Archiwum

Posts Tagged ‘Steven Gerrard’

Wcielenie pragnień fanów Liverpoolu

Kibice Liverpoolu przez lata śpiewali o swoim marzeniu. Chcieli drużyny złożonej z jedenastu Jamie Carragherów. Po zakończeniu obecnego sezonu nie będą mieli ani jednego. Ikoniczny obrońca The Reds kończy karierę pełną poświęceń i niespełnionej pogoni za mistrzostwem Anglii.

Pechowe zakończenie europejskiej przygody Carraghera

Miniona dekada w Liverpoolu wiąże się z dwoma nazwiskami – Carrahger i Steven Gerrard. Lokalni chłopcy wyrośli z czasem na pomnikowe postaci Anfield Road. Sprowadzili do klubu dwa Puchary Anglii, trzy Puchary Ligi oraz triumf w Lidze Mistrzów i Pucharze UEFA. Nigdy jednak nie położyli rąk na trofeum dla najlepszej ekipy w lidze. Gerrard ma jeszcze wątłe szansę na dopełnienie liverpoolskiej kolekcji. Carragher powiedział pas.

Klasa niewyrażona liczbami

35-letni obrońca nigdy nie słynął z wybitnej techniki, oszałamiających wymian lub celnych strzałów. W statystykach bramek wyróżniał się w trafieniach… do własnej siatki. Tylko Andy Cole i Thierry Henry strzelili Liverpoolowi więcej goli w Premier League niż Carragher.

Bez wyrafinowanej techniki potrafił jednak zaliczyć ponad 700 meczów dla Liverpoolu. Z Anfield związany jest od dziewiątego roku życia. Poza Ianem Callaghanem nikt nie występował częściej od niego w czerwonej koszulce. – Od kiedy tu przyszedłem, on jest dla mnie gigantem. To niesamowity człowiek. Jeden z wymierającego już typu – mówi obecny menedżer Brendan Rodgers.

Mimo to aktualny szef Liverpoolu nie widział go od początku w wyjściowym składzie. Rodgers stawiał na młodszych Daniela Aggera i Martina Skrtela. Do połowy stycznia Carragher tylko raz zagrał od pierwszej minuty w lidze. Jednak od meczu z Norwich „Carra” nie opuszcza boiska w kluczowych momentach. Do łask przywróciła go nigdy nieumierająca determinacja, nawet u schyłku kariery. Carragher nie zostawia po sobie imponujących statystyk obrony, a wciąż potrafi zostać piłkarzem meczu w starciach z Arsenalem i Manchesterem City na wyjeździe. Ustawienie, zamykanie przestrzeni i czytanie gry wystarczy mu, aby nadrabiać wolniejsze ruchy po boisku. – Myślę, że to piłkarz, którego można nazwać kompletnym defensorem. Teraz oglądamy wiele nadpobudliwych interwencji, ale on broni z wielką inteligencją. Wie kiedy pilnować indywidualnie, a kiedy kryć strefą – zauważa Rodgers.

Ożywienie kariery Carraghera nie przeszło bezboleśnie. Na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za indywidualny błąd w starciu z Zenitem Sankt Petersburg. Wpadka zakończona trafieniem Hulka oznaczała, że Liverpool musiał strzelić cztery gole, aby pokonać przeszkodę. Uzbierali tylko trzy. 150 i ostatni mecz Carraghera w Europie skończył się osobistym zawodem. Szczególnie rozczarowującym dla obrońcy, którego najpiękniejszą kartą zapisaną na Anfield był ponadludzki wysiłek w finale Ligi Mistrzów 2005. Poniewierany przez skurcze rzucał się pod nogi szarżującym rywalom z Milanu. Później podpowiedział Jerzemu Dudkowi strategię „makaronowych nóg”, którymi Polak rozproszył egzekutorów jedenastek w serii decydującej o trofeum.

Czytaj dalej…

Reklamy

Angielska próba generalna przed Czarnogórą

Dziś prawdziwy wysyp klasyków międzynarodowych. Poza meczem przyjaźni Irlandia – Polska do obejrzenia są: Francja – Niemcy, Holandia – Włochy, Hiszpania – Urugwaj, Szwecja – Argentyna i Anglia – Brazylia. Dla portalu pilkanozna.pl będę pisał relację po meczu Anglików. Zapraszam do brytyjskiej prasówki z tego meczu.

Mecz towarzyski Anglii z Brazylią będzie głównie świętem Ashleya Cole’a i początkiem obchodów 150. rocznicy założenia Angielskiego Związku Piłki Nożnej. Walka z renomowanym rywalem to też szansa dla Wyspiarzy na podniesienie morale przed wiosennym starciem z Czarnogórą.

„The Guardian” podkreśla, że pokonanie Brazylii zrobi cuda dla podbicia nastrojów w drużynie. – Jeśli Anglia zacznie jubileuszowy rok od dobrego startu, wówczas wycieczka do wschodniej Europy zacznie wyglądać dużo mniej niebezpiecznie – pisze dziennik w kontekście podróży do Czarnogóry 26 marca.

Gazeta cytuje także kapitana Stevena Gerrarda, który myśli już o meczach eliminacyjnych do Mundialu 2014. – Spotkanie z Brazylią na Wembley jest świetne, ale z tyłu głowy mamy starcie z Czarnogórą. To będzie nasz kluczowy mecz i nie da się o nim nie myśleć – mówi pomocnik Liverpoolu. Gerrard przestrzega jednocześnie, że Anglicy nie mogą sobie pozwolić na grę w barażach.

100 mecz Cole’a dla Anglii

Wszystkie dzienniki rozpisują się szeroko o Ashleyu Cole’u, który w środę zostanie siódmym piłkarzem w historii z setką występów dla reprezentacji Anglii. „Daily Mirror” przypomina wyśmienite występy Cole’a w narodowych barwach („Noc, podczas której Cole zagrał jak nadczłowiek przeciwko Portugalii na EURO 2004, kiedy niemal nie pozwolił Cristiano Ronaldo kopnąć piłki„), ale też wylicza skandale obyczajowe, których niesławnym bohaterem był obrońca Chelsea. – Czemu dziesiątki tysięcy angielskich kibiców buczało na niego w czasie międzynarodowych występów? – zastanawiają się dziennikarze, analizując jego 12-letnią służbę dla reprezentacji.

Ważnym tematem jest także powrót młodego Jacka Wilshere’a do podstawowego składu drużyny narodowej. 21-latek z Arsenalu ma zagrać przeciwko Brazylii od pierwszej minuty. Ostatni raz Wilshere zameldował się w wyjściowej jedenastce reprezentacji aż 20 miesięcy temu.

Ciekawą wypowiedź Neymara na temat reprezentacji Anglii cytuje „The Sun”. – Anglia to dobry zespół z kilkoma świetnymi piłkarzami. Jednak nie widzę ich w gronie naszych głównych rywali na Mistrzostwach Świata – mówi młody gwiazdor Brazylii. – Może oni zbyt mocno polegają na Rooneyu?  Poza nim nie ma oczywistego kandydata na piłkarza zdolnego wygrać im mecz. Brazylia ma wielu graczy, którzy to potrafią.

Wizyta Brazylii obudziła też w Wielkiej Brytanii nutkę sentymentalizmu. „Daily Telegraph” przypomniał chlubą historię rywalizacji obu drużyn na wielkich turniejach. – Wspomnijmy Guadalajarę 1970 (Mundial w Meksyku) i Shizuokę 2002 (Mundial w Japonii i Korei). Jeśli Anglia jest matką futbolu, to Brazylia jest jej najzdolniejszym synem. Każde ich spotkanie musi być wyjątkowe – pisze dziennik.

Pozostałe gazety zauważają też powrót na Wyspy Brytyjskie Luisa Felipe Scolariego. Ponowny debiut selekcjonera Brazylii będzie jednocześnie pierwszym meczem Scolariego w Londynie, po zwolnieniu z Chelsea w 2009 roku.

Tekst ukazał się na stronie głównej portalu tygodnika Piłka Nożna.

(EDIT: W dalszej części wiadomości krótki opis meczu i relacja angielskiej prasy)

Czytaj dalej…

Odrodzenie lidera z Anfield

Tekst ukazał się na stronie głównej tygodnika Piłka Nożna.

Chelsea odpuściła sobie Franka Lamparda. Liverpool nie powtórzy tego samego scenariusza ze Stevenem Gerrardem. Doświadczony pomocnik znalazł optymalne miejsce w taktyce Brendana Rodgersa i wrócił do występów na niesłychanym poziomie.

Na twarzy kapitana znów uśmiech

Na początku nie było to takie oczywiste. Nowy menedżer nakazał swoim piłkarzom grać krótko do nogi i długo utrzymywać piłkę. Gerrarda aż korciło do typowych dla siebie 40-metrowych podań, o których co mecz wyśpiewują kibice na Anfield. Dodatkowy nawał zadań w obronie zupełnie ograniczył wkład kapitana The Reds w ofensywie.

W tym sezonie miałem mieszane doświadczenia – przyznaje ikona z Anfield. – Miałem niewiarygodne jubileusze w klubie i reprezentacji, zaliczając 600 mecz w Liverpoolu i 100 dla reprezentacji Anglii. Jednak nasz wolny start i pozycja w tabeli nieco psuje wrażenia.

Liverpool zrobił sobie nawyk z remisowania meczów, które częściej przeplatał porażkami niż zwycięstwami.  W tym czasie wycofany Gerrard zaliczył ledwie dwie asysty i jednego gola. Losy The Reds i ich kapitana odwrócił powrót Lucasa Leivy. Defensywny pomocnik z Brazylii wyleczył kontuzję i od początku grudnia zrobił różnicę niczym zupełnie nowy supertransfer.

Z niezawodnym Lucasem za plecami, Gerrard wreszcie mógł w pełni wyrazić się na boisku. W ośmiu meczach ligowych u boku Brazylijczyka, 32-letni kapitan zaliczył sześć asyst i trzy gole. Pod względem ostatnich podań współprzewodzi całej Premier League. W lidze tylko Leighton Baines z Evertonu tworzy swoim kolegom więcej sytuacji strzeleckich. Gerrardowi brakuje już tylko jednej asysty, aby wyrównać osiągnięcie ze swojego rekordowego sezonu 2008/09 w tym względzie. Model rozgrywającego.

Czytaj dalej…

Puchar Anglii marginalizowany, a wciąż kochany

Najstarsze klubowe rozgrywki świata nie wytrzymują konkurencji świetnie opłacalnych Premier League i Ligi Mistrzów. Wielcy traktują Puchar Anglii po macoszemu. Jednak ten turniej nadal ma swoją magię i oferuje historie nieopowiadane nigdzie indziej.

Lepszy Puchar Anglii w ręce, czy czwarte miejsce w tabeli?

– Pierwszym trofeum jest wygranie Premiership, drugim wygranie Ligi Mistrzów, trzecim awans do Ligi Mistrzów, czwartym triumf w Pucharze Anglii, a piątym Puchar Ligi – wyliczał rangę sezonowych celów Arsene Wenger. Menedżer Arsenalu nie zdobył żadnego pucharu od siedmiu sezonów, a mimo to czwarte miejsce w lidze otwierające drogę do europejskich pucharów postawił wyżej niż glorię w turnieju ze 142-letnią tradycją.

Dużych to nie grzeje

Puchar Anglii to obok mistrzostwa ligi element składowy krajowej podwójnej korony. Poszczycić się nią może tylko siedem klubów w Anglii.  Dawniej finał rozgrywek był zdecydowanie meczem roku na Wyspach. Okraszony atmosferą legendarnego Wembley, stanowił jedyną okazję w roku do podziwiania piłki nożnej na żywo w ogólnokrajowej telewizji.

Cały naród wstrzymywał oddech. Dziś najwyżej rzuci okiem. Trenerzy potentatów wolą oszczędzać nogi piłkarzy na ważniejsze wyzwania. Czasem osłabione składy wystawiają nawet w półfinale. W 1999 roku sir Alex Ferguson nawet wycofał swój Manchester United z rozgrywek, stawiając na Klubowe Mistrzostwa Świata.  – FA Cup to wciąż najlepsze krajowe rozgrywki na świecie – mówi Ferguson. – Ale bądźmy szczerzy, gdzie lepiej pojechać – do West Hamu czy Realu Madryt?

Klubom bardzie opłaca się międzynarodowe granie. Sam awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów daje nagrodę minimum siedmiu milionów funtów, bez wpływów marketingowych. Wygrany finał Pucharu Anglii wyceniany jest na niecałe dwa miliony.

Harry Redknapp zdobył FA Cup z Portsmouth i awansował do Ligi Mistrzów z Tottenhamem. Przyznaje, że Premier League przyćmiewa pucharowe wojaże. – Choć jestem romantykiem to muszę przyznać, że trudno byłoby mi wybrać, co dało mi większą przyjemność  – stwierdza porównując sukcesy z Portsmouth i Tottenhamem.

Czytaj dalej…

Radość z goli, czy płacz nad obroną?

41 goli w 10 meczach Premier League. Ekscytacja znów wylewała się z boisk ligi angielskiej, ale w Nowy Rok wchodzę nieco zaniepokojony. Czy obrona na Wyspach stała się sztuką zapomnianą? Optymizm przywracają jednak ożywione i miłe wspomnienia. Zapraszam do podsumowania ostatniej kolejki ligowej w niezwykłym 2012 roku.

1) Rozpacz defensywna

Nie ma już za kim gonić, Clincie Hillu

Newcastle strzeliło po trzy gole na Old Trafford i Emirates Stadium. Wyjechało bez punktów i z bagażem 11 straconych bramek. Aston Villa w trzy kolejki w przeciągu tygodnia dała sobie nawrzucać 15 trafień (w sobotę przy stanie 0:3 kibice zaczęli wychodzić ze stadionu już w 57. minucie!). Gole stanowią sól piłki nożnej. Decydują o wygranej i porażce. Ich oglądanie dla neutralnego kibica jest wciągające, ale czy nie warto zastanowić się jakością brytyjskich formacji obronnej?

Trzeba wrócić do lutego 2011 roku, aby odnaleźć kolejkę bardziej obfitującą w celne strzały. Worek bramek, szczególnie ten tracony przez liderów ligi (Manchester City i Arsenal po trzy), musi wyjątkowo cieszyć konkurencję w Europie.  W Bundeslidze najlepsza obrona (Bayern) dała sobie wbić siedem bramek w 17. kolejkach, w Serie A ( Juventus) 11 w 18. kolejkach, a w La Liga (Malaga) 12 w 17. kolejkach. Angielscy liderzy ze Stoke stracili w 20 meczach już 17 gola. W miniony weekend nie zrobili najlepszej reklamy angielskiemu futbolowi, jako najlepsza defensywa ligi. Zawstydzające pomyłki i samobój The Potters pozwoliły słabemu na wyjazdach Southamptonowi wywieźć remis 3:3.

W Anglii piłka wpada do siatki po błędach indywidualnych (prezent Jamesa Collinsa dla Reading), złej asekuracji (dowolnie wybrana bramka przeciwko Newcastle), przegranej walce po dośrodkowaniach (Arsenal) – całe spektrum błędów. Popisowe występy Vincenta Kompany’ego i Sylvina Distina stanowiły tylko wyjątek od reguły (ich kluby i tak straciły łącznie pięć goli). Prawdziwą tragedię defensywną zaserwowało QPR w pół godziny po rozpoczęciu meczu u siebie z Liverpoolem. Antybohater nr 1, Clint Hill, trafił na długą już listę ofiar traumy spowodowanej Luisem Suarezem. Stoper Rangersów przyczynił się do wszystkich trzech trafień The Reds. Defensywa The Hoops była zupełnie rozbita, a najlepiej podsumowała to reakcja Armanda Traore, który przy drugim trafieniu gości zwyczajnie rozłożył ręce…

Czystym kontem popisał się Manchester United, ale w tym sezonie klub dzisiejszego jubilata sir Alexa Fergusona (wszystkiego najlepszego!) już sporo nagrzeszył karkołomną obroną. Efekty dobitnie pokazała tegoroczna Liga Mistrzów, gdzie Chelsea i Manchester City zostały zwyczajnie rozklepane taktycznie, a Arsenal pokpił szansę na wyjście z łatwej grupy z pierwszego miejsca. Nie zdziwię się zupełnie, gdy w marcu 2013 w europejskiej elicie będzie próżno szukać jakiegokolwiek brytyjskiego przedstawiciela. Nie teraz, nie z takimi defensywami.

Czytaj dalej…

Downing: reaktywacja, Rafa: goli szafa

Wigilia była mało piłkarskim dniem, dlatego podsumowanie kolejki Premier League musiało poczekać aż do bożonarodzeniowego poranka. Mam nadzieję, że przy żołądkach pełnych świątecznych dań, nabraliście nieco głodu do piłki nożnej. Wszystkich spragnionych futbolu zapraszam dziś i jutro na ulubiony dzień w roku angielskiego kibica – Boxing Day!

1) Sami sobie winni

Ofensywny bohater Man United

Manchester United nie może narzekać na tegoroczne święta. Wygodna pozycja lidera, cztery punkty zapasu, rozegrane (i wygrane!) już mecze na Etihad Stadium, Stamford Bridge i Anfield. Mogło być jeszcze piękniej. Triumf nad Swansea był tuż, tuż, na wyciągnięcie dłoni. Czerwone Diabły zrobiły prawie wszystko, co należało. Choć to niełatwe, przejęli od Łabędzi kontrolę nad piłką na ich własnym stadionie (60-40% w posiadaniu dla MU). Słusznie dociskali pressingiem obronę rywali i niepokojąco często odzyskiwali tak piłkę w groźnych strefach…

… gdyby tylko nie chroniczne pomyłki w ostatnich podaniach lub przy strzałach. Kibice United (a jest ich tu sporo) musieli przeżywać niezłe katusze, gdy w sytuacjach 2 na 2 z obrońcami rywali Wayne Rooney podawał prosto w nogi przeciwników. MU bez problemu rozjeżdżali Swansea z bocznych sektorów, ale zagrania w pole karne znakomicie czytali współpracujący Chico i Ashley Williams. Goście szczególnie dobrze wyglądali w drugiej połowie, gdy sir Alex Ferguson przeszedł z ustawienia 4-4-1-1 na 4-4-2 z pomocnikami w diamencie: Rooneyem na skrzydle, Michaelem Carrickiem na defensywnym pomocniku oraz Tomem Cleverleyem za napastnikami.

Carrick zagrał zjawiskowo. Brał się do rozegrania każdego ataku. Nie robił tego tradycyjnie rozrzucając piłki do bardziej kreatywnych kolegów, ale sam posyłał piorunująco dobre zagrania w przód. Zerknijcie tylko na załączony wykres.

2) Rafa = nuda?

Może wychylam się przed szereg. Może do podobnych wniosków skłonił mnie imponujący wynik Chelsea, ale… Rafa Benitez nie oznacza ciężkostrawnego futbolu, z którym jest nieustannie kojarzony. Fakt, organizacją defensywy wygrał Ligę Mistrzów 2005, jednak wtedy dysponował odziedziczoną kadrą z poważnymi ograniczeniami. Jego autorskie dzieło w Liverpoolu pokazało się cztery lata później, gdzie znakomicie zbalansowana maszynka AD 2009 przejechała się po Realu 4:0, Aston Villi 5:0, Newcastle 5:1 i Manchesterze United 4:1.

Wszystkie te imponujące wyniki Benitez osiągał w płynnym, ofensywnym stylu ze sporą liczbą uzdolnionych podających z zespole i strzelającym Fernando Torresem. Niedzielne 8:0 nad Aston Villą nie powinno więc zbytnio dziwić. W Chelsea jest wystarczająco dużo talentu, aby Benitez od zaraz wprowadził atrakcyjny styl. Wymiany ofensywnych pomocników wyglądały na dziecinnie proste, a jednocześnie niesłychanie piękne. Ja spodziewałbym się jeszcze kilku takich spektakli w tym roku na Stamford Bridge.

Czytaj dalej…

Czerwone derby rozstrzygnęła czerwona kartka – 5. kolejka EPL

Całą piątkową zapowiedź kolejki skupiłem na wydarzeniu z Anfield Road. Były ku temu powody. W podniosłej atmosferze hołdu dla ofiar Hillsborough, dwaj wielcy rywale pokazali klasowe oblicze. Oba zespoły w dresach upamiętniających 96 zmarłych. Uścisk dłoni poważnie poróżnionych po ostatniej bitwie o Anfield Patrice Evry i Luisa Suareza. Stadion pokryty napisami „96”, „Sprawiedliwość” i „Prawda”. No i przedmeczowe „You’ll Never Walk Alone”, które już dawno nie miało w sobie takiej głębi i mocy.

Wspomnienia byłoby piękne, gdyby nie szambo pozostawione przez kibiców obu stron po ostatnim gwizdku. 90. minut szacunku okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Głupia mniejszość z Liverpoolu zaczęła naśladować spadające samoloty z Monachium, równie tępa grupka z Manchesteru odpowiedziała przyśpiewkami o mordercach.

Zostawiając odmieńców na marginesie, wróćmy czym prędzej na boisko. Tam naładowany okolicznościami Liverpool z miejsca wziął się za okładanie muru obronnego rywali. Piłka swobodnie rotowała między nogami graczy The Reds. Z początku obrazkiem przewodnim były indywidualne starcia Raheema Sterlinga z Evrą. 17-latek nie pękał przed doświadczonym Francuzem i kocimi ruchami przemykał obok defensora Czerwonych Diabłów. Gospodarze zdominowali środkową część boiska, w której mieli liczebną przewagę wynikającą ze starcia formacji 4-3-3 z manchesterowskim 4-4-1-1. Swoje trzy grosze do rozegrania dokładał Suarez, dlatego goście zostali niemal przypięci do własnej połowy. Gracze sir Alexa Fergusona szybko tracili piłkę pod presją, nie mieli odwagi na dłuższe wymiany podań, dlatego rzucali zagrania w stronę Robina van Persiego, modląc się o mannę z nieba. Nic z tego.

Przerzuty Stevena Gerrarda

Liverpool w szyku utrzymał Steven Gerrard. Spod jego stóp wychodziły zagrania wspaniałe lub olśniewające. Widać to na prezentowanym wykresie. Zerknijcie tylko na zasięg piłek rozrzucanych na prawe skrzydło. Maestria (choć odbiegającego od ideału menedżera Brendana Rodgersa).

Manchester United, korzystając ze słów samego Fergusona, był słaby. Napór gospodarzy zwiastował rychłe zdobycie gola. Aż do momentu, gdy zgłupiał Jonjo Shelvey. Młody pomocnik rzucił się agresywnie do wślizgu i poturbował Jonny’ego Evansa (zauważmy jednak, że Evans także zaatakował piłkę dwiema nogami, tylko udało mu się uniknąć rywala, też powinien wylecieć?). Po powtórkach telewizyjnych czerwona kartka wydaje się nieco na wyrost, ale sędzia kierował się impetem Shelveya. Miał podstawy do tej decyzji. Każdy, kto choć trochę zna specyfikę Manchesteru United wiedział już, że po usunięciu Shelveya w 39 minucie przebieg spotkania zupełnie się odmieni. Nawet, jeśli Liverpool w osłabieniu zdołał wyjść na prowadzenie po kopnięciu natchnionego Gerrarda (bramkę dedykował rok starszemu kuzynowi, który zginął na Hillsborough).

Efekt czerwonej kartki Shelveya

Przedstawiony wykres pokazuje schemat podań United w pierwszej (lewa) i drugiej (prawa) połowie. Różnica jest k-o-l-o-s-a-l-n-a! Goście zaczęli spokojnie podawać w środku boiska, bez presji Liverpoolu schowanego za podwójną zasłoną. Bardzo zaktywizowały się boki boiska, szczególnie jego lewa strona. United wreszcie dopadli do pola karnego The Reds, choć liczba stworzonych szans dalej nie powalała na łopatki.

19-krotni mistrzowie Anglii zostali podłączeni do tlenu po wejściu na boisko Paula Scholesa. Tak jak przewidywałem w zapowiedzi, Anglik z powodów kondycyjnych zaczął na ławce. Wszedł od startu drugiej połowy i zaczął swój show. Regulował tempo akcji United i zapewniał wystarczająco szybką rotację piłki na bok. W pół meczu wykonał 45 podań – najlepszy wśród gości Michael Carrick przez całe spotkanie zaliczył tylko 15 zagrań więcej. Właśnie ta stabilizacja pozwoliła wypchnąć do przodu bocznych obrońców Manchesteru (Rafael znalazł się w polu karnym i strzelił wyrównującą bramkę).

Scholes panuje nad atakiem United

Coraz bardziej zmęczony Liverpool nie miał już żadnych argumentów w ofensywnie. Ale nie do końca kleiło się i gościom. W zwycięstwie United pomógł dość „miękki rzut karny”. Delikatny kontakt z nogą Valencii (nie postawną) został wyceniony na jedenastkę, a podobny faul na Suarezie w drugim polu karnym uszedł Evansowi na sucho. Chętnie poznam opinię kogoś, kto nie jest fanatycznym kibicem Liverpoolu, ale w mojej ocenie to spora niesprawiedliwość.

Znajomy fan United przyznał, że styl go nie zachwycił, ale znów Manchester zgarnął trzy punkty. Typowe i cholernie skuteczne. The Reds mogą być dumni ze sposobu gry, ale cóż z tego, jeśli dalej siedzą w strefie spadkowej.

Przy katastrofalnej wręcz pozycji ligowej Liverpoolu, w zupełnie inny sposób sezon otworzyli sąsiedzi – Everton. Miałem okazję oglądać każdy ligowy mecz The Toffess 2012/13 i jestem zauroczony. Przesunięcie Marouane Fellainiego za napastnika może być taktycznym manewrem sezonu, jeśli tylko chłopcy z Goodison utrzymają narzucone tempo. Everton to teraz potęga, dosłownie. Siła fizyczna atakujących była nie do zniesienia dla Swansea. Najlepiej obrazuje to jak pilnowany Fellaini przyjął(!) dośrodkowanie w polu karnym i wyłożył (ręką) piłkę do Victora Anichebe.

Znaku firmowego The Toffees upatruję też w uwolnionych od linii bocznych skrzydłowych. Steven Pienaar to mózg rozegrania, a jego vis-a-vis Kevin Mirallas upodobał sobie podwajanie pozycji napastnika. Z prawego boku niemal w każdej akcji wchodzi w pole karne i szuka okazji do strzału. Próbował, próbował, aż w końcu złamał defensywę Łabędzi.

ZAPALNIKI DO DYSKUSJI:

1. Pierwsze zwycięstwo Southamptonu

O Świętych w ten weekend zrobiło się w Polsce głośno przez zakontraktowanie Artura Boruca. Polak ma tu oszałamiająco duże szanse, aby z miejsca wskoczyć do podstawowego składu w Premier League. W minionej kolejce Kelvin Davies musiał ustąpić 20-letniemu Paolo Gazzanidze. Rywale jak najbardziej w zasięgu Boruca (który przy zachwianej pozycji Wojciecha Szczęsnego w Arsenalu może zostać jedynym Polakiem na co dzień pokazującym się w EPL).

Święci mogą mieć kłopot z bramką i obroną, ale nie da się tego powiedzieć o ich ofensywie. W sobotę wreszcie skończyli serię porażek. Potrafili odwrócić wynik z Aston Villą i zwyciężyli 4:1. Popisową partię rozegrał najdroższy w historii Southampton Gaston Ramirez. Urugwajczyk ustawiony za napastnikiem był człowiekiem z zupełnie innej bajki. Przeciskał podania prostopadłe, lobował defensywę rywali, łączył ataki na jeden zagraniami na jeden kontakt. Sami tylko zobaczcie jego wszechstronność na tym wykresie.

Ramirez spoiwem Southampton

2. Hit-kit

Szumnie zapowiadany mecz na szczycie Manchester City – Arsenal boleśnie mnie rozczarował. Jakość akcji kleconych przez The Citizens znacznie odbiegała od standardów, do których przyzwyczaili mistrzowie Anglii. Jeden kreatywny David Silva to zdecydowanie za mało na rozbicie bloku z Emirates Stadium. Kanonierzy złapali punkt na wyjeździe (gole po rzutach rożnych), ale gdyby na świetnych kontrach Gervinho celował tak, jak przed tygodniem, twierdza Etihad wreszcie by upadła…

3. Senegalska zagadka

Miejsce akcji: Newcastle. Czas: początek zeszłego sezonu. Efekt: Demba Ba strzela kiedy tylko chce i nie potrafi przestać. Pół roku później: przychodzi jego rodak Papiss Cisse i też trafia na zawołanie, ale… Ba zupełnie się zacina. Nowy sezon: U Ba odradza się instynkt strzelecki, ale… teraz nie strzela Cisse!

Senegalczycy w Newcastle nie mogą wspólnie odnaleźć drogi do siatki. W tej kolejce, już po golu Ba, koledzy wypchnęli Cisse do karnego, aby biedak się przełamał. Cisse przełamał, ale krzesełka na trybunach, bo właśnie tam, a nie w siatce skończył jego strzał z jedenastu metrów.

JEDENASTKA 5. KOLEJKI PREMIER LEAGUE

Tim Howard (EVE)

Rafael (MU), Mark Williamson (NEW), Jan Vertonghen (TOT), Ashley Cole (CHE)

Kevin Mirallas (EVE), Steven Gerrard (LFC), Marouane Fellaini (EVE), Gaston Ramires (SOU)

Rickie Lambert (SOU), Victor Anichebe (EVE)

P.S. Na facebookowym profilu bloga WnF dziś wrzuciłem zdjęcie powalonego przez wślizg Steve Sidwella… sędziego Lee Proberta. Warto to zobaczyć.

%d blogerów lubi to: