Archiwum

Posts Tagged ‘obrona Chelsea’

Redefinicja Mourinho

Trudno będzie mi się wznieść na bardziej adekwatny komentarz starcia kolejki, dla niektórych meczu o mistrzostwo Anglii od twitta Gary’ego Linekera w przerwie gry.

Trenerski popis jednego aktora przyćmił występy plejady bohaterów Chelsea, o których też koniecznie trzeba wspomnieć. Etihad Stadium okazało się w tym sezonie sceną dla wielkich występów trzech ludzi. Najczęściej bryluje tam świta Manuela Pellegriniego, która tylko dwa razy dała się pozbawić głównych ról na rzecz gości. Raz Etihad rządził Pep Guardiola i Bayern w meczu największej dominacji 2013 (1:3 dla Bawarczyków). Drugi raz udało się to Jose Mourinho.

Zwycięstwo Chelsea nie jest oczywiście żadną sensacją, ale mimo to sporym zaskoczeniem. Przecież wcześniej Manchester City wygrywał tu 11 razy z rzędu, strzelił 42 gole. Pewnie większość z nas spodziewała się bardziej pomeczowych docinek w stronę Mourinho dotyczących jego hipokryzji w ocenach gry rywali. Przecież jeszcze w środę Portugalczyk punktował West Ham za „futbol z XIX wieku” i zabijanie rywalizacji na najwyższym poziomie. Zaparkowany autobus przed bramką The Blues to był najpewniejszy scenariusz w przypadku, gdyby Chelsea miała wywieźć coś z Manchesteru. Całe szczęście, że stało się inaczej… Mourinho zwyczajnie zabronił nam o sobie źle myśleć.

Wątpliwości budziła pierwsza jedenastka The Blues, gdzie wydawało się, że zagrają trzema defensywnymi pomocnikami w bardzo hermetycznie zamkniętym i wycofanym systemie. Mourinho zwiódł nas jednak rolą Ramiresa. Zamiast schować go obok Nemanji Maticia oraz Davida Luiza (świetnych przy okazji), menedżer gości wypchnął szybkonogiego i niezmordowanego Brazylijczyka na jedno ze skrzydeł. Pierwsza z kapitalnych decyzji. Gdy wydawało się, że Chelsea swoje ataki będzie przeprowadzać garstką piłkarzy, do każdej z kontr (wielu, wielu, wielu) ruszała z przynajmniej czwórką żołnierzy.

Najbardziej zaskakująca okazała się wyrwa w środku boiska, którą zostawili gospodarze. Przez wymuszoną absencję Fernandinho swoją szansę w pomocy dostał Martin Demichelis, dziś obiekt największych drwin/krytyki w piłkarskiej Anglii. To w niej najczęściej popisywali się Eden Hazard (11/16 w dryblingach) lub Willian (6 kluczowych podań). Już w 8. minucie The Blues pruli w kontrze w przewadze liczebnej. Niecałe 20. minut później popełnili kardynalny grzech zaniedbania, gdy łatwo zmarnowali okazję czterech na jednego plus bramkarz. Nie zemściło się jednak i w końcu wepchnęli swojego gola po zaskakującym strzale lewą nogą Branislava Ivanovicia.

Imponujące kontry chłopców Mourinho brały się przede wszystkim ze znakomitego przygotowania obrony. Gdy trzeba było, już do obrońców Manchesteru City dopadało kilku graczy rywali, którzy zamykali bezpieczne ścieżki podań. Sporo wiedzy dostarczyła mowa ciała graczy City pod koniec pierwszej połowy, gdy z bezsilności okopywali auty. Gdy zachodziła potrzeba, udanie absorbowali ataki gospodarzy. The Citizens, zwykle z całym wachlarzem opcji ofensywnych, tutaj ograniczyli się do jednej groźnej broni. Były ją groźne, płaskie wstrzelenia piłki ze strony włączającego się do akcji Aleksandara Kolarova. Nie istniał Alvaro Negredo lub Edin Dżeko, którym jakąkolwiek dominację w powietrzu z głowy wybił Gary Cahill. Choć w tygodniu Mourinho „najlepszym obrońcą Premier League” nazwał jego kolegę z linii Johna Terry’ego, w poniedziałek zjawiskowy był ex-piłkarz Boltonu. Zobaczcie sami na wykresie. Oto wytłumaczenie tej masy zielonych kółek: 16 wybić piłki, 2 zablokowane strzały, 1 przechwyt.

Gary Cahill – idealnie ustawiony

W tym meczu padł tylko jeden gol, ale widowisko nijak można nazwać nudnym. Chelsea trzykrotnie ostrzelała słupek lub poprzeczkę, co jest wyrównaniem tegorocznego rekordu Premier League.

Na początku sezonu wytypowałem Chelsea do tytułu mistrzowskiego w Anglii. Coś musi być na rzeczy, gdy Mourinho spycha presję na rywali z Manchesteru i sam głośno o tym nie mówi. Przyznam, że niedawno uznałem za niesprawiedliwe jakiekolwiek inne rozwiązanie niż tytuł dla City. Trzeba przecież nagradzać kolejne pogromy, olbrzymi polot w ofensywie, który pozwala im choćby dwukrotnie stłamsić silny przecież Tottenham. Jednak… czy taką estymą otaczać zespół, który okazuje się tak bezbronny w największych sprawdzianach sezonu (Bayern i Chelsea). Trudno powiedzieć i całe szczęście, że nie mnie przyjdzie o tym decydować.

Reklamy

Plany małżeńskie Beniteza i Chelsea

We wtorkowe popołudnie za nic w świecie nie pomyślałbym, że niedługo zobaczę ostatni mecz ery Roberto di Matteo w Chelsea (z Juventusem). Wówczas obecność Rafy Beniteza na trenerskiej ławce niedzielnym meczu The Blues z Manchesterem City wydawała się żywcem wyciągnięta z książki Stanisława Lema. Science-fiction. Brzytwa Romana Abramowicza nie zna litości i oto zupełnie niespodziewany zwrot w najnowszej historii klubu ze Stamford Bridge.

Di Matteo wytrwał na gorącym krześle Chelsea ledwie 263 dni. Właściciel klubu nie zawahał się odciąć głowy trenera, który zrealizował jego sen o Lidze Mistrzów. Cztery porażki w ośmiu meczach okazały się nie do przyjęcia. Di Matteo wylądował po laniu w Turynie, a o 4.00 już oczyścił biurko ze swoich rzeczy.

Zastąpił go Benitez, który wraca do piłki po dwuletnim wygnaniu od trenerki. – Powodem (dla którego nie trenowałem przez dwa lata) jest poszukiwanie czołowej drużyny, która walczy o trofea. Nie ma wielu zespołów, które o nie walczą, więc musiałem czekać. Odrzucałem oferty z całego świata, ponieważ szukałem właściwej okazji. Gdy pojawia się taka szansa, trzeba ją wziąć. Nie martwię się o krótkoterminową umowę. Byłem w Hiszpanii i Włoszech, gdzie zmieniają trenerów, co trzy lub sześć miesięcy – powiedział na ponowne przywitanie z Anglią.

Benitez zgodził się zostać „tymczasowym trenerem pierwszego zespołu”. Już w najbliższej kolejce zadebiutuje w wysoce niekorzystnych warunkach – w drugim w sezonie bezpośrednim starciu klubów wielkiej trójcy Premier League. Jako zdeklarowany kibic Liverpoolu, cieszę się niezwykle. Oto wraca człowiek, który symbolizuje chwile, gdy The Reds wyglądali jak europejskie mocarstwo, a nie ciągły plac budowy.

Jakie elementy przez zakontraktowane pół roku w Londynie będzie musiał poukładać 52-letni Hiszpan?

1. Rafa i Torres

Benitez i Torres znowu razem – kluczowy związek nowej Chelsea

Ponowne pojednanie Beniteza i Fernando Torresa może scementować lub załamać pozycję nowego trenera na Stamford Bridge. Angielskie tabloidy rozpisywały się o tym, że di Matteo musiał spakować manatki, bo śmiał zesłać Torresa na ławkę rezerwowych. Nieskuteczność hiszpańskiego napastnika kosztowała już pracę Carlo Ancelottiego, Andre Villas-Boasa i di Matteo.

Benitez w Chelsea przywraca nadzieję, że Torres wreszcie regularnie zacznie pokazywać się jako piłkarz przez duże „P”, warty 50 mln funtów. Za czasów pracy z Rafą, El Nino zdobył 56 goli w 79 meczach. Gdy Benitez opuścił Liverpool, Torres trafiał tylko 20 razy dla pięciu kolejnych trenerów. – Rafa Benitez był najważniejszym trenerem w mojej karierze. Rafa był jedynym, który wiedział jak pomóc mi się ulepszać. Jego priorytetem jest zespół, ale dopasowuje warunki, aby każdy zawodnik do niego pasował. To jego sekret. Ciągle indywidualnie rozmawia z piłkarzami – stwierdził Torres w wywiadzie z listopada 2011 dla magazynu Equire.

Czytaj dalej…

Premier League do taktycznej tablicy – 11. kolejka

Na bloga wracają analizy, które umożliwia świetna aplikacja FourFourTwo Stats Zone. Dzisiaj przyjrzymy się uważne trzem meczom Premier League. Przeanalizujemy znaczenie roszad taktycznych Manchesteru City i Liverpoolu, udowodnimy wartość Paula Scholesa i pokażemy kogo powinien obawiać się Darren Bent.

1. Za wysoką obronę

Podania przyjęte przez Aguero (lewa) i podania na spalonego City (prawa)

Manchester City obrał klarowny plan na pokonanie Tottenhamu, którego trzymał się od pierwszej do 90. minuty: prostopadłe podania za linię obrony rywali. City chcieli skorzystać na zamiłowaniu Kogutów do wysokiego ustawiania defensorów. Tak kuszące, wolne miejsce tuż przed nosem bramkarza chcieli właściwie wykorzystać.

Realizacji tej strategii sprzyjał powrót do składu Davida Silvy. Hiszpan oraz Yaya Toure specjalizowali się w kreatywnych podaniach z głębi pola na wybiegających partnerów. Widać to choćby po ruchach Sergio Aguero – znaczna większość przyjmowanych przez niego podań wymagała ruchu bez piłki. Gracze The Citizens balansowali przy tym na krawędzi spalonego. Aż ośmiokrotnie dawali się łapać w pułapki rywali (prawa strona).

Mimo to, próbowali do samego końca. Pierwszy raz ryzyko opłaciło się w 55. minucie, gdy podanie lobem Toure spadło idealnie pod nogi wybiegającego Aguero. Argentyńczyk miałby okazję sam na sam, ale kompletnie zepsuł przyjęcie piłki. Nagroda za cierpliwość nadeszła w samej końcówce. Kolejny lob Silvy trafił na stopę superrezerwowego Edina Dżeko (jego bramki po wejściu z ławki dały City już dziewięć punktów!), który już wiedział, co zrobić w takiej sytuacji.

2. Mancini trzyma się swojego…

Znaczenie zmiany Maicona (lewa) i groźne dośrodkowania Brazylijczyka (prawa)

… i wygrywa. Włoski menedżer regularnie wprowadza w życie swój plan B w postaci ustawienia 3-5-2, które krytykowali już dziennikarze, analitycy brytyjskich stacji, a nawet piłkarze (przez Micah Richardsa). Upór Manciniego okazał się zbawienny w meczu z Tottenhamem. Opisane w pierwszym punkcie podania prostopadłe stanowiły sól ataków City. Jednak jednocześnie sprawiały, że ich ofensywa była wąska jak wąwóz w Termopilach.

Lekarstwo na tę dolegliwość pojawiło się w 57. minucie w postaci Maicona. Jego znaczenie na grę w końcówce widać na lewej stronie wykresu. Zmiana Brazyliczyka oznaczała przejście z ustawienia 4-2-3-1 do 3-5-2. Od tej pory Yaya Toure mógł już spokojnie rozciągać akcje na boki. Tam czekał Maicon, który korzystał z wolnych przestrzeni. Tottenham miał wyraźne problemy z nową formą ataku City. Po stronie Maicona był osamotniony Jan Verthongen, którego nie raczył wspierać Gareth Bale. Dzięki temu Brazylijczyk z Manchesteru mógł regularnie posyłać bardzo groźne dośrodkowania z prawego skrzydła (prawa strona wykresu).

Swoją drogą, Maicon był chyba najmniej spodziewanym aktorem do roli bohatera City. W niedzielnym meczu zagrał po raz pierwszy od blisko dwóch miesięcy. Poprzednim razem wyszedł na murawę przeciwko Realowi Madryt. Kto widział tamto spotkanie, pewnie pamięta jak Cristiano Ronaldo z Marcelo zrobili z niego króliczy pasztet. Mimo to był pierwszą opcją do zmiany w starciu z Tottenhamem… Odwaga Manciniego nie zna granic.

Czytaj dalej…

Taktyka z Premier League – 18. kolejka

Zapraszam na ostatni w roku kalendarzowym przegląd taktyki z boisk Premier League. W 18. kolejce dużo miejsca poświęcam obrońcom. Przyglądam się grze stoperów Chelsea, roli Antonio Valencii, defensywie Garetha McAuleya, a także strzałom Robina van Persiego.

1. Zacięta strzelba Arsenalu

Robin van Persie w 2011 roku ustrzelił już 34 ligowe bramki. Wyrównał rekord Arsenalu (Thierry Henry w 2004), a do najlepszego w Premier League Alana Shearera z 1995 roku brakuje mu ledwie dwóch trafień. Szansę na podreperowanie bilansu kapitan Kanonierów miał we wtorkowe popołudnie w starciu przeciwko Wolverhampton.

Van Persie starał się ze wszystkich sił, ale gola Wilkom nie strzelił. Na wykresie widać schemat wszystkich prób holenderskiego napastnika. Oddał aż 12 uderzeń, ale żadne z nich nie znalazło drogi do siatki. Został zatem trzecim w tym sezonie zawodnikiem, który oddał przynajmniej dziesięć strzałów i nie zdobył gola (pozostali to Luis Suarez i Yaya Toure, źródło: Opta).

Gracz z numerem 10 na czerwonej koszulce dwukrotnie znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem rywala, ale za każdym razem zawodziło go przyjęcie piłki.

– Może zbyt mocno chcieliśmy zdobyć gola. Za dużo było chęci, a za mało techniki w uderzeniach – opisywał słabą skuteczność swoich zawodników Arsene Wenger.

Van Persie otrzyma jeszcze jedną szansę na dorównanie Shearerowi. Na Emirates w Sylwestra przyjedzie Queens Park Rangers.

2. Jedna kosztowna wpadka

Chelsea prowadziła w meczu u siebie z Fulham i wydawało się, że nic nie jest w stanie przeszkodzić The Blues w odniesieniu zwycięstwa. Gospodarze dali sobie jednak wbić gola i zaledwie zremisowali z sąsiadem zza miedzy.

Przy bramce dla Fulham strzelec Clint Dempsey wbiegł między stoperów rywali – Davida Luiza oraz Johna Terry’ego – i posłał piłkę do siatki.

Opisana sytuacja z 56. minuty była jedyną wpadką bloku obronnego Chelsea. Poza golem Dempseya środkowi defensorzy The Blues grali absolutnie bezbłędne spotkanie.

Na wykresie wykazano wszystkie pojedynki stoczone przez Terry’ego (góra) i Luiza (dół) w przeciągu całego meczu. Obaj zawodnicy przegrali ledwie jedno stracie. Przez 90. minut wyłączyli z gry napastników Fulham, a ponadto włączali się do akcji ofensywnych. Razem zaliczyli aż sześć kluczowych podań, które prowadziły do oddania strzałów przez kolegów z zespołu.

Przypadek Terry’ego i Luiza oddaje jak jeden drobny detal może zmienić oblicze sportowej rywalizacji. Pojedynczy błąd karany jest stratą dwóch bezcennych punktów w tabeli.

3. Niespodziewany bohater

32-letni obrońca Gareth McAuley dopiero w tym sezonie zaliczył debiut w Premier League. Wcześniej tułał się po niższych dywizjach angielskiego futbolu. Szansę na najwyższym szczeblu otrzymał w West Bromwich i świetnie z niej korzysta.

W poprzedniej, 17. kolejce trafił do siatki w wygranym 3:2 meczu z Newcastle. Teraz wraz z partnerami z defensywy zatrzymał rozszalałą maszynkę do strzelania goli z Manchesteru City.

McAuley był najjaśniejszą postacią obrony, mimo że zaliczył zaledwie jeden odbiór i żadnego przechwytu (góra wykresu).

Skuteczność północnego Irlandczyka wyjaśnia dolna część wykresu. Widać na niej schemat wybić piłki przez 32-latka. McAuley wewnątrz własnego pola karnego skutecznie oddalił zagrożenie w 11 przypadkach. Jedynie dwa wybicia trafiły pod nogi graczy City. Nic dziwnego, że przyjezdni z Manchesteru nie potrafili sforsować defensywy, której liderował solidny jak skała McAuley.

4. Fałszywy obrońca

W związku z przetrzebioną kontuzjami kadrą, sir Alex Ferguson musiał posłać eksperymentalną jedenastkę w bój przeciwko Wigan. W obronie wystąpiło dwóch pomocników – Michael Carrick oraz Antonio Valencia. Obaj zaliczyli znakomite zawody, a szczególnie wyróżnił się Ekwadorczyk.

Valencia zaliczył asystę już w czwartym kolejnym spotkaniu ligowym. Do tego dodał ładną bramkę strzeloną z pola karnego swojego byłego klubu.

Na wykresie są zaznaczone sektory, w których Valencia najczęściej podawał piłkę. Widać bardzo ofensywne nastawienie zawodnika. Przyzwyczajenie z gry na skrzydle wzięło górę, dlatego aż 75% zagrań wymienił na połowie przeciwnika. Najczęściej pojawiał się tuż przy linii bocznej w okolicach szesnastki rywala (36% + 23%). Ekwadorczyk mógł sobie pozwolić na grę do przodu, ponieważ jego zespół totalnie zdominował The Latics i ostatecznie wygrał 5:0.

Pięć faktów przed 15. kolejką Premier League

Po rozstrzygnięciach Ligi Mistrzów Londyn się cieszy, a Manchester płacze. Emocje z europejskich rozgrywek trzeba już jednak odłożyć na bok i skupić uwagę na rywalizacji w Premier League. 15. kolejka serwuje szlagier Chelsea – Man City. Podczas tej serii gier warto zwrócić uwagę także na natłok kontuzji, domową formę Liverpoolu, spotkanie w Stoke oraz powrót Martina O’Neilla.

1. Powrót do korzeni

Wszystko co najlepsze Premier League zostawiła na sam koniec. W poniedziałkowy wieczór na Stamford Bridge zmierzą się Chelsea z Manchesterem City w meczu najbardziej rozstrzelanych zespołów w Anglii. Bramki powinny sypać się jak z rękawa.

Ale czy na pewno? Jeszcze tydzień temu brytyjska prasa huczała na temat kłopotów Chelsea z grą w obronie. Posada Andre Villas-Boasa wisiała na włosku. Portugalczyk wyciągnął wnioski z bolesnych porażek u siebie z Liverpoolem i poprzestawiał formację defensywną.

Przeciwko Newcastle i Valencii The Blues porzucili taktykę wysokiej linii obrony. Londyńczycy zaczęli bronić blisko własnego pola karnego jak za najlepszych czasów kadencji Jose Mourinho. Efekty był piorunujące. Chelsea oddała przeciwnikom inicjatywę w posiadaniu piłki, a sama wyprowadzała śmiertelnie kontry. Oba kluczowe spotkania ekipa Villas-Boasa wygrała 3:0.

Po zmianie strategii odżyli John Terry i Didier Drogba. Coraz więcej na Stamford Bridge znaczy Oriol Romeu – klasyczny defensywny pomocnik na wzór Claude’a Makalele. Odświeżona Chelsea ma obecnie wszystkie argumenty, aby powstrzymać Manchester City. Sprawie pomoże także zawieszenie Davida Luiza. Brazylijczyka, niepewnego w destrukcji, zastąpi na środku Branislav Ivanović.

Siedem dni temu The Citizens z dużym prawdopodobieństwem rozjechaliby Chelsea. Jednak teraz cofnięta defensywa The Blues ma szansę zastopować kreatywne podania prostopadłe – znak firmowy City. O tym kto wygra w zachodnim Londynie zadecyduje szczelność obrony gospodarzy.

2. Angielski szpital

W minionych dniach poważnych kontuzji doznało kilku piłkarzy niezwykle cennych dla swoich drużyn. Serię urazów zapoczątkował Lucas, a zaraz po nim posypali się Javier Hernandez, Shay Given, Andre Santos, Jermaine Jenas, Steven Taylor i przede wszystkim Nemanja Vidić. Dolegliwości ostatniej trójki wyeliminują ich z gry do końca sezonu.

Vidić w tych rozgrywkach decydował o solidności defensywnej Manchesteru United. W ostatnich pięciu ligowych meczach z Serbem w składzie, Czerwone Diabły straciły zaledwie jednego gola. Bez Vidicia United pożegnało się z Ligą Mistrzów i dało sobie strzelić sześć goli na Old Trafford. Kapitan zespołu zdecydowanie wyrastał poziomem ponad kolegów. Jego absencja może mieć fatalne skutki dla sezonu drużyny sir Alexa Fergusona.

Kontuzje oznaczają wielkie problemy w obronie także w Newcastle. Oprócz Taylora z kłopotami zdrowotnymi zmagają się Fabricio Coloccini oraz defensywni pomocnicy Cheik Tiote i Danny Guthrie. Sukcesy Srok z początku sezonu opierały się głównie na zgraniu bloku obronnego. Pierwszy test dla nowej formacji to wyjazd do Norwich. W ataku Kanarków biegają Steve Morison Grant Holt, którzy kochają twardą walkę. Eksperymentalnie ustawione Newcastle będzie miało spore trudności z powstrzymaniem tych graczy.

Ból głowy nad wyborem defensywy ma także Arsene Wenger. Z brakiem Santosa w Arsenalu skończyli się zdrowi boczni obrońcy. Na mecz z Evertonem Kanonierzy prawdopodobnie wystawią czterech środkowych defensorów.

3. Złe wspomnienia

Na Anfield po raz trzeci zawita beniaminek Premier League. W sobotę Queens Park Rangers sprawdzi formę Liverpoolu. Podopieczni Kenny’ego Dalglisha mają fatalne wspomnienia z poprzednich wizyt nowo promowanych drużyn.

Norwich i Swansea wywoziły z Anfield bezcenne remisy. Za każdym razem bohaterem zostawał bramkarz przyjezdnych. Czy golkiper QPR Paddy Kenny pójdzie w ślady poprzedników?

Liverpool remisował cztery ostatnie spotkania u siebie. Ta zła passa utrzymuje się przez nieskuteczność charakteryzującą tegorocznych The Reds. Jak podaje Opta, jedynie 9% uderzeń Liverpoolu znajdowało drogę do siatki. Tylko Wigan ma gorszą statystykę strzałów zamienianych na bramki.

4. Starzy znajomi

Po dwóch zwycięstwach z rzędu zmieniły się nastroje w Stoke. Piłkarzy Tony’ego Pulisa czeka wyjątkowo trudne zadanie utrzymania korzystnej passy. Na Britannia Stadium przyjedzie fantastyczny w ostatnich tygodniach Tottenham.

Dla Stoke mają szansę wystąpić aż trzej gracze, którzy jeszcze w zeszłym sezonie przywdziewali koszulki Kogutów – Peter Crouch, Wilson Palacios i Jonathan Woodgate.

Przed meczem ciekawe statystyki prezentuje portal WhoScored. Wynika z nich, że Tottenham aż 31% goli traci po uderzeniach głową. Z kolei 64% bramek Stoke padło po stałych fragmentach gry. Najsilniejsza strona gospodarzy jest zarazem najsłabszym punktem Kogutów.

5. Czarodziej z Irlandii Północnej

Prawie półtora roku bez pracy pozostawał Martin O’Neill. Menedżer swoją nową przystań znalazł w Sunderlandzie.

Kibice Czarnych Kotów marzą o tym, aby O’Neill powtórzył sukcesy z poprzednich klubów. Północny Irlandczyk znany jest z ulepszania drużyn, które prowadzi. Wycombe i Leicester wprowadzał do wyższych klas rozgrywkowych. W Celticu sięgał po trzy tytuły mistrzowskie oraz osiągnął finał Pucharu UEFA. Aston Villę trzykrotnie zostawiał na wysokim, szóstym miejscu w tabeli.

W tym sezonie celem O’Neilla będzie utrzymanie Sunderlandu w lidze. Czarne Koty stoją obecnie na krawędzi strefy spadkowej. Pierwszym krokiem O’Neilla na Stadium of Light będzie spotkanie u siebie z Blackburn. Rovers to sąsiedzi z tabeli, zatem nowy menedżer pracę zaczyna od pojedynku za sześć punktów.

Taktyczne wykresy z Premier League – 14. kolejka

Nowa kolejka ligowa to świetna porcja materiału do schematów taktycznych. W 14. serii spotkań Premier League wygrywali wielcy faworyci. Najciekawsze były pomysły menedżerów na grę obronną. Zapraszam do przeglądu strategii trenerów Chelsea, Manchesteru United i Stoke. Warto też przyjrzeć się grze autora czterech goli w jednym meczu – Yakubu z Blackburn. W dzisiejszym wydaniu aż osiem analizowanych wykresów!

1. Nowy pomysł Villas-Boasa

Spotkanie Newcastle z Chelsea było niezwykle emocjonujące. Obie drużyny stworzyły sobie mnóstwo sytuacji podbramkowych, ale to goście z Londynu ostatecznie wygrali. Szalę zwycięstwa przechyliła lepsza defensywa The Blues.

Menedżer Chelsea Andre Villas-Boas od początku sezonu próbuje wpajać swoim podopiecznym nową strategię defensywą, zakładającą wysokie ustawienie obrońców na boisku. Portugalczyk zmienił tę strategię już na początku sobotniego meczu. W 4. minucie David Luiz sfaulował wybiegającego na czystą pozycję Dembę Ba i od tego momentu Chelsea zaczęła bronić głęboko na własnej połowie.

Powyższy wykres prezentuje różnicę w nastawieniu defensywy Newcastle i Chelsea. W oparciu o schemat przechwytów widać, że The Blues częściej przejmowali piłkę blisko własnego pola karnego. Londyńczycy już dawno nie okopywali się przed swoją bramką. Nowa-stara strategia Chelsea (używana od czasów Jose Mourinho) wyjątkowo pasowała Johnowi Terry’emu, który zagrał świetne spotkanie. Kapitan zespołu, mniej zwrotny, znacznie lepiej czuł się w w obrębie własnego pola karnego.

Newcastle z kolei miało tendencje do przechwytywania podań rywali w okolicach linii środkowej. Sroki naciskały i wywierały presję w pomocy, ale zbyt często narażały się na kontrataki.

Obrońcy gospodarzy pozbawieni wsparcia i ochrony z drugiej linii nie radzili sobie z zatrzymywaniem szybkich natarć Chelsea. Właśnie takie wypady zapewniły przyjezdnym zdobycie wszystkich trzech bramek w meczu.

2. Lider Vidić

Nemanja Vidić doznał kontuzji w pierwszym meczu sezonu i pauzował dwa miesiące. Bez Serba Manchester United pozwalał rywalom na częste ostrzeliwanie bramki, dał sobie także wbić sąsiadom zza miedzy sześć bramek na Old Trafford. Od momentu, gdy Vidić wrócił do jedenastki Czerwonych Diabłów, drużyna straciła w lidze ledwie jednego gola w pięciu pojedynkach.

Wpływ kapitana United na zespół jest nie do przecenienia. Jego obecność na boisku zagwarantowała mistrzom Anglii spokojny wieczór na Villa Park. Aston Villa decydowała się na posyłanie długich piłek w kierunku napastników. Strategia gospodarzy spaliła na panewce przez Vidicia.

Jak pokazuje wykres, środkowy obrońca United wygrał aż siedem pojedynków główkowych (przegrał tylko jeden). Vidić dominował w powietrzu w okolicach własnego pola karnego. The Villans nie mieli innego pomysłu na rozgrywanie ataków, dlatego zasłużenie przegrali 0:1.

3. Błędna strategia Evertonu

Gracze Stoke wykorzystali swoje wszystkie atuty i zwyciężyli Everton na niegościnnym Goodison Park. Stoke schowało się za podwójną gardą i ofiarnie broniło dostępu do bramki. W ataku goście wykorzystywali stałe fragmenty gry i po jednym z rzutów rożnych zdobyli jedynego gola.

Everton przegrał mimo dominacji w posiadaniu piłki oraz większej dokładności podań. The Toffees postawili na ataki skrzydłami i częste dośrodkowania w pole karne.

Wykres udowadnia, że taka taktyka była chybiona. Cofnięci zawodnicy Stoke aż 68 razy wybijali piłkę w okolic własnego pola karnego. Na dolnej części wykresu widać, że Everton zaliczył 26 niecelnych dośrodkowań.

David Moyes ustawił swój zespół w najgorszy możliwy sposób. The Potters słyną z dobrej gry w powietrzu. Z tego powodu napastnicy Evertonu nijak nie zagrozili rosłym defensorom Stoke. Goście, choć w mało efektowny sposób, zasłużenie zgranęli komplet punktów.

4. Instynkt zabójcy

Bohaterem 14. kolejki Premier League był autor czterech bramek Yakubu. Nigeryjczyk to sprawdzony od lat łowca goli. W tym sezonie jego trafienia zapewniają Blackburn ważne punkty w walce o utrzymanie w lidze.

Yakubu jest dla Rovers o tyle cenny, że nie potrzebuje wielu okazji na celny strzał do siatki. Na wykresie widać schemat uderzeń napastnika Blackburn w spotkaniach z Swansea (góra) oraz Wigan (dół). W sobotę na skompletowanie czterech goli Yakubu potrzebował tylko pięciu prób.

Jeszcze lepszą skuteczność zaprezentował przeciwko Wigan i Arsenalowi. Zaledwie dwa oddane strzały znajdowały drogę do siatki. Jeśli Blackburn chce marzyć o pozostaniu w elicie angielskiego futbolu, Yakubu musi utrzymać prezentowany wysoki poziom.

5. Obrona to podstawa

Sir Alex Ferguson od klęski 1:6 z Manchesterem City dmucha i chucha na utrzymanie szczelnej obrony. Szkot w spotkaniach z słabymi lub średnimi ligowcami – Evertonem, Sunderlandem, Swansea i Newcastle dbał przede wszystkim o zabezpieczenie własnej bramki. Ostatnio Manchester United mniej niż na początku sezonu angażował się w ofensywie.

Podobny schemat utrzymał się w starciu przeciwko Aston Villi. Na wykresie można dostrzec jak wiele przechwytów (24) zaliczyło United w pobliżu własnego pola karnego. Ekipa sir Alexa Fergusona wcześniej notowała średnio 17 przejęć w każdym spotkaniu. Zwiększona ich ilość w sobotę wzięła się z uważnej gry głęboko ustawionej defensywy. Wynikała także z niechlujnego sposobu podawania Aston Villi. Długie piłki rzucane przez obrońców The Villans często stawały się łatwym łupem graczy z Manchesteru.

6. Latające Koguty

Tottenham od dwóch miesięcy jest na fali wznoszącej. Koguty wygrały dziesięć z 11 ostatnich meczów w Premier League. Na weekend londyńczycy dali kolejny popis swojej ofensywnej, atrakcyjnej dla oka gry.

Na zamieszczonym wykresie pokazującym celne podania Tottenhamu widać, jak często zawodnicy Harry’ego Redknappa przedostawali się w pole karne Boltonu. Koguty nie miały, szczególnie po czerwonej kartce dla Gary’ego Cahilla, żadnych problemów ze stwarzaniem dogodnych szans.

Jak podają statystycy WhoScored.com, gracze Tottenhamu zaliczyli w całym meczu aż 24 kluczowe podania, które doprowadziły do strzału na bramkę. Luka Modrić, Aaron Lennon i Gareth Bale brylowali w kreowaniu kolegom kolejnych okazji. O celności zagrań Kogutów świadczy też fakt, że najgorzej podający w drużynie Emmanuel Adebayor, posyłał piłkę z 75% skutecznością. Na tak ofensywny zespół z utalentowanymi rozgrywającymi trudno będzie rywalom w lidze znaleźć właściwe antidotum.

7. Oprawca Newcastle

Chelsea w starciu z Newcastle nastawiła się na uważną grę z tyłu. Dużym zaskoczeniem było, że zespół statystycznie najczęściej w Premier League utrzymujący się przy piłce, oddał inicjatywę rywalowi. The Blues postawili na błyskawiczne kontry, a te wychodziły im wspaniale.

Stało się tak dzięki Juanowi Matcie oraz Danielowi Sturridge’owi. Mata ze środka pola posyłał prostopadłe zagrania, które na strzały zamieniał angielski napastnik.

Wykres pokazuje schemat uderzeń Sturridge’a. Warto zwrócić uwagę na próby ataków po prawej stronie pola karnego. Lewonożny zawodnik dotąd wykazywał tendencję do ścinania akcji na swoją mocniejszą, lewą stronę. Przeciwko Newcastle Sturridge dryblował jednak do prawej nogi i nią oddawał groźne uderzenia. Anglikowi wyraźnie brakowało skuteczności, napotkał też świetnie dysponowanego Tima Krula. Dlatego tylko jeden z ośmiu strzałów znalazł drogę do siatki. Snajper Chelsea z powodzeniem mógł ustrzelić nawet hat-tricka.

8. Wilki górą

Wolverhampton przeżywało ostatnio spory kryzys, dlatego niedzielne zwycięstwo nad Sunderlandem przyniosło wiele ulgi na Molineux. Wilki, tradycyjnie już, skupiły się na wykorzystywaniu dużej ilości dośrodkowań. Wolves nastawili się na walkę w powietrzu i tę bitwę z Sunderlandem zdecydowanie wygrali.

Na wykresie wskazane zostało 27 miejsc, w których pojedynki główkowe na swoją korzyść rozstrzygali gracze Wolverhampton. Bardzo dużo główek Wilki wygrały na połowie gości. Właśnie po skutecznej walce o górne piłki padły oba gole dla gospodarzy. W całym spotkaniu podopieczni Micka McCarthy’ego przegrali ledwie osiem główek.

Transformacja Villas-Boasa wymaga spokoju

Kolejne porażki z Liverpoolem i Bayerem Leverkusen sprowadziły czarne chmury nad menedżera Chelsea Andre Villas-Boasa. Portugalczyk usiłuje zrobić na Stamford Bridge największą rewolucję od czasów swojego rodaka Jose Mourinho, ale zmiany jak dotąd nie służą The Blues. Obecny kryzys w Chelsea to test cierpliwości dla właściciela klubu Romana Abramowicza, który zwykł dotąd zmieniać trenerów jak rękawiczki.

Andre Villas-Boas próbuje usunąć Chelsea z cienia Jose Mourinho

Jesteśmy w spirali złych wyników i próbujemy z niej desperacko uciec. Teraz nasza pewność siebie jest na niskim poziomie. Piłkarze oczekują inspiracji ze strony menedżera. To moje zadanie, aby ich zmotywować do odwrócenia losów – mówił Villas-Boas po przegranym 1:2 meczu w Leverkusen.

W ostatnich siedmiu meczach Chelsea czterokrotnie przegrywała oraz zremisowała z Genkiem, outsiderem grupy E Ligi Mistrzów. Co gorsza, zdecydowanie pogorszył się styl gry The Blues. Od porażki 3:5 z Arsenalem, Chelsea zatraciła iskrę, którą imponowała na początku rozgrywek.

Na starcie sezonu bowiem, gracze ze Stamford Bridge zachwycali płynnością podań, długim utrzymywaniem się przy piłce i kreatywnymi rozwiązaniami akcji. Chelsea pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie, nawet gdy uległa Manchesterowi United na Old Trafford, czy pechowo zgubiła punkty w starciu z QPR. Villas-Boas zmienił oblicze drużyny poprzez upodobnienie jej do swojego byłego klubu, FC Porto. Wprowadzone innowacje tak opisał asystent Roberto di Matteo.

Myślę, że mamy większe posiadanie piłki, niż wcześniej. Kluczem jest utrzymywać posiadanie i łączyć to z penetracją defensywy przeciwnika. Pracujemy dużo nad naciskaniem rywali. Czasami ustawiamy linię obrony nieco wyżej, aby utrzymywać formację w ryzach. Te zmiany wymagają czasu i wpajania piłkarzom nowej filozofii gry – wyjaśnił di Matteo.

Bardziej ofensywny futbol wpisał się w oczekiwania Abramowicza, który wymaga sukcesów, ale osiąganych z klasą. Grająca atrakcyjnie dla oka Chelsea strzelała dużo bramek i trzymała się blisko czuba tabeli. Do czasu, aż rywale zaczęli bez litości wykorzystywać przestrzenie za wysoko ustawionymi obrońcami.

Wysoka obrona Chelsea opiera się na bocznych zawodnikach angażujących się często w ataki i osłaniających ich środkowych defensorów. Centralni obrońcy grają daleko od siebie, ponieważ muszą kryć strefy zwalniane przez graczy na bokach.

Taka strategia umożliwia Chelsea szybkie odzyskiwanie piłki i sprawne wyprowadzanie kontrataków. Problem pojawia się w przypadku, gdy boczni obrońcy nie nadążają z powrotem. Wówczas celne prostopadłe podanie na wolne pole stwarza atakującym przeciwnika mnóstwo miejsca na wyprowadzenie skutecznej akcji.

Ryzykowna taktyka wyraźnie nie służy Johnowi Terry’emu. Ekspert BBC Alan Hansen powiedział – On popełnił więcej błędów w swoich ośmiu ostatnich meczach, niż w ośmiu poprzednich sezonach. Terry zbyt często nie nadąża za atakami rywali. Ma także najniższe od lat statystyki skuteczności odbioru. Kapitan Chelsea kiepsko rozumie się też z Davidem Luizem. Obaj lubią doskakiwać blisko oponenta, a wówczas żaden nie asekuruje tworzących się wolnych przestrzeni za plecami. Luiz dodatkowo uwielbia rajdy do przodu, przez co zdarza mu się opuszczać swój posterunek w najmniej pożądanym momencie.

Kłopoty obrońców Chelsea z dostosowaniem do nowego sposobu obrony przyniosły bolesne rany. Arsenal wjeżdżał w pole karne The Blues niczym rozgrzany nóż w masło. Błędne ustawienie zaowocowało golem Glena Johnsona na 2:1 dla Liverpoolu. Podanie rozrywające szyki Chelsea pozwoliło Leverkusen wyrównać wynik na Bay Arena. Villas-Boas tłumaczył straty „różnicą w detalach„, ale właśnie te szczegóły decydowały o niedawnych porażkach.

Tak diametralnych przemian Chelsea nie przeszła od 2007 roku, kiedy z Londynem żegnał się Mourinho. Kolejni menedżerowie – Avram Grant, Luis Felipe Scolari i Carlo Ancelotti próbowali nowych ustawień, ale prędzej czy później wracali do sprawdzonego systemu 4-3-3 aktualnego trenera Realu Madryt.

Strategia defensywna Mourinho, kultywowana w Chelsea przez następców, zakładała ciasno ustawioną linię, z ciężko pracującymi z tyłu bocznymi obrońcami. Taki schemat zapewnił The Blues w sezonie 2004/05 wygranie Premier League, z ledwie 15 straconymi golami w całych rozgrywkach. Dla porównania, obecnie Chelsea po 12. kolejkach puściła już 17 bramek. Nie sposób sobie też wyobrazić, aby The Blues pod wodzą Mourinho mogło stracić u siebie pięć goli. Za jego kadencji Stamford Bridge było twierdzą nie do zdobycia.

Problemem Villas-Boasa jest to, że musi nauczyć własnego pomysłu na obronę ludzi odziedziczonych po poprzednikach. W meczu z Liverpoolem po boisku biegało siedmiu graczy pamiętających współpracę z Mourinho. Terry’emu, Cole’owi, Ivanoviciowi i Alexowi trudno zmienić wpajane latami nawyki.

Villas-Boas ma najgorszy bilans po swoich pierwszych 12 ligowych meczach spośród wszystkich trenerów pracujących w Chelsea od 2004 roku. Czy młodemu Portugalczykowi już teraz grozi zwolnienie? Pracy szuka obecnie Guus Hiddink, ulubieniec Abramowicza, który poprowadził The Blues do zdobycia Pucharu Anglii. Właściciel Chelsea nigdy nie grzeszył cierpliwością. Scolariego wyrzucił po siedmiu miesiącach. Ancelottiego, który wygrał mu dublet w inauguracyjnym sezonie, zwolnił w następnym roku po kryzysie formy w środku rozgrywek. Wydaje się jednak, że rosyjski oligarcha nie płaciłby Porto 15 mln euro za wykupienie Villas-Boasa, gdyby nie wiązał z nim dłuższej przyszłości.

Futbol opiera się na momentach. W tej chwili mamy złą serię, ale nie zmienimy swojego nastawienia – zapowiedział Villas-Boas. Chelsea popełniłaby duży błąd, gdyby chciała przerwać przemianę zespołu w połowie drogi. 34-letni menedżer The Blues potrzebuje teraz czasu i parasola ochronnego od władz klubu. Presja nijak nie pomaga zmianom. Plan portugalskiego szkoleniowca jest długoterminowy. Do jego realizacji potrzeba w drużynie świeżej krwi, nowych piłkarzy zdolnych wykonać polecenia Villas-Boasa, tak jak czynili to gracze Porto w złotym sezonie 2010/11. Arsenal przy kryzysie z początku sezonu zachował spokój, dał Arsenowi Wengerowi wotum zaufania i teraz seryjnie wygrywa w Anglii i Lidze Mistrzów. Podobnej cierpliwości Chelsea powinna się uczyć od swoich londyńskich sąsiadów.

%d blogerów lubi to: