaden sposób nie mogło uszkodzić piłkarza. Cios głową jest przecież przewidywalny, wolny i dość słaby – słusznie ludzie z podcasta Football Weekly ocenili go bardziej jako gest niż faktyczny cios.

Czy nie dużo groźniejsze są ataki z czystą premedytacją na nogi rywala w „rytmie meczowym”? Czy nie gorsze są rasistowskie gesty lub odzywki? Nicolas Anelka dostał niedawno pięć meczów zawieszenia od FA za gest „quenelle”, który ma zabarwienie antysemickie. Samo ukaranie go za ten ruch wskazuje, że federacja odebrała go za obelżywy. Jak więc TAKIE coś może być wycenione dwa razy słabiej niż działanie Pardewa? Przypomnijmy też, że Jose Mourinho za wbicie palca w oko Tito Vilanovy (to dopiero groźne) dostał 600 euro grzywny i zawieszenie na… dwa spotkania.

Skłaniam się ku słowom byłego prezesa Newcastle Freddy’ego Sheperda. – On przeprosił i nie powinien tego robić. To było szalone, ale dostanie karę i będzie się z tym zmagał do końca życia. Dwadzieścia milionów ludzi to oglądało i wydaje mi się, że FA zechce zrobić z niego przykład – powiedział. Też się tego obawiam, że Pardew zostanie czarną owcą angielskiej piłki, choć natychmiast ruszył z akcją przepraszania i całkowitego przyznania do winy oraz gotowości do zmierzenia się z konsekwencjami.

Z pewnością Pardewowi nie pomaga dawna historia wybuchów na ławce trenerskiej. Słynne są już jego starcia słowne z Arsenem Wengerem, Martinem O’Neillem i niedawne z Manuelem Pellegrinim (którego nazwał dosłownie, wybaczcie „starą, pierdoloną cipą”). Półtora roku temu dostał 20 tysięcy funtów grzywny i dwa mecze zawieszenia za popchnięcie asystenta sędziego. Z pewnością ma kłopoty z okiełznaniem swojego temperamentu, ale stawianie jego najnowszego grzechu nad akcje Mourinho lub Anelki to duża przesada. Inna kwestia to wpływ zachowania trenera na opinię zawodników, o którą pyta Savage. Kwestia utrzymania dyscypliny przez Pardewa zależy od wielu czynników, których nie znamy – jego posłuchu, dotychczasowej pozycji, rozliczenia i rachunku sumienia przed zespołem. Moim zdaniem zasługuje na szansę, tym bardziej, że popierają go wyniki sportowe. Co o tym sądzicie?

PS. Najdziwniejsze w całej sprawie jest to, że cała sytuacja przytrafiła się, gdy Newcastle spokojnie wygrywało trudny mecz wyjazdowy i zaczynało się otrząsać po stracie Yohana Cabaye’a. Ich świetny występ przyćmiła debata o Pardewie. Szkoda, bo tegoroczne odrodzenie Srok to jedna z ważniejszych historii w tegorocznym sezonie Premier League.

 

Francuska enklawa na północy Anglii

Alan Pardew otworzył w Newcastle kolonię francuską. Za garść orzechów sprowadził przedstawicieli Ligue 1, którzy już zaczęli dla niego wygrywać. A jeszcze siedem lat temu menedżer przestrzegał przez nadmiernymi inwestycjami za granicą.

Sissoko z miejsca stał się hitem w Newcastle

Newcastle United chce przywrócić dobre imię francuskiej armii. Klub z Anglii misję ratowania ligowego bytu powierzył trójkolorowym rekrutom. W styczniu do Newcastle wybrało się pięciu Francuzów z Ligue 1. Zaciąg zaczął się od porażki u siebie z walczącym o utrzymanie Reading.  Sroki pozyskały dwóch reprezentantów Francji – Mathieu Debuchy’ego i Moussę Sissoko. Poza nimi kupiono młodych gniewnych, z których żaden nie kosztował więcej niż 7 mln funtów.

Francja, supermarket z przecenami dla Newcastle – grzmiała gazeta L’Equipe. Francuzi nie mogą przeboleć, że nawet drużyna walcząca o życie w Premier League bez problemu zabiera krajowe talenty.

Gigant z przeceny

Jeszcze na początku roku menedżer Pardew wykorzystywał w składzie dwóch Francuzów. Na spotkanie z Chelsea wysłał do boju już szóstkę. Dramatyczne zwycięstwo nad londyńczykami w 90 minucie zapewnił Sissoko. 22-letni pomocnik strzelił dwa gole. Wcześniej stale wyszukiwał wolną przestrzeń tuż przed obroną The Blues. Gdy brakowało mu miejsca na środku, chętnie schodził na jeszcze luźniejsze boki. Sama mecz z Chelsea usprawiedliwił wydanie 1,8 mln funtów na Sissoko.

16 miesięcy temu zobaczyłem Moussę po raz pierwszy. Od tamtej nocy chciałem go u nas – przekonuje menedżer Pardew. Sissoko zagrał dla nowego trenera w dwóch zwycięskich meczach. W debiucie asystował przy pierwszej bramce. Komplet punktów odmienił drużynę, która przegrała 12 z 16 wcześniejszych spotkań we wszystkich rozgrywkach.

Czytaj dalej…

Demba Ba nie pada na kolana

Ma zniszczone kolano, gorliwie się modli, kocha syrop truskawkowy i strzela mnóstwo goli. Zatrudnienie Demby Ba to olbrzymie ryzyko dla każdego klubu ze względu na chroniczną kontuzję. Jednak Senegalczyk sowicie odpłaca się wszystkim, którzy na niego stawiają.

Przekleństwo i błogosławieństwo

Ba na kolanach tylko podczas modlitwy 

Zwykły piłkarz mógłby nie wytrzymać informacji, że śruba wmontowana przy operacji omyłkowo zdewastowała jego kolano. Ale nie Ba. Nowy napastnik Chelsea siły szuka w religii, modląc się pięć razy dziennie i przestrzegając zasad islamu. Codzienna walka stworzyła u niego niezłomny charakter. – To najsilniejszy psychicznie piłkarz, z którym pracowałem – przyznał były trener Alan Pardew.

Chore kolano sprawiło, że Chelsea wyłożyła ledwie siedem milionów funtów za piłkarza, który w lidze angielskiej zdobył 36 goli w 66 meczach. Fernando Torres w tym samym okresie trafił do siatki 14 razy. Przezwyciężanie przeciwności losu pomogło Senegalczykowi przejść z czwartej ligi francuskiej do ekipy mistrzów Europy w ciągu ledwie siedmiu lat.

Jednak wcześniej uraz Ba sprawiał mu same przykrości. – Zdjęcie kolana Demby wygląda fatalnie – przyznał Pardew. To odstraszyło dwóch nabywców, którzy chcieli wyrwać piłkarza z Hoffenheim. Najpierw Senegalczyk oblał testy medyczne w Stuttgarcie, a później we Stoke. Menedżer tego drugiego klubu Tony Pulis określił kolano Ba mianem „tykającej bomby zegarowej„. – Jestem niesamowicie rozczarowany – mówił Pulis po fiasku transferowym. – Wystarczy spojrzeć na jego świetny bilans strzelecki. Ale rozmawiamy o dużych pieniądzach. Znaleźli coś, co później może stworzyć kłopoty.

Czytaj dalej…

Radość z goli, czy płacz nad obroną?

41 goli w 10 meczach Premier League. Ekscytacja znów wylewała się z boisk ligi angielskiej, ale w Nowy Rok wchodzę nieco zaniepokojony. Czy obrona na Wyspach stała się sztuką zapomnianą? Optymizm przywracają jednak ożywione i miłe wspomnienia. Zapraszam do podsumowania ostatniej kolejki ligowej w niezwykłym 2012 roku.

1) Rozpacz defensywna

Nie ma już za kim gonić, Clincie Hillu

Newcastle strzeliło po trzy gole na Old Trafford i Emirates Stadium. Wyjechało bez punktów i z bagażem 11 straconych bramek. Aston Villa w trzy kolejki w przeciągu tygodnia dała sobie nawrzucać 15 trafień (w sobotę przy stanie 0:3 kibice zaczęli wychodzić ze stadionu już w 57. minucie!). Gole stanowią sól piłki nożnej. Decydują o wygranej i porażce. Ich oglądanie dla neutralnego kibica jest wciągające, ale czy nie warto zastanowić się jakością brytyjskich formacji obronnej?

Trzeba wrócić do lutego 2011 roku, aby odnaleźć kolejkę bardziej obfitującą w celne strzały. Worek bramek, szczególnie ten tracony przez liderów ligi (Manchester City i Arsenal po trzy), musi wyjątkowo cieszyć konkurencję w Europie.  W Bundeslidze najlepsza obrona (Bayern) dała sobie wbić siedem bramek w 17. kolejkach, w Serie A ( Juventus) 11 w 18. kolejkach, a w La Liga (Malaga) 12 w 17. kolejkach. Angielscy liderzy ze Stoke stracili w 20 meczach już 17 gola. W miniony weekend nie zrobili najlepszej reklamy angielskiemu futbolowi, jako najlepsza defensywa ligi. Zawstydzające pomyłki i samobój The Potters pozwoliły słabemu na wyjazdach Southamptonowi wywieźć remis 3:3.

W Anglii piłka wpada do siatki po błędach indywidualnych (prezent Jamesa Collinsa dla Reading), złej asekuracji (dowolnie wybrana bramka przeciwko Newcastle), przegranej walce po dośrodkowaniach (Arsenal) – całe spektrum błędów. Popisowe występy Vincenta Kompany’ego i Sylvina Distina stanowiły tylko wyjątek od reguły (ich kluby i tak straciły łącznie pięć goli). Prawdziwą tragedię defensywną zaserwowało QPR w pół godziny po rozpoczęciu meczu u siebie z Liverpoolem. Antybohater nr 1, Clint Hill, trafił na długą już listę ofiar traumy spowodowanej Luisem Suarezem. Stoper Rangersów przyczynił się do wszystkich trzech trafień The Reds. Defensywa The Hoops była zupełnie rozbita, a najlepiej podsumowała to reakcja Armanda Traore, który przy drugim trafieniu gości zwyczajnie rozłożył ręce…

Czystym kontem popisał się Manchester United, ale w tym sezonie klub dzisiejszego jubilata sir Alexa Fergusona (wszystkiego najlepszego!) już sporo nagrzeszył karkołomną obroną. Efekty dobitnie pokazała tegoroczna Liga Mistrzów, gdzie Chelsea i Manchester City zostały zwyczajnie rozklepane taktycznie, a Arsenal pokpił szansę na wyjście z łatwej grupy z pierwszego miejsca. Nie zdziwię się zupełnie, gdy w marcu 2013 w europejskiej elicie będzie próżno szukać jakiegokolwiek brytyjskiego przedstawiciela. Nie teraz, nie z takimi defensywami.

Czytaj dalej…

Świąteczny karp po angielsku

Tekst ukazał się na stronie internetowej tygodnika „Piłka Nożna” – zapraszam.

Polskie święta to góra jedzenia z workiem prezentów. Anglicy dokładają do tego szał piłkarski. W Premier League zaczyna się morderczy kalendarz spotkań. Cztery kolejki upchane w ledwie 11 dni. Jak wpłynie to na losy tabeli?

Cios Fellainiego zapewnił mu wolne święta

Przez ten czas Premier League serwuje tylko jeden hit wrzucający do akcji dwa zespoły z pierwszej szóstki ligi. 30 grudnia należy zerknąć na zmagania Evertonu z Chelsea. Tym bardziej, że dla The Blues obiekt klubu z niebieskiej części Liverpoolu stanowi prawdziwą stajnię Augiasza – Chelsea przegrała tam trzy poprzednie mecze ligowe. Everton będzie musiał sobie radzić bez lidera Marouane Fellainiego. Belg dotąd terroryzował obrony rywala w sportowej walce, ale ostatnio zinterpretował to zadanie zbyt dosłownie i zaatakował głową Ryana Shawcrossa. Władze zawiesiły go na trzy mecze.

Kto wygra, kto spadnie?

Tylko jeden szlagier nie oznacza, że końcówka grudnia jest bez znaczenia. Okres ten odgrywa kluczową rolę podczas walki o utrzymanie w lidze. Ostatni zespół na przełomie roku niemal na pewno z hukiem zleci z Premier League. Działo się tak w 17 z 20 przypadków w historii rozgrywek. O uniknięcie roli czerwonej latarni w Nowy Rok walczą Reading z Queens Park Rangers. Ci pierwsi notują obecnie wyjątkowo paskudne wyniki. The Royals przegrali sześć meczów z rzędu. Porażka z Arsenalem obnażyła ich największą słabość – beznadziejną obronę. Pozwalając Kanonierom na pięć goli gracze Reading udowodnili, jakie szkody może przynieść statyczność defensorów w polu karnym.

Nieco lepszą sytuację ma QPR. Po zmianie menedżera na Harry’ego Redknappa, znanego z Tottenhamu, Rangersi przestali notorycznie przegrywać. Po 17. długich kolejkach wreszcie zanotowali pierwszy triumf, którego ojcem był zdolny Adel Taarabt. Teraz QPR musi solidnie nadrobić straty do bezpiecznego miejsca, bo od połowy stycznia ich lider wyjedzie na Puchar Narodów Afryki.

Grudzień zwykle decyduje o spadku z ligi, ale sprawa mistrzostwa nie jest już tak jasna. Drużyny przodujące stawce w Nowy Rok dziewięć razy kończyły sezon w chwale, a 11-krotnie dawały się wyprzedzić. Trzęsące Premier League kluby z Manchesteru mają przyjemny kalendarz spotkań, więc nie powinny nagle tracić masy punktów. Mecze Manchesteru United w okresie świąteczno-noworocznym dadzą kibicom szansę na oglądanie pojedynków najdokładniejszych strzelców ligi: Robin van Persie będzie się mierzył z Michu (Swansea) i Dembą Ba (Newcastle).

Czytaj dalej…

Wynik prawdę ci powie?

Odświeżające, że w Anglii tym razem obyło się bez dziwacznych wyników 4:4, 5:3 lub innych 8:2. W momencie, którym zaczęto wątpić nad realną jakością Premier League, nadeszła kolejka solidniejszej obrony. Choć wyniki tej serii spotkań nie zawsze oddawały realny przebieg zdarzeń.

Kto by tęsknił za Darrenem Bentem skoro jest Christian Benteke

Liverpool przegrał u siebie z Aston Villą 1:3. Nici z przewidywanej passy łatwych meczów, która miała zacząć się zwycięstwem nad The Villans, a później rozłożyć się na świąteczno-noworoczne starcia z Fulham, Stoke, QPR i Sunderlandem. 1:3 na Anfield brzmi koszmarnie, trzeba to przyznać. Jednak kto widział pierwsze pół godziny tego spotkania powinien złapać się za głowę nad ostatecznym rozstrzygnięciem. Już w komentarzach do poprzedniego wpisu sugerowaliście dobry początek The Reds. Dobry to mało powiedziane. Liverpoolczycy fruwali jak jeszcze nigdy w tym sezonie. Poświadcza to osoba, która widziała każdy ich mecz Premier League 2012/13. Kombinacje i szybkość ataków napędzanych przez Raheema Sterlinga, Luisa Suareza i wreszcie ofensywnego Stevena Gerrarda musiały robić wrażenie.

The Reds nie klepali powoli krótkich podań, a każdą okazję do zaskoczenia pięcioosobowej obrony Villi (grającej w systemie 3-5-2) wykorzystywali do błyskawicznych natarć. Znakomicie w ataku wyglądał Stewart Downing z pozycji lewego obrońcy, tak samo Glen Johnson z drugiej strony.

Futbol stanowi specyficzną dyscyplinę sportu, w której drużyna zbierająca ostre cięgi, zmuszona do rozpaczliwej obrony może wciąż wygrać. Dominacja zwiększa radykalnie szansę na gole, ale o niczym nie przesądza. Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy bezbronna i błagająca o litość Aston Villa zapakowała bramkę w swojej pierwszej sensownej akcji. Christian Benteke dostał odrobinę za dużo miejsca i się stało. Dziesięć minut później zabawa się skończyła. Kapitalna kombinacja Benteke z Andreasem Weimannem zwieńczyła dzieło. Wyczyny Belga w ataku Villi nie powinny specjalnie nikogo zdziwić – jego wpływ na zespół i dużo większą wartość od Darrena Benta tłumaczyłem we wcześniejszym wpisie.

Czytaj dalej…

Plan doskonały w Newcastle?

Menedżer Alan Pardew przedłużył kontakt z Newcastle. News jakich setki w ciągu piłkarskiego tygodnia. Sprawa robi się ciekawsza, gdy na jaw wychodzi długość nowej umowy – aż osiem lat. Czy w czasach intensywnej rotacji ludzi na trenerskich stołkach jest sens podpisywać tak rozlazłe kontrakty?

Mam ten kontrakt?!

Polakom podobna informacja kojarzy się z Krakowem. W 2006 roku Wojciech Stawowy na 10 lat związał się z Cracovią, by wylecieć po pracy po… miesiącu. Długoterminowe plany nie przetrwały prób negocjacji w sprawie… obozu przygotowawczego. Dla Anglików takie historie też nie są obce. Sam Allardyce z Boltonem oraz Kevin Keegan z Newcastle także mieli przetrwać dekadę. Poszło im nieco lepiej niż Stawowemu, bo pierwszy został na sześć, a drugi trzy lata.

Teraz próbuje Pardew. Newcastle postanowiło zatrzymać w klubie cały sztab szkoleniowy do sezonu 2019/2020. Wcześniej na ten sam okres ze Srokami związał się szef scoutingu Graham Carr.

Właściwy człowiek

Podobne związki w piłce nożnej zdarzają się bardzo rzadko. Nie dotyczą przypadkowych osób. Pardew swoją przyszłość zabezpieczył poprzednim sezonem. Jego Newcastle skończyło ligę na piątym miejscu, nad mistrzami Europy Chelsea. Dzięki temu 51-latek zgarnął tytuł Menedżera Roku w Premier League.

Za piąte miejsca zwykle hołubi się tylko dzieci w rozgrywkach o panowanie w przedszkolu. Jednak lokata Srok była godna aplauzu. Pardew musiał przewietrzyć całą szatnię, wciąż nieświeżą po niedawnym spadku z angielskiej ekstraklasy. Sprzedał podstawy dawnego zespołu – kapitanów Kevina Nolana i Joey’a Bartona oraz Jose Enrique i Andy’ego Carrolla. Wydawało się, że sam znacząco utrudnia swoje zadanie, a w Newcastle miał pod górkę od pierwszej chwili. Kontrowersyjny właściciel Mike Ashley dał mu posadę, zwalniając Chrisa Hughtona – ojca awansu z Championship i ulubieńca kibiców. W ankiecie Sky Sports ledwie 5,5% z 40 tysięcy głosujących widziało go w roli menedżera Srok.

Po traumie związanej z spadkiem, klub wprowadził nową politykę transferową. Zamiast sprowadzania znanych, ale już przyblakłych gwiazd (np. Michael Owen lub Obafemi Martins), na St. James’ Park zaczęli trafiać zawodnicy o zinnej charakterystyce. Pardew we współpracy ze wspomnianym Carrem, zaczął szperać wśród piłkarzy nieprzepłaconych, najchętniej spoza Anglii. Za rozsądne pieniądze wziął Yohana Cabaye’a i Papissa Cisse, za darmo Dembę Ba. Wykrzesał też pełnię talentu z Hatema Ben Arfy i Cheicka Tiote, odziedziczonych po Hughtonie.

To wszystko przekonało rządzących na St. James’ Park, że Pardew ma, przynajmniej w zapowiedziach, pchać wózek Newcastle przez najbliższe osiem sezonów. – Jeśli spojrzymy na kluby jak Manchester United i Arsenal, Sir Alex Ferguson i Arsene Wenger pokazali, że stabilizacja jest podstawą do sukcesów. Właśnie ten model chcemy naśladować – mówi dyrektor klubu Derek Llambias. Sroki wzorce mogą czerpać też z Evertonu, gdzie pracujący ponad dekadę David Moyes regularnie posyła klub w wysokie rejony tabeli, mimo że co roku bogatsi wyciągają mu liderów drużyny.

Olbrzymi kredyt zaufania ma pozwolić Pardewowi na myślenie długoterminowe. Brak gwałtownych zmian ułatwia zatrzymywanie w drużynie ważnych postaci, a także skupienie się na szkoleniu kolejnego pokolenia bohaterów Newcastle. – W akademii są 10-latkowie, którzy mogą zadebiutować w Newcastle u Alana. Stabilizacja daje szansę temu klubowi – ocenia doświadczony w tej materii Moyes. Sroki widzą w Pardewie człowieka gotowego do zapełnienia klubowej gabloty pierwszym trofeum od Pucharu Miast Targowych z 1969 roku.

Egzamin z wierności

Nie można wciąż zmieniać trenera, gdy ma gorszą serię. To bez sensu. Chcemy zmienić ten trend w futbolu. Osiem lat… tak musimy zrobić – dodaje Llambias. Piękne słowa, ale na razie nijak poparte czynami. Właściciel Ashley przed Pardewem w ciągu pięciu sezonów siedem razy zmieniał szefa szatni. Dlatego huczne zapowiedzi będą prawdziwym testem cierpliwości w Newcastle. Gdy jej zabraknie, z długich perspektyw zostanie tylko nadmiernie wybujała rekompensata do zapłacenia zwolnionemu trenerowi.

Nie jest też powiedziane, że sam Pardew wytrwa cały ten czas na jednym miejscu. 51-latek otwarcie marzy o roli selekcjonera Anglii. Wcześniej z niesmakiem odszedł z Reading, które opuścił w popłochu po zalotach większego West Hamu. Ograniczony budżet znacznie utrudnia walkę o puchary, więc i Pardew musi wykazać się wytrwałością. Tym bardziej, że jego małżeństwo z Newcastle jak dotąd przypominało piękny miesiąc miodowy, bez żadnych kłótni. W ciągu ośmiu lat przyjdą ciche dni i one będą najlepszym sprawdzianem dla drogi obranej przez Pardewa i Newcastle.

[Pełne osiem lat kadencji] będzie świetne dla klubu, ponieważ to znaczy, że przyniosłem sukcesy ­- uważa Pardew. Choć historia długoterminowych kontraktów nie napawa optymizmem, powodzenie Newcastle może zapoczątkować odświeżający trend i zatrzymać rozszalałą karuzelę trenerską.

%d blogerów lubi to: