Archiwum

Posts Tagged ‘Philipp Lahm’

Der Klassiker w pięciu lekcjach

Wynik nie oddaje w pełni przebiegu meczu, ale udowadnia ile kroków przed resztą stawki jest obecnie FC Bayern Monachium. Bawarczycy po mistrzowsku wypunktowali swojego najpotężniejszego krajowego rywala i dalej spokojnie siedzą na czele stawki w Niemczech. Co pokazał nam sobotni klasyk w Niemczech?

1. Rola Lahma

Jaka logika stoi za przesunięciem najlepszego bocznego obrońcy świata u szczytu formy na nową pozycję? Tak robi tylko szaleniec lub… wizjoner. Owszem, brak Philippa Lahma na skrzydle obniża potencjał ataku na prawej stronie (co udowadnia jedyny moment, gdy Niemiec pobiegł na starą pozycję – skończyło się asystą przy golu na 3:0).  Jednak łatwo o uzasadnienie takiego wyboru Pepa Guardioli.

Spójrzcie sami na załączony wykres. Lahm ustawiony jako defensywny pomocnik ma służyć głównie stabilizacji rozgrywania piłki od tyłu. Guardiola szanuje utrzymywanie posiadania futbolówki, a Lahm o nią bardzo dba (94% dokładności zagrań w sobotę, 92% średnia sezonu). W Bayernie tylko Bastian Schweinsteiger ma lepsze statystki precyzji podań.

Lahm także zauważalnie cofa się pod własnych środkowych obrońców. Choć w obronie Bawarczycy bronią ewidentnie czwórką z tyłu, to w fazie ataku boczny defensorzy błyskawicznie przesuwają się do przodu, a ich pozycję asekuruje właśnie Lahm. Dzięki temu Bayern ma wyjątkowo mocne skrzydła i przy okazji dużo opcji do zagrania w środku. Ryzykowna jest tylko strata piłki w wyprowadzaniu jej od tyłu, ale właśnie dlatego tak kluczową rolę stanowi wysoki procent dokładności podań. (Podobny manewr Guardiola robił w Barcelonie, gdy Sergio Busquets w ataku stawał się trzecim środkowym obrońcą).

2. Casting Lewandowskiego

Polski napastnik był najjaśniejszym punktem rozbitej w końcówce Borussii Dortmund. Choć drużynowo poniósł klęskę, jego bardzo udany występ indywidualny stanowił najlepszy dowód, dlaczego Bayern powinien latem walczyć o niego do ostatnich sił. W starciu z silnymi obrońcami Bayernu (Boateng i Dante na zmianę), Robert Lewandowski wygrywał większość pojedynków główkowych – 11 w całym spotkaniu. Dortmund nie miał warunków do długiego rozgrywania piłki. Polak stanowił więc kluczowy element w konstruowaniu ataku, bo umiał utrzymać piłkę pod presją na połowie rywala. Stąd też był najczęściej poniewieranym graczem meczu.

Jego największą wartością był jednak wpływ na ustawienie linii defensywnej monachijczyków. Lewandowski wycofany z pozycji wysuniętego napastnika z miejsca zabierał za sobą Boatenga lub Dantego. W sobotę świetnie wychodziły mu podania z głębi. Właśnie po zagraniach Lewandowskiego do kolegów wbiegających w wolne luki Dortmund miał swoje najlepsze szanse – w 70 minucie znakomitą okazję zmarnował Henrich Mychitarian, a trzy minuty później Marco Reusa zatrzymał bramkarz gości. Dodaj takiego napastnika do ekipy Bayernu, a wychodzi maszynka o przerażającej jakości…

3. Ławka Guardioli

Szpital w obronie Dortmundu tylko uwypuklił różnice w jakości składów obu niemieckich potentatów. Bayern dysponował na ławce ludźmi, którzy wzięli się do zupełnego odwrócenia losów meczu. Luksus wprowadzania po przerwie Thiago Alcantary oraz Mario Gotze to marzenie każdego klubowego trenera na świecie.

Nawet wymuszona zmiana, mocno przy tym nietypowa, Jerome’a Boatenga za Thiago okazała się strzałem w dziesiątkę. Hiszpan wszedł i zaprowadził ład w środku pola Bayernu. Stać go było na niekonwencjonalne podania, których wcześniej nie próbował nikt. Unaocznieniem tego zjawiska było rewelacyjne zagranie przy kontrze Bawarczyków zakończonej celnym strzałem Robbena na 2:0.

Gotze z kolei musiał dodatkowo zmierzyć się z ciężarem 80-tysięcznych trybun w Dortmundzie, które grały kocią muzykę przy jego każdym kontakcie z piłką. Wszedł na pozycję fałszywego napastnika i udało mu się uciszyć na moment rozśpiewane gardła fanów Borussii kluczowym trafieniem w meczu.

Czytaj dalej…

Reklamy

Pięć lekcji z meczu Arsenal – Bayern

Nie trzeba czekać na wielki Bayern pod okiem Pepa Guardioli. W Monachium już gra zjawiskowa ekipa, która swoje talenty pokazała wygrywając 3:1 na wyjeździe z Arsenalem. Czego dowiedzieliśmy się ze starcia dwóch wielkich firm Europy?

1) Znak firmowy Bayernu

Van Buyten był jednym z koszmarów Walcotta

Gdyby tworzyć definicję idealnego meczu wyjazdowego w pucharach, Bayern w Londynie zbliżyłby się do perfekcji. Dominacji Bawarczyków nie oddawały statystyki posiadania piłki, w których są zwykle najlepsi w Europie zaraz po Barcelonie. Goście pozwolili szamotać się z futbolówką Arsenalowi. Swój sukces oparli na dewastującym wykorzystywaniu własnych przewag i żelaznej obronie.

Zaczęliśmy naprawdę dobrze, szczególnie w pierwszych 30 minutach. Oddaliśmy piłkę, a nasi rywale musieli wykonać całą pracę. Byliśmy bezwzględni – skomentował Bastian Schweinsteiger. Fenomen defensywy Bayernu (która w lidze pozwoliła rywalom na strzelenie siedmiu goli w 22 meczach) oddał przebieg pierwszej połowy, gdy Arsenal nie miał żadnego celnego strzału na bramkę, a ich dwa uderzenia zostały zablokowane.

Monachijczycy poradzili sobie z planem taktycznym Arsene Wengera, który na szpicy ataku wystawił Theo Walcotta. Szybki Anglik miał wykorzystywać miejsce za plecami obrońców, u których gra pressingiem wymusza wysokie ustawienie. Jednak Bayern nie pękał. Nawet typowany na najsłabsze i najwolniejsze ogniwo Daniel van Buyten imponował przechwytami oraz wzorowym czytaniem gry. Tylko jedna okazja obnażyła zapędzenie się Davida Alaby i dała przestrzeń na rajd Santiego Cazorli (skończony złym podaniem).

Gol Lukasa Podolskiego przerwał serię 664 minut Bayernu bez straty gola. Indywidualne wpadki Manuela Neuera i Schweinsteigera przy tym trafieniu stanowiły podły wyjątek od poza tym perfekcyjnego drylu w bawarskiej defensywie.

2) Nadzieja Arsenalu

Kanonierom trudno będzie wyciągać pozytywne wnioski po zmierzeniu się z przytłaczającą siłą z południa Niemiec. Jeśli ktoś wyróżnił się na tle przyjezdnych, był to najmłodszy wśród gospodarzy Jack Wilshere. 21-latek to jedyny piłkarz Arsenalu, który mógłby wejść do wyjściowej jedenastki Bayernu i usprawnić jej tryby.

Jeszcze przed meczem Schweinsteiger doceniał klasę rywala z linii pomocy. – Typowy angielski zawodnik ma ponad 180 cm wzrostu. Jack Wilshere posiada inne ruchy. On jest dynamiczny, ma dobrą lewą nogę i trzyma oko na piłkarzy dookoła niego – chwalił go 28-letni gracz Bayernu.

Składniki tej wyliczanki Wilshere pokazał na The Emirates. Zanotował sześć udanych dryblingów. Jego wejścia z głębi pola okazały się zabójcze w pojedynku z reprezentacją Brazylii, a we wtorkowy wieczór były najlepszą bronią Kanonierów. Jednak brakowało mu drugiego tak efektywnego ogniwa. Zupełnie obok meczu przeszli Cazorla i Aaron Ramsay.

Czytaj dalej…

5 lekcji z półfinałów Ligi Mistrzów

Chelsea wygrała z Barceloną, szydząc przy tym z wszelkich statystyk. Bayern okazał się pierwszym pogromcą Realu w tej edycji Ligi Mistrzów. Czego nauczyły nas mecze półfinałowe najlepszych piłkarskich rozgrywek Europy?

Bohaterska obrona Chelsea, której przewodzą Terry i Cahill

1. Jak powstrzymać Barcelonę?

Istnieją dwa główne nurty, wedle których rywale Barcelony próbują ich zatrzymać. Jeden, prezentowany przez Atlethic Bilbao oraz po części przez Milan i Real Madryt, zakłada wysoki pressing na obrońcach Blaugrany, co utrudnia im swobodne rozgrywanie krótkich podań. Zdecydowana większość drużyn stosuje jednak taktykę maksymalnego wycofania i murowania przestrzeni przed polem karnym.

Chelsea, nawet grając u siebie, nie wahała się przed zastosowaniem drugiej metody. Już nawet kształt podstawowej jedenastki zwiastował ultradefensywną taktykę Roberto di Matteo. Włoski menedżer zmieścił w swojej linii pomocy czterech środkowych pomocników z inklinacją do obrony, z czego jeden (Ramires) pełnił też rolę skrzydłowego w kontrach.

Wielką rolę odegrali stoperzy The Blues. John Terry ustawiał się po profesorsku na przejęcia podań, a Gary Cahill (podobno przed meczem gracze Barcelony nie wiedzieli o istnieniu tego zawodnika) heroicznie rzucał się pod nogi rywali, aby blokować strzały. Ciasno upakowana i wycofana obrona obrzydziła życie przyjezdnym z Katalonii.

Problemy Barcelony ze sforsowaniem bloku defensywnego uosabiał Leo Messi. Argentyńczyk w pierwszej połowie nie miał wiele przestrzeni między liniami obrony Chelsea. W drugiej próbował indywidualnie mijać przeciwników, ale jego strzały były blokowane. Blaugrana grała bez typowych skrzydłowych, często ścinała akcje do środka, pakując się przy tym w największy tłok.

Co nie znaczy, że Katalończycy zostali pozbawieni okazji strzeleckich. Gdyby strzały w poprzeczkę i słupek, dwa pudła w stuprocentowych okazjach i uderzenie wybite z linii bramkowej wpadły do siatki, ten akapit zamiast o skutecznej obronie Chelsea mówiłby o geniuszu ofensywnym chłopców Pepa Guardioli.

2. Drogba – bohater  i błazen

Didier Drogba fenomenalnie zagrał w niedzielnym spotkaniu w Pucharze Anglii. Reprezentant WKS, wzorem dawnych lat, terroryzował defensorów Tottenhamu. Nie dziwi zatem, że w spotkaniu z Barceloną di Matteo liczył na jego siłę fizyczną.

Przeciwko Dumie Katalonii Chelsea oddała jeden celny strzał na bramkę, który był przy okazji jedynym golem meczu. Jego autor, Drogba, świetnie wykończył podanie po rajdzie Ramiresa. Osamotniony napastnik The Blues często walczył też w obronie.

Szkoda tylko, że w pamięci zapisywał się głównie symulacjami kontuzji, teatralnymi upadkami i mało honorowym kradnięciem sekund. Można byłoby zrozumieć taką postawę raz, góra dwa razy w meczu. Ale Drogba notorycznie wykładał się na ziemię i więcej czasu spędzał w pozycji leżącej, niż goniąc za piłką.

3. Real ma kłopot ze stałymi fragmentami gry

Wrzutki w pole karne były zmorą Realu podczas wtorkowego wieczoru na Allianz Arena. Każde dośrodkowanie, czy to z rzutu rożnego czy wolnego, pompowało adrenalinę w żyły sympatyków Królewskich. Gracze ze stolicy Hiszpanii mieli sporo problemów z oddalaniem zagrożenia po centrach.

Skończyło się to boleśnie. W 17. minucie źle wybita piłka spadła pod nogi Francka Ribery’ego, który od razu ukarał Real.

W drugiej połowie kolejny błąd w wybiciu powinien zostać wykorzystany przez piłkarzy Bayernu, ale szansę roztrwonił Mario Gomez. Niemiec sporo pudłował, ale okazał się cierpliwy. Sprzyjała mu też fortuna i w tuż przed ostatnim gwizdkiem znów został bohaterem całego Monachium.

Philipp Lahm zagrał jak na kapitana przystało

4. Lahm robi różnicę

Philipp Lahm dostał poważne zadanie. Musiał przypilnować Cristiano Ronaldo w obronie oraz wspierać Arjena Robbena w ataku. Niemiec na początku skupił się wyłącznie na defensywnie, ale kiedy Ronaldo w drugiej połowie zmienił stronę boiska, Lahm chętnie zawędrował do przodu.

Przypomniał przy okazji, dlaczego stawia się go w gronie najlepszych bocznych obrońców świata. Znakomicie rozciągał defensywę Realu. Posyłał kąśliwe dośrodkowania (z których wynikły cztery kluczowe podania). W końcu ominął bezradnego Fabio Coentrao, wstrzelił piłkę w pole karne i patrzył jak Gomez wpycha futbolówkę do siatki.

5. Bayern – Chelsea w finale?

Przyznajmy uczciwie – kto przed półfinałami uważał, że sprawa zwycięstwa w Lidze Mistrzów rozstrzygnie się w wewnątrzhiszpańskim El Clasico? Powodów do takiego myślenia było co niemiara.

Jednak futbolu nie da się przewidzieć w oparciu o statystyki lub prognozy bukmacherów. Pierwsze odsłony półfinałów wygrali „ci obcy”, którzy stają na przeszkodzie finałowego El Clasico. Czy w maju na Allianz Arena może zabraknąć przedstawicieli Półwyspu Iberyjskiego?

Mimo wszystko Real i Barcelona mają spore szansę na awans. Królewscy osiągnęli mały sukces strzelając wyjazdowego gola, dlatego na własnym obiekcie wystarczy im nawet wynik 1:0. Strzelenia bramki przez Real można być niemal pewnym, w końcu ich trio Ronaldo, Benzema i Higuain trafiali do siatki częściej niż cały zespół Bayernu. Barcelona na Camp Nou spotka się z głębokimi zasiekami Chelsea, która będzie zaciekle bronić skromnej przewagi. Ale z Katalonii rzadko kiedy udaje się wrócić bez worka straconych goli. Czy Messiego można utrzymać w ryzach przez pełne 180 minut?

%d blogerów lubi to: