Archiwum

Posts Tagged ‘Papiss Cisse’

Demba Ba nie pada na kolana

Ma zniszczone kolano, gorliwie się modli, kocha syrop truskawkowy i strzela mnóstwo goli. Zatrudnienie Demby Ba to olbrzymie ryzyko dla każdego klubu ze względu na chroniczną kontuzję. Jednak Senegalczyk sowicie odpłaca się wszystkim, którzy na niego stawiają.

Przekleństwo i błogosławieństwo

Ba na kolanach tylko podczas modlitwy 

Zwykły piłkarz mógłby nie wytrzymać informacji, że śruba wmontowana przy operacji omyłkowo zdewastowała jego kolano. Ale nie Ba. Nowy napastnik Chelsea siły szuka w religii, modląc się pięć razy dziennie i przestrzegając zasad islamu. Codzienna walka stworzyła u niego niezłomny charakter. – To najsilniejszy psychicznie piłkarz, z którym pracowałem – przyznał były trener Alan Pardew.

Chore kolano sprawiło, że Chelsea wyłożyła ledwie siedem milionów funtów za piłkarza, który w lidze angielskiej zdobył 36 goli w 66 meczach. Fernando Torres w tym samym okresie trafił do siatki 14 razy. Przezwyciężanie przeciwności losu pomogło Senegalczykowi przejść z czwartej ligi francuskiej do ekipy mistrzów Europy w ciągu ledwie siedmiu lat.

Jednak wcześniej uraz Ba sprawiał mu same przykrości. – Zdjęcie kolana Demby wygląda fatalnie – przyznał Pardew. To odstraszyło dwóch nabywców, którzy chcieli wyrwać piłkarza z Hoffenheim. Najpierw Senegalczyk oblał testy medyczne w Stuttgarcie, a później we Stoke. Menedżer tego drugiego klubu Tony Pulis określił kolano Ba mianem „tykającej bomby zegarowej„. – Jestem niesamowicie rozczarowany – mówił Pulis po fiasku transferowym. – Wystarczy spojrzeć na jego świetny bilans strzelecki. Ale rozmawiamy o dużych pieniądzach. Znaleźli coś, co później może stworzyć kłopoty.

Czytaj dalej…

Migawki z 2012 roku (video)

Poprzedni sezon Premier League został wybrany najlepszym w historii rozgrywek. Nie bez kozery. 2012 rok w angielskim futbolu wypełniały chwile czystej ekscytacji, łez i śmiechu. Oto minione 12 miesięcy brytyjskiej piłki w pigułce (uwieńczone filmami z opisywanych wydarzeń).

Moment roku: gol Sergio Aguero przeciwko QPR

Manchester City potrzebował zwycięstwa u siebie nad walczącym o życie QPR, aby przypieczętować pierwsze mistrzostwo od 1968 roku. Wcześniej City wygrali 17 z 18 meczów na Etihad. Mimo oddania 42 strzałów, gospodarze do 92. minuty sensacyjnie przegrywali 1:2. Wtedy wyrównał Edin Dżeko. Trzy minuty później 44. strzał City w meczu, tym razem autorstwa Sergio Aguero sprowadził trofeum mistrzowskie z powrotem na Etihad. To był ostatni akt sezonu, jak się okazało – najważniejszy.

Piłkarz roku: Robin van Persie

32 ligowe gole w roku kalendarzowym – 20 dla Arsenalu i 12 dla Manchesteru United. Do tego dołożone dziewięć asyst. Van Persie sprzątnął innym indywidualne zaszczyty i został wybrany Piłkarzem Sezonu Premier League przez piłkarzy, dziennikarzy oraz kibiców. Holender w pojedynkę zaciągnął Arsenal na podium i Ligi Mistrzów. W poszukiwaniu trofeów przeniósł się na Old Trafford, gdzie współpraca z Waynem Rooneyem wydobywa z niego wszystko, co najlepsze. Sir Alex Ferguson dobrze wydał każdego pensa z 24 milionów funtów odstępnego za RVP.

Gol roku: Papiss Cisse przeciwko Chelsea

Bramka Senegalczyka najlepiej oddała fenomen Newcastle w pierwszej połowie roku. Sroki wytrwale biły się o strefę Ligi Mistrzów i robiły to spektakularnie. Cisse zapewnił zwycięstwo na stadionie Chelsea po rewelacyjnym uderzeniu z podbicia, które zaprzeczyło prawom fizyki i przelobowało Petra Cecha. Nawet przegrany w tym spotkaniu Didier Drogba nie omówił sobie szerokiego uśmiechu z powodu gola Cisse. – To była zdumiewająca bramka – zachwycał się menedżer Newcastle Alan Pardew.

Czytaj dalej…

Upadli bohaterowie Premier League

Jeszcze kilka dni, tygodni, miesięcy temu kąpali się w morzu pochwał. Teraz łączy ich rozczarowanie. Jedni wylądowali na ławce rezerwowych, inni zgubili formę, przegrali z nowymi nabytkami lub uciekli do słabszych klubów. Oto dziesiątka ludzi, którzy o starcie sezonu Premier League chcieliby jak najszybciej zapomnieć.

Chicharito akcje Premier League ogląda głównie z ławki

1. Javier Hernandez, Manchester United

Na początku przygody z Anglią strzelił 20 goli. Później stracony okres przygotowań zepchnął go z pozycji podstawowego snajpera Czerwonych Diabłów. Mimo to, co drugi mecz zaczynał w wyjściowym składzie i wcisnął 10 bramek. Dobił go trzeci sezon na Old Trafford. Hernandez najbardziej ucierpiał na transferze Robina van Persiego. Jako najmniej wszechstronny z czwórki napastników osunął się w hierarchii trenera. Jeśli jest wysyłany do boju, to tylko na mecze kategorii C.

2. Daniel Sturridge, Chelsea

Jedna z największych nadziei ataku Anglii tylko przygląda się z boku jak polot odzyskuje Fernando Torres. Równie trudno mu o miejsce na skrzydle, gdzie szaleje przezdolne (i przedrogie) trio Juan Mata, Eden Hazard i Oscar. Jeszcze w zeszłym sezonie był fundamentem taktyki Andre Villas-Boasa. Z prawej strony schodził do ataku i nastrzelał aż 11 bramek. Po zmianie menedżera jego rola drastycznie zmalała. Tak mocno, że tylko szczegóły dzieliły go do odejścia z Londynu. Został, ale gra ogony.

Czytaj dalej…

Czerwone derby rozstrzygnęła czerwona kartka – 5. kolejka EPL

Całą piątkową zapowiedź kolejki skupiłem na wydarzeniu z Anfield Road. Były ku temu powody. W podniosłej atmosferze hołdu dla ofiar Hillsborough, dwaj wielcy rywale pokazali klasowe oblicze. Oba zespoły w dresach upamiętniających 96 zmarłych. Uścisk dłoni poważnie poróżnionych po ostatniej bitwie o Anfield Patrice Evry i Luisa Suareza. Stadion pokryty napisami „96”, „Sprawiedliwość” i „Prawda”. No i przedmeczowe „You’ll Never Walk Alone”, które już dawno nie miało w sobie takiej głębi i mocy.

Wspomnienia byłoby piękne, gdyby nie szambo pozostawione przez kibiców obu stron po ostatnim gwizdku. 90. minut szacunku okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Głupia mniejszość z Liverpoolu zaczęła naśladować spadające samoloty z Monachium, równie tępa grupka z Manchesteru odpowiedziała przyśpiewkami o mordercach.

Zostawiając odmieńców na marginesie, wróćmy czym prędzej na boisko. Tam naładowany okolicznościami Liverpool z miejsca wziął się za okładanie muru obronnego rywali. Piłka swobodnie rotowała między nogami graczy The Reds. Z początku obrazkiem przewodnim były indywidualne starcia Raheema Sterlinga z Evrą. 17-latek nie pękał przed doświadczonym Francuzem i kocimi ruchami przemykał obok defensora Czerwonych Diabłów. Gospodarze zdominowali środkową część boiska, w której mieli liczebną przewagę wynikającą ze starcia formacji 4-3-3 z manchesterowskim 4-4-1-1. Swoje trzy grosze do rozegrania dokładał Suarez, dlatego goście zostali niemal przypięci do własnej połowy. Gracze sir Alexa Fergusona szybko tracili piłkę pod presją, nie mieli odwagi na dłuższe wymiany podań, dlatego rzucali zagrania w stronę Robina van Persiego, modląc się o mannę z nieba. Nic z tego.

Przerzuty Stevena Gerrarda

Liverpool w szyku utrzymał Steven Gerrard. Spod jego stóp wychodziły zagrania wspaniałe lub olśniewające. Widać to na prezentowanym wykresie. Zerknijcie tylko na zasięg piłek rozrzucanych na prawe skrzydło. Maestria (choć odbiegającego od ideału menedżera Brendana Rodgersa).

Manchester United, korzystając ze słów samego Fergusona, był słaby. Napór gospodarzy zwiastował rychłe zdobycie gola. Aż do momentu, gdy zgłupiał Jonjo Shelvey. Młody pomocnik rzucił się agresywnie do wślizgu i poturbował Jonny’ego Evansa (zauważmy jednak, że Evans także zaatakował piłkę dwiema nogami, tylko udało mu się uniknąć rywala, też powinien wylecieć?). Po powtórkach telewizyjnych czerwona kartka wydaje się nieco na wyrost, ale sędzia kierował się impetem Shelveya. Miał podstawy do tej decyzji. Każdy, kto choć trochę zna specyfikę Manchesteru United wiedział już, że po usunięciu Shelveya w 39 minucie przebieg spotkania zupełnie się odmieni. Nawet, jeśli Liverpool w osłabieniu zdołał wyjść na prowadzenie po kopnięciu natchnionego Gerrarda (bramkę dedykował rok starszemu kuzynowi, który zginął na Hillsborough).

Efekt czerwonej kartki Shelveya

Przedstawiony wykres pokazuje schemat podań United w pierwszej (lewa) i drugiej (prawa) połowie. Różnica jest k-o-l-o-s-a-l-n-a! Goście zaczęli spokojnie podawać w środku boiska, bez presji Liverpoolu schowanego za podwójną zasłoną. Bardzo zaktywizowały się boki boiska, szczególnie jego lewa strona. United wreszcie dopadli do pola karnego The Reds, choć liczba stworzonych szans dalej nie powalała na łopatki.

19-krotni mistrzowie Anglii zostali podłączeni do tlenu po wejściu na boisko Paula Scholesa. Tak jak przewidywałem w zapowiedzi, Anglik z powodów kondycyjnych zaczął na ławce. Wszedł od startu drugiej połowy i zaczął swój show. Regulował tempo akcji United i zapewniał wystarczająco szybką rotację piłki na bok. W pół meczu wykonał 45 podań – najlepszy wśród gości Michael Carrick przez całe spotkanie zaliczył tylko 15 zagrań więcej. Właśnie ta stabilizacja pozwoliła wypchnąć do przodu bocznych obrońców Manchesteru (Rafael znalazł się w polu karnym i strzelił wyrównującą bramkę).

Scholes panuje nad atakiem United

Coraz bardziej zmęczony Liverpool nie miał już żadnych argumentów w ofensywnie. Ale nie do końca kleiło się i gościom. W zwycięstwie United pomógł dość „miękki rzut karny”. Delikatny kontakt z nogą Valencii (nie postawną) został wyceniony na jedenastkę, a podobny faul na Suarezie w drugim polu karnym uszedł Evansowi na sucho. Chętnie poznam opinię kogoś, kto nie jest fanatycznym kibicem Liverpoolu, ale w mojej ocenie to spora niesprawiedliwość.

Znajomy fan United przyznał, że styl go nie zachwycił, ale znów Manchester zgarnął trzy punkty. Typowe i cholernie skuteczne. The Reds mogą być dumni ze sposobu gry, ale cóż z tego, jeśli dalej siedzą w strefie spadkowej.

Przy katastrofalnej wręcz pozycji ligowej Liverpoolu, w zupełnie inny sposób sezon otworzyli sąsiedzi – Everton. Miałem okazję oglądać każdy ligowy mecz The Toffess 2012/13 i jestem zauroczony. Przesunięcie Marouane Fellainiego za napastnika może być taktycznym manewrem sezonu, jeśli tylko chłopcy z Goodison utrzymają narzucone tempo. Everton to teraz potęga, dosłownie. Siła fizyczna atakujących była nie do zniesienia dla Swansea. Najlepiej obrazuje to jak pilnowany Fellaini przyjął(!) dośrodkowanie w polu karnym i wyłożył (ręką) piłkę do Victora Anichebe.

Znaku firmowego The Toffees upatruję też w uwolnionych od linii bocznych skrzydłowych. Steven Pienaar to mózg rozegrania, a jego vis-a-vis Kevin Mirallas upodobał sobie podwajanie pozycji napastnika. Z prawego boku niemal w każdej akcji wchodzi w pole karne i szuka okazji do strzału. Próbował, próbował, aż w końcu złamał defensywę Łabędzi.

ZAPALNIKI DO DYSKUSJI:

1. Pierwsze zwycięstwo Southamptonu

O Świętych w ten weekend zrobiło się w Polsce głośno przez zakontraktowanie Artura Boruca. Polak ma tu oszałamiająco duże szanse, aby z miejsca wskoczyć do podstawowego składu w Premier League. W minionej kolejce Kelvin Davies musiał ustąpić 20-letniemu Paolo Gazzanidze. Rywale jak najbardziej w zasięgu Boruca (który przy zachwianej pozycji Wojciecha Szczęsnego w Arsenalu może zostać jedynym Polakiem na co dzień pokazującym się w EPL).

Święci mogą mieć kłopot z bramką i obroną, ale nie da się tego powiedzieć o ich ofensywie. W sobotę wreszcie skończyli serię porażek. Potrafili odwrócić wynik z Aston Villą i zwyciężyli 4:1. Popisową partię rozegrał najdroższy w historii Southampton Gaston Ramirez. Urugwajczyk ustawiony za napastnikiem był człowiekiem z zupełnie innej bajki. Przeciskał podania prostopadłe, lobował defensywę rywali, łączył ataki na jeden zagraniami na jeden kontakt. Sami tylko zobaczcie jego wszechstronność na tym wykresie.

Ramirez spoiwem Southampton

2. Hit-kit

Szumnie zapowiadany mecz na szczycie Manchester City – Arsenal boleśnie mnie rozczarował. Jakość akcji kleconych przez The Citizens znacznie odbiegała od standardów, do których przyzwyczaili mistrzowie Anglii. Jeden kreatywny David Silva to zdecydowanie za mało na rozbicie bloku z Emirates Stadium. Kanonierzy złapali punkt na wyjeździe (gole po rzutach rożnych), ale gdyby na świetnych kontrach Gervinho celował tak, jak przed tygodniem, twierdza Etihad wreszcie by upadła…

3. Senegalska zagadka

Miejsce akcji: Newcastle. Czas: początek zeszłego sezonu. Efekt: Demba Ba strzela kiedy tylko chce i nie potrafi przestać. Pół roku później: przychodzi jego rodak Papiss Cisse i też trafia na zawołanie, ale… Ba zupełnie się zacina. Nowy sezon: U Ba odradza się instynkt strzelecki, ale… teraz nie strzela Cisse!

Senegalczycy w Newcastle nie mogą wspólnie odnaleźć drogi do siatki. W tej kolejce, już po golu Ba, koledzy wypchnęli Cisse do karnego, aby biedak się przełamał. Cisse przełamał, ale krzesełka na trybunach, bo właśnie tam, a nie w siatce skończył jego strzał z jedenastu metrów.

JEDENASTKA 5. KOLEJKI PREMIER LEAGUE

Tim Howard (EVE)

Rafael (MU), Mark Williamson (NEW), Jan Vertonghen (TOT), Ashley Cole (CHE)

Kevin Mirallas (EVE), Steven Gerrard (LFC), Marouane Fellaini (EVE), Gaston Ramires (SOU)

Rickie Lambert (SOU), Victor Anichebe (EVE)

P.S. Na facebookowym profilu bloga WnF dziś wrzuciłem zdjęcie powalonego przez wślizg Steve Sidwella… sędziego Lee Proberta. Warto to zobaczyć.

5 faktów przed 37. kolejką Premier League (zapowiedź)

Finał Pucharu Anglii, mecze decydujące o tytule mistrza kraju oraz o utrzymaniu w lidze. Liga angielska trzyma w napięciu do samego końca rozgrywek. Co warto wiedzieć i na co zwrócić uwagę podczas piłkarskiego weekendu na Wyspach?

Liverpool czy Chelsea – kto weźmie do domu Puchar Anglii?

1) W drodze po dublet

Chelsea i Liverpool w tym sezonie są do siebie bliźniaczo podobne. Oba kluby w lidze spisują się grubo poniżej oczekiwań, ale w pucharach błyszczą jak wypucowane lakierki. The Reds w Premier League przegrywają z Wigan, Fulham lub Stoke, ale w krajowych pucharach mają na rozkładówce obie drużyny z Manchesteru oraz samą Chelsea. Liverpool zdobył już jedno trofeum (Carling Cup) i teraz mierzy w dublet. Te same cele przyświecają The Blues. Podopieczni Roberto di Matteo mogą wygrać FA Cup, a za dwa tygodnie czeka ich  finał Ligi Mistrzów.

Obie drużyny w środku tygodnia nadrabiały ligowe zaległości. Tu też poszło im bliźniaczo – Chelsea przegrała u siebie z Newcastle, a Liverpool poległ na Anfield z Fulham. Nie warto z tych porażek wyciągać pochopnych wniosków, bo menedżerowie myśleli już o Pucharze Anglii. Największe gwiazdy (Lampard, Mata, Cole, Gerrard lub Suarez) dostały chwilę na złapanie oddechu.

W Chelsea istnieją wątpliwości co do obsady ataku. Fernando Torres i Didier Drogba determinują styl gry The Blues. Czy di Matteo wystawi dynamiczniejszego, szukającego podań za plecy obrońców Torresa, czy silnego jak wół, sprawdzonego w finałach Pucharu Anglii Drogbę?

Liverpoolowi sukces ma zapewnić duet Suarez – Andy Carroll. Ten drugi był bohaterem półfinału FA Cup z Evertonem, stąd ma spore szanse na grę od pierwszych minut. The Reds wygrali z Chelsea cztery ostatnie pojedynki. Przedłużenie tej passy będzie oznaczać zdobycie drugiego trofeum w przeciągu ledwie trzech miesięcy.

2) Pieczęć na mistrzostwie?

W Premier League najważniejsze spotkanie odbędzie się w Newcastle. Stawka meczu jest olbrzymia. Gospodarzy od trzeciego miejsca w tabeli dzieli tylko punkt. Dla gości z Manchesteru City rywalizacja na północy Anglii to praktycznie ostatnia większa przeszkoda na ścieżce do zapewnienia sobie mistrzowskiego tytułu. Na Wyspach panuje powszechne przekonanie, które dzieli nawet sir Alex Ferguson, że jeśli City wygrają w Newcastle, mogą się już czuć zwycięzcami.

Tyle, że zwycięstwo na Sports Direct Arena to piekielne trudne zadanie. Przekonał się o tym Manchester United (3:0 dla Newcastle). W fenomenalnej formie znajduje się Papiss Cisse, który strzela spektakularne gole niemal za każdym machnięciem buta. Ostatnio Senegalczyk zatopił Chelsea i to na Stamford Bridge. Jego bilans to 13 goli w Premier League (tyle samo co Edin Dżeko i Mario Balotelli), choć Cisse kolekcjonuje trafienia dopiero od lutego!

Ale Newcastle potrafi też widowiskowo… przegrać (0:4 z Wigan, 0:5 z Tottenhamem, 2:5 z Fulham). Dlatego The Citizens powinni ruszyć do ataku bez żadnych kompleksów. W końcu urządza ich jedynie zwycięstwo.

3) Czekając na dobry los

Rezultat derbów Manchesteru sprawił, że po raz 11. w sezonie zmienił się lider Premier League. United roztrwonili ośmiopunktową przewagę i zostali strąceni ze szczytu. Teraz muszą oglądać się na wyniki „głośnych sąsiadów”.

Czerwone Diabły przegrywają z City na bilans bramek (różnica ośmiu trafień). Może więc podejmą się niewyobrażalnego i zaczną ścigać się z City na strzelone gole? Nikogo nie powinno zatem zdziwić ultraofensywne ustawienie na spotkanie ze Swansea. Kontuzję złapał Danny Welbeck, stąd szansę otrzyma bohater zeszłej kampanii Javier Hernandez.

United zagrają tuż po spotkaniu City. Będą zatem wiedzieć jak stoją ich szanse przed ostatnią kolejką. Walijskie Łabędzie nie powinny być wielkim wyzwaniem dla chłopców Fergusona. Swansea już zapewniło sobie utrzymanie i teraz walczy już tylko o honor. Brak istotnych celów wpływa jednak na ich postawę, czego dowodem było trzybramkowego prowadzenia z Wolverhampton.

4) Kolejny spadkowicz?

Blackburn przeszło obok meczu na White Hart Lane. Swoją nieporadność z Tottenhamu muszą nadrobić u siebie z Wigan. Jeśli Rovers nie pokonają u siebie The Latics spadną z hukiem z angielskiej ekstraklasy.

Wigan z kolei triumfem na Ewood Park może oddalić od siebie widmo degradacji już na dobre. Podopieczni Roberto Martineza po raz kolejny dokonują rzeczy niezwykłych. W tym sezonie potrafili przegrać osiem spotkań z rzędu (!), by później odprawić z kwitkiem Man United, Liverpool i Arsenal. Bohaterem The Latics jest Victor Moses, który już przyciągnął uwagę ligowych potentatów. Moses rośnie na kolejnego Antonio Valencię, który z Wigan trafił na Old Trafford. Czy piłkarze Martineza przesądzą o losach mistrzów Anglii z 1995 roku?

5) Gospodarze z nożem na gardle

Pasjonująco zapowiada się niedzielna rywalizacja o utrzymanie. Trzy zainteresowane kluby – QPR, Bolton i Aston Villa – rozgrywają spotkania o wszystko na własnych stadionach.

QPR w ostatniej kolejce wybiera się na Etihad Stadium. Man City będzie wówczas chciało przypieczętować tytuł mistrzowski, dlatego Rangers z góry mogą zakładać porażkę. Stąd ostatnią realną szansą na punkty wydaje się mecz ze Stoke. QPR wzmocnieni na nowo Adelem Taarabtem zechcą podtrzymać świetną passę czterech wygranych z rzędu na Loftus Road.

Bolton zaś podejmie nie walczące już o nic West Bromwich Albion. Pozytywną informacją dla kibiców Kłusaków jest przebudzenie weterana Kevina Daviesa. Z drugiej strony menedżer WBA Roy Hodgson, przedstawiony już jako nowy selekcjoner Anglii, zechce pożegnać się z Premier League mocnym akcentem.

Aston Villę czeka najtrudniejsza misja, bo do Birmingham zawita Tottenham. Koguty wróciły do czołowej czwórki i na gwałt potrzebują kolejnego zwycięstwa. Do The Villans, poza kłopotami na boisku, przyplątały się problemy wychowawcze. James Collins, Chris Herd oraz Fabian Delph zostali przyłapani na pijackich wybrykach. Fantastyczna koncentracja przed kluczowym momentem sezonu…

Weekendowy bonus w innym klimacie:

„Koko Euro spoko” nie jest najlepszym dziełem muzyki, ale oficjalna piosenka Euro 2012 trzyma dobry poziom. „Endless summer” Oceany wiele nie ustępuje „Waka Waka” Shakiry z Mundialu 2010.

Do Euro 2012 już tylko nieco ponad miesiąc:

Gol sezonu w Premier League? (video)

W tym przypadku słowa wydają się zbędne. Papiss Cisse, Newcastle kontra Chelsea, 2:0 na Stamford Bridge. Radzę zapiąć pasy.

Decyzja, wolej, podkręcenie strzału, lob nad Petrem Cechem składają się na perfekcję tego gola.

Wersja alternatywna:

11-stka 32. kolejki Premier League, Scholes najlepszy

Gracze Premier League dostarczyli solidnej dawki świątecznych emocji. Uroczysty nastrój znakomicie posłużył Paulowi Scholesowi z Manchesteru United, który został bohaterem 32. kolejki. Podczas weekendu obserwowaliśmy piękne gole, wielkie pudła i nadmierne pokłady agresji Mario Balotelliego. 

Jedenastka 32. kolejki (1-4-4-2):
BR: Ben Foster (1*, WBA)
PO: Branislav Ivanovic (4, Chelsea)
ŚO: Thomas Vermaelen (4, Arsenal)
ŚO: Robert Huth (3, Stoke)
LO: Liam Ridgewell (1, WBA)
PP: Damien Duff (1, Fulham)
ŚP: Mikel Arteta (3, Arsenal)
ŚP: Paul Scholes (1, Manchester United)
LP: Clint Dempsey (4, Fulham)
N: Papiss Cisse (3, Newcastle)
N: Nikica Jelavić (1, Everton)
* razy w jedenastce kolejki

Gracz kolejki: 

Stary, dobry Paul Scholes, fot: Daily Mirror

Paul Scholes (Manchester United) – modelowy przykład pięknej sportowej „dojrzałości”. Bliski 40-tych urodzin Scholes znakomicie układa środkową linię Czerwonych Diabłów. Jego przegląd pola, dokładność przerzutów piłki i solidne kopnięcie zza pola karnego okazało się wystarczającym orężem na QPR. Doświadczony Anglik zdobył typowego dla siebie gola i mądrze dyrygował zespołem obecnego i przyszłego mistrza Anglii.

Mecz kolejki:

Arsenal – Manchester City 1:0 – w szlagierze padło mało goli, ale absolutnie nie oznaczało to boiskowej nudy. Obie drużyny narzuciły oszałamiające tempo akcji. Szczególnie imponowały huraganowe natarcia Kanonierów w bocznych strefach boiska. City tylko na moment przejęli inicjatywę. Przez resztę czasu, schowani za podwójnym murem, odpychali napór rywali. Cierpliwość i zaangażowanie Arsenalu zostało wynagrodzone w 87. minucie po mocnym strzale Mikela Artety.

Gol kolejki: 

Papiss Cisse (Newcastle) – Senegalczyk nie przestaje czarować od momentu swojego debiutu. W piątek Cisse dołożył do swojego dorobku dwa kolejne gole. Przy drugim trafieniu zaprezentował bajeczną klasę. Nawet gdy stracił równowagę, potrafił kopnąć piłkę tak, aby ta szerokim łukiem wylądowała w górnym narożniku bramki Swansea. Precyzja nowego bohatera Newcastle jest wręcz przerażająca.

Parada kolejki: 

Ben Foster (WBA) – bramkarz West Bromwich miał wiele pracy w pojedynku przeciwko Blackburn. Foster zwijał się jak w ukropie i zachował czyste konto. Popisał się przy tym fenomenalną podwójną interwencją. Najpierw wybronił się w pojedynku sam na sam z Yakubu, później zdążył się podnieść, aby odbić dobitkę.

Kontrowersja kolejki: 

Spalone Chelsea i Manchesteru United – The Blues wygrali w wyjątkowo szczęśliwy sposób, strzelając oba swoje gole po spalonych. Najlepszy komentarz do tych bramek wygłosił trener pokonanego Wigan, Roberto Martinez: – Występ liniowego był obrzydliwy. Te decyzje nie były nawet trudne. Oba gole padły z wyraźnych spalonych. W szatni czuliśmy się bardzo niesprawiedliwie potraktowani. Ktoś może spytać: „Czy to czas na wprowadzenie technologii?” Nie. Czas na kompetentnych sędziów, którzy znają reguły. Do tego nie potrzeba techniki – grzmiał menedżer Wigan.

Manchester United z kolei świetnie ułożył sobie mecz po rzucie karnym i czerwonej kartce dla Shauna Derry’ego. Faul gracza QPR był ewidentny. Problem w tym, że sfaulowany Ashley Young w momencie podania znajdował się na spalonym. Sędzia to przeoczył, w efekcie czego United wykorzystali „jedenastkę” i przez resztę meczu grali z przewagą jednego piłkarza.

Pudło kolejki: 

Dirk Kuyt (Liverpool) –  The Reds szaleńczo gonili wynik w potyczce z Aston Villą. Stworzyli sobie sporo okazji, ale – typowo dla tego sezonu – seryjnie je marnowali. Najlepszą szansę zepsuł Kuyt, który nie potrafił skierować piłki do siatki z półtora metra. Dopiero w końcówce fatum przerwał Luis Suarez, ale wystarczyło to tylko do kolejnego remisu na Anfield.

Faul kolejki: 

Mario Balotelli (Manchester City) – przewinieniem tego weekendu zostało to…, którego sędzia nawet nie odgwizdał. Pobudzony Włoch zasłużył na czerwoną kartkę już w 20. minucie, gdy bezpardonowo natarł na piszczel Alexa Songa. Balotelli mógł połamać nogę koledze z Arsenalu. Napastnik City nie wyciągnął właściwych wniosków, dalej bezmyślnie faulował i tuż przed końcem gry dopiął swego – wreszcie wyleciał z boiska.

Bandycki faul Mario Balotelliego

%d blogerów lubi to: