Archiwum

Posts Tagged ‘taktyka Liverpoolu’

Prezent dla czerwonego rywala

Liverpool wczoraj wyłożył Manchesterowi United tytuł mistrzowski na tacy. The Reds dorwali się do gardeł Manchesteru City. Na Etihad Stadium jeszcze żadna drużyna w tym sezonie tak bardzo nie zraniła gospodarzy.

Pamiętam o derbowej porażce City z United – wtedy jednak goście na długo oddali pełnie inicjatywy, a w drugiej połowie chłopcy sir Alexa Fergusona napędzili sobie sporo strachu. Przeciwko Liverpoolowi The Citizens tylko czekali na wyrok.

Przebieg niedzielnego spotkania doskonale zdradziły ruchy obu trenerów. Roberto Mancini zmienił wyjściową formację z 4-2-3-1 do 3-5-2 już w 56. minucie. Był wyraźnie niezadowolony z produktywności swoich rozgrywających, za chlubnym wyjątkiem Jamesa Milnera. Wcześniej jego City przeprowadziło jedną bardzo składną kombinację – tę zakończoną golem Edina Dżeko.

Brendan Rodgers utrzymał swoje wyjściowe ustawienie, bez najmniejszej korekty, do 76. minuty. Wtedy zmienił Jose Enrique wracającego po kontuzji na innego obrońcę. Gdyby Hiszpan był w pełni sił, niewykluczone, że Rodgers przetrzymałby zmiany do samego końca (wtedy oszczędzał czas i dokonał drugiej roszady).

Podania przyjęte Daniela Sturridge’a

Trudno dziwić się zadowoleniu menedżera Liverpoolu. Kolejny raz pięknie zadziałało wystawienie Daniela Sturridge’a na szczycie liverpoolskiego ataku. Złoty medal jasnowidza dla każdego, kto przewidział taki początek życia Anglika w mieście Beatlesów. Schowany na ławce Chelsea, ewentualnie na ich skrzydle, u Rodgersa wygląda na predatora. On ciągle żąda krwi. Zerknijmy tylko na wykres podań adresowany do Sturridge’a. Widać na nim jego pracę w bocznych sektorach boiska. Miłośnicy moich strzałek dostrzegą jeszcze ich długość. Oznacza to, że Anglik wybiegał na wolne pole i stamtąd na pełnej szybkości defensywę City.

The Reds wyjątkowo rozsądnie wykorzystali system City na własną korzyść. Brak defensywnego zaangażowania Davida Silvy stworzył oszałamiająco dużą przestrzeń na prawej flance. Gospodarze stosowali pressing na obrońcach Liverpoolu – trzeba przyznać, że czasem bardzo skutecznie. Jednocześnie jednak City zostawiali zbyt duże pole między swoimi liniami. Luisa Suareza nie trzeba długo zapraszać do korzystania z takich prezentów.

Czytaj dalej…

Reklamy

Odrodzenie lidera z Anfield

Tekst ukazał się na stronie głównej tygodnika Piłka Nożna.

Chelsea odpuściła sobie Franka Lamparda. Liverpool nie powtórzy tego samego scenariusza ze Stevenem Gerrardem. Doświadczony pomocnik znalazł optymalne miejsce w taktyce Brendana Rodgersa i wrócił do występów na niesłychanym poziomie.

Na twarzy kapitana znów uśmiech

Na początku nie było to takie oczywiste. Nowy menedżer nakazał swoim piłkarzom grać krótko do nogi i długo utrzymywać piłkę. Gerrarda aż korciło do typowych dla siebie 40-metrowych podań, o których co mecz wyśpiewują kibice na Anfield. Dodatkowy nawał zadań w obronie zupełnie ograniczył wkład kapitana The Reds w ofensywie.

W tym sezonie miałem mieszane doświadczenia – przyznaje ikona z Anfield. – Miałem niewiarygodne jubileusze w klubie i reprezentacji, zaliczając 600 mecz w Liverpoolu i 100 dla reprezentacji Anglii. Jednak nasz wolny start i pozycja w tabeli nieco psuje wrażenia.

Liverpool zrobił sobie nawyk z remisowania meczów, które częściej przeplatał porażkami niż zwycięstwami.  W tym czasie wycofany Gerrard zaliczył ledwie dwie asysty i jednego gola. Losy The Reds i ich kapitana odwrócił powrót Lucasa Leivy. Defensywny pomocnik z Brazylii wyleczył kontuzję i od początku grudnia zrobił różnicę niczym zupełnie nowy supertransfer.

Z niezawodnym Lucasem za plecami, Gerrard wreszcie mógł w pełni wyrazić się na boisku. W ośmiu meczach ligowych u boku Brazylijczyka, 32-letni kapitan zaliczył sześć asyst i trzy gole. Pod względem ostatnich podań współprzewodzi całej Premier League. W lidze tylko Leighton Baines z Evertonu tworzy swoim kolegom więcej sytuacji strzeleckich. Gerrardowi brakuje już tylko jednej asysty, aby wyrównać osiągnięcie ze swojego rekordowego sezonu 2008/09 w tym względzie. Model rozgrywającego.

Czytaj dalej…

Czerwone Diabły rzucają rywalom koło ratunkowe – analiza taktyczna

Manchester United długo udowadniał jak wielka przepaść powstała między nimi, a ich wielkimi rywalami z Liverpoolu. Zmiana taktyki The Reds w drugiej połowie tchnęła życie we wcześniej jednostronne widowisko. 

Początkowe taktyki

Liverpool w tym sezonie nie pokonał jeszcze ekipy z górnej połówki tabeli. Na Old Trafford było daleko od zwycięstwa, jednak optymizmem może napawać rodząca się nić porozumienia Luisa Suareza z Danielem Sturridgem.

Formacje: 

Manchester United musiał radzić sobie bez kontuzjowanego Wayne’a Rooneya. Na jego miejsce w formacji 4-2-3-1/4-4-1-1 trafił Danny Welbeck. Sir Alex Ferguson wystawił Anglika kosztem preferowanego wcześniej Javiera Hernandeza. Welbeck oferował więcej atletyzmu i pracy w defensywie. Jak się okazało, w pełni spłacił kredyt zaufania. Poza tym do jedenastki wrócił Nemanja Vidić.

Liverpoolowi brakowało Jose Enrique, co otworzyło drzwi do składu nastoletniemu Andre Wisdomowi i przesunęło Glena Johnsona na lewą obronę. The Reds postawili na gęsty środek pola. Ich realne ustawienie na początku przypominało mocno defensywny system 4-1-4-1 z wysuniętym Suarezem.

Welbeck

Zaskakujący wybór Welbecka można wytłumaczyć znacznie większą wszechstronnością Anglika niż Hernandeza. Elastyczność w ustawieniu młody napastnik United pokazywał od pierwszej chwili na boisku. Regularnie zmieniał się pozycjami z fałszywym skrzydłowym Kagawą. Ta dwójka dodatkowo broniła przeciwko Lucasowi Leivie, najgłębiej ustawionemu pomocnikowi Liverpoolu.

Właśnie z okupowanej przez Welbecka z Kagawą lewej strony Manchester United stwarzał największy zamęt. Pierwszy gol padł po kombinacji w środku pola, która zupełnie uwolniła przestrzeń do nadbiegającego Patrice’a Evry. Ten płasko dośrodkował w kierunku Robina van Persiego, który w tym meczu ograniczał się głównie do zamykania podobnych płaskich centr. Holender trzykrotnie pokazywał się do takich podań i za każdym razem poważnie kurzyło się pod bramką Jose Reiny. Jednak poza tym mało udzielał się w rozegraniu.

Większą paletą zagrań w ofensywie dysponował Welbeck. Silny i jednocześnie dynamiczny atakujący regularnie czyhał na długie piłki za plecy obrońców. Szczególnie upodobał sobie przestrzeń między Wisdomem a Martinem Skrtelem. W późniejszej fazie gry prostopadłe podania na Welbecka stanowiły główny plan ofensywny gospodarzy. Częstotliwość tej formy rozegrania Czerwonych Diabłów widać na wykresie podań przyjmowanych przez Welbecka.

Styl podań do Welbecka

Danny był niesamowity. Sprawił wiele trudności ich dwóm stoperom – powiedział Ferguson dla MUTV. Podobne zdanie miała stacja Sky Sports, która wyróżniła Welbecka nagrodą Piłkarza Meczu.

Czytaj dalej…

Trójka snajperów z boiska

Najpotężniejsze firmy w angielskim futbolu miały bardzo przyjemny środek tygodnia. Mogą za to podziękować swoim zjawiskowym napastnikom. Liverpool z Manchesterem United przejechały się po rywalach walczących o utrzymanie i zdefiniowały piłkarską dominację.

To już stały obrazek w okolicach Anfield

Luis Suarez, Robin van Persie i Javier Hernandez. Każdy z zupełnie odmienną paletą talentów, wszyscy zapierający dech w piersi. Nie odkryli niczego nowego. Pokazali te same dzieła, którymi tworzą od początku sezonu (Hernandez zaczął nieco później). Jednak cesarzom, co cesarskie…

Okres świąteczno-noworoczny miał dać Liverpoolowi wskazówkę, czego mogą się spodziewać w drugiej części rozgrywek. Wcześniej rozbudzali nadzieję jednym wyskokiem, by później znów rozczarować serią remisów. Z przełomu roku The Reds wyciągnęli 9 punktów – bardzo dobrze, bo tylko Tottenham, Arsenal i Manchester United przebili ten wynik (i to o jeden punkt).

Trudno sobie wyobrazić tę obiecującą passę bez niezniszczalnego Suareza, który zaliczył komplet minut w czterech kolejkach na przełomie 11 dni. Gladiator. – Rozmawiałem z Harrym Redknappem o Luisie po naszym meczu z QPR. Powiedzieliśmy, ze Luis jest postacią z typu Messiego. Proponowałem mu przerwę na początku sezonu, ale on jej nie chciał. To piłkarz, który musi grać dwa-trzy razy w tygodniu, aby być w szczytowej formie – mówił menedżer Brendan Rodgers.

Za zakończenie maratonu ligowego Suarez zrobił kozła ofiarnego z Matthewa Kilgallona. Akcja po akcji wyciągał stopera Sunderlandu z jego posterunku. W zwolnione tak miejsce wpadał skrzydłowy, najczęściej Raheem Sterling. Modelowym przykładem tego zjawiska był przebieg akcji przy pierwszym golu Liverpoolu. Na Anfield zawitał Daniel Sturridge z Chelsea, który jeśli pogodzi się z rolą skrzydłowego-napastnika, może zyskać na Suarezie jak Mann na Maternie. Urugwajczyk zabiera na spacer każdego obrońcę ligi, bo nikt nie chce mu dać wolnej przestrzeni. Umie dostarczyć piłkę do wszystkich, którzy skorzystają z jego zagrań. Potwierdzają to statystyki, wedle których Suarez to trzeci kreator okazji w lidze (56 kluczowe podania, gorszy tylko od Leightona Bainesa i Stevena Gerrarda).

Suarez przyjmujący piłkę przed polem karnym (lewo) i tworzący okazje strzeleckie (prawo)

Czytaj dalej…

Premier League do taktycznej tablicy – 11. kolejka

Na bloga wracają analizy, które umożliwia świetna aplikacja FourFourTwo Stats Zone. Dzisiaj przyjrzymy się uważne trzem meczom Premier League. Przeanalizujemy znaczenie roszad taktycznych Manchesteru City i Liverpoolu, udowodnimy wartość Paula Scholesa i pokażemy kogo powinien obawiać się Darren Bent.

1. Za wysoką obronę

Podania przyjęte przez Aguero (lewa) i podania na spalonego City (prawa)

Manchester City obrał klarowny plan na pokonanie Tottenhamu, którego trzymał się od pierwszej do 90. minuty: prostopadłe podania za linię obrony rywali. City chcieli skorzystać na zamiłowaniu Kogutów do wysokiego ustawiania defensorów. Tak kuszące, wolne miejsce tuż przed nosem bramkarza chcieli właściwie wykorzystać.

Realizacji tej strategii sprzyjał powrót do składu Davida Silvy. Hiszpan oraz Yaya Toure specjalizowali się w kreatywnych podaniach z głębi pola na wybiegających partnerów. Widać to choćby po ruchach Sergio Aguero – znaczna większość przyjmowanych przez niego podań wymagała ruchu bez piłki. Gracze The Citizens balansowali przy tym na krawędzi spalonego. Aż ośmiokrotnie dawali się łapać w pułapki rywali (prawa strona).

Mimo to, próbowali do samego końca. Pierwszy raz ryzyko opłaciło się w 55. minucie, gdy podanie lobem Toure spadło idealnie pod nogi wybiegającego Aguero. Argentyńczyk miałby okazję sam na sam, ale kompletnie zepsuł przyjęcie piłki. Nagroda za cierpliwość nadeszła w samej końcówce. Kolejny lob Silvy trafił na stopę superrezerwowego Edina Dżeko (jego bramki po wejściu z ławki dały City już dziewięć punktów!), który już wiedział, co zrobić w takiej sytuacji.

2. Mancini trzyma się swojego…

Znaczenie zmiany Maicona (lewa) i groźne dośrodkowania Brazylijczyka (prawa)

… i wygrywa. Włoski menedżer regularnie wprowadza w życie swój plan B w postaci ustawienia 3-5-2, które krytykowali już dziennikarze, analitycy brytyjskich stacji, a nawet piłkarze (przez Micah Richardsa). Upór Manciniego okazał się zbawienny w meczu z Tottenhamem. Opisane w pierwszym punkcie podania prostopadłe stanowiły sól ataków City. Jednak jednocześnie sprawiały, że ich ofensywa była wąska jak wąwóz w Termopilach.

Lekarstwo na tę dolegliwość pojawiło się w 57. minucie w postaci Maicona. Jego znaczenie na grę w końcówce widać na lewej stronie wykresu. Zmiana Brazyliczyka oznaczała przejście z ustawienia 4-2-3-1 do 3-5-2. Od tej pory Yaya Toure mógł już spokojnie rozciągać akcje na boki. Tam czekał Maicon, który korzystał z wolnych przestrzeni. Tottenham miał wyraźne problemy z nową formą ataku City. Po stronie Maicona był osamotniony Jan Verthongen, którego nie raczył wspierać Gareth Bale. Dzięki temu Brazylijczyk z Manchesteru mógł regularnie posyłać bardzo groźne dośrodkowania z prawego skrzydła (prawa strona wykresu).

Swoją drogą, Maicon był chyba najmniej spodziewanym aktorem do roli bohatera City. W niedzielnym meczu zagrał po raz pierwszy od blisko dwóch miesięcy. Poprzednim razem wyszedł na murawę przeciwko Realowi Madryt. Kto widział tamto spotkanie, pewnie pamięta jak Cristiano Ronaldo z Marcelo zrobili z niego króliczy pasztet. Mimo to był pierwszą opcją do zmiany w starciu z Tottenhamem… Odwaga Manciniego nie zna granic.

Czytaj dalej…

Chelsea – Liverpool 1:1 – żale nad kryciem indywidualnym

Chelsea nieco przyhamowała swoje tempo w Premier League i osiadła na trzecim miejscu w tabeli. Brak zwycięstwa nad Liverpoolem zawdzięcza tylko swojej rozrzutności w pierwszej połowie. Pikanterii tej rywalizacji nadała płynna zmiana taktyki The Reds.

Liverpoolskie eksperymenty

Ustawienie wyjściowe Chelsea i Liverpoolu

Brendan Rodgers zaczął mecz w nietypowym dla siebie ustawieniu 3-5-2, które wcześniej (z powodzeniem) wypróbował podczas drugiej połowy derbów z Evertonem. W pierwszej jedenastce zmieścił się wreszcie legendarny Jamie Carragher. Ciekawym posunięciem było wyznaczenie w roli skrzydłowych (wing-backs) dwóch bocznych obrońców.

Przy Chelsea grającej żelazne 4-2-3-1 z płynnie zmieniającymi się rozgrywającymi, przystosowanie taktyki Liverpoolu wyznaczyło przebieg gry. Nowe ustawienie zadziałało o tyle, że zatrzymało atak pozycyjny The Blues. Zagęszczenie środka pola sprzyjało obronie przeciwko skrzydłowym Chelsea, którzy z uciekania od boku uczynili swój sposób na życie. W ten sposób wpadali w sidła defensywy Liverpoolu. Sytuację mógłby ratować boczni obrońcy Chelsea, ale ci trzymali się bliżej swojego pola karnego. Obawiali się ruchów napastników rywali na wolne przestrzenie powstałe po takich rajdach.

Defensywie Liverpoolu sprzyjało też długie utrzymywanie się przy piłce na własnej połowie. Ale, jak to często bywa w futbolu, konkretny plan taktyczny stanowi broń obusieczną. Inwestując w dodatkowego obrońcę na środku, The Reds skutecznie zarżnęli własny atak. Pressing Chelsea w centrum boiska pozbawił liverpoolczyków opcji do podań. Zagraniom do przodu brakowało inwencji twórczej, a Luis Suarez pozostał osamotniony jak Grzegorz Lato na zjeździe PZPN. Winę za brak kreatywności wziął na siebie sam Rodgers. – W pierwszej połowie byliśmy wolni, brakowało penetracji. Zbyt często podawaliśmy i zwalnialiśmy tempo – powiedział menedżer Liverpoolu.

Czytaj dalej…

Wybuchowa niedziela z niesmakiem w tle

Już w głowie układałem zgrabne akapity o SuperNiedzieli. Piłkarze w Anglii dzień święty prawdziwie uświęcili i pokazali dlaczego Premier League to w wielu głowach rozgrywki „naj” – najbardziej nieprzewidywalne, najszybsze, najciekawsze. Ale też najbardziej irytujące. Sędziowskie katastrofy skutecznie oddaliły futbol od centrum zainteresowania.

Zepsute powietrze

Jest to tym bardziej irytujące, że nawet piłkarska księga zasad głosi dogmat „niewidzialności” sędziego. Jak piłka go dotknie, to jakby nic się nie działo. Na boisku ma być duchem, powietrzem. Ładny to duch, który wypaczył wyniki trzech meczów z udziałem klubów czuba tabeli.

Clattenburg wyrzuceniem Torresa niweczy powrót Chelsea

Mark Clattenburg namieszał najbardziej i to z okazji wydarzeń, które uważnie śledziły masy. Pierwsza czerwona kartka dla Branislava Ivanovicia – brawo, pełna zgoda. Jednak pomachanie obiema kartkami przed nosem Fernando Torresa za domniemaną symulację zabiło szlagier na Stamford Bridge. Clattenburg ruchem kartki w stronę Hiszpana drastycznie wpłynął na przebieg dalszej gry. W takim momencie musiał być w 101% pewien swego. Rozumiem podobną decyzję, gdyby Torres frunął wślizgiem na złamanie nogi rywala. Wtedy nawet, gdyby Chelsea miała zostać w siedmiu, czerwona się należy. Ale za symulację, której nie było? Nawet sir Alex Ferguson powiedział, że Jonny Evans złapał nogą  Torresa. Wyrzucenie Hiszpana łudząco przypominało czerwień Robina van Persiego w meczu Arsenalu z Barceloną (wyleciał za kopnięcie piłki po gwizdku). Tak samo jak wtedy, wykluczenie przesądziło o losach rywalizacji.

Od tego momentu wiedziałem jak będzie wyglądał mecz 11 vs 9 i zupełnie przeszła mi ochota na jego oglądanie. Wrażenia zupełnie sknocił gol ze spalonego Javiera Hernandeza. Jakby tego było mało, Guardian donosi, że Chelsea zgłosiła do ligi zażalenie na sędziego, który ponoć miał rasistowsko odzywać się do graczy The Blues. Jeśli to okaże się prawdą, Clattenburg na długo pożegna się z gwizdkiem.

Manchester United wyciągnął wynik 3:2, choć nie powinien. Trudno winić Czerwone Diabły, że skorzystały z okazji. Rezultatem 3:2 miały się też skończyć derby Liverpoolu. Nie znajduję choćby jednego elementu usprawiedliwiającego decyzję o nieuznaniu gola Luisa Suareza z doliczonego czasu gry. Żadnego spalonego przy żadnym podaniu, nie ma faulu, wszystko czyste jak łza. Czujne oko kamery Match of the Day 2 wyłapało jeszcze jak długo zwlekał liniowy z podniesieniem chorągiewki. Machnął się paskudnie.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: