Archiwum

Posts Tagged ‘reprezentacja Anglii’

Por que Polsko??

Nie sądziłem, że to możliwe, ale jednak. Polska reprezentacja mi powszednieje. Zanika więź, która po takich eliminacjach jak te kazałaby dopadać przynajmniej w czarną rozpacz.

Ostatnio naczytałem się 11-stronicowej sylwetki Jose Mourinho w FourFourTwo. Dlatego inspirowany jego tyradą piszę. Dlaczego, (Por que?) Fornalik? Dlaczego, Ukraina? Dlaczego, czwarte miejsce w grupie? Dlaczego, nie umiemy podawać? Dlaczego, nie wykorzystujemy największego potencjału ludzkiego kadry od… 1986?

Już pożegnania nadszedł czas…

Waldemar Fornalik od początku pracy z reprezentacją nie przekonywał mnie jako strateg. Zdarza się często na polskiej ziemi, ale nawet Roy Hodgson taktykiem nie jest, a wytrzymuje z kadrą Anglii i tylko czasem dostanie po zębach za archaiczne mechanizmy. Fornalik wprowadził jeden udany pomysł taktyczne – uwolnił z linii bocznej Jakuba Błaszczykowskiego (tak jak ten robi to w Dortmundzie). To zdecydowanie najlepsza broń polskiej ofensywy. Wczoraj Błaszczykowski ze środka boiska przytomnie (nikt oprócz niego i Lewandowskiego, by tak nie zrobił) przepuścił piłkę za plecy do wbiegającego Roberta Lewandowskiego. Znacznie więcej tu jednak samobójstw strategicznych. Zamrożenie bocznych obrońców i jednoczesne zarżnięcie skrzydeł. Wieczna rotacja w linii obrony służąca degrengoladzie, a nie wystawianiu aktualnie najlepszych. Izolowanie Lewandowskiego. To nie mogło się udać.

Pomyśleć, że po trzech kolejkach eliminacji liczyła się tylko Anglia, Czarnogóra i Polska. Ukraina leżała na łopatkach i prosiła o pomoc. Zremisowała z Mołdawią (jak my później) oraz przegrała u siebie z Czarnogórą. Meczem w Warszawie, już 22 marca 2013 roku mogła skończyć planowanie wyjazdu do Brazylii. Ale ta pomocna ręka sąsiada z zachodu… Z perspektywy czasu ten mecz jawi się jako początek końca Polski w eliminacjach oraz motor napędowy Ukrainy. Trudno nie zestawić tego z innym meczem roku w polskiej piłce – walki Legii Warszawa o Ligę Mistrzów w… Warszawie. Polska dwa gole puściła w 7 minut, Legii zajęło to 9. Dwa fundamentalne spotkania, które zaczynają się od 0:2 u siebie jeszcze przed wybiciem pierwszego kwadransa. Trudno o większą definicję utrudniania sobie życia… Przynajmniej Ukraina z naszego zaproszenia skrzętnie skorzystała. Po drodze jeszcze puściła nas z torbami u siebie po kolejnym prezencie – tym razem indywidualnym od Grzegorza Wojtkowiaka. W nagrodę skrzyżuje szable z Chorwacją, Portugalią, Grecją lub Szwecją. Powodzenia od sympatycznych Polaków! Wyślijcie nam kartki z Rio.

Fenomenem tej grupy była jej słabość. Każdy zespół, który nabrałby pewności siebie tylko w meczach u siebie, zgarnąłby pełną pulę bez bólu głowy. Wystarczyło odprawiać z kwitkiem kolejnych petentów na własnych śmieciach. Polska nie wygrała tu żadnego ważnego meczu. Anglia ważne mecze u siebie zostawiła sobie na koniec i dopiero wtedy przypieczętowała swój triumf. Czarnogóra u siebie przegrała te eliminacje (0:4 z Ukrainą, 2:5 z Mołdawią!, 2:2 z Polską – to był jedyny mecz naszej reprezentacji, po którym można było bez żalu pomyśleć „dobra robota panowie”). Jak w takiej gamie przeciętności wylądowaliśmy na czwartej pozycji, trudno pojąć…

Choć może zadanie nie jest tak skomplikowane? Przecież dajemy się przestawiać w ataku pozycyjnym drużynie (Anglii), która w światowej czołówce radzi sobie z tym najgorzej. Wczoraj Anglicy mieli statystyki iście hiszpańskie. Utrzymywali się przy piłce, mimo że w poprzednich meczach, nawet z korzystnym wynikiem, tamtejsza prasa i eksperci bestwili się nad brakami technicznymi obecnej reprezentacji. Polska nie umiała wykorzystać liczbowej przewagi w środku pola – ustawienie 4-3-3 Anglii było mocno papierowe, a dużo częściej przypominało efektowne, ale ryzykanckie 4-2-4 (płynna wymiana w kwartecie Sturridge, Welbeck, Rooney i Townsend naprawdę obiecująca). Tyle, że nie bez powodu 4-2-4 wymarło na przestrzeni taktycznej ewolucji. Stało się tak, gdy Ajax w systemie 4-2-4 nie mógł poradzić sobie z trójką pomocników Feyenoordu. Stąd pomysł na 4-3-3, typowe dla szkoły holenderskiej, tiki-taki lub totalnego futbolu. Polska nie umiała wybić z Anglii tego pomysłu z głowy. Nic dziwnego, jeśli defensywni pomocnicy od lat grają u nas jak podłączeni do prądu. Bez spokoju i umiejętności gry pod presją, której wymaga współczesny futbol.

Dziwne to bardzo. Oklepane jest już przywoływanie nazwisk i afiliacji klubowych obecnych reprezentantów Polski. Jak nigdy w swojej historii mamy napastnika, którego zna cała Europa i wlicza w czołówkę 5 najlepszych na swojej pozycji (myślę, że nawet Zbigniew Boniek nie miał takiego statusu). Nie co dzień spotykamy się z sytuacją, gdzie dwóch naszych piłkarzy ma świeższe wspomnienia z finału Ligi Mistrzów niż Anglicy. Nie zawsze nasz bramkarz stoi na straży u lidera Premier League, a jego jeszcze lepszy kolega jest obecnie bramkarską rewelacją ligi. Pozostali nasi piłkarze też rzadziej przesiadują na zagranicznych ławkach – Glik gra w Torino, Wojtkowiak w 1860 Monachium, Mierzejewski w Trabzonie, Sobota w Brugii, Krychowiak w Reims. Szukała w Steaule, Boenisch w Bayerze, Obraniak w Bordeaux. To jest luksus niespotykany u trenerów od dawna – pewnie od czasów Jerzego Engela i jego wybitnych eliminacji 2001/02.

Dlaczego Polsko?

Reklamy

Czarnogóra szczędzi Anglię w drugiej połowie

Anglia wygrała pierwszą połowę, Czarnogóra drugą. Ostateczny remis nie powinien złościć zatem nikogo, szczególnie Polaków, którym rehabilituje w pewnym stopniu porażkę z Ukrainą. Co pokazało nam starcie liderów grupy H el. MŚ 2014?

1. Pierwsze danie po angielsku

Zdecydowany lider Anglików

Anglia zaczęła swój kluczowy mecz w eliminacjach jakby grała na Wembley. Bez kompleksów przyssała się do piłki i od samego początku dyktowała warunki gry. Nietypowo dla siebie była zadowolona z długiego utrzymywania się przy piłce.

Wyspiarze zabili kreatywność Czarnogórców w samym zarodku. Umiejętnie naciskali w środkowej strefie boiska, czym zupełnie rozdzierali każdy pojedynczy atak pozycyjny gospodarzy. Rywale mieli za duże odległości między swoimi zawodnikami i zaliczali zaskakująco mało podań na połowie Anglików.

Swoją ofensywę Anglicy oparli na barkach wysuniętego Wayne’a Rooneya. Ten umiejętnie przytrzymywał piłkę pod bramką rywali. Z ochotą rozpędzał się na luźniejszych bokach boiska i stamtąd inicjował większość najlepszych ataków gości. Rooney niemal odkupił czerwoną kartkę z poprzedniego meczu w Czarnogórze już w 3. minucie, gdy jego sprytny lob wylądował na słupku. Celniej strzelił trzy minuty później po dośrodkowaniu Stevena Gerrarda. Przy całej dominacji Anglików z pierwszej fazy, wynik 0:1 wydawał się bardzo łaskawy dla Czarnogórców.

2. Drugie danie z Czarnogóry

Sytuacja w magiczny sposób odmieniła się zupełnie w drugiej części gry. Czarnogóra zyskała olbrzymią przewagę. Mnóstwo dobrego dla gospodarzy zrobiło wprowadzenie Dejana Damjanovicia już od 46. minuty gry. Ten zawodnik wszedł na szczyt ataku i zwiększył płynność gry ofensywnej formacji Czarnogórców, którzy mogli swobodnie mieszać systemem między 4-2-3-1 a 4-3-3. Wreszcie mieli odpowiednio dużo graczy do wykonania właściwej pracy.

Wejście Damjanovicia cofnęło dotychczasowego rozgrywającego Simona Vukcevicia, co dodatkowo zwiększyło potencjał czarnogórskiego ataku. Od pierwszej chwili drugiej połowy gospodarze odzyskali posiadanie i zepchnęli Anglików do głębokiej obrony.

Kluczem dla zdobycia punktu było Czarnogórców skuteczne wykonywanie rzutów rożnych. O ich jakości dobitnie przekonała się Polska w spotkaniu eliminacji MŚ 2014. Teraz przyszedł czas na Anglię. Czarnogóra szczególnie centrami z lewego narożnika siała popłoch w szeregach rywali. Dośrodkowania leciały bardzo blisko Joe Harta, który mógł stać na linii lub ryzykować wyjściem w duży tłok. Gospodarze wreszcie skorzystali z tej okazji i po drugiej dobitce Damjanović wpakował piłkę do siatki na remis. Godne wynagrodzenie jego wkładu w przemianę Czarnogóry.

Czytaj dalej…

Angielska próba generalna przed Czarnogórą

Dziś prawdziwy wysyp klasyków międzynarodowych. Poza meczem przyjaźni Irlandia – Polska do obejrzenia są: Francja – Niemcy, Holandia – Włochy, Hiszpania – Urugwaj, Szwecja – Argentyna i Anglia – Brazylia. Dla portalu pilkanozna.pl będę pisał relację po meczu Anglików. Zapraszam do brytyjskiej prasówki z tego meczu.

Mecz towarzyski Anglii z Brazylią będzie głównie świętem Ashleya Cole’a i początkiem obchodów 150. rocznicy założenia Angielskiego Związku Piłki Nożnej. Walka z renomowanym rywalem to też szansa dla Wyspiarzy na podniesienie morale przed wiosennym starciem z Czarnogórą.

„The Guardian” podkreśla, że pokonanie Brazylii zrobi cuda dla podbicia nastrojów w drużynie. – Jeśli Anglia zacznie jubileuszowy rok od dobrego startu, wówczas wycieczka do wschodniej Europy zacznie wyglądać dużo mniej niebezpiecznie – pisze dziennik w kontekście podróży do Czarnogóry 26 marca.

Gazeta cytuje także kapitana Stevena Gerrarda, który myśli już o meczach eliminacyjnych do Mundialu 2014. – Spotkanie z Brazylią na Wembley jest świetne, ale z tyłu głowy mamy starcie z Czarnogórą. To będzie nasz kluczowy mecz i nie da się o nim nie myśleć – mówi pomocnik Liverpoolu. Gerrard przestrzega jednocześnie, że Anglicy nie mogą sobie pozwolić na grę w barażach.

100 mecz Cole’a dla Anglii

Wszystkie dzienniki rozpisują się szeroko o Ashleyu Cole’u, który w środę zostanie siódmym piłkarzem w historii z setką występów dla reprezentacji Anglii. „Daily Mirror” przypomina wyśmienite występy Cole’a w narodowych barwach („Noc, podczas której Cole zagrał jak nadczłowiek przeciwko Portugalii na EURO 2004, kiedy niemal nie pozwolił Cristiano Ronaldo kopnąć piłki„), ale też wylicza skandale obyczajowe, których niesławnym bohaterem był obrońca Chelsea. – Czemu dziesiątki tysięcy angielskich kibiców buczało na niego w czasie międzynarodowych występów? – zastanawiają się dziennikarze, analizując jego 12-letnią służbę dla reprezentacji.

Ważnym tematem jest także powrót młodego Jacka Wilshere’a do podstawowego składu drużyny narodowej. 21-latek z Arsenalu ma zagrać przeciwko Brazylii od pierwszej minuty. Ostatni raz Wilshere zameldował się w wyjściowej jedenastce reprezentacji aż 20 miesięcy temu.

Ciekawą wypowiedź Neymara na temat reprezentacji Anglii cytuje „The Sun”. – Anglia to dobry zespół z kilkoma świetnymi piłkarzami. Jednak nie widzę ich w gronie naszych głównych rywali na Mistrzostwach Świata – mówi młody gwiazdor Brazylii. – Może oni zbyt mocno polegają na Rooneyu?  Poza nim nie ma oczywistego kandydata na piłkarza zdolnego wygrać im mecz. Brazylia ma wielu graczy, którzy to potrafią.

Wizyta Brazylii obudziła też w Wielkiej Brytanii nutkę sentymentalizmu. „Daily Telegraph” przypomniał chlubą historię rywalizacji obu drużyn na wielkich turniejach. – Wspomnijmy Guadalajarę 1970 (Mundial w Meksyku) i Shizuokę 2002 (Mundial w Japonii i Korei). Jeśli Anglia jest matką futbolu, to Brazylia jest jej najzdolniejszym synem. Każde ich spotkanie musi być wyjątkowe – pisze dziennik.

Pozostałe gazety zauważają też powrót na Wyspy Brytyjskie Luisa Felipe Scolariego. Ponowny debiut selekcjonera Brazylii będzie jednocześnie pierwszym meczem Scolariego w Londynie, po zwolnieniu z Chelsea w 2009 roku.

Tekst ukazał się na stronie głównej portalu tygodnika Piłka Nożna.

(EDIT: W dalszej części wiadomości krótki opis meczu i relacja angielskiej prasy)

Czytaj dalej…

Tu się nie podaje, tu się tylko gra na kontry

Skoro Anglicy grzmieli nad postawą swojej reprezentacji przeciwko Ukrainie, jakich słów mogą używać po wyjeździe do Warszawy? Właśnie na polskim Stadionie Narodowym został wyemitowany kolejny odcinek brytyjskiego serialu pod tytułem „Problem z atakiem pozycyjnym”. Jego premierę miałem przyjemność oglądać na żywo.

Autor bloga Wychowany na futbolu na tle Basenu Narodowego

Doskonale znany z Daily Telegraph Henry Winter powiedział mi przed meczem, że ustawienie reprezentacji Trzech Lwów było „ostrożne i pokazywało szacunek w stronę Polski„. To właściwie oddaje stan przygotowania techniczno-taktycznego Anglii, skoro nawet na wyjeździe w Warszawie nie czuje się na siłach do przejęcia pełnej kontroli nad wydarzeniami. Oto lekcje, które wyciągnąłem z środowego popołudnia.

1. Mniej znaczy lepiej

Zapomnijcie o Barcelonach, Bayernach lub Juventusach – posiadanie piłki wcale nie musi być tak ponętne. W Warszawie obie strony znacznie lepiej się czuły, gdy nie one musiałby brać się za bary z przebiegiem meczu. To rozczarowujące głównie w przypadku Anglii, której wyjściową jedenastkę portal transfermarkt.de wycenia na 209 mln euro…

Anglicy szczodrze oddawali piłkę za darmo. Podobnie jak z Ukrainą, najswobodniej krążyła ona między nogami stoperów. Ziarenko optymizmu wnosił tylko Steven Gerrard. Selekcjoner Waldemar Fornalik przyznał na konferencji prasowej, że nakazał swoim piłkarzom ograniczać mu swobodę ruchów, ale as Liverpoolu potrafił znaleźć się w miejscach o iście pustynnym charakterze – z najbliższymi oznakami życia oddalonymi o kilometry.

Gdy już Anglicy wcisnęli gola po rożnym, klepaninę podań przejęli Polacy. Szczególnie w drugiej połowie, biało-czerwoni spychali gości coraz głębiej i głębiej, niemal pod same trybuny. Jednak linie obrony po czterech obrońców i czterech pomocników angielskich (później nawet pięciu pomocników, gdy wrócił się Wayne Rooney) odpierały wiązanki podań chłopców Fornalika. Potrzeba chwili sprawiała, że Robert Lewandowski musiał walczyć fizycznie jak w ringu MMA lub uciekać na skrzydło – inaczej brakowało opcji do przetrzymania piłki pod polem karnym Anglików. Swoją drogą, Lewandowski znów udowodnił, że klasą wybija się kilometry ponad poziom reszty kolegów z kadry. Kto widział jak zwodem przy linii zagrał na nosie Jamesa Milnera, wie o czym mówię.

Czytaj dalej…

Skarb Polaków i Anglików schowany na skrzydłach

Polska z Anglią nie potrafią przestać się spotykać. Co dwa, góra trzy turnieje w jeden koszyk wpadają kulki z nazwami obu państw. U nas to wielki klasyk i jedyna szansa, aby pooglądać bohaterów Premier League na żywo. Ten blog poświęcony jest lidze angielskiej, dlatego okazja jest wyjątkowa. Mierzą się „nasi” z „moimi”. Czego spodziewać się po wtorkowym Hicie przez duże „H”?

To piękno międzynarodowego futbolu. Gdy grasz na wyjeździe, rywalizujesz przeciwko całemu krajowi – zapowiedział spotkanie bramkarz gości Joe Hart.

Przedstawicieli kadry angielskiej oglądam nawet częściej niż Biało-Czerwonych. Pewnie naczytaliście się już biografii lub wspominek z poprzednich starć obu państw. Dlatego zamiast zwykłą licytacją nazwiskami, podywaguję jakie opcje mogą wykorzystać Roy Hodgson z Waldemarem Fornalikiem.

Wyjazd Trzech Lwów do Polski w angielskiej prasie określany jest, jako „trudny”, „niezręczny”, „ciężki”. Po spacerku z San Marino na Wyspach spodziewają się poważnego sprawdzianu. Absolutnie każdą zapowiedź zdominował Robert Lewandowski. Na tę okoliczność solidnie przepytano Harta, który ostatnio musiał gimnastykować się nad odbijaniem strzałów Lewego w Lidze Mistrzów. – Mam nadzieję, że nie będzie inaczej. Liczę, iż nie będziemy tak bardzo otwarci jak ostatnio ­- wspominał Hart swój oscarowy występ przeciwko Borussii Dortmund. Poprzestanie tylko na tym pojedynku byłoby jednak wyjątkowym lenistwem blogera zakochanego w angielskim futbolu. Oto co, moim zdaniem, zadecyduje o punktach na Stadionie Narodowym.

Czytaj dalej…

Histeria nad reprezentacją Anglii. Podstawna?

Angielskie media chcą pogrzebać całkiem zdrowego pacjenta. Reprezentacji Trzech Lwów solidnie się oberwało za remis z Ukrainą na Wembley. Czytając relacje z brytyjskiej prasy, zastanawiam się, czy aby mój obraz tego meczu nie był chwilami cenzurowany. Nie było przecież tak źle. Chyba, że moją wizją wstrząsnął gniot Polska – Mołdawia…

Po złotym lecie olimpijskich sukcesów, Trzy Lwy potrafiły wyszarpać jedynie ponury remis z Ukrainą” The Sun

”Pogrzeb futbolu. Martwa atmosfera, puste siedzenia i Roy Keane robią z meczu Anglii wyjątkowo przygnębiające doświadczenie” Daily Mirror

„Noc, w której zmierzyliśmy się z rzeczywistością o nieustannym schyłku Anglii” Independent

Solidna porcja popłuczyn. Czy zasłużona?

Faktycznie Anglicy dość powolnie dobierali się do Ukraińców. Roy Hodgson przemeblował reprezentację. System 4-4-1-1 z EURO zmienił na 4-2-3-1, który sprawdził się w Mołdawii. Tu zadanie było dużo trudniejsze. Miłym dodatkiem okazała się większa cierpliwość Wyspiarzy. Joe Hart, kiedy tylko mógł, zaczynał akcje krótko od tyłu. Jednak sposób konstruowania ataku był zdecydowanie zbyt powolny. Piłka krążyła między stoperami jakieś 1054 razy, zanim ktoś z pomocy pokwapił się, nomen omen, na pomoc kolegom. Napastnik Jermaine Defoe tak się wynudził w pierwszej fazie meczu, że zapewne zdążył opracować szczegółowy plan kolacji i zliczyć wszystkie krzesełka na Wembley. Kamera telewizyjna tkwiła na połowie Anglików, jakby podania obrońców miały podobną atrakcyjność dla widzów do lądowania na Księżycu w 1969 roku.

Pokaźnie przyczyniła się do tego fenomenalna organizacja obrony Ukrainy. Goście zupełnie odpuszczali stoperów i całym zespołem blokowali środkowe strefy boiska. Każdy gracz Anglii miał wokół siebie stadko żółtych koszulek, które biegały z intensywnością króliczka Duracell. Za organizację linii zabrał się Anatolij Tymoszczuk. Weteran z Bayernu Monachium wybił rozegranie z głowy Toma Cleverleya, którego po zwycięstwie z Mołdawią Hodgson przyrównał do angielskiej wersji Cesca Fabregasa. Tymoszczuk pogroził jednak palcem, wiernie podążał za Cleverleyem. Na tym skończyły się kreatywne rozwiązań pomocnika Manchesteru United.

Anglicy oddali całą władzę w nogi Stevena Gerrarda. On jako jedyny podawał ofensywnie, do przodu. Wściekłe przerzuty na boki otwierały jedyne wolne korytarze na boisku (w polskiej reprezentacji próbował tego Eugen Polański, ale on ostrzeliwał jedynie bandy reklamowe na aucie). Właśnie ze skrzydeł Anglia potrafiła wreszcie dopaść do skóry przeciwników. Trzy znakomite okazje po akcjach rozgrywanych po boku zmarnował Cleverley. Dzięki temu stał się kozłem ofiarnym dla krajowych mediów. W ciągu kilku dni przeszedł drogę od bohatera do zera. Jego pudła były faktycznie dość zawstydzające. Nie poddawałbym go jednak radykalnemu ostracyzmowi. Sama jego obecność na właściwym miejscu wskazuje na nos do strzelania goli. Teraz Cleverley powinien wziąć długopis i notatki, a później wybrać się na wykład z „Wykańczania akcji przez pomocnika” od profesorów Franka Lamparda lub Paula Scholesa.

Zorganizowani Ukraińcy żywili się kontrami, a gościnni Anglicy solidnie dokarmiali przyjezdnych. Szczodry Joleon Lescott oddawał piłkę, do której całą hordą dopadali chłopcy Oleha Błochina. Cztery angielskie prezenty dla Ukraińców to zdecydowanie za dużo. Tym bardziej, że przy dużej ilości miejsca rozpędzali się  Jehwen Konoplanka z Andrijem Jarmołenką. Szybkość tych skrzydłowych każe zastanowić się FIFA nad wprowadzeniem na boiskach ograniczenia prędkości i stawiania fotoradarów, bo robi się niebezpiecznie.

Dotychczasowy opis może wskazywać, że angielska prasa ma pełne prawo znęcać się nad reprezentacją. Nie do końca. Nawet, gdy wpadki w wyprowadzaniu piłki podnosiły ciśnienie Hartowi, nawet przy wolnym tempie rozegrania – Anglia stworzyła kapitalne okazje strzeleckie. Zdobyła nawet gola (Defoe), który został anulowany przez popis teatralny Jarmołenki. Napór Wyspiarzy rósł z każdą minutą, wprost proporcjonalnie do wycieńczenia Ukrainców.

W drugiej połowie Anglicy wreszcie zaczęli kopać na połowie rywali. Skrzydłowi schodzili do środka, tworząc wyraźną przewagę liczebną. Ich miejsca zgrabnie uzupełniali boczni obrońcy. Danny Welbeck swoim wejściem z ławki wniósł tyle kilogramów energii, ile sam waży. Dopadał do każdego podania, pokazywał się na wolnych pozycjach, a najwięcej dobrego i tak zdziałał wbiegając w pole karne.

Ukraińcy ściśnięci jak pasażerowie autobusu o 8.00 zupełnie otworzyli skrzydła. Gerrard i spółka tylko musieli odpowiednio szybko dostarczyć piłkę na bok, a stamtąd już szło precyzyjne wstrzelenie w pole karne. Te podania przyciągał Welbeck – raz strzelił w słupek, raz szukał faulu i raz zarobił karnego. Szukacie modelu właściwej zmiany? Welbeck wydaje się perfekcyjnym kandydatem.

Z tego powodu dziwią mnie fatalistyczne reakcje angielskiej prasy. Remis u siebie z Ukrainą to nie Mount Everest piłkarskiego rzemiosła, ale brytyjscy dziennikarze jakby zupełnie przymknęli oczy na poprawę stylu reprezentacji, która na EURO 2012 była toporna i jakby wyciągnięta z poprzedniej epoki. Jestem pewien, że gdyby Cleverley lub Welbeck strzelili na 2:1, Anglicy rozpływaliby się nad nową jakością. Czy jeden gol robi aż tak wielką różnicę w odbiorze?

Football is going home, Forza Italia a Varsavia

Dla mnie jako zaangażowanego kibica skończyło się EURO 2012. Odpadła Polska, opadła Anglia – obie zasłużenie, a mimo wszystko ich porażki wyryły mi zadrę w sercu. Anglicy kontynuują serię fatalnych karnych, które wyrzucają ich z turnieju. Ale gdyby z ćwierćfinału odpadli Włosi cieszyłby się we mnie kibic, ale płakał człowiek żądający w futbolu ociupiny sprawiedliwości. Azzurri jadą na półfinał do Warszawy.

Najnowsza historia Anglii w karnych: 1996 – wygrany ćwierćfinał z Holandią, przegrany półfinał z Niemcami; 1998 – przegrana w 1/16 z Argentyną; 2004 – przegrany ćwierćfinał z Portugalią; 2006 – przegrany ćwierćfinał z Portugalią; 2012 – przegrany ćwierćfinał z Włochami. Pięć wpadek z rzędu… Tyle, że zrzucanie winy na przestrzelone jedenastki byłoby dużym niedopowiedzeniem. Anglia ulec Włochom na boisku jakieś 3-4 razy wcześniej.

Gracze Roya Hodgsona wyszli na boisko w Kijowie (dokładnie tydzień przed finałem EURO 2012) z dwoma pomysłami. Słusznie zauważyli słabość włoskiego systemu 4-3-1-2 na bokach obrony. Skumulowani w środku pomocnicy Włoch zostawiają niezbyt dobrze zabezpieczanych skrajnych defensorów. Aż prosiło się o zmasowany atak skrzydłami.

Faktycznie, Anglicy ruszyli bokami. Szczególnie imponująco wyglądało to w pierwszym kwadransie, gdy Glen Johnson z Jamesem Milnerem robili wiatr na prawej stronie boiska. Widać to po dużej ilości prób dryblingu na powyższym wykresie. Otwarte korytarze pozwalały Anglii na groźne dośrodkowania (najlepszego z głębi pola nie wykorzystał Wayne Rooney). Prezentowany schemat pokazuje przy okazji różnicę jakości obu angielskich flanek. Ashley Young po lewej stronie zwykł swoje rajdy przegrywać i jego postawa to największe rozczarowanie mistrzostw w obozie Hodgsona.

Drugi z pomysłów Anglików, kopiowany już czwarty mecz z rzędu na EURO (szósty za kadencji nowego selekcjonera) polegał na osławionym ustawianiu się w zwartych dwóch liniach obrony 4 defensorów + 4 pomocników.  Wynikiem tego było oddanie posiadania piłki Włochom (68% dla Italii), ale także duża ilość zablokowanych strzałów z dystansu przez Anglię. Tu wniosek jest prosty – oddajesz inicjatywę i się cofasz = zacieśniasz pole gry, ograniczasz manewry atakujących i wymuszasz na rywalach częste uderzenia z daleka.

W tym momencie warto przejść do tego, dlaczego Włosi aż tak bardzo przeważali. Nastawienie na obronę nie oznacza bowiem pozwoleniu rywalom na bezkarne harce. Jako przyczyny widzę tu trzy czynniki: 1) bolesną niezdolność Anglii do utrzymania się przy piłce i wymiany podań, 2) odpuszczenie krycia Andrei Pirlo, 3) wielowymiarowość włoskiej ofensywy.

Ad. 1. Przyjrzyjmy się wykresowi wpływu na grę poszczególnych piłkarzy Anglii. Im większymi literami pisane nazwisko, tym częściej dany piłkarz miał kontakty z piłką i był w centrum zainteresowania akcji.

Okazuje się, że najwięcej do powiedzenia miał… bramkarz Joe Hart! Przyznam, że takiego cudu dawno nie widziałem. Piłka zamiast trafiać pod nogi pomocników, ba, niech to nawet będą środkowi obrońcy. Wtedy zachowana jest płynność rozegrania. Anglia była bardzo bezkompromisowa w swojej filozofii ataku. Piłka wędrowała błyskawicznie do przodu, notorycznie tracona pod polem karnym rywali. Pierwszy ładny kwadrans został zastąpiony później 105. minutami gonitwy za Włochami. Wartościowe akcje Anglii w dalszych fazach meczu? Tylko nieudana przewrotka Rooneya.

Grze podaniami Anglii towarzyszyło jeszcze jedno kuriozum. Otóż w statystykach kombinacji podań poszczególnych piłkarzy, najczęściej podawali do siebie… Hart z napastnikiem Andym Carrollem (który wszedł na boisko dopiero w 60. minucie).

Ten obrazek mówi wszystko – pominięcie drugiej linii i przerzut na głowę Carrolla. Wysoki napastnik strącał piłki, ale nie było ich komu zebrać, dlatego nawet to proste zagranie rzadko przynosiło pożądany efekt.

Ad. 2 Tyle o Anglii, czas teraz dla zwycięzców. Każda gazeta przed meczem pisała o wpływie na grę Włochów defensywnego pomocnika Pirlo, który stanowi centrum rozegrania Azzurri. W pierwszych fazach Anglicy – Rooney lub Danny Welbeck – wracali, aby nie dawać mu miejsca do przyjmowania piłki i rozprzestrzeniania swoich firmowych podań na skrzydło lub bezpośrednio za linię obrony rywala. Nie wiadomo czemu, z biegiem spotkania ta presja malała, a Pirlo pozwalał sobie na coraz więcej.

Włoski rozgrywający, przy wycofanej linii obrony Anglii, mógł spokojnie wejść na połowę rywala i stamtąd dyrygować grą (lewa strona wykresu). Jego kreatywność obrazuje prawy bok obrazka, na którym widnieją sytuacje stworzone przez Pirlo. Charakterystyczne długie zagrania z głębi pola docierały czasem do świetnie trzymającego linię spalonego Mario Balotelliego (10 strzałów w meczu, znakomity ruch bez piłki) lub Antonio Cassano wybiegającego na wolne przestrzenie.

Ad. 3. Ale na tym nie kończy się błyskotliwość ofensywna Włochów. Azzurri mieli jeszcze dwa kluczowe ośrodki zagrożenia, gdzie powstawało mnóstwo obiecujących akcji. Jeden, wynikający bezpośrednio z rozciągnięć Pirlo na skrzydła, uosabiał boczny obrońca Federico Balzaretti. Pisałem już wcześniej o zawężonym ustawieniu pomocy Włoch. Dlatego odpowiedzialność za rozciąganie defensywy rywala i grę na bokach musieli przejmować obrońcy. Balzaretti robił to znacznie skuteczniej niż Ignazio Abate po prawej stronie.

Widzimy nienaturalny wręcz na obrońcę schemat otrzymanych podań, z których znaczna większość odbyła się po długim przerzucie już na połowie Anglii (to pokazuje tylko wycofanie i zawężenie defensywy Hodgsona). Balzaretti korzystał z wolnego miejsca i aż pięciokrotnie podawał swoim kolegom na strzały.

Słówko na koniec należy się także pechowcowi serii rzutów karnych we Włoszech, Riccardo Montolivo. Wyszedł on w postawowym składzie i umiejętnie wyszukiwał przestrzeni między dwoma liniami angielskiej obrony. Biegał po całym boisku, pokazywał się do podania we wszystkich sektorach w ataku, a także umiejętnie podawał w pole karne. Jego najlepszą akcją było zagranie na jeden kontakt do Balotelliego, które zakończyło się uderzeniem z powietrza napastnika Manchesteru City.

Wynik 0:0 wskazuje zwykle na wyrównane starcie, ale nie w tym przypadku. Przewaga Włochów, wyjąwszy początek meczu, była olbrzymia i zgrabnie wpisywała się w przebieg tegorocznych ćwierćfinałów EURO. 1/4 upłynęła pod znakiem dominacji Portugalii, Niemiec, Hiszpanii i Włoch – wszystkie te zespoły w pełni zasłużyły na miejsca w półfinale.

Nie ma już drużyn, z którymi związałem się emocjonalnie. Pozostały tylko te, które ucieszą oko piłkarskiego purysty, osobnika bardziej niż na szalone emocje/niespodzianki czekającego na futbolową sztukę najwyższych lotów.

%d blogerów lubi to: