Archiwum

Posts Tagged ‘QPR’

Triumf bezpośredniego futbolu w stolicy

Tottenham Hotspur przypomina mi dlaczego tak bardzo przychylam się w stronę bezpośredniego futbolu. W epoce tiki-taki rodem z Hiszpanii (począwszy od 2008 roku) nieco przejada mi się futbol oparty na długim posiadaniu piłki. Skuteczność szybszego futbolu odpowiednio objawiają starcia takie jak niedzielne derby północnego Londynu.

Arsenal lubi krótkie podania, wiadomo nie od dziś. Już sama ich formacja z upchniętymi czterema środkowymi pomocnikami sugeruje, czego można się spodziewać. Tottenham sam nie brzydzi się rozgrywać pozycyjnie, ale ich kogucie pazury najlepiej widziałem dotąd w rozpędach bale’owskich lub lennonowskich. Konfrontacja obu stylów tylko utwierdziła mnie w nabytej sympatii.

Spurs załatwili sobie siedmiopunktową przewagę już w pierwszej połowie, wyprowadzając dwa znakomite ciosy. Pierwszy po trzech podaniach i dwóch sprintach. Drugi po odbiorze i jednym prostopadłym zagraniu Scotta Parkera. Po cóż się szamotać? Kanonierzy wygrali statystykę posiadania 61% do 39%, w liczbie podań 504 do 328, w ich dokładności 83% do 73%. Czy ktoś jednak mi powie, że porażka z White Hart Lane przyszła niezasłużenie?

Przereklamowana rola podań?

Bezpośredni futbol maluje mi się piękniej, bo nie zależy w takim stopniu od natchnionych kopnięć jednostek. Barcelony, Bayerny i Arsenale muszą wspinać się co rusz na techniczny Mount Everest, aby dołożyć solidnie poukładanym i w pełni zorganizowanym z tyłu przeciwnikom. Oczywiście rywale robią gafy, a wymienione kluby dysponują ludźmi zdolnymi rozmontować układ obrońców. Tylko, czy zawsze potrzeba do tego tyle wysiłku? Szybszy atak naraża się na większą niedokładność, ale skutecznie wyprowadzony korzysta z dobrodziejstw przerzedzonych zasieków. Z ośmiu przeciwników do minięcia zostaje czterech/pięciu – dodatkowo nieustawionych idealnie w swoim miejscu. Dlatego tak bardzo zachwycałem się golem Realu w pucharowym El Clasico, kiedy w 14. sekund groźną akcję pod swoją bramką zamienili na gola na 2:0. (Jasne, co innego, gdy długie podania służą strategii obronnej – jak np. w Barcelonie lub Swansea)

Czytaj dalej…

Reklamy

QPR – Qmulacja Przepłacanych Rezerwowych

Queens Park Rangers obrazuje psującą siłę źle wydawanego pieniądza. Klub przyciąga znane nazwiska bajońskimi pensjami, ale rozpuszcza piłkarzy do szpiku kości. Przy tak niskim morale sytuację po swojemu  próbuje ratować Harry Redknapp.

QPR spogląda na tabelę z samego dna. Właściciel Tony Fernandes określił przebieg sezonu za „katastrofę„. Nikogo nie powinno zwieść zwycięstwo nad Chelsea na wyjeździe. Występy QPR lepiej oddaje lanie od Liverpoolu.

Rangers cudem uchronili się przed spadkiem w zeszłym sezonie. – Nigdy więcej nie powtórzy się taka sytuacja – zapowiadał ówczesny menedżer Mark Hughes. Ma rację. Jest jeszcze gorzej, za co Walijczyk przypłacił głową. Przed przyjęciem posady nowego trenera, Redknapp uznał bilans za „zawstydzający„. Wyniki ulegają poprawie, ale utrzymanie w lidze będzie cudem.

Przepłaceni i niezadowoleni

Bosingwa nie może już liczyć na wsparcie Redknappa

Źródłem kryzysu QPR jest fatalna atmosfera. – Jesteście tu tylko dla pieniędzy – śpiewali kibice do piłkarzy podczas ostatniego meczu kadencji Hughesa. Od powrotu do angielskiej elity The Hoops wariują przy każdym okienku transferowym. Rozpaczliwie szukają tymczasowych rozwiązań i sowicie za to płacą. Na Loftus Road pojawili się triumfatorzy Ligi Mistrzów. Djibrill Cisse otrzymuje około 60 tysięcy funtów tygodniowo, a Jose Bosingwa 50 tysięcy. Jeszcze więcej pobiera Julio Cesar. Tylko były golkiper Interu trzyma odpowiedni poziom.

Oni mogli zwyciężyć w Lidze Mistrzów, ale liczy się teraźniejszość. Nie grają w tym sezonie na miarę swojego potencjału – mówi Redknapp. Menedżerowi szczególnie nie po drodze z Bosingwą, którego publicznie krytykuje. Portugalczyk odmówił zajęcia pozycji rezerwowego na mecz z Fulham. Redknapp nałożył na niego maksymalną grzywnę. – Ukarałem piłkarza na wysokość dwutygodniowej pensji. On zarabia więcej niż jakikolwiek piłkarz w Tottenhamie – komentował trener QPR. Od tamtej chwili Bosingwa jest oficjalnie kontuzjowany. Nie opuści klubu, bo nikt nie będzie w stanie udźwignąć jego wywindowanej pensji.

Czytaj dalej…

Radość z goli, czy płacz nad obroną?

41 goli w 10 meczach Premier League. Ekscytacja znów wylewała się z boisk ligi angielskiej, ale w Nowy Rok wchodzę nieco zaniepokojony. Czy obrona na Wyspach stała się sztuką zapomnianą? Optymizm przywracają jednak ożywione i miłe wspomnienia. Zapraszam do podsumowania ostatniej kolejki ligowej w niezwykłym 2012 roku.

1) Rozpacz defensywna

Nie ma już za kim gonić, Clincie Hillu

Newcastle strzeliło po trzy gole na Old Trafford i Emirates Stadium. Wyjechało bez punktów i z bagażem 11 straconych bramek. Aston Villa w trzy kolejki w przeciągu tygodnia dała sobie nawrzucać 15 trafień (w sobotę przy stanie 0:3 kibice zaczęli wychodzić ze stadionu już w 57. minucie!). Gole stanowią sól piłki nożnej. Decydują o wygranej i porażce. Ich oglądanie dla neutralnego kibica jest wciągające, ale czy nie warto zastanowić się jakością brytyjskich formacji obronnej?

Trzeba wrócić do lutego 2011 roku, aby odnaleźć kolejkę bardziej obfitującą w celne strzały. Worek bramek, szczególnie ten tracony przez liderów ligi (Manchester City i Arsenal po trzy), musi wyjątkowo cieszyć konkurencję w Europie.  W Bundeslidze najlepsza obrona (Bayern) dała sobie wbić siedem bramek w 17. kolejkach, w Serie A ( Juventus) 11 w 18. kolejkach, a w La Liga (Malaga) 12 w 17. kolejkach. Angielscy liderzy ze Stoke stracili w 20 meczach już 17 gola. W miniony weekend nie zrobili najlepszej reklamy angielskiemu futbolowi, jako najlepsza defensywa ligi. Zawstydzające pomyłki i samobój The Potters pozwoliły słabemu na wyjazdach Southamptonowi wywieźć remis 3:3.

W Anglii piłka wpada do siatki po błędach indywidualnych (prezent Jamesa Collinsa dla Reading), złej asekuracji (dowolnie wybrana bramka przeciwko Newcastle), przegranej walce po dośrodkowaniach (Arsenal) – całe spektrum błędów. Popisowe występy Vincenta Kompany’ego i Sylvina Distina stanowiły tylko wyjątek od reguły (ich kluby i tak straciły łącznie pięć goli). Prawdziwą tragedię defensywną zaserwowało QPR w pół godziny po rozpoczęciu meczu u siebie z Liverpoolem. Antybohater nr 1, Clint Hill, trafił na długą już listę ofiar traumy spowodowanej Luisem Suarezem. Stoper Rangersów przyczynił się do wszystkich trzech trafień The Reds. Defensywa The Hoops była zupełnie rozbita, a najlepiej podsumowała to reakcja Armanda Traore, który przy drugim trafieniu gości zwyczajnie rozłożył ręce…

Czystym kontem popisał się Manchester United, ale w tym sezonie klub dzisiejszego jubilata sir Alexa Fergusona (wszystkiego najlepszego!) już sporo nagrzeszył karkołomną obroną. Efekty dobitnie pokazała tegoroczna Liga Mistrzów, gdzie Chelsea i Manchester City zostały zwyczajnie rozklepane taktycznie, a Arsenal pokpił szansę na wyjście z łatwej grupy z pierwszego miejsca. Nie zdziwię się zupełnie, gdy w marcu 2013 w europejskiej elicie będzie próżno szukać jakiegokolwiek brytyjskiego przedstawiciela. Nie teraz, nie z takimi defensywami.

Czytaj dalej…

Świąteczny karp po angielsku

Tekst ukazał się na stronie internetowej tygodnika „Piłka Nożna” – zapraszam.

Polskie święta to góra jedzenia z workiem prezentów. Anglicy dokładają do tego szał piłkarski. W Premier League zaczyna się morderczy kalendarz spotkań. Cztery kolejki upchane w ledwie 11 dni. Jak wpłynie to na losy tabeli?

Cios Fellainiego zapewnił mu wolne święta

Przez ten czas Premier League serwuje tylko jeden hit wrzucający do akcji dwa zespoły z pierwszej szóstki ligi. 30 grudnia należy zerknąć na zmagania Evertonu z Chelsea. Tym bardziej, że dla The Blues obiekt klubu z niebieskiej części Liverpoolu stanowi prawdziwą stajnię Augiasza – Chelsea przegrała tam trzy poprzednie mecze ligowe. Everton będzie musiał sobie radzić bez lidera Marouane Fellainiego. Belg dotąd terroryzował obrony rywala w sportowej walce, ale ostatnio zinterpretował to zadanie zbyt dosłownie i zaatakował głową Ryana Shawcrossa. Władze zawiesiły go na trzy mecze.

Kto wygra, kto spadnie?

Tylko jeden szlagier nie oznacza, że końcówka grudnia jest bez znaczenia. Okres ten odgrywa kluczową rolę podczas walki o utrzymanie w lidze. Ostatni zespół na przełomie roku niemal na pewno z hukiem zleci z Premier League. Działo się tak w 17 z 20 przypadków w historii rozgrywek. O uniknięcie roli czerwonej latarni w Nowy Rok walczą Reading z Queens Park Rangers. Ci pierwsi notują obecnie wyjątkowo paskudne wyniki. The Royals przegrali sześć meczów z rzędu. Porażka z Arsenalem obnażyła ich największą słabość – beznadziejną obronę. Pozwalając Kanonierom na pięć goli gracze Reading udowodnili, jakie szkody może przynieść statyczność defensorów w polu karnym.

Nieco lepszą sytuację ma QPR. Po zmianie menedżera na Harry’ego Redknappa, znanego z Tottenhamu, Rangersi przestali notorycznie przegrywać. Po 17. długich kolejkach wreszcie zanotowali pierwszy triumf, którego ojcem był zdolny Adel Taarabt. Teraz QPR musi solidnie nadrobić straty do bezpiecznego miejsca, bo od połowy stycznia ich lider wyjedzie na Puchar Narodów Afryki.

Grudzień zwykle decyduje o spadku z ligi, ale sprawa mistrzostwa nie jest już tak jasna. Drużyny przodujące stawce w Nowy Rok dziewięć razy kończyły sezon w chwale, a 11-krotnie dawały się wyprzedzić. Trzęsące Premier League kluby z Manchesteru mają przyjemny kalendarz spotkań, więc nie powinny nagle tracić masy punktów. Mecze Manchesteru United w okresie świąteczno-noworocznym dadzą kibicom szansę na oglądanie pojedynków najdokładniejszych strzelców ligi: Robin van Persie będzie się mierzył z Michu (Swansea) i Dembą Ba (Newcastle).

Czytaj dalej…

Wynik prawdę ci powie?

Odświeżające, że w Anglii tym razem obyło się bez dziwacznych wyników 4:4, 5:3 lub innych 8:2. W momencie, którym zaczęto wątpić nad realną jakością Premier League, nadeszła kolejka solidniejszej obrony. Choć wyniki tej serii spotkań nie zawsze oddawały realny przebieg zdarzeń.

Kto by tęsknił za Darrenem Bentem skoro jest Christian Benteke

Liverpool przegrał u siebie z Aston Villą 1:3. Nici z przewidywanej passy łatwych meczów, która miała zacząć się zwycięstwem nad The Villans, a później rozłożyć się na świąteczno-noworoczne starcia z Fulham, Stoke, QPR i Sunderlandem. 1:3 na Anfield brzmi koszmarnie, trzeba to przyznać. Jednak kto widział pierwsze pół godziny tego spotkania powinien złapać się za głowę nad ostatecznym rozstrzygnięciem. Już w komentarzach do poprzedniego wpisu sugerowaliście dobry początek The Reds. Dobry to mało powiedziane. Liverpoolczycy fruwali jak jeszcze nigdy w tym sezonie. Poświadcza to osoba, która widziała każdy ich mecz Premier League 2012/13. Kombinacje i szybkość ataków napędzanych przez Raheema Sterlinga, Luisa Suareza i wreszcie ofensywnego Stevena Gerrarda musiały robić wrażenie.

The Reds nie klepali powoli krótkich podań, a każdą okazję do zaskoczenia pięcioosobowej obrony Villi (grającej w systemie 3-5-2) wykorzystywali do błyskawicznych natarć. Znakomicie w ataku wyglądał Stewart Downing z pozycji lewego obrońcy, tak samo Glen Johnson z drugiej strony.

Futbol stanowi specyficzną dyscyplinę sportu, w której drużyna zbierająca ostre cięgi, zmuszona do rozpaczliwej obrony może wciąż wygrać. Dominacja zwiększa radykalnie szansę na gole, ale o niczym nie przesądza. Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy bezbronna i błagająca o litość Aston Villa zapakowała bramkę w swojej pierwszej sensownej akcji. Christian Benteke dostał odrobinę za dużo miejsca i się stało. Dziesięć minut później zabawa się skończyła. Kapitalna kombinacja Benteke z Andreasem Weimannem zwieńczyła dzieło. Wyczyny Belga w ataku Villi nie powinny specjalnie nikogo zdziwić – jego wpływ na zespół i dużo większą wartość od Darrena Benta tłumaczyłem we wcześniejszym wpisie.

Czytaj dalej…

Hillsborough, derby Londynu, Owen – zapowiedź 4. kolejki EPL

Komu dłużyła się przerwa na reprezentacje, ręka do góry! Choć na powrót do akcji w Premier League większość kibiców nie musiała czekać tyle, co Reading (3,5 tygodnia), to pauza i tak była zbyt długa. Co będzie godne uwagi w czasie najbliższych trzech dni z najfajniejszą ligą świata?

1. Długo wyczekiwany moment na Anfield

W minioną środę Liverpool Football Club odniósł zwycięstwo ważniejsze niż punkty wyrwane na boisku. Po 23 latach oczekiwania, angielski establishment wreszcie posypał głowę popiołem i oczyścił kibiców The Reds z odpowiedzialności za katastrofę z Hillsborough. Specjalna komisja badająca dokumenty na temat tragedii ujawniła wstrząsające informacje – o próbie przykrycia niekompetencji policji i innych służb (choćby przez retuszowanie zeznań), o 41 ludziach, którzy mogli zostać uratowani, gdyby akcja przebiegała sprawniej. Odwieczne wołanie o „Justice” (Sprawiedliwość) zostało wysłuchane.

W tak napiętej atmosferze Liverpoolowi przyjdzie walczyć na boisku Sunderlandu. Jedną, najważniejszą wygraną The Reds mają za sobą. Teraz muszą zejść na ziemię i powalczyć o pierwszy triumf ligowy tego sezonu. Nie będzie łatwo. Sunderland bazuje głównie na pracy skrzydłowych i poszukiwaniu w ataku silnego Stevena Fletchera, a Liverpool w pojedynkach w powietrzu wysoko nie fruwa. Piłkarze z Anfield w tym sezonie przegrali aż 62% główek.

2. Wielkie derby, ale…

Kto śledzi Premier League dla ognistej atmosfery trybun, wrzasków, wrzawy i emocji – niech prędko zaplanuje oglądanie starcia QPR z Chelsea. Dla Rangersów derby zachodniego Londynu są meczem nad meczami. Niechęć do The Blues jest tak powszechna, że w programach meczowych na Loftus Road wspomina się dawne triumfy nad rywalami.

Małe „ale”. Choć fani QPR zaznaczyli sobotnią grę grubym, czerwonym mazidłem – dla kibiców Chelsea to spotkanie jak każde inne. Ich bardziej zajmuje rywalizacja z Arsenalami, Tottenhamami, a nawet Fulham.

Czystopiłkarskie argumenty leżą w pełni po stronie The Blues – jedynego klubu ligi z kompletem zwycięstw. Jednak podczas tego spotkania i tak wszystkie oczy będą zwrócone na przedmeczowe powitanie zawodników. Po procesie sądowym Johna Terry’ego za rasistowskie odzywki, Anton Ferdinand na 99,9% odmówi podania ręki kapitanowi Anglii. Podobnie jak Ashley’owi Cole’owi, który zeznawał na korzyść Terry’ego. JT leczy kontuzje, ale gazety angielskie podają, że jest wyjątkowo zmotywowany do wzięcia udziału w grze. Nie chce pokazać, że chowa głowę w piasek. Będzie gorąco.

3. Wracamy do 2006 roku…

Każdy z nas w głębi serca ma nutkę sentymentalności. Widok dawnych bohaterów na nowo postawionych do życia wykrzywia twarz w niekontrolowanym uśmiechu. Dlatego nie mogę się doczekać, aż znów do życia w Premier League wróci Michael Owen. Niedawno napastnik przypomniał się telewizyjnej widowni, gdy ze swoją partnerką wzięli udział w programie badającym ich znajomość. Okazało się, że mąż pani Owen jest dla niej nieodgadnioną tajemnicą. Miejmy nadzieję, że na piłkarzu lepiej się na nim działacze Stoke.

Po ledwie czterech meczach w zeszłym sezonie dla Manchesteru United, były gwiazdor Liverpoolu znów czuje się potrzebny. Stoke przyjęło go z otwartymi ramionami, a menedżer Tony Pulis zachował nawet dla niego prestiżową koszulkę z numerem 10.

Owen znów stworzy duet z Peterem Crouchem na miarę Flipa i Flapa. Znajomość z reprezentacji Anglii (ich partnerstwo dawało kadrze gola co 52 minuty gry) z pewnością przyda się na poziomie klubowym. Świadomość ruchów kolegi z ataku jest nie do przecenienia. Problem w tym, że Owen długo leczył kontuzje i dawno nie wąchał trawy z poziomu boiska. Braki ogrania sprawią zatem, że mecz z Manchesterem City pewnie zacznie na ławce rezerwowych. Ale gdy wejdzie… Drżyjcie mistrzowie Anglii!

4. Tak źle i tak niedobrze

Kiedy dokonujesz transferu, w kontrakcie nie ma zapisu, że musisz grać. On musi rywalizować z trzema dobrymi bramkarzami. W tym momencie Brad [Friedel] radzi sobie znakomicie. Zasługuje na grę i będzie dalej grać – zapowiedział Andre Villas-Boas po zakupie Hugo Llorisa.

Numer jeden reprezentacji Francji nie był zadowolony z komentarzy nowego menadżera. Niesnaski powstały jeszcze zanim Lloris na dobre rozgościł się w szatni Tottenhamu.

Jednak Friedel ratował pióra Kogutów w starciach z West Bromem i Norwich. Sadzanie go na ławce po tak udanych występach? Ryzykowne. Podobnie jak trzymanie niecierpliwego, przyzwyczajonego do łapania piłek w meczach Llorisa. Villas-Boas musi zacząć wygrywać i w niedzielę czeka go poważna decyzja personalna. Prawdziwy „wybór Zofii”… Dlatego uważnie śledźcie składy meczowe na starcie z Reading.

5. Kanonier z cienia

Dla polskich kibiców EPL najważniejsza informacja weekendu to powrót do bramki Arsenalu Wojciecha Szczęsnego. Koniec patriotycznych newsów:)

W spotkaniu Arsenalu z Southampton znacznie chętniej zerknę na postawę w ataku Oliviera Girouda. Francuz na razie kojarzy się z dwoma poważnymi pudłami, dziwną próbą lobu z 35 metrów i zerowym bilansem goli na koncie. Łatwo szydzić, ale warto zwrócić uwagę na jego rolę w systemie ofensywnym Kanonierów. Arsenal wreszcie ma napastnika zbierającego wysokie piłki, silnego fizycznie – udowodnił to choćby w równej walce ze stoperami Liverpoolu. Dzięki temu londyńczycy mogą szybciej przenosić akcje do przodu, a nie zawsze bawić się w tkanie koronkowych natarć. Jak Francuz odpali, może być hitem sezonu.

6. Uroki reprezentacji

We wstępie popsioczyłem nieco na przerwę reprezentacyjną. Aby zachować ciągłość kompozycji, zamknę podobnym motywem. Gra dla drużyn narodowych nie wyszła na zdrowie liderom ataku Manchesteru United Robinowi van Persiemu i Shinji Kagawie. Choć nóg nie pourywali, niekoniecznie muszą wystąpić przeciwko Wigan.

Jeśli takie urazy miały się zdarzyć, teraz jest na to najlepszy moment. Nawet bez Holendra i Japończyka Czerwone Diabły powinny z uśmiechem na ustach rozprawić się z The Latics, których pokonali u siebie osiem razy z rzędu, a w pięciu minionych starciach na Old Trafford z Wigan nie tracili nawet bramki.

Złota 11-stka chłopców z cienia Premier League

Zazwyczaj nagłówki gazet, uwagę blogerów i obiektywy kamer kradną gwiazdy z klubów czołówki. Ale Premier League to nie tylko Manchester City i United, Arsenal, Chelsea, Liverpool, Tottenham, Newcastle lub Everton. O tych klubach dziś ani słowa, bo warto oddać należne chapeau bas liderom drużyn o nieco mniejszych ambicjach.

W Premier League istnieje świat poza gigantami

1. Wayne Routledge – Swansea, skrzydłowy, 27 lat

Jakim cudem człowiek, który nie potrafił strzelić gola w Premier Leauge (będąc skrzydłowym) od sezonu 2004/05 do zeszłych rozgrywek, może zostać jednym z największych objawień pierwszych kolejek ligi? Historia zupełnie niewytłumaczalna. 116 meczów w ekstraklasie gracza ofensywy i zero trafień. To musiał być wyjątkowy koślawiec, a nie Routledge, który teraz zdecydowanie wybija się ponad ligową średnią.

W tym sezonie też już strzelił, do tego dołożył aż trzy asysty. Jego swoboda dryblingu i wymienność pozycji wręcz zmusza do uważnego śledzenia postępów Swansea. Ten facet rządzi obrońcami i rozstawia ich po kątach jak niegrzeczne dzieci.

2. Robert Snodgrass – Norwich, skrzydłowy, 25 lat

Prawdopodobniej najczęściej chwalona postać ostatnich dwóch kolejek Premier League na tym blogu. Uwielbiam patrzeć na Norwich tylko przez pryzmat Szkota. Przez cztery sezony jego talent został jakoś przeoczony, bo nikt z elity nie wyciągnął go z Leeds.

Obok Granta Holta jest centrum ataku Kanarków. Najczęściej to on rozprowadza piłki od prawej strony. Chętnie ścina do środka i wiąże koronki w akcjach kombinacyjnych. Umie też porządnie centrować (ponad 2 celne dośrodkowania w meczu, co przy stylu Norwich jest warte diamentów) i też nieźle odbiera. Pasuje do zespołu w najbardziej pstrokatych koszulkach Premier League niczym budowniczy i przerwa w pracy.

3. Nathan Dyer – Swansea, skrzydłowy, 24 lata

On z Routledgem jak Mann z Materną. Różnią się fizycznie, a jednocześnie nadają na dokładnie tych samych falach, co skutkuje jednym z piękniejszych ataków Premier League. Dyer strzela nieco celniej od kolegi z drugiego skrzydła, ma też większy rozmach w dryblingu. Ale wyróżnia się też w kategorii strat.

Już w zeszłym sezonie pokazał kawał solidnego futbolu, gdy tworzył duet bocznych atakujących ze Scottem Sinclairem. W nowych rozgrywkach zmiana partnera zadziałała jeszcze większe cuda.

4. Ricardo Vaz Te – West Ham, skrzydłowy/napastnik, 25 lat

Na pierwszy rzut oka – typowy drwal. Znakomicie zbudowany, mierzący 188 cm, więc pewnie skacze wysoko do główek i modli się godzinami o wysoką jakość dośrodkowań? Nic bardziej złudnego. Portugalczyk to najzdolniejszy technik w ataku West Hamu.

Vaz Te wykorzystuje warunki fizyczne do przepychania się, ale piłka zupełnie nie przeszkadza mu pod stopą. Co więcej, potrafi wygiąć długie kończyny i sprawnie wysłać rywala do lekarza, aby ten zbadał im zawroty głowy. Główny kreator Młotów, który też nie waha się samemu zamykać akcje.

5. Rickie Lambert – Southampton, napastnik, 30 lat

Duchowy następca Matta Le Tissiera w Southampton od czterech sezonów regularnie ładuje 20+ bramek, niezależnie od ligi, w której właśnie wylądował. Po trzydziestce debiutuje w Premier League. Cierpliwość popłaca. W trzech meczach otwarcia upolował już dwa razy. I to z kogo! Mistrza i wicemistrza Anglii, czyli piekielny duet z Manchesteru.

Jednak mówienie o Lambercie, jako chytrym lisie pola karnego, byłoby dziejową niesprawiedliwością. Anglik lubi się cofnąć do pomocy, poszukać dośrodkowania i łączenia akcji z wbiegającymi pomocnikami. Jak zdrowie mu dopisze, może być lepszą wersją zeszłorocznych wyczynów Holta z Norwich.

6. Angel Rangel – Swansea, obrońca, 29 lat

To już ostatni z Łabędzi w zestawieniu, obiecuję. Nie dało się go tu pominąć, bo dla systemu Swansea jest absolutnie bezcenny. Gdy Routledge z Dyerem zabierają za sobą obrońców do środka, on wchodzi na boku obrony i ma pełne akry przestrzeni. Korzysta z niej dośrodkowując lub decyduje się na kontynuowanie wianuszka podań walijskiego klubu.

W zeszłym roku „przedstawił się” szerokiej publice, gdy jego fatalne podanie podarowało zwycięstwo Manchesterowi United. Ale takie gafy w wyprowadzaniu piłki od tyłu zdarzają mu się rzadko. W defensywie naprawdę się przydaje, szczególnie imponują statystyki odbiorów. Po fatalnej kontuzji Neila Taylora z drugiej flanki obrony, obecność Rangela w zespole jest niezbędna.

7. Youssouf Mulumbu – West Bromwich, pomocnik, 25 lat

Szczególnie w jego świetnej postawie upatruję powodów wczesnej pobudki WBA do nowych rozgrywek. Każdy zespół potrzebuje solidnego kręgosłupa i elementów, które płynnie łączą atak z obroną. W okolicach Midlands najlepiej robi to Mulumbu.

Bezkompromisowy w odbiorze (choć ma wsparcie w świetnym Yacobie). Poza chronieniem swoich obrońców, świetnie idzie mu pod polem karnym rywala. Zastawia swoim masywnym cielskiem piłkę, zwinnie drybluje i mocno strzela. Widziałbym go jako zastępstwo Songa w Arsenalu.

8. Morgan Schneiderlin – Southampton, pomocnik, 22 lata

Pan Skomplikowane Nazwisko (wciąż się uczę) stanowi przykład przyjemnego powiewu świeżego powietrza, któryprzynoszą ze sobą beniaminki. Przed rozpoczęciem ligi nie słyszałem o jego istnieniu, a teraz uważnie się przyglądam, bo jest czemu.

Zwykle staje tuż przed swoimi obrońcami, jako najbardziej defensywny z piątki pomocników Świętych. Dlatego pracy z tyłu ma od groma – notuje średnio prawie pięć odbiorów i cztery przechwyty na mecz! Jednak w jego przypadku uderzyła mnie większa wszechstronność. To nie jest człowiek ograniczony od psucia ataków rywali. Czasami wychodzi wysoko do akcji własnej drużyny i próbuje ją zamykać. Southampton może też liczyć na jego skuteczne rozprowadzenie gry, bo ma 89% dokładności podań.

9. Gareth McAuley – West Bromwich, obrońca, 32 lata

Tak jak w przypadku Lamberta, późno nie znaczy gorzej. McAuley musiał się sporo napocić, aby regularnie grać w wyjściowej jedenastce w Premier League. Teraz WBA korzysta z jego usług, szczególnie jeśli chodzi o grę w powietrzu.

W fazie obronnej mało który chojrak wygra z nim główkę. Postawny, potrafi też blokować uderzenia rywali. Defensywa Evertonu przekonała się też, jak trudno go upilnować przy stałych fragmentach gry.

10. Fabio da Silva – Quenns Park Rangers, obrońca, 22 lata

Każdy kibic Premier League widział go w barwach Manchesteru United. Jednak na razie pewny miejsca w obronie na Old Trafford może być Patrice Evra, dlatego Fabio uciekł na wypożyczenie do Londynu, aby złapać nieco doświadczenia i meczów w ekstraklasie. Jak powiedziałby angielski dżentelmen: so far, so good.

Fabio jest najjaśniejszym punktem defensywy QPR (która solidnością nie grzeszy). Potrafi skutecznie odbierać piłki na ziemi i wybijać je w powietrzu. Ale najwięcej Rangersi zyskują na jego wypadach do przodu. Młody Brazylijczyk lubi obiegać swojego skrzydłowego i poszerzać atak QPR, dlatego to głównie jego lewą stroną suną najgroźniejsze sytuacje w meczach ekipy Marka Hughesa.

11. Mohamed Diame – West Ham, pomocnik, 25 lat

W Wigan zapamiętałem go jako stos walczących mięśni. W West Hamie udowadnia, że jest ponad to. Oczywiście dalej dobrze odbiera i odnajduje się w siłowej grze Młotów, ale jego gra jest nie tak jednowymiarowa.

Diame umie bowiem podciągnąć akcję pod pole karne, pokazać się do podania kolegom lub huknąć mocno na bramkę. Ma sporo energii do biegania od bramki do bramki, więc właściwie z niej korzysta.

%d blogerów lubi to: