Archiwum

Posts Tagged ‘Southampton’

Ciasno, zimno,… wciągająco

W Anglii śnieg i pioruńsko zimno. Kluby Premier League w poszukiwaniu ciepła ścisnęły się do kupy i dzięki temu wyraźnie spłaszczyła się tabela. Tłok sprawia, że sprawa mistrzostwa kraju i Ligi Mistrzów wciąż jest szeroko otwarta.

Everton mógł zbliżyć się do Tottenhamu, ale otworzył furtkę do czołowej czwórki Arsenalowi i Liverpoolowi. Poniedziałkowe zakończenie kolejki gorzko rozczarowało sympatyków The Toffees. Piłkarze Davida Moyesa mieli wyraźnie problemy z rozgrzewką w Southampton, bo na pierwszą połowę wybiegli zupełnie chłodni. Oddali inicjatywę Świętym, jakby chcieli sprawić prezent powitalny ich nowemu menedżerowi Mauricio Pochettino. Naiwne straty w środku pola rozpędzały trybiki Gastona Ramireza. Ten świetnie współpracował z piekielnie inteligentnym Rickie Lambertem, który upatrzył sobie wolny plac za plecami nieprzekonywującego z początku Leightona Bainesa. Lambert szturmował to od boku, to wykorzystywał siłę fizyczną i groźnie główkował. Brak goli dla Southamptonu był prawdziwym cudem.

Boruc i pełne ręce roboty w drugiej połowie z Evertonem

Równie cudownie Everton przemienił się w trakcie kwadransa przerwy. Goście zaczęli szanować piłkę. Wpuścili dodatkowego napastnika, wypchnęli Bainesa do przody oraz zaczęli dominować w powietrzu. Do tablicy został wezwany Artur Boruc.

Pisanie o sukcesach Polaków w Premier League to wdzięczne i niecodzienne zadanie. Boruc w drugiej połowie z Evertonem zaczął realizować marzenie wielu rodaków, którzy w jego transferze do Świętych widzieli tylko odskocznię do ligowego giganta (niczym u Edwina van der Sara w Fulham). Widziałem Boruca w tym sezonie czterokrotnie. Przeciwko Arsenalowi zaczął niepewnie z rękawicami wysmarowanymi masłem po same czubki. Wszelkie centry, strzały i podania zakrawały o horror (na początku). Z Evertonem pokazał się zupełnie inny człowiek. Dośrodkowania w koszyczek, pewnie na przed polu. Polak dodał do tego dwie kapitalne parady, którymi na gibkości i refleksie zatrzymywał Marouane Fellainiego i Victora Anichebe. Komentator Sky Sports przypomniał, że takiego Boruca to on oglądał w Celticu.

Polak nie pękł, Everton zremisował. Ku wyraźnej uldze szczęśliwych ludzi z Tottenhamu. Koguty dały Manchesterowi United próbkę, tego co czuje każda drużyna, której przybysze z Old Trafford pakują gola w doliczonym czasie gry (nazwijmy to Fergie Time Comeback™).

Cios Tottenhamu w 93. minucie był przejawem sprawiedliwości (25-5 w strzałach dla gospodarzy), ale też zakłócił ocenę maestrii planu taktycznego sir Alexa Fergusona na trudny wyjazd. United niemal do końca trzymali siedmiopunktowe prowadzenie w tabeli i szli po kolejny skalp na gorącym terenie (po Manchesterze City, Chelsea i Liverpoolu).

Czytaj dalej…

Reklamy

Urok beniaminka z polskim akcentem

Artykuł ukazał się na stronie internetowej tygodnika „Piłka nożna”, na którą serdecznie zapraszam.

Southampton został kolejnym po Blackpool i Swansea najpiękniejszym beniaminkiem Premier League. Ich bezkompromisowe podejście może nie przynosi masy punktów w tabeli, ale na grę Świętych patrzy się znakomicie. Do bramki klubu wrócił także nieco zapomniany Artur Boruc.

Rickie Lambert skuteczny na każdym poziomie

West Ham osiąga lepsze wyniki, jednak bardziej elektryzujące wrażenia z oglądania beniaminków czekają na stadionie St. Mary’s. Southampton zaserwował klasyk już w pierwszej kolejce, kiedy prowadził jeszcze w końcówce wygrywał na stadionie Manchesteru City. Tamten mecz symbolizuje podejście Świętych.

W klubie nade wszystko liczy się atak, co pokazują transfery i jakość defensywy. Na południe Anglii sprowadzono za grube pieniądze napastnika i ofensywnego pomocnika. Na poważne wzmocnienia obrony zabrakło funduszy. Rekord Southamptonu padł przy zatrudnieniu uzdolnionego Gastona Ramireza, który był w notesach trenerów wielkich drużyn Europy. Urugwajczyk wybrał Świętych, choć sam przyznał, że kierowały nim pobudki finansowe.  – Przeszliśmy piekielnie długą drogę w krótkim czasie. On jest świetnym człowiekiem i utalentowanym piłkarzem – mówił po transakcji menedżer Nigel Adkins.

Trener przyszedł na St. Mary’s w 2010 roku. W ciągu dwóch sezonów zaciągnął drużynę z trzeciej ligi do Premier League. Podczas magicznej drogi towarzyszył mu dzielnie lider zespołu Rickie Lambert.

Na pierwszy rzut oka ten napastnik niczym nie przypomina klasowego piłkarza. Jest duży, krępy, wydaje się mało zwrotny. Przed 30. urodzinami nigdy wcześniej nie poznał smaku gry w najwyższej klasie rozgrywek. – Nawet moje najśmielsze marzenia nie sięgały Premier League. Był czas, gdy miałem kłopot ze znalezieniem klubu w czwartej lidze, nie mówiąc o wyższych ligach. Nigdy się nie poddawałem – przyznał przed debiutem w angielskiej ekstraklasie.

Wytrwałość się opłaciła. Lambert od sezonu 2008/09 za każdym razem zdobywał przynajmniej 20 goli w lidze. Czterokrotnie sięgał po koronę króla strzelców – od czwartej ligi do The Championship. W Southampton nosi wyjątkową koszulkę z numerem 7, która kiedyś należała do legendarnego Matta Le Tissiera. Lambert dźwiga to brzemię. Mimo solidnych warunków fizycznych daleko mu do drwala. Cofa się do rozegrania piłek i ma rozbudowaną paletę różnych rodzajów podań. Szybkościowe braki nadrabia błyskawicznym myśleniem. Lambert udowadnia, że Premier League znajdzie się miejsce dla wolniejszych ludzi z instynktem i piłkarskim mózgiem. Grają tu nie tylko pędziwiatry.

Czytaj dalej…

Sztuka wyboru (mnie się nie udało)

Czasami nawet weekend Premier League potrafi pokazać, że życie to prawdziwa gra wyborów. Śledząc losy „wielkich chłopców” angielskiej piłki można było doprowadzić się do rozcięć na żyłach. Z kolei gdzieś w oddali, nieco ekipy mniej błyszczące w blasku fleszy dostarczały całe kopalnie adrenaliny.

Eksplozji emocji trzeba było szukać w dolnych rejonach tabeli EPL

Sobota i niedziela były dla mnie koszmarem, którego od Premier League nigdy nie doświadczam. Cztery na cztery mecze, które zdecydowałem się obejrzeć do przerwy kończyły się bez bramek. Co gorsza, aż trzy z nich dojechało z takim wynikiem do samego końca. W głowie ułożyłem sobie teorię deszczową. Coś musiało wytłumaczyć podobne anomalia w angielskim futbolu. Dlatego uznajmy, że deszcz lejący strugami na większości stadionów skutecznie zabił tę kolejkę dla wielkich klubów. Bo zespołom z dolnych rejonów tabeli w niczym to nie przeszkadzało: Sunderland miał gorącą, acz przegraną końcówkę z West Bromwich, a Wigan wygrało spotkanie w doliczonym czasie gry.

Najlepsze z puli bezbramkowców okazało się starcie Swansea z Liverpoolem. Z góry wiadomo było, że obie drużyny lubią długo i krótko poklepać podaniami. Tak też poczynili. Z biegiem czasu starcie zmieniło się w indywidualny pojedynek świetnego Pablo Hernandeza od Łabędzi, którego uciszyć próbowali ofensywni piłkarze The Reds.

Głęboka rozpacz kibica spragnionego klasowej piłki mogła za to dopaść obserwatora zmagań Aston Villi z Arsenalem oraz, niestety, Chelsea z Manchesterem City. W pierwszym meczu bardzo solidna organizacja pomocy The Villans zneutralizowała Santiego Cazorlę. Kanonierzy biegali w sobotę z wyraźnego przymusu, a ich akcje rozwijały się wolno lub jeszcze wolniej. Przynajmniej na tle przeciętnej reszty wyróżnić mógł się Wojciech Szczęsny. Polaka przywołano do tablicy raz, a porządnie. Czubkiem palców strącił strzał Bretta Holmana na poprzeczkę. Na tym ekscytacja się skończyła.

Przywitanie Beniteza w niebieskiej części Londynu

W przypadku pojedynku na szczycie wiele mówi fakt, iż jego najciekawszym wydarzeniem było przyjęcie Rafy Beniteza przez trybuny. W piątek pisałem o potencjalnych trudnościach nowego bossa Chelsea z fanami, ale wydarzenia przeszły wszelkie oczekiwania. Okrzyki „Wypi******j Rafa, nie jesteś tu chciany” i wszędobylskie kartki z napisem „Rafa out” skutecznie obrzydziły debiut 52-letniego menedżera. Sympatycy The Blues w 16. minucie pokazali, kto skradł i wciąż trzyma na własność ich serca – przez całą minutę wyli na chwałę Roberto di Matteo (16 było numerem RdM w Chelsea).  Z radą dla Beniteza pospieszył rywal z niedzieli, Roberto Mancini. Pytany, co trener The Blues musi zrobić, aby zyskać zaufanie kibiców odpowiedział: „wygrywać, wygrywać, wygrywać, wygrywać, wygrywać, wygrywać każdy mecz. Myślę, że pomogą tylko wyniki.”

Czytaj dalej…

Emocje w Anglii mnożone przez trzy

Premier League wypluwa wszystko, co najlepsze już na start piłkarskiego weekendu. Niczym u Hitchcocka zacznie się trzęsieniem ziemi w derbach północnego Londynu, a później będzie równie smacznie. Trzy starcia tego tygodnia zapowiadają się wyjątkowo obiecująco. I to z kompletnie różnych powodów.

O małe mistrzostwo Anglii

Gdyby nie jedno wydarzenie z lutego, obecna sytuacja w Tottenhamie mogła być diametralnie różna. Jeden moment, niczym w „Efekcie motyla”, napisał zupełnie nowy scenariusz przyszłych wydarzeń. W lutym Arsenal niemal poległ na łopatkach i czekał na dobicie. Kanonierzy byli świeżo po laniu 0:4 od Zlatana Ibrahimovicia i spółki z AC Milan w Lidze Mistrzów. Błyskawiczne odpadli też z Pucharu Anglii, gdzie oprawcą okazał się Sunderland. Derby północnego Londynu zaczęły zwiastować nadchodzącą katastrofę. Tottenham prowadził na Emirates już 2:0. Gdyby tak się skończyło, goście mieliby 13 punktów przewagi nad odwiecznym rywalem i praktycznie pewne miejsce na podium.

W ten sposób Arsenal zmienił przebieg sezonu Tottenhamu

Wtedy Koguty wtargnęłyby do Ligi Mistrzów, a na stanowisku trenera prawdopodobniej został Harry Redknapp. Może działacze wzięliby się za poważne sypanie gotówką przed drugim podejściem do walki z europejską elitą? Tego nie wiemy, bo Arsenal zdobył się na powrót. Ostrą kanonadę gospodarzy podsumował końcowy wynik 5:2. Zainspirowany tym sukcesem Arsenal uratował końcówkę rozgrywek i wdrapał się przez Tottenham.

Znowu. Arsenal już od sezonu 1994/95 zawsze kończy ligę przed sąsiadem zza miedzy. Arsene Wenger przeżył już w Londynie dziewięć zmian trenerskich u Kogutów. Jednak z biegiem lat dystans Tottenhamu do Arsenalu regularnie się zmniejsza. W sezonie 07/08 było to 37 puntów, rok temu rywali podzielił jeden punkcik. Jeden remis w jedną lub drugą stronę…

Dziś derby północnego Londynu wydają się niczym więcej jak walką o czwarte miejsce w tabeli (no chyba, że strony pogodzi fantastyczny Everton). – Musimy (skończyć ligę przed Arsenalem). Oczywiście, że Man United, Man City i Chelsea szybko zmierzają po tytuł. Chcemy się zbliżyć do tego miejsca, ale to trudne. (Tottenhamowi) będzie ciężko o mistrzostwo – powiedział Andre Villas-Boas.

Czytaj dalej…

Wybuchowa niedziela z niesmakiem w tle

Już w głowie układałem zgrabne akapity o SuperNiedzieli. Piłkarze w Anglii dzień święty prawdziwie uświęcili i pokazali dlaczego Premier League to w wielu głowach rozgrywki „naj” – najbardziej nieprzewidywalne, najszybsze, najciekawsze. Ale też najbardziej irytujące. Sędziowskie katastrofy skutecznie oddaliły futbol od centrum zainteresowania.

Zepsute powietrze

Jest to tym bardziej irytujące, że nawet piłkarska księga zasad głosi dogmat „niewidzialności” sędziego. Jak piłka go dotknie, to jakby nic się nie działo. Na boisku ma być duchem, powietrzem. Ładny to duch, który wypaczył wyniki trzech meczów z udziałem klubów czuba tabeli.

Clattenburg wyrzuceniem Torresa niweczy powrót Chelsea

Mark Clattenburg namieszał najbardziej i to z okazji wydarzeń, które uważnie śledziły masy. Pierwsza czerwona kartka dla Branislava Ivanovicia – brawo, pełna zgoda. Jednak pomachanie obiema kartkami przed nosem Fernando Torresa za domniemaną symulację zabiło szlagier na Stamford Bridge. Clattenburg ruchem kartki w stronę Hiszpana drastycznie wpłynął na przebieg dalszej gry. W takim momencie musiał być w 101% pewien swego. Rozumiem podobną decyzję, gdyby Torres frunął wślizgiem na złamanie nogi rywala. Wtedy nawet, gdyby Chelsea miała zostać w siedmiu, czerwona się należy. Ale za symulację, której nie było? Nawet sir Alex Ferguson powiedział, że Jonny Evans złapał nogą  Torresa. Wyrzucenie Hiszpana łudząco przypominało czerwień Robina van Persiego w meczu Arsenalu z Barceloną (wyleciał za kopnięcie piłki po gwizdku). Tak samo jak wtedy, wykluczenie przesądziło o losach rywalizacji.

Od tego momentu wiedziałem jak będzie wyglądał mecz 11 vs 9 i zupełnie przeszła mi ochota na jego oglądanie. Wrażenia zupełnie sknocił gol ze spalonego Javiera Hernandeza. Jakby tego było mało, Guardian donosi, że Chelsea zgłosiła do ligi zażalenie na sędziego, który ponoć miał rasistowsko odzywać się do graczy The Blues. Jeśli to okaże się prawdą, Clattenburg na długo pożegna się z gwizdkiem.

Manchester United wyciągnął wynik 3:2, choć nie powinien. Trudno winić Czerwone Diabły, że skorzystały z okazji. Rezultatem 3:2 miały się też skończyć derby Liverpoolu. Nie znajduję choćby jednego elementu usprawiedliwiającego decyzję o nieuznaniu gola Luisa Suareza z doliczonego czasu gry. Żadnego spalonego przy żadnym podaniu, nie ma faulu, wszystko czyste jak łza. Czujne oko kamery Match of the Day 2 wyłapało jeszcze jak długo zwlekał liniowy z podniesieniem chorągiewki. Machnął się paskudnie.

Czytaj dalej…

Premier League do taktycznej tablicy – 5. kolejka

Po chwili przerwy, wracam na blogu z serią wykresów taktycznych. Dziś na rozkładówkę trafiają: płynna zmiana systemu Villas-Boasa, odrodzenie Victora Anichebe, znaczenie Rickiego Lamberta dla Southampton i „popsuty” Gervinho. Zapraszam!

1. Powrót do postaw

Metamorfoza Bale’a symbolizuje zmiany Tottenhamu

W meczu Liverpool-Manchester United losy zmieniła czerwona kartka Jonjo Shelveya, w przypadku Tottenham-QPR była to zmiana taktyki Andre Villas-Boasa. Koguty zaczęły w standardowym w tym sezonie 4-2-3-1, ale w obliczu problemów ze zdrowiem obrońców do tylnej formacji został przesunięty Gareth Bale. Walijczyk symbolizował trudności w kreacji ataku Tottenhamu, który był przewidywalny i oddał QPR inicjatywę w środku pola.

W przerwie, z wynikiem 0:1 w bagażu, Villas-Boas postanowił odwołać się do taktyki 4-4-1-1. Nie wahał się cofnąć w czasie i postawić na ustawienie żywcem wyjęte z książki poprzednika, Harry’ego Redknappa.

Skutki najlepiej widać po przywoływanym Bale’u. W pierwszej połowie cofnięty Walijczyk dostawał piłkę do nogi w okolicach środka. Po roszadzie taktycznej koledzy podawali Bale’owi na dobieg, aby maksymalnie wykorzystał wrodzoną szybkość.

Tottenham ciągle nie był zupełnie przekonywujący i potrzebował szczęśliwego gola samobójczego. Ale przynajmniej w formacji 4-4-1-1 sprawniej wyprowadzali ataki i mieli większą szerokość gry. To tylko dowodzi, że Villas-Boas nie jest już uparciuchem z Chelsea, który stawia na swoje niezależnie od całego otoczenia. Kiedy trzeba, potrafi odwołać się do nowego pomysłu, a wręcz wyciągnąć go ze stylu Kogutów z zeszłego sezonu.

2. Z cienia Jelavicia

Przełom dla Anichebe?

Kariera Victora Anichebe w Premier League to długa historia kontuzji i rehabilitacji. Jednak w obliczu urazu Nikicy Jelavicia, to właśnie Nigeryjczyk dostał zadanie zastąpienia superstrzelca z Chorwacji. Jeśli to miało powstrzymać pokaźnie rozpędzony Everton… cóż, nie udało się.

Siłą The Toffees w tym roku jest kapitalna współpraca Stevena Pienaara i Leightona Bainesa na lewej stronie. Taki układ wspaniale wpisuje się w mocne strony Anichebe. Na wykresie da się dostrzec, że silny napastnik z Nigerii wykazywał tendencję do ruchów w lewo podczas rywalizacji ze Swansea. Anichebe szukał korytarzy między bocznym obrońcą Angelem Rangelem (ofensywnie nastawiony) i Garry’ego Monka (niezbyt mobilny 33-latek). Tam łączył ataki z Pienaarem i Bainesem.

Świetnie się obawia się to po wykresach strzałów – każda z 10 prób miała swoje źródło po lewej stronie. Przeładowanie właśnie tej flanki było jedną z przyczyn rozbicia Swansea na Liberty Stadium (poza piorunującą siłą fizyczną napastników The Toffees, znacznie ponad możliwości Łabędzi).

3. Mister Southampton

Człowiek-orkiestra u Świętych

Rickie Lambert wkraczał do Premier League z zasłużoną opinią kapitalnego egzekutora. Niech świadczą o tym ostatnie sezony, w których nie potrafił zejść poniżej 20 goli w lidze na rok. Lambertowi nie robi żadnej różnicy czy strzela w League One, czy w Premier League (w tym sezonie już 4 bramki w 5 meczach).

Jednak nazywanie go typowym lisem pola karnego i człowiekiem skupionym wyłącznie na polu karnym jest zupełnie bezpodstawne. Lambert stanowi kluczowy element trybików ofensywnych Świętych. Po lewej stronie wykresu można dostrzec podania skierowane do niego podczas wygranego meczu z Aston Villą. Z miejsca widać, jak magnetycznie Lambert przyciąga długie zagrania. Świetnie radzi sobie z przyjmowaniem długich piłek, czym ułatwia Southampton szybkie przenoszenie akcji do przodu. Tak efektywny napastnik grającymi plecami to skarb. Ale to nie wszystko.

Po prawej stronie widnieją podania wykonane przez Lamberta. Choć te strzałki na pierwszy rzut oka nie wyglądają zbyt efektownie, trzeba podkreślić, że 30-latek ma dobre oko do wypuszczania kolegów na wolne pole. Ma dość niski procent skutecznych zagrań, ale wynika to posyłania podań na wysokim ryzyku.

4. Głową w mur

Stary, zły Gervinho

Arsenal zrobił wszystko, aby wyszarpać zwycięstwo w jaskini lwa – Etihad Stadium. Kanonierzy zaszokowali Manchester City swoimi ekspresowymi kontrami. Z drugiej strony obrzydzali życie mistrzów Anglii przez świetne czytanie ich podań (sam Per Mertesacker zaliczył 7 przechwytów).

Londyńczycy wygraliby, gdyby odrobinkę dokładniejszy był Gervinho. Atakujący z Wybrzeża Kości Słoniowej błysnął ostatnio przeciwko Southampton, dlatego menedżer Arsene Wenger dał mu szansę z City. Jednak zamiast spodziewanych czarów, Gervinho przypomniał karykaturę zawodnika z poprzedniego starcia.

Obnażają go statystyki. Z aż 12 prób dryblingu, tylko 33% okazało się udanych. Co więcej, Gervinho przegrał wszystkie pojedynki w najgroźniejszych strefach. Odpowiedzialny za niego po lewej stronie Pablo Zabaleta nakrył go czapką i nie pozwolił poszaleć.

Gracz Arsenalu wciąż potrafił znaleźć się we właściwym czasie do oddawania groźnych strzałów. Niestety dla Kanonierów, Gervinho fatalnie pudłował w wybornych okazjach – najlepszą zepsuł tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego.

Czerwone derby rozstrzygnęła czerwona kartka – 5. kolejka EPL

Całą piątkową zapowiedź kolejki skupiłem na wydarzeniu z Anfield Road. Były ku temu powody. W podniosłej atmosferze hołdu dla ofiar Hillsborough, dwaj wielcy rywale pokazali klasowe oblicze. Oba zespoły w dresach upamiętniających 96 zmarłych. Uścisk dłoni poważnie poróżnionych po ostatniej bitwie o Anfield Patrice Evry i Luisa Suareza. Stadion pokryty napisami „96”, „Sprawiedliwość” i „Prawda”. No i przedmeczowe „You’ll Never Walk Alone”, które już dawno nie miało w sobie takiej głębi i mocy.

Wspomnienia byłoby piękne, gdyby nie szambo pozostawione przez kibiców obu stron po ostatnim gwizdku. 90. minut szacunku okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Głupia mniejszość z Liverpoolu zaczęła naśladować spadające samoloty z Monachium, równie tępa grupka z Manchesteru odpowiedziała przyśpiewkami o mordercach.

Zostawiając odmieńców na marginesie, wróćmy czym prędzej na boisko. Tam naładowany okolicznościami Liverpool z miejsca wziął się za okładanie muru obronnego rywali. Piłka swobodnie rotowała między nogami graczy The Reds. Z początku obrazkiem przewodnim były indywidualne starcia Raheema Sterlinga z Evrą. 17-latek nie pękał przed doświadczonym Francuzem i kocimi ruchami przemykał obok defensora Czerwonych Diabłów. Gospodarze zdominowali środkową część boiska, w której mieli liczebną przewagę wynikającą ze starcia formacji 4-3-3 z manchesterowskim 4-4-1-1. Swoje trzy grosze do rozegrania dokładał Suarez, dlatego goście zostali niemal przypięci do własnej połowy. Gracze sir Alexa Fergusona szybko tracili piłkę pod presją, nie mieli odwagi na dłuższe wymiany podań, dlatego rzucali zagrania w stronę Robina van Persiego, modląc się o mannę z nieba. Nic z tego.

Przerzuty Stevena Gerrarda

Liverpool w szyku utrzymał Steven Gerrard. Spod jego stóp wychodziły zagrania wspaniałe lub olśniewające. Widać to na prezentowanym wykresie. Zerknijcie tylko na zasięg piłek rozrzucanych na prawe skrzydło. Maestria (choć odbiegającego od ideału menedżera Brendana Rodgersa).

Manchester United, korzystając ze słów samego Fergusona, był słaby. Napór gospodarzy zwiastował rychłe zdobycie gola. Aż do momentu, gdy zgłupiał Jonjo Shelvey. Młody pomocnik rzucił się agresywnie do wślizgu i poturbował Jonny’ego Evansa (zauważmy jednak, że Evans także zaatakował piłkę dwiema nogami, tylko udało mu się uniknąć rywala, też powinien wylecieć?). Po powtórkach telewizyjnych czerwona kartka wydaje się nieco na wyrost, ale sędzia kierował się impetem Shelveya. Miał podstawy do tej decyzji. Każdy, kto choć trochę zna specyfikę Manchesteru United wiedział już, że po usunięciu Shelveya w 39 minucie przebieg spotkania zupełnie się odmieni. Nawet, jeśli Liverpool w osłabieniu zdołał wyjść na prowadzenie po kopnięciu natchnionego Gerrarda (bramkę dedykował rok starszemu kuzynowi, który zginął na Hillsborough).

Efekt czerwonej kartki Shelveya

Przedstawiony wykres pokazuje schemat podań United w pierwszej (lewa) i drugiej (prawa) połowie. Różnica jest k-o-l-o-s-a-l-n-a! Goście zaczęli spokojnie podawać w środku boiska, bez presji Liverpoolu schowanego za podwójną zasłoną. Bardzo zaktywizowały się boki boiska, szczególnie jego lewa strona. United wreszcie dopadli do pola karnego The Reds, choć liczba stworzonych szans dalej nie powalała na łopatki.

19-krotni mistrzowie Anglii zostali podłączeni do tlenu po wejściu na boisko Paula Scholesa. Tak jak przewidywałem w zapowiedzi, Anglik z powodów kondycyjnych zaczął na ławce. Wszedł od startu drugiej połowy i zaczął swój show. Regulował tempo akcji United i zapewniał wystarczająco szybką rotację piłki na bok. W pół meczu wykonał 45 podań – najlepszy wśród gości Michael Carrick przez całe spotkanie zaliczył tylko 15 zagrań więcej. Właśnie ta stabilizacja pozwoliła wypchnąć do przodu bocznych obrońców Manchesteru (Rafael znalazł się w polu karnym i strzelił wyrównującą bramkę).

Scholes panuje nad atakiem United

Coraz bardziej zmęczony Liverpool nie miał już żadnych argumentów w ofensywnie. Ale nie do końca kleiło się i gościom. W zwycięstwie United pomógł dość „miękki rzut karny”. Delikatny kontakt z nogą Valencii (nie postawną) został wyceniony na jedenastkę, a podobny faul na Suarezie w drugim polu karnym uszedł Evansowi na sucho. Chętnie poznam opinię kogoś, kto nie jest fanatycznym kibicem Liverpoolu, ale w mojej ocenie to spora niesprawiedliwość.

Znajomy fan United przyznał, że styl go nie zachwycił, ale znów Manchester zgarnął trzy punkty. Typowe i cholernie skuteczne. The Reds mogą być dumni ze sposobu gry, ale cóż z tego, jeśli dalej siedzą w strefie spadkowej.

Przy katastrofalnej wręcz pozycji ligowej Liverpoolu, w zupełnie inny sposób sezon otworzyli sąsiedzi – Everton. Miałem okazję oglądać każdy ligowy mecz The Toffess 2012/13 i jestem zauroczony. Przesunięcie Marouane Fellainiego za napastnika może być taktycznym manewrem sezonu, jeśli tylko chłopcy z Goodison utrzymają narzucone tempo. Everton to teraz potęga, dosłownie. Siła fizyczna atakujących była nie do zniesienia dla Swansea. Najlepiej obrazuje to jak pilnowany Fellaini przyjął(!) dośrodkowanie w polu karnym i wyłożył (ręką) piłkę do Victora Anichebe.

Znaku firmowego The Toffees upatruję też w uwolnionych od linii bocznych skrzydłowych. Steven Pienaar to mózg rozegrania, a jego vis-a-vis Kevin Mirallas upodobał sobie podwajanie pozycji napastnika. Z prawego boku niemal w każdej akcji wchodzi w pole karne i szuka okazji do strzału. Próbował, próbował, aż w końcu złamał defensywę Łabędzi.

ZAPALNIKI DO DYSKUSJI:

1. Pierwsze zwycięstwo Southamptonu

O Świętych w ten weekend zrobiło się w Polsce głośno przez zakontraktowanie Artura Boruca. Polak ma tu oszałamiająco duże szanse, aby z miejsca wskoczyć do podstawowego składu w Premier League. W minionej kolejce Kelvin Davies musiał ustąpić 20-letniemu Paolo Gazzanidze. Rywale jak najbardziej w zasięgu Boruca (który przy zachwianej pozycji Wojciecha Szczęsnego w Arsenalu może zostać jedynym Polakiem na co dzień pokazującym się w EPL).

Święci mogą mieć kłopot z bramką i obroną, ale nie da się tego powiedzieć o ich ofensywie. W sobotę wreszcie skończyli serię porażek. Potrafili odwrócić wynik z Aston Villą i zwyciężyli 4:1. Popisową partię rozegrał najdroższy w historii Southampton Gaston Ramirez. Urugwajczyk ustawiony za napastnikiem był człowiekiem z zupełnie innej bajki. Przeciskał podania prostopadłe, lobował defensywę rywali, łączył ataki na jeden zagraniami na jeden kontakt. Sami tylko zobaczcie jego wszechstronność na tym wykresie.

Ramirez spoiwem Southampton

2. Hit-kit

Szumnie zapowiadany mecz na szczycie Manchester City – Arsenal boleśnie mnie rozczarował. Jakość akcji kleconych przez The Citizens znacznie odbiegała od standardów, do których przyzwyczaili mistrzowie Anglii. Jeden kreatywny David Silva to zdecydowanie za mało na rozbicie bloku z Emirates Stadium. Kanonierzy złapali punkt na wyjeździe (gole po rzutach rożnych), ale gdyby na świetnych kontrach Gervinho celował tak, jak przed tygodniem, twierdza Etihad wreszcie by upadła…

3. Senegalska zagadka

Miejsce akcji: Newcastle. Czas: początek zeszłego sezonu. Efekt: Demba Ba strzela kiedy tylko chce i nie potrafi przestać. Pół roku później: przychodzi jego rodak Papiss Cisse i też trafia na zawołanie, ale… Ba zupełnie się zacina. Nowy sezon: U Ba odradza się instynkt strzelecki, ale… teraz nie strzela Cisse!

Senegalczycy w Newcastle nie mogą wspólnie odnaleźć drogi do siatki. W tej kolejce, już po golu Ba, koledzy wypchnęli Cisse do karnego, aby biedak się przełamał. Cisse przełamał, ale krzesełka na trybunach, bo właśnie tam, a nie w siatce skończył jego strzał z jedenastu metrów.

JEDENASTKA 5. KOLEJKI PREMIER LEAGUE

Tim Howard (EVE)

Rafael (MU), Mark Williamson (NEW), Jan Vertonghen (TOT), Ashley Cole (CHE)

Kevin Mirallas (EVE), Steven Gerrard (LFC), Marouane Fellaini (EVE), Gaston Ramires (SOU)

Rickie Lambert (SOU), Victor Anichebe (EVE)

P.S. Na facebookowym profilu bloga WnF dziś wrzuciłem zdjęcie powalonego przez wślizg Steve Sidwella… sędziego Lee Proberta. Warto to zobaczyć.

%d blogerów lubi to: