Archiwum

Posts Tagged ‘Queens Park Rangers’

Pamiętne migawki: Premier League 2012/13

Sporo zwlekałem z właściwym podsumowaniem sezonu. Z perspektywy czasu uważam, że to dobrze. Esencja sportu jest pasmem momentów, które zostają w głowie na dłużej. Stąd oddzielając ziarno od plew zostają chwile, które utkwią w głowie poza wakacje 2013.

Jaka będziesz ligo bez Fergiego?

Informacja sezonu: emerytura pewnego Szkota

Manchester United bez sir Alexa Fergusona. Należę do pokolenia, które nie zna angielskiej piłki bez szkockiego trenera. To będzie dziwna rzeczywistość…

Moment sezonu:  doliczony czas gry finału Pucharu Anglii.

Każde zwycięstwo Manchesteru City, nawet najbardziej paskudne lub niesprawiedliwe, zapadłoby w pamięć tylko fanom tego klubu. Jednak kolosalna niespodzianka i triumf ekipy, która kilka dni później zagwarantowała sobie spadek z ekstraklasy to zupełnie inna opowieść. Niezwykłe trafienie na wagę Pucharu Anglii dla Wigan wyrwane ówczesnemu mistrzowi kraju po 90. minucie. Poza tym niezapomniane kręcenie na skrzydle Calluma McManamana. City tym samym zaprzepaściło szansę na jakiekolwiek miłe wspomnienia związane z sezonem 2012/13. Ligę krajową przegrali z Southamptonem dzięki 1:3, Ligę Mistrzów pożegnali w grupie. Ale to Wigan było gwoździem do trumny dla ery Roberto Manciniego.

Wyróżnienie: kęs Luisa Suareza i bomby z dystansu Garetha Bale’a także zostaną z nami na długo.

Dziadostwo sezonu: Queens Park Rangers

Ekipa-pomyłka, klub-parodia. QPR swoimi ambicjami z początku zyskało moją aprobatę. Późniejsze coraz to grubsze błędy w zarządzaniu klubem sprawiały, że żegnam się z nimi bez żalu. Symbolem tej pożal się Boże drużyny był Jose Bosingwa, który od zdobywcy Ligi Mistrzów z sezonu poprzedniego został modelem braku profesjonalizmu. Spadłeś właśnie z ligi? Uciekaj do szatni z uśmiechem na twarzy. Nie chce ci się walczyć na tonącym statku? Nie wysilaj się specjalnie i protestuj.

Czytaj dalej…

Reklamy

Triumf bezpośredniego futbolu w stolicy

Tottenham Hotspur przypomina mi dlaczego tak bardzo przychylam się w stronę bezpośredniego futbolu. W epoce tiki-taki rodem z Hiszpanii (począwszy od 2008 roku) nieco przejada mi się futbol oparty na długim posiadaniu piłki. Skuteczność szybszego futbolu odpowiednio objawiają starcia takie jak niedzielne derby północnego Londynu.

Arsenal lubi krótkie podania, wiadomo nie od dziś. Już sama ich formacja z upchniętymi czterema środkowymi pomocnikami sugeruje, czego można się spodziewać. Tottenham sam nie brzydzi się rozgrywać pozycyjnie, ale ich kogucie pazury najlepiej widziałem dotąd w rozpędach bale’owskich lub lennonowskich. Konfrontacja obu stylów tylko utwierdziła mnie w nabytej sympatii.

Spurs załatwili sobie siedmiopunktową przewagę już w pierwszej połowie, wyprowadzając dwa znakomite ciosy. Pierwszy po trzech podaniach i dwóch sprintach. Drugi po odbiorze i jednym prostopadłym zagraniu Scotta Parkera. Po cóż się szamotać? Kanonierzy wygrali statystykę posiadania 61% do 39%, w liczbie podań 504 do 328, w ich dokładności 83% do 73%. Czy ktoś jednak mi powie, że porażka z White Hart Lane przyszła niezasłużenie?

Przereklamowana rola podań?

Bezpośredni futbol maluje mi się piękniej, bo nie zależy w takim stopniu od natchnionych kopnięć jednostek. Barcelony, Bayerny i Arsenale muszą wspinać się co rusz na techniczny Mount Everest, aby dołożyć solidnie poukładanym i w pełni zorganizowanym z tyłu przeciwnikom. Oczywiście rywale robią gafy, a wymienione kluby dysponują ludźmi zdolnymi rozmontować układ obrońców. Tylko, czy zawsze potrzeba do tego tyle wysiłku? Szybszy atak naraża się na większą niedokładność, ale skutecznie wyprowadzony korzysta z dobrodziejstw przerzedzonych zasieków. Z ośmiu przeciwników do minięcia zostaje czterech/pięciu – dodatkowo nieustawionych idealnie w swoim miejscu. Dlatego tak bardzo zachwycałem się golem Realu w pucharowym El Clasico, kiedy w 14. sekund groźną akcję pod swoją bramką zamienili na gola na 2:0. (Jasne, co innego, gdy długie podania służą strategii obronnej – jak np. w Barcelonie lub Swansea)

Czytaj dalej…

QPR – Qmulacja Przepłacanych Rezerwowych

Queens Park Rangers obrazuje psującą siłę źle wydawanego pieniądza. Klub przyciąga znane nazwiska bajońskimi pensjami, ale rozpuszcza piłkarzy do szpiku kości. Przy tak niskim morale sytuację po swojemu  próbuje ratować Harry Redknapp.

QPR spogląda na tabelę z samego dna. Właściciel Tony Fernandes określił przebieg sezonu za „katastrofę„. Nikogo nie powinno zwieść zwycięstwo nad Chelsea na wyjeździe. Występy QPR lepiej oddaje lanie od Liverpoolu.

Rangers cudem uchronili się przed spadkiem w zeszłym sezonie. – Nigdy więcej nie powtórzy się taka sytuacja – zapowiadał ówczesny menedżer Mark Hughes. Ma rację. Jest jeszcze gorzej, za co Walijczyk przypłacił głową. Przed przyjęciem posady nowego trenera, Redknapp uznał bilans za „zawstydzający„. Wyniki ulegają poprawie, ale utrzymanie w lidze będzie cudem.

Przepłaceni i niezadowoleni

Bosingwa nie może już liczyć na wsparcie Redknappa

Źródłem kryzysu QPR jest fatalna atmosfera. – Jesteście tu tylko dla pieniędzy – śpiewali kibice do piłkarzy podczas ostatniego meczu kadencji Hughesa. Od powrotu do angielskiej elity The Hoops wariują przy każdym okienku transferowym. Rozpaczliwie szukają tymczasowych rozwiązań i sowicie za to płacą. Na Loftus Road pojawili się triumfatorzy Ligi Mistrzów. Djibrill Cisse otrzymuje około 60 tysięcy funtów tygodniowo, a Jose Bosingwa 50 tysięcy. Jeszcze więcej pobiera Julio Cesar. Tylko były golkiper Interu trzyma odpowiedni poziom.

Oni mogli zwyciężyć w Lidze Mistrzów, ale liczy się teraźniejszość. Nie grają w tym sezonie na miarę swojego potencjału – mówi Redknapp. Menedżerowi szczególnie nie po drodze z Bosingwą, którego publicznie krytykuje. Portugalczyk odmówił zajęcia pozycji rezerwowego na mecz z Fulham. Redknapp nałożył na niego maksymalną grzywnę. – Ukarałem piłkarza na wysokość dwutygodniowej pensji. On zarabia więcej niż jakikolwiek piłkarz w Tottenhamie – komentował trener QPR. Od tamtej chwili Bosingwa jest oficjalnie kontuzjowany. Nie opuści klubu, bo nikt nie będzie w stanie udźwignąć jego wywindowanej pensji.

Czytaj dalej…

Radość z goli, czy płacz nad obroną?

41 goli w 10 meczach Premier League. Ekscytacja znów wylewała się z boisk ligi angielskiej, ale w Nowy Rok wchodzę nieco zaniepokojony. Czy obrona na Wyspach stała się sztuką zapomnianą? Optymizm przywracają jednak ożywione i miłe wspomnienia. Zapraszam do podsumowania ostatniej kolejki ligowej w niezwykłym 2012 roku.

1) Rozpacz defensywna

Nie ma już za kim gonić, Clincie Hillu

Newcastle strzeliło po trzy gole na Old Trafford i Emirates Stadium. Wyjechało bez punktów i z bagażem 11 straconych bramek. Aston Villa w trzy kolejki w przeciągu tygodnia dała sobie nawrzucać 15 trafień (w sobotę przy stanie 0:3 kibice zaczęli wychodzić ze stadionu już w 57. minucie!). Gole stanowią sól piłki nożnej. Decydują o wygranej i porażce. Ich oglądanie dla neutralnego kibica jest wciągające, ale czy nie warto zastanowić się jakością brytyjskich formacji obronnej?

Trzeba wrócić do lutego 2011 roku, aby odnaleźć kolejkę bardziej obfitującą w celne strzały. Worek bramek, szczególnie ten tracony przez liderów ligi (Manchester City i Arsenal po trzy), musi wyjątkowo cieszyć konkurencję w Europie.  W Bundeslidze najlepsza obrona (Bayern) dała sobie wbić siedem bramek w 17. kolejkach, w Serie A ( Juventus) 11 w 18. kolejkach, a w La Liga (Malaga) 12 w 17. kolejkach. Angielscy liderzy ze Stoke stracili w 20 meczach już 17 gola. W miniony weekend nie zrobili najlepszej reklamy angielskiemu futbolowi, jako najlepsza defensywa ligi. Zawstydzające pomyłki i samobój The Potters pozwoliły słabemu na wyjazdach Southamptonowi wywieźć remis 3:3.

W Anglii piłka wpada do siatki po błędach indywidualnych (prezent Jamesa Collinsa dla Reading), złej asekuracji (dowolnie wybrana bramka przeciwko Newcastle), przegranej walce po dośrodkowaniach (Arsenal) – całe spektrum błędów. Popisowe występy Vincenta Kompany’ego i Sylvina Distina stanowiły tylko wyjątek od reguły (ich kluby i tak straciły łącznie pięć goli). Prawdziwą tragedię defensywną zaserwowało QPR w pół godziny po rozpoczęciu meczu u siebie z Liverpoolem. Antybohater nr 1, Clint Hill, trafił na długą już listę ofiar traumy spowodowanej Luisem Suarezem. Stoper Rangersów przyczynił się do wszystkich trzech trafień The Reds. Defensywa The Hoops była zupełnie rozbita, a najlepiej podsumowała to reakcja Armanda Traore, który przy drugim trafieniu gości zwyczajnie rozłożył ręce…

Czystym kontem popisał się Manchester United, ale w tym sezonie klub dzisiejszego jubilata sir Alexa Fergusona (wszystkiego najlepszego!) już sporo nagrzeszył karkołomną obroną. Efekty dobitnie pokazała tegoroczna Liga Mistrzów, gdzie Chelsea i Manchester City zostały zwyczajnie rozklepane taktycznie, a Arsenal pokpił szansę na wyjście z łatwej grupy z pierwszego miejsca. Nie zdziwię się zupełnie, gdy w marcu 2013 w europejskiej elicie będzie próżno szukać jakiegokolwiek brytyjskiego przedstawiciela. Nie teraz, nie z takimi defensywami.

Czytaj dalej…

Świąteczny karp po angielsku

Tekst ukazał się na stronie internetowej tygodnika „Piłka Nożna” – zapraszam.

Polskie święta to góra jedzenia z workiem prezentów. Anglicy dokładają do tego szał piłkarski. W Premier League zaczyna się morderczy kalendarz spotkań. Cztery kolejki upchane w ledwie 11 dni. Jak wpłynie to na losy tabeli?

Cios Fellainiego zapewnił mu wolne święta

Przez ten czas Premier League serwuje tylko jeden hit wrzucający do akcji dwa zespoły z pierwszej szóstki ligi. 30 grudnia należy zerknąć na zmagania Evertonu z Chelsea. Tym bardziej, że dla The Blues obiekt klubu z niebieskiej części Liverpoolu stanowi prawdziwą stajnię Augiasza – Chelsea przegrała tam trzy poprzednie mecze ligowe. Everton będzie musiał sobie radzić bez lidera Marouane Fellainiego. Belg dotąd terroryzował obrony rywala w sportowej walce, ale ostatnio zinterpretował to zadanie zbyt dosłownie i zaatakował głową Ryana Shawcrossa. Władze zawiesiły go na trzy mecze.

Kto wygra, kto spadnie?

Tylko jeden szlagier nie oznacza, że końcówka grudnia jest bez znaczenia. Okres ten odgrywa kluczową rolę podczas walki o utrzymanie w lidze. Ostatni zespół na przełomie roku niemal na pewno z hukiem zleci z Premier League. Działo się tak w 17 z 20 przypadków w historii rozgrywek. O uniknięcie roli czerwonej latarni w Nowy Rok walczą Reading z Queens Park Rangers. Ci pierwsi notują obecnie wyjątkowo paskudne wyniki. The Royals przegrali sześć meczów z rzędu. Porażka z Arsenalem obnażyła ich największą słabość – beznadziejną obronę. Pozwalając Kanonierom na pięć goli gracze Reading udowodnili, jakie szkody może przynieść statyczność defensorów w polu karnym.

Nieco lepszą sytuację ma QPR. Po zmianie menedżera na Harry’ego Redknappa, znanego z Tottenhamu, Rangersi przestali notorycznie przegrywać. Po 17. długich kolejkach wreszcie zanotowali pierwszy triumf, którego ojcem był zdolny Adel Taarabt. Teraz QPR musi solidnie nadrobić straty do bezpiecznego miejsca, bo od połowy stycznia ich lider wyjedzie na Puchar Narodów Afryki.

Grudzień zwykle decyduje o spadku z ligi, ale sprawa mistrzostwa nie jest już tak jasna. Drużyny przodujące stawce w Nowy Rok dziewięć razy kończyły sezon w chwale, a 11-krotnie dawały się wyprzedzić. Trzęsące Premier League kluby z Manchesteru mają przyjemny kalendarz spotkań, więc nie powinny nagle tracić masy punktów. Mecze Manchesteru United w okresie świąteczno-noworocznym dadzą kibicom szansę na oglądanie pojedynków najdokładniejszych strzelców ligi: Robin van Persie będzie się mierzył z Michu (Swansea) i Dembą Ba (Newcastle).

Czytaj dalej…

Wynik prawdę ci powie?

Odświeżające, że w Anglii tym razem obyło się bez dziwacznych wyników 4:4, 5:3 lub innych 8:2. W momencie, którym zaczęto wątpić nad realną jakością Premier League, nadeszła kolejka solidniejszej obrony. Choć wyniki tej serii spotkań nie zawsze oddawały realny przebieg zdarzeń.

Kto by tęsknił za Darrenem Bentem skoro jest Christian Benteke

Liverpool przegrał u siebie z Aston Villą 1:3. Nici z przewidywanej passy łatwych meczów, która miała zacząć się zwycięstwem nad The Villans, a później rozłożyć się na świąteczno-noworoczne starcia z Fulham, Stoke, QPR i Sunderlandem. 1:3 na Anfield brzmi koszmarnie, trzeba to przyznać. Jednak kto widział pierwsze pół godziny tego spotkania powinien złapać się za głowę nad ostatecznym rozstrzygnięciem. Już w komentarzach do poprzedniego wpisu sugerowaliście dobry początek The Reds. Dobry to mało powiedziane. Liverpoolczycy fruwali jak jeszcze nigdy w tym sezonie. Poświadcza to osoba, która widziała każdy ich mecz Premier League 2012/13. Kombinacje i szybkość ataków napędzanych przez Raheema Sterlinga, Luisa Suareza i wreszcie ofensywnego Stevena Gerrarda musiały robić wrażenie.

The Reds nie klepali powoli krótkich podań, a każdą okazję do zaskoczenia pięcioosobowej obrony Villi (grającej w systemie 3-5-2) wykorzystywali do błyskawicznych natarć. Znakomicie w ataku wyglądał Stewart Downing z pozycji lewego obrońcy, tak samo Glen Johnson z drugiej strony.

Futbol stanowi specyficzną dyscyplinę sportu, w której drużyna zbierająca ostre cięgi, zmuszona do rozpaczliwej obrony może wciąż wygrać. Dominacja zwiększa radykalnie szansę na gole, ale o niczym nie przesądza. Jakież zdziwienie mnie ogarnęło, gdy bezbronna i błagająca o litość Aston Villa zapakowała bramkę w swojej pierwszej sensownej akcji. Christian Benteke dostał odrobinę za dużo miejsca i się stało. Dziesięć minut później zabawa się skończyła. Kapitalna kombinacja Benteke z Andreasem Weimannem zwieńczyła dzieło. Wyczyny Belga w ataku Villi nie powinny specjalnie nikogo zdziwić – jego wpływ na zespół i dużo większą wartość od Darrena Benta tłumaczyłem we wcześniejszym wpisie.

Czytaj dalej…

Emocje w Anglii mnożone przez trzy

Premier League wypluwa wszystko, co najlepsze już na start piłkarskiego weekendu. Niczym u Hitchcocka zacznie się trzęsieniem ziemi w derbach północnego Londynu, a później będzie równie smacznie. Trzy starcia tego tygodnia zapowiadają się wyjątkowo obiecująco. I to z kompletnie różnych powodów.

O małe mistrzostwo Anglii

Gdyby nie jedno wydarzenie z lutego, obecna sytuacja w Tottenhamie mogła być diametralnie różna. Jeden moment, niczym w „Efekcie motyla”, napisał zupełnie nowy scenariusz przyszłych wydarzeń. W lutym Arsenal niemal poległ na łopatkach i czekał na dobicie. Kanonierzy byli świeżo po laniu 0:4 od Zlatana Ibrahimovicia i spółki z AC Milan w Lidze Mistrzów. Błyskawiczne odpadli też z Pucharu Anglii, gdzie oprawcą okazał się Sunderland. Derby północnego Londynu zaczęły zwiastować nadchodzącą katastrofę. Tottenham prowadził na Emirates już 2:0. Gdyby tak się skończyło, goście mieliby 13 punktów przewagi nad odwiecznym rywalem i praktycznie pewne miejsce na podium.

W ten sposób Arsenal zmienił przebieg sezonu Tottenhamu

Wtedy Koguty wtargnęłyby do Ligi Mistrzów, a na stanowisku trenera prawdopodobniej został Harry Redknapp. Może działacze wzięliby się za poważne sypanie gotówką przed drugim podejściem do walki z europejską elitą? Tego nie wiemy, bo Arsenal zdobył się na powrót. Ostrą kanonadę gospodarzy podsumował końcowy wynik 5:2. Zainspirowany tym sukcesem Arsenal uratował końcówkę rozgrywek i wdrapał się przez Tottenham.

Znowu. Arsenal już od sezonu 1994/95 zawsze kończy ligę przed sąsiadem zza miedzy. Arsene Wenger przeżył już w Londynie dziewięć zmian trenerskich u Kogutów. Jednak z biegiem lat dystans Tottenhamu do Arsenalu regularnie się zmniejsza. W sezonie 07/08 było to 37 puntów, rok temu rywali podzielił jeden punkcik. Jeden remis w jedną lub drugą stronę…

Dziś derby północnego Londynu wydają się niczym więcej jak walką o czwarte miejsce w tabeli (no chyba, że strony pogodzi fantastyczny Everton). – Musimy (skończyć ligę przed Arsenalem). Oczywiście, że Man United, Man City i Chelsea szybko zmierzają po tytuł. Chcemy się zbliżyć do tego miejsca, ale to trudne. (Tottenhamowi) będzie ciężko o mistrzostwo – powiedział Andre Villas-Boas.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: