Archiwum

Posts Tagged ‘Puchar Anglii’

Słodko-gorzki smak pucharu

Jak pewnie większość kibiców (poza grupą Arsenalu) liczyłem na inną narrację wtorkowego wieczoru. Cudowna wygrana Wigan, która wepchnie końcówkę sezonu EPL na oczekiwane szczyty. Mimo porażki zakończonej spadkiem ich historia będzie nie raz, nie pięć przywoływana w kibicowskiej pamięci.

Ostatni cud Martineza w Wigan?

Co byście brali, gdyby przyszło wam rozwiązać dylemat angielskich mediów: Puchar Anglii lub utrzymanie w lidze? Ja biorę trofeum. Niektóre kluby żyją z kolekcjonowania trofeów, inne z mniejszym potencjałem stworzone są do roli tła. Wigan jest klubem głębokiego zaplecza. Szansę na triumf musi wietrzyć w odpadnięciu przynajmniej 10-15 silniejszych od siebie klubów w jednym sezonie. To zdarza się ekstremalnie rzadko. Więc skoro sport w definicji stanowi walkę o wygraną, zadowolenie samym udziałem (nawet w Premier League) jawi się jako sprzeczne z pierwotną koncepcją rywalizacji.

Wigan powtórzyło scenariusz Birmingham City, które w 2011 wygrało trofeum (Puchar Ligi) i polecało z ekstraklasy w jednym sezonie. Od tamtej pory nie ma po nich śladu w Premier League. Ale przypadek The Latics jest inny. Od teraz każde potknięcie tłustego faworyta w decydującym meczu dostanie stygmat „Wigan 2013″. Miejsce w świadomości The Latics zdobyli całkowicie zasłużenie. Kto oglądał sobotni finał Pucharu Anglii ten podskórnie poczuł niezwykłość tamtej chwili. Zwycięstwa Dawidów nad Goliatami zdarzają się nierzadko. Wigan poszło o krok dalej. Miało w sobie energię, odwagę i potencjał, aby narzucić własne reguły gry. Zwyciężyli mecz rozgrywany na ich dyktando.

Sprawne ruchy taktyczne Roberto Martineza przechytrzyły przedmeczowe oczekiwania. Można było spokojnie spodziewać się czwórki w linii obrony. Przecież Wigan brakowało zdrowego zawodnika, który naturalnie pokryłby prawą stronę defensywy. Mimo to Martinez wrócił do swojego wcześniejszego pomysłu i zabił Manchesterowi City klina w postaci ustawienia 3-4-3. Pierwsza jaskółka tego systemu pojawiła się błyskawicznie. Już w swojej czwartej notatce z tamtego spotkania wypisałem zupełnie uwolnionego i bardzo ofensywnie biegającego Rogera Espinozę – nominalnego lewego obrońcę. Espinoza pojawił się tu raz, drugi, trzeci, dziesiąty… aż wniosek mógł być jeden. Z drugiej strony, nieco schowany, James McArthur na prawej flance. Gramy trójką z tyłu w najważniejszym meczu w dziejach klubu.

Na Espinozę Manchester City odpowiedział dopiero w 55. minucie, gdy wreszcie zaczął go kryć James Milner. System 3-4-3 obnażył słabości skrzydeł faworytów, gdzie bocznym obrońcom bardzo brakowało ochrony ludzi z pomocy. Najpiękniej oddał to niekończący się rajd Calluma McManamana z Gaelem Clichym. Po spotkaniu profil Anglika na Wikipedii uzupełniono o frazę „niszczenie Gaela Clichy’ego” w rubryce pozycja. Przebojowość w połączeniu z techniką McManamana zawładnęła serce każdego, kto choć przez chwilkę napomknął o finale Pucharu Anglii. Czytaj dalej…

Reklamy

„Tymczasowy” Benitez walczy o swoje

Przegrany półfinał Pucharu Anglii z Manchesterem City to kołek w serce fanów Chelsea. Ale największy ból powinien odczuwać Rafael Benitez, któremu daleko do miana kibica The Blues. Hiszpańskiemu trenerowi uciekła jedna z dwóch okazji na uwieńczenie swojej trudnej ery na Stamford Bridge.

Liga Europejska to priorytet dla Beniteza, fot: Wikimedia

Puchar Anglii był w zasięgu dłoni. Dwa wygrane mecze i nowy wpis w szkoleniowym CV. Ale Chelsea zaczęła identycznie jak w pierwszym ćwierćfinale przeciwko Manchesterowi United. Szybko oddana inicjatywa, bojaźliwe budowanie ataków i głębokie powroty do obrony nie sprawdziły się najlepiej. City strzeliło dwa gole, jak United rundę wcześniej. Na Old Trafford The Blues udało się pozbierać i zdominować rywali w drugiej połowie. Podobnie działo się podczas półfinału na Wembley. Chelsea atakowała niemal samobójczą strategią, w której tyłów broniło nominalnie ledwie dwóch graczy. Choć gracze Beniteza złapali kontakt, nie dało się wyszarpać wyrównania. Olbrzymią szansę na kolejne trofeum w Anglii dostanie Włoch Roberto Mancini.

Benitez wie, że jego przygody z Chelsea w Pucharze Anglii się już skończyły. Trwa już casting na nowego menedżera The Blues, a główne role grają w nim Manuel Pellegrini z Malagi, Jurgen Klopp z Dortmundu, Gianfranco Zola z Watfordu i oczywiście Jose Mourinho. Beniteza w gronie kandydatów nie będzie, dlatego z końcówki sezonu na Stamford Bridge chce wyciągnąć jak najwięcej. Głównie dla samego siebie.

Czytaj dalej…

Rollercoaster po amfetaminie

Za oknem znowu dominują kolory z polskiego budownictwa lat 60-tych, ale w Anglii piłkarska wiosna. Rewelacyjną niedzielę w Premier League potrafiła zepsuć tylko rywalizacja telewizji o oglądalność. Zamiast upchnąć hity Liverpool – Tottenham i Manchester United – Chelsea w różnych porach, powiedzieli: „Wybieraj synu”.

Kibice w Anglii nie potrzebują takich rozrywek – oni mają futbol

Mi udało się z odtworzenia złapać oba niedzielne thrillery. Było warto. Puls skakał niczym przy przejażdżce rollercoasterem po amfetaminie. Choć na takie cuda zupełnie nie zapowiadało się na Old Trafford. Jedenaście minut gry, a ja już, przyznaję, odesłałem Chelsea z powrotem pośpiesznym do Londynu. Zachwycające podanie Michaela Carricka i godne wykończenie akcji Javiera Hernandeza (jego piąty gol w sześciu ostatnich meczach z The Blues), a później szczęśliwy rogalik Wayne’a Rooneya miały załatwić sprawę. Tak też myślał chyba sir Alex Ferguson, bo United tylko jeszcze chwilę postanowili szukać szczęścia w ataku. W 25. minucie Rooney strzelił wprost w Petra Cecha, który później cudem podniósł się, aby odbić dobitkę. Sprawdził go koleżeński David Luiz z własnej obrony…

Czerwone Diabły specjalizują się w zamykaniu takich meczów (ku rozpaczy szukających emocji). Nie tym razem. Słyszeliście kiedyś tezę, że prowadzenie 2:0 to niebezpieczny wynik? Na zdrowy rozum wydaje się to równie groźne, co znalezienie na strychu akcji firmy Apple z 1984 roku – można zgłupieć z nadmiaru bogactwa. Jednak teoria nie jest tak dziwna, na jaką wygląda. Jeden gol kontaktowy, strzelony odpowiednio wcześnie, zupełnie zmienia nastawienie psychiczne obu klubów. Jeszcze wygrywający cofają się panicznie, aby dowieźć do końca co jeszcze zostało. Przegrywający rzucają się w szał ataku, wietrząc w tym ostatnią szansę.

Tak też się stało na Old Trafford. Zmiana oblicza gry dokonała się ostatecznie w przerwie meczu, gdy Rafael Benitez (wyszydzany przez pełne 90. minut) zaprezentował widowni Edena Hazarda. Wcześniej The Blues przetrzymywali długo piłkę, ale najczęściej odbijali się od solidnie zorganizowanych linii obronnych United. Hazard to zmienił. Chelsea zaczęła odzyskiwać posiadanie na połowie rywali i łapała ich na braku odpowiedniego ustawienia. Pędzili z kontrami słuchając liderów Hazarda i Juana Maty. Najlepiej to nastawienie oddaje wyrównujący gol Ramiresa, gdy czwórka wygłodniałych przybyszów ze Stamford Bridge dorwała się do czterech defensorów United.

Czytaj dalej…

Powrót do przeszłości

W Premier League bardzo brakuje jednego zespołu – Leeds United. Na Wyspach są historycznie piękniej dekorowane kluby, jednak Pawie kojarzą się fantastycznie za drużyny jeszcze z przedwczoraj. Zmagań z Elland Road nie ma co tydzień w wyspiarskiej elicie, ale od czego jest Puchar Anglii…

Leeds United znów rywalizuje z angielską elitą

Piątoligowe Luton Town odniosło najbardziej niespodziewane zwycięstwo w IV rundzie FA Cup (na wyjeździe z premierleague’owym Norwich). Oldham Athletic z trzeciej ligi odprawiło z kwitkiem Liverpool. Pewnie to najwięksi zabójcy gigantów w weekendowej serii. Jednak Leeds United rozprawiło się z najwyżej rozstawioną ekipą – czwartym w Premier League Tottenhamem. Ku mojej olbrzymiej radości.

Sentyment do Pawi ma pewnie większość osób, która śledziła angielski futbol na początku XXI wieku. Świetne drużyny Davida O’Leary’ego regularnie meldowały się w okolicach podium.  W 2001 roku Leeds zawiało aż do półfinału Ligi Mistrzów. Wspomnienia wyczynów Harry’ego Kewella z Markiem Viduką siedzą we mnie od tamtego czasu i stanowią fundament tęsknoty za Leeds. Przeklęte długi, które zabiły futbol na najwyższym poziomie w hrabstwie Yorkshire…

Staroszkolny klimat wrócił w niedzielę. Wypełnione Elland Road, rozśpiewani kibice, błoto w okolicach narożników boiska, foliówki na boisku, świetny rywal i wielkie granie w Leeds. Sentymentalna podróż pogłębiła się przy analizie składów. Wśród Pawi, na pozycji ofensywnego pomocnika, zapodział się El-Hadji Diouf – pamiętany głównie z Mundialu 2002 i występów w Liverpoolu. Kto by dziś uwierzył, że w 2004 roku Pele umieścił go na liście 125 najlepszych żyjących piłkarzy świata. O nim Jamie Carragher powiedział: „ma jedną z najgorszych skuteczności w historii napastników Liverpoolu” (sezon 2003/04 zakończył z 33 meczami i… 0 goli!). Senegalczyk jest wyjątkowo kontrowersyjną postacią.

Sama jego obecność w kadrze Leeds to niesamowita historia. Ściągnął go Neil Warnock (były szef QPR, kolejne wspominki), który półtora roku wcześniej przejechał się po Dioufie jak po burej suce. Wszystko przez to, że Senegalczyk obrażał Jamiego Mackiego, gdy tego zdrapywali z boiska po złamaniu nogi. – Nie trzeba podnosić palca i nazywać tego wstydem, bo nawet ludzie Blackburn (ówczesny klub Dioufa) byli zawstydzeni. Nie widzę go w Blackburn na długo. On osiągnął najniższe ze wszystkim den – wygrażał Warnock. Wkrótce sam sięgnął po niepokornego atakującego. Z Tottenhamem Diouf udowodnił, że ma jeszcze papiery na wielki futbol.

Czytaj dalej…

Puchar Anglii marginalizowany, a wciąż kochany

Najstarsze klubowe rozgrywki świata nie wytrzymują konkurencji świetnie opłacalnych Premier League i Ligi Mistrzów. Wielcy traktują Puchar Anglii po macoszemu. Jednak ten turniej nadal ma swoją magię i oferuje historie nieopowiadane nigdzie indziej.

Lepszy Puchar Anglii w ręce, czy czwarte miejsce w tabeli?

– Pierwszym trofeum jest wygranie Premiership, drugim wygranie Ligi Mistrzów, trzecim awans do Ligi Mistrzów, czwartym triumf w Pucharze Anglii, a piątym Puchar Ligi – wyliczał rangę sezonowych celów Arsene Wenger. Menedżer Arsenalu nie zdobył żadnego pucharu od siedmiu sezonów, a mimo to czwarte miejsce w lidze otwierające drogę do europejskich pucharów postawił wyżej niż glorię w turnieju ze 142-letnią tradycją.

Dużych to nie grzeje

Puchar Anglii to obok mistrzostwa ligi element składowy krajowej podwójnej korony. Poszczycić się nią może tylko siedem klubów w Anglii.  Dawniej finał rozgrywek był zdecydowanie meczem roku na Wyspach. Okraszony atmosferą legendarnego Wembley, stanowił jedyną okazję w roku do podziwiania piłki nożnej na żywo w ogólnokrajowej telewizji.

Cały naród wstrzymywał oddech. Dziś najwyżej rzuci okiem. Trenerzy potentatów wolą oszczędzać nogi piłkarzy na ważniejsze wyzwania. Czasem osłabione składy wystawiają nawet w półfinale. W 1999 roku sir Alex Ferguson nawet wycofał swój Manchester United z rozgrywek, stawiając na Klubowe Mistrzostwa Świata.  – FA Cup to wciąż najlepsze krajowe rozgrywki na świecie – mówi Ferguson. – Ale bądźmy szczerzy, gdzie lepiej pojechać – do West Hamu czy Realu Madryt?

Klubom bardzie opłaca się międzynarodowe granie. Sam awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów daje nagrodę minimum siedmiu milionów funtów, bez wpływów marketingowych. Wygrany finał Pucharu Anglii wyceniany jest na niecałe dwa miliony.

Harry Redknapp zdobył FA Cup z Portsmouth i awansował do Ligi Mistrzów z Tottenhamem. Przyznaje, że Premier League przyćmiewa pucharowe wojaże. – Choć jestem romantykiem to muszę przyznać, że trudno byłoby mi wybrać, co dało mi większą przyjemność  – stwierdza porównując sukcesy z Portsmouth i Tottenhamem.

Czytaj dalej…

5 faktów przed 37. kolejką Premier League (zapowiedź)

Finał Pucharu Anglii, mecze decydujące o tytule mistrza kraju oraz o utrzymaniu w lidze. Liga angielska trzyma w napięciu do samego końca rozgrywek. Co warto wiedzieć i na co zwrócić uwagę podczas piłkarskiego weekendu na Wyspach?

Liverpool czy Chelsea – kto weźmie do domu Puchar Anglii?

1) W drodze po dublet

Chelsea i Liverpool w tym sezonie są do siebie bliźniaczo podobne. Oba kluby w lidze spisują się grubo poniżej oczekiwań, ale w pucharach błyszczą jak wypucowane lakierki. The Reds w Premier League przegrywają z Wigan, Fulham lub Stoke, ale w krajowych pucharach mają na rozkładówce obie drużyny z Manchesteru oraz samą Chelsea. Liverpool zdobył już jedno trofeum (Carling Cup) i teraz mierzy w dublet. Te same cele przyświecają The Blues. Podopieczni Roberto di Matteo mogą wygrać FA Cup, a za dwa tygodnie czeka ich  finał Ligi Mistrzów.

Obie drużyny w środku tygodnia nadrabiały ligowe zaległości. Tu też poszło im bliźniaczo – Chelsea przegrała u siebie z Newcastle, a Liverpool poległ na Anfield z Fulham. Nie warto z tych porażek wyciągać pochopnych wniosków, bo menedżerowie myśleli już o Pucharze Anglii. Największe gwiazdy (Lampard, Mata, Cole, Gerrard lub Suarez) dostały chwilę na złapanie oddechu.

W Chelsea istnieją wątpliwości co do obsady ataku. Fernando Torres i Didier Drogba determinują styl gry The Blues. Czy di Matteo wystawi dynamiczniejszego, szukającego podań za plecy obrońców Torresa, czy silnego jak wół, sprawdzonego w finałach Pucharu Anglii Drogbę?

Liverpoolowi sukces ma zapewnić duet Suarez – Andy Carroll. Ten drugi był bohaterem półfinału FA Cup z Evertonem, stąd ma spore szanse na grę od pierwszych minut. The Reds wygrali z Chelsea cztery ostatnie pojedynki. Przedłużenie tej passy będzie oznaczać zdobycie drugiego trofeum w przeciągu ledwie trzech miesięcy.

2) Pieczęć na mistrzostwie?

W Premier League najważniejsze spotkanie odbędzie się w Newcastle. Stawka meczu jest olbrzymia. Gospodarzy od trzeciego miejsca w tabeli dzieli tylko punkt. Dla gości z Manchesteru City rywalizacja na północy Anglii to praktycznie ostatnia większa przeszkoda na ścieżce do zapewnienia sobie mistrzowskiego tytułu. Na Wyspach panuje powszechne przekonanie, które dzieli nawet sir Alex Ferguson, że jeśli City wygrają w Newcastle, mogą się już czuć zwycięzcami.

Tyle, że zwycięstwo na Sports Direct Arena to piekielne trudne zadanie. Przekonał się o tym Manchester United (3:0 dla Newcastle). W fenomenalnej formie znajduje się Papiss Cisse, który strzela spektakularne gole niemal za każdym machnięciem buta. Ostatnio Senegalczyk zatopił Chelsea i to na Stamford Bridge. Jego bilans to 13 goli w Premier League (tyle samo co Edin Dżeko i Mario Balotelli), choć Cisse kolekcjonuje trafienia dopiero od lutego!

Ale Newcastle potrafi też widowiskowo… przegrać (0:4 z Wigan, 0:5 z Tottenhamem, 2:5 z Fulham). Dlatego The Citizens powinni ruszyć do ataku bez żadnych kompleksów. W końcu urządza ich jedynie zwycięstwo.

3) Czekając na dobry los

Rezultat derbów Manchesteru sprawił, że po raz 11. w sezonie zmienił się lider Premier League. United roztrwonili ośmiopunktową przewagę i zostali strąceni ze szczytu. Teraz muszą oglądać się na wyniki „głośnych sąsiadów”.

Czerwone Diabły przegrywają z City na bilans bramek (różnica ośmiu trafień). Może więc podejmą się niewyobrażalnego i zaczną ścigać się z City na strzelone gole? Nikogo nie powinno zatem zdziwić ultraofensywne ustawienie na spotkanie ze Swansea. Kontuzję złapał Danny Welbeck, stąd szansę otrzyma bohater zeszłej kampanii Javier Hernandez.

United zagrają tuż po spotkaniu City. Będą zatem wiedzieć jak stoją ich szanse przed ostatnią kolejką. Walijskie Łabędzie nie powinny być wielkim wyzwaniem dla chłopców Fergusona. Swansea już zapewniło sobie utrzymanie i teraz walczy już tylko o honor. Brak istotnych celów wpływa jednak na ich postawę, czego dowodem było trzybramkowego prowadzenia z Wolverhampton.

4) Kolejny spadkowicz?

Blackburn przeszło obok meczu na White Hart Lane. Swoją nieporadność z Tottenhamu muszą nadrobić u siebie z Wigan. Jeśli Rovers nie pokonają u siebie The Latics spadną z hukiem z angielskiej ekstraklasy.

Wigan z kolei triumfem na Ewood Park może oddalić od siebie widmo degradacji już na dobre. Podopieczni Roberto Martineza po raz kolejny dokonują rzeczy niezwykłych. W tym sezonie potrafili przegrać osiem spotkań z rzędu (!), by później odprawić z kwitkiem Man United, Liverpool i Arsenal. Bohaterem The Latics jest Victor Moses, który już przyciągnął uwagę ligowych potentatów. Moses rośnie na kolejnego Antonio Valencię, który z Wigan trafił na Old Trafford. Czy piłkarze Martineza przesądzą o losach mistrzów Anglii z 1995 roku?

5) Gospodarze z nożem na gardle

Pasjonująco zapowiada się niedzielna rywalizacja o utrzymanie. Trzy zainteresowane kluby – QPR, Bolton i Aston Villa – rozgrywają spotkania o wszystko na własnych stadionach.

QPR w ostatniej kolejce wybiera się na Etihad Stadium. Man City będzie wówczas chciało przypieczętować tytuł mistrzowski, dlatego Rangers z góry mogą zakładać porażkę. Stąd ostatnią realną szansą na punkty wydaje się mecz ze Stoke. QPR wzmocnieni na nowo Adelem Taarabtem zechcą podtrzymać świetną passę czterech wygranych z rzędu na Loftus Road.

Bolton zaś podejmie nie walczące już o nic West Bromwich Albion. Pozytywną informacją dla kibiców Kłusaków jest przebudzenie weterana Kevina Daviesa. Z drugiej strony menedżer WBA Roy Hodgson, przedstawiony już jako nowy selekcjoner Anglii, zechce pożegnać się z Premier League mocnym akcentem.

Aston Villę czeka najtrudniejsza misja, bo do Birmingham zawita Tottenham. Koguty wróciły do czołowej czwórki i na gwałt potrzebują kolejnego zwycięstwa. Do The Villans, poza kłopotami na boisku, przyplątały się problemy wychowawcze. James Collins, Chris Herd oraz Fabian Delph zostali przyłapani na pijackich wybrykach. Fantastyczna koncentracja przed kluczowym momentem sezonu…

Weekendowy bonus w innym klimacie:

„Koko Euro spoko” nie jest najlepszym dziełem muzyki, ale oficjalna piosenka Euro 2012 trzyma dobry poziom. „Endless summer” Oceany wiele nie ustępuje „Waka Waka” Shakiry z Mundialu 2010.

Do Euro 2012 już tylko nieco ponad miesiąc:

Liverpool znów zwycięski na Wembley – analiza taktyczna

Mimo fatalnej formy w Premier League, Liverpool ma szanse na pucharowy dublet. The Reds odrobili straty do Evertonu i awansowali do finału FA Cup. Już drugi raz w tym tygodniu herosem klubu z Anfield został Andy Carroll.

Derby Merseyside na Wembley toczyły się w spokojnym tempie. Oblicze spotkania zmieniło się po trafieniu dla The Toffees. Strata bramki bardzo mobilizująco podziałała na drużynę Liverpoolu.

Formacje wyjściowe

Mecz dwóch liverpoolskich zespołów odbywał się w dawnym angielskim duchu, w którym królowała formacja 4-4-2 (Everton nieco ją zmodyfikował ustawiając Tima Cahilla za plecami Nikicy Jelavicia).

Kenny Dalglish z Liverpoolu zaskoczył wstawieniem Daniela Aggera na lewą obronę – w miejscu zwykle okupowanym przez Jose Enrique. Manewr można tłumaczyć ostatnimi wpadkami Enrique w defensywie. Jednak w ten sposób Dalglish pozbawił się dodatkowej opcji w ataku na lewym skrzydle, ponieważ Agger niechętnie zapędzał się do przodu. W wyniku tego Stewart Downing prowadził samotną walkę w tej strefie boiska. Bramki The Reds, zgodnie z zapowiedziami, strzegł Brad Jones, który między słupki wskoczył po czerwonych kratkach Jose Reiny i Doniego.

David Moyes wystawił swoją najsilniejszą na ten moment jedenastkę, z jednym wyjątkiem. Nie mogącego grać w pucharach Stevena Pienaara (wielka strata dla The Toffees) zastąpił Magaye Gueye, który błyszczał w ligowym starciu z Sunderlandem (gol i dwie asysty). 21-letni skrzydłowy był jednak mało istotnym aktorem sobotniego widowiska na Wembley.

Start Evertonu

Początek meczu zdominowało uważne ustawienie na boisku i zabezpieczanie dostępu do własnej bramki. Nieco lepiej wyglądali gracze Evertonu. Dłużej utrzymywali się przy piłce i nie pozwalali Liverpoolowi na rozgrywanie ataków w niebezpiecznych strefach boiska. The Toffees od razu ruszyli na rywali wysokim pressingiem co zmusiło ich do posyłania niecelnych, długich podań.

Aktywnie broniło dwóch napastników i trzech pomocników, a jeden (Marouane Fellaini) stał wycofany i zbierał niedokładne zagrania przeciwników.

Do środkowej linii cofał się Cahill, który udanie spajał ataki The Toffees. Dzięki temu Everton miał przewagę 3 na 2 w centrum boiska – stąd wynikała początkowa przewaga posiadania piłki.

Waga indywidualnych błędów

Częściowo z pressingu (Cahill zamknął drogę podania), ale głównie z braku komunikacji Jaimiego Carraghera oraz Aggera padł pierwszy gol meczu. Jelavić spokojnie wykorzystał fatalną pomyłkę Carraghera.

Od tego momentu, paradoksalnie, zniknęła wszelka przewaga The Toffees. Everton, zadowolony z wyniku, skupił się na obronie. Zelżał pressing, stąd Liverpool miał więcej czasu na organizowanie własnych akcji.

Ważnym dla efektywności ofensywy The Reds wydarzeniem była zmiana pozycji Jordana Hendersona z Downingiem. Ten drugi przeniósł się na prawe skrzydło, gdzie wreszcie otrzymywał wsparcie od bocznego obrońcy (Glen Johnson). Akcje tego duetu niosły ze sobą największe zagrożenie. Downing dryblował do linii końcowej i co chwila posyłał kąśliwe dośrodkowania. Jedno z nich w 47. minucie powinno skończyć się trafieniem Andy’ego Carrolla, ale wysoki napastnik fatalnie przestrzelił.

Everton próbował wybić Liverpool z rytmu. The Toffees przeszli na ustawienie 4-5-1, co zupełnie wyizolowało Jelavicia. Chorwacki snajper często znajdował się kilkadziesiąt metrów od swojego kolegi z drużyny – w taki sposób ekstremalnie trudno zagrozić bramce rywali.

Przełamanie Liverpoolu było także efektem indywidualnej wpadki stopera. Sylvain Distin posłał zbyt słabe podanie do bramkarza, które przejął Luis Suarez. Urugwajczyk z zimną krwią skorzystał z wielkiego prezentu. Od tego momentu dominacja Liverpoolu nie podlegała dyskusji.

Andy Carroll

Bohaterem The Reds został rosły Anglik, który głową pokonał bramkarza Evertonu. Znaczenie Carrolla dla losów meczu rosło z każdą minutą. W pierwszej połowie irytował niecelnymi zagraniami. Statystycy ESPN wyliczyli, że przed przerwą miał najmniej kontaktów z piłką spośród wszystkich zawodników ekipy Dalglisha.

Drugą część zaczął fatalnym pudłem, opisanym wyżej. Jednak przynajmniej zaczął dochodzić do strzeleckich pozycji. Dwukrotnie mocno strzelał z dystansu. Pod koniec spotkania wreszcie zaczęła kleić się jego współpraca z Suarezem. Carroll korzystał ze swoich warunków fizycznych i często głową strącał wysoko zawieszane podania.

Tuż po utracie drugiego gola w 87. minucie Moyes postawił wszystko na jedną kartę. Przesunął do przodu wysokiego Fellainiego, który miał wygrywać pojedynki główkowe pod polem karnym. Do boju ruszył też rezerwowy napastnik Victor Anichebe. Everton grał w systemie podobnym do 4-3-1-2, ale niewiele z tego wynikło. Liverpool mądrze bronił korzystnego rezultatu, utrzymując piłkę na połowie rywali.

Podsumowanie

Kupiliśmy go po to, aby strzelał dla nas ważne bramki i dziś to zrobił – powiedział o Carrollu kapitan Steven Gerrard. Carroll przeżywa swój najlepszy okres na Anfield. W ciągu pięciu dni Anglik zdobył w końcówkach dwa gole, które przesądzały o wygranej Liverpoolu z Blackburn i Evertonem.

The Toffees zbyt szybko poczuli się usatyskacjonowani prowadzeniem i zupełnie oddali inicjatywę przeciwnikowi. Liverpool powoli się odradzał, głównie dzięki rajdom Downinga oraz pracy duetu Carroll – Suarez.

W lutym The Reds wygrali na Wembley finał Pucharu Ligi, w którym musieli gonić wynik. Teraz sytuacja się powtórzyła. Dalglish ma patent na wielkie powroty w pucharowych rozgrywkach.

%d blogerów lubi to: