Archiwum

Posts Tagged ‘Tottenham’

Widzę czas zmiany lidera

Zaczynamy oficjalnie świąteczno-noworoczne szaleństwo Premier League, gdzie mecze w Anglii wydają się rozgrywać co 15 minut, a wszystkiego nie sposób sensownie ogarnąć. Dlatego planuję krótsze, ale dużo częstsze wpisy na temat ligi, która nie zapada w sen zimowy.

Trzy prognozy Andrzeja-Jasnowidza przed weekendem 21-23 grudnia:

1. Zmiana lidera Premier League

Andrzej-Jasnowidz widzi koniec pobytu Arsenalu na szczycie tabeli. Kanonierzy grają u siebie z Chelsea. Wieszczę remis lub wygraną gości, która siłą rozpędu zepchnie ekipę Arsene Wengera poza szczyt. Arsenal nie jest w kryzysie, nawet jak nie wygrał trzech kolejnych spotkań – tego nie dajmy sobie wmówić. Niefortunnie ułożył im się kalendarz gier, więc spora przewaga punktowa musiała stopniowo maleć. Źródeł ich przewidywanego niepowodzenia dopatruję się gdzie indziej.

Czemu wierzę w moc Chelsea? Ponieważ moim zdaniem właśnie w grudniu The Blues włączą piąty bieg, do którego jak dotąd się nie zbliżali. To dość niezwykłe, że ten zespół zachwycał najrzadziej z ligowej czołówki, a mimo to wciąż trzyma się na dystans kilku punktów od lidera. Znakomicie podsumowuje to odpowiedź Jose Mourinho, pytanego czego brakuje drużynie Chelsea, aby być na poziomie Manchesteru City. – Mamy od nich więcej punktów, więc to pewnie oni chcą być tacy jak my – powiedział.

W poniedziałkową noc na fotelu lidera zasiądzie zatem najprawdopodobniej… Liverpool. The Reds regularnie odprawiają kolejnych rywali na Anfield. Nie inaczej powinno być z Cardiff City, które jest dodatkowo wstrząsane narastającym konfliktem na linii właściciel – trener. Do scenariusza, w którym Liverpool znów będzie na szczycie wystarczy im swoje zwycięstwo i remis w derbach Londynu.

2. Southampton nad Tottenhamem

Wygrana Świętych z bezpośrednim starciu (u siebie) z Kogutami pozwoli im przeskoczyć nad londyńczyków w tabeli. Choć Southampton w ostatnich pięciu kolejkach zebrał ledwie dwa punkty – moim zdaniem da radę. Bardziej wiąże się to z rewolucją (według mnie zbyt pochopną) w Tottenhamie, która przypadła na najgorszy moment sezonu. Zmiana taktyki Kogutów (na 4-4-2 w środowym meczu Pucharu Ligi), nowy tymczasowy trener, fatalne nastroje po dwóch z rzędu klęskach u siebie i dodatkowo kontuzje/zawieszenia ważnych piłkarzy (Vertonghen, Paulinho, Sandro, Kaboul, Townsend). To wszystko układa się w wygraną Świętych.

3. Falstart nowego West Bromu

Ścieżką identyczną jak Tottenham poszli The Baggies – tuż przed najbardziej gorącym momentem w kalendarzu wyrzucili trenera. Podobnie jak wyżej – widzę w tym, przynajmniej początkowo, ścieżkę donikąd. West Brom w pierwszym meczu bez Steve Clarke’a zagra u siebie z Hull City, które na dziś jest najprzyjemniejszą niespodzianką pierwszej połowy sezonu. Remis ze wskazaniem na gości.

Reklamy

Potęga myślenia

Współczesny futbol to taka prosta gra. Wystarczy szybko myśleć, mądrze biegać i dołożyć do tego względnie wypolerowane podanie. Wtedy ścieżki na boisku stają otworem, obrona zaprasza do zabawy, a z każdego narożnika sypią się pochwały. 

On jest wszędzie!

Premier League zyskała w końcówce sierpnia dwóch takich ludzi, dla których piłka to czasem dziecinna zabawa. Mesut Oezil i Christian Eriksen rządzą po dwóch stronach barykady w północnym Londynie. Oglądanie ich natchnionych kopnięć z sobotniej kolejki wymusiło u mnie refleksję. Czy to naprawdę tak proste? Czy sukces w piłce nożnej AD 2013 zależy od szybkości myślenia, a nie nóg? Rafał Nahorny w trakcie transmisji Everton-Chelsea powiedział, że od piłkarzy wymaga się myślenia na boisku, ale chwilami czasu jest za mało. Jego słowa brzmiały mi w głowie, gdy oglądałem Oezila i Eriksena. Oni są wyjątkowi właśnie dlatego, że potrafią myśleć. Decyzję podejmują, gdy jeszcze nie zdążymy podnieść powieki przy mrugnięciu.

Obaj w debiutach na angielskiej ziemi zaliczyli mecze niemal identyczne – z asystą, 90% dokładnych podań, trzema zagraniami otwierającymi do siatki. Choć daleko im jeszcze do szczytu fizycznych zdolności (przypadającego na około 27-28 rok życia), to już zebrali niezwykłe doświadczenie liczone Mundialami, Euro lub walką w Lidze Mistrzów.

Rzecz jasna więcej spodziewano się na starcie po Oezilu. W końcu najdroższy piłkarz w dziejach Arsenalu, świeżo po bardzo udanym pobycie w Realu Madryt, lider rozegrania znakomitej reprezentacji Niemiec. Z rozbawieniem czytałem opisy zdolności Oezila w angielskiej prasie. Przedstawiany był jako mesjasz Kanonierów, który wreszcie poprowadzi ich do ziemi obiecanej. Dowód? Piątek przed meczem Kanonierów nazwano „wigilią Mesuta Oezila”. Oto nagłówki o Niemcu z samego Guardiana:

  • Oezil będzie główną gwiazdą w Arsenalu, swoim domu poza domem,
  • Mesut Oezil może tchnąć nowe życie w erę Arsenalu na The Emirates,
  • Joachim Loew atakuje (wybucha na) Real Madryt za „niepojętą” sprzedaż Oezila,
  • Santi Cazorla zdumiony dlaczego Real sprzedał „spektakularnego” Oezila. 

Także żadnej presji, naprawdę… Jednak jeśli można być pewnym słuszności pewnych transferów, Oezil jest zdecydowanie takim przypadkiem. Jedyną barierą może być tu tylko kultura i aklimatyzacja. Pod względem techniki to człowiek, który wpasuje się w każdy zespół o jakimkolwiek potencjale w ataku.

Dlaczego? Wszystkim Oezil skojarzy się z rozgrywającym – słusznie. Jego lekkość w posyłaniu prostopadłych piłek (34/38 celnych podań w strefie ataku, zdumiewające!) znakomicie oddają stuprocentowe szanse, które z jego podań marnował Theo Walcott (swoją drogą, połączenie Oezila i szybkości Walcotta w wybieganiu za obronę nakazuje myślenie o tym duecie jako jednej z najgroźniejszych broni futbolowej na świecie). Ważne jest przede wszystkim to jak rusza się Niemiec. Znakomicie w tekście dla ESPN wypunktował to Michael Cox. Zdolność do wyszukiwania wolnej przestrzeni plus uzupełnianie luk w formacji ataku, wymienność pozycji – oto klucz dla sukcesu Oezila. Popatrzcie tylko jak ustawił się przy asyście do skutecznego Oliviera Girouda. Wyciągnął obrońcę na lewe skrzydło, zostawiając cały wolny korytarz dla późniejszego strzelca gola. Na dowód zalecam zerknąć na wykres przyjętych podań Oezila, który załączam wyżej. Kojąca obecność na boisku na całej jego długości.

Przy tak wysoko postawionej poprzeczce, w sobotę porównanie do Oezila wytrzymał tylko Eriksen (no może jeszcze Aaron Ramsay). Znakomity Gareth Barry w Evertonie zasłużył się brudną robotą i celnymi przerzutami – bez grama natchnienia. Gylfi Sigurdsson wykańczał dwa razy akcje montowane przez kolegę.

Czytaj dalej…

Odkurzona sztuka wygrywania

100 lat temu zdarzył się cud narodzin, który wywrócił historię Liverpoolu do góry nogami. Z klubu w kryzysie stali się elitą angielskiej i europejskiej piłki. Praca u podstaw Billa Shankly’ego, jego marzenie o zwycięstwie nie umarło z nim w 1981 roku. Dziś The Reds są najbliżej od lat, aby znowu żyć zgodnie z zasadami Shankly’a.

MU

Definiujące momenty sezonu dla Man United? (fot: WhoScored.com)

Urodzony dokładnie 100 lat temu Szkot zostawił na Anfield komplety koszulek i spodenek w czerwonych kolorach oraz maksymę „wygrany bierze wszystko, drugi jest nikim”. Jakby nie patrzeć, jeszcze w zenicie nowego sezonu, Liverpool jest na pierwszym miejscu tabeli z kompletem wygranych i dorobkiem trzech czystych kont.

Obserwator wczorajszych „derbów Anglii” na Anfield między dwoma najbardziej utytułowanymi klubami w dziejach musi przyznać rację pomeczowej uwadze Brendana Rodgersa. Według menedżera The Reds, jego zespół nie przeważał technicznie nad rywalem, ale wreszcie wydobywa z siebie mentalność zwycięzcy. Dokładna odwrotność zeszłego roku, gdzie dominacja na boisku za często wyrażała się jednym lub zerem punktów. Takie nastawienie to sól, definicja sukcesu w piłce nożnej. Nikt nie przechodzi przez rozgrywki z kompletem 38 genialnych spotkań. Najlepsza drużyna dwóch ostatnich dekad, Manchester United, swoim kredo zrobiła wygrywanie meczów, w których ich dominacja pozostawała pod znakiem zapytania. Efektem 13 mistrzowskich tytułów w erze sir Alexa Fergusona. W niedzielę wystarczył jeden sprytny ruch świętującego urodziny Daniela Sturridge’a (który po meczu przyznał, że z powodu małej kontuzji bał się nawet mocno strzelać!)

Liverpool długimi chwilami drżał w posadach. Szczególnie przy cięto kręconych dośrodkowaniach. Indywidualne mikrowpadki defensywy nie były tym razem karane, jak niechybnie działoby się rok lub dwa temu. To Robin van Persie za późno dołożył nogę. To do bomby Ashleya Younga przykleił się Glen Johnson.

Manchester United zaznaczył już kolejny raz, że transformacja w dzieło Davida Moyesa nie przebiega tak płynnie, jak powinna. Wołająca od lat wyrwa w środku pomocy łatana jest w momencie pisania tych słów panicznymi (zapewne także przepłaconymi) transferami na ostatnią chwilę. Czerwone Diabły zbyt często pękały pod naporem agresywnie nacierających Liverpoolczyków. Przez to mimo optycznej przewagi, zabrakło akcji wyciągającej z widza gromkie „ach”, a przynajmniej donośne „ooo”.

The Reds na początku rozgrywek pokazują odporność psychiczną i umiejętność czułego dbania o wynik. To realizacja wpajanego w latach 70-tych i 80-tych ducha Liverpoolu szlifowanego przez Shankly’a i Boba Paisley’a. United bardzo brakowało tego odwołania się do własnego dziedzictwa (czyt. myśli fergusonowskiej). Powoli przestaje z truchlejącym lękiem patrzeć na doliczone minuty gry w meczach Manchesteru. United byli bliżsi stracenia kolejnego gola, niż dogonienia wyniku. Nawet Tottenham był wczoraj znacznie bardziej przekonywujący w gonieniu wyniku 0:1 niż niezmordowane przez lata w tej sztuce Czerwone Diabły.

Niedzielną porażką Manchester United sam wepchnął się na bardzo niewygodne siedzenie – karnego jeża za przeciętny początek sezonu. Cztery punkty z dziewięciu możliwych to chyba poniżej zakładanego minimum, nawet zważywszy na piekielnie trudny terminarz. Przejrzałem kalendarz MU, które po przerwie reprezentacyjnej do końca września zaliczy maraton spotkań w Manchesterze: dwa ligowe starcia u siebie (potencjalnie łatwe, na komplet punktów), wyjazdowe derby z City (kolejne zero?), przeplatane pucharowymi wyzwaniami z Liverpoolem (P. Ligi) i Leverkusen (Liga Mistrzów). To nie moment na złapanie oddechu, ale czas wyzwań. Bez przynajmniej siedmiu punktów w Premier League sprawa miejsca MU w tabeli mocno się skomplikuje. Bowiem później aż do początku grudnia (!) czekają ich praktycznie same wyjazdy i pojedyncze spotkanie na Old Trafford z… Arsenalem. Fatalnie ułożony kalendarz już na starcie sezonu pozwoli oszacować na ile w tym roku stać ekipę Moyesa.

Czytaj dalej…

Żelazny Arsenal w tle pożegnań

Do widzenia Premier League, widzimy się w sierpniu. Arsenal postarał się, aby zakończenie sezonu EPL nie było nadmiernie stresujące. W cieniu korespondencyjnej walki o Ligę Mistrzów angielski futbol pożegnał się z niesamowitą liczbą legend w jedno niedzielne popołudnie.

Arsenal pozamykał obiecujące drogi do bramki

Byli za dobrzy dla Newcastle – powiedział Alan Hansen w Match of the Day. Nie było wielu wątpliwości. Arsenal znakomicie zamknął własną bramkę i tylko mógł odliczać do udanego polowania na swojego gola pieczętującego występy w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Realizację tych dwóch celów symbolizował Laurent Kościelny – autor bramki na wagę 16. kolejnego awansu Arsene Wengera do europejskiej elity i filar defensywy Kanonierów. Kościelny w końcówce sezonu wziął się za barki z rolą lidera swojej ekipy, przejmując pałeczkę od rozbitego kontuzjami i złą formą Thomasa Vermaelena.

Czyste konto Arsenalu nie powinno nikogo zdziwić. W 11 ostatnich spotkaniach sezonu Kanonierzy stracili pięć goli (nigdy więcej niż jeden na mecz), co dało im bilans 9 wygranych i 2 remisów. Cudowna seria zaczęła się w idealnym momencie – tuż po trzech nokautach, które miały zniweczyć ich sezon. Wcześniej na przełomie dwóch tygodni Arsenal przegrał Puchar Anglii z Blackburn, Ligę Mistrzów z Bayernem Monachium i derby z Tottenhamem. Jak trzeba być twardym psychicznie, aby zabrać się do takiego finiszu? Tym bardziej, że Wenger podejmował wówczas kluczowe decyzje (choćby zmiana bramkarza i odświeżenie formy Wojciecha Szczęsnego).

Przeciwko Newcastle byli znakomicie poukładani jako cały zespół. Nikt wśród nich nie zaliczył więcej niż trzy przechwyty. Liczyło się kolektywne zestawienie. Praca doprowadziła do oczekiwanych skutków. Newcastle oddało jeden celny, bardzo lekki strzał, choć przez większość meczów kontrolowało tempo i utrzymywało posiadanie piłki. Nawet 85% dokładności podań Srok nie potrafiło zmącić spokoju Arsenalu. Jedyne przebłyski życia, dryblingi Hatema Ben Arfy (8 udanych!) zwykle kończyły się podwojeniem w gęstej strefie przed bramką Szczęsnego.

Mrówcza solidność Arsenalu zepchnęła na margines zainteresowania pogoń Tottenhamu za czołową czwórką. Choć Kogutom znowu powinęła się noga na ostatniej prostej (choć kiedyś prognozowałem, że tym razem się tak nie zdarzy), trudno nie dostrzegać ewidentnych ich dowodów postępu.

Czytaj dalej…

Sezon zmian

Świat w ciągłym ruchu, nieustanne zmiany. Taka refleksja naszła mnie po niedzieli jakiej w tym sezonie ligowym już nie przewiduję. Niezwykłe tempo przemiany losów sprzyja dzień pisania tego posta – otóż jego autorowi 22 kwietnia przekręca się licznik w kategorii „wiek”:)

O dziwo Suarez trafia na koniec wpisu…

Choć trudno sobie to wyobrazić, nie chcę zaczynać od meczu Liverpool-Chelsea, który lepiej od tej pory nazywać „Luis Suarez Show Live”. Dużo większą przyjemność z patrzenia na angielskie kopanki czerpałem z White Hart Lane. W poprzednim wpisie zastanawiałem się, czy do końca maja będzie na co spoglądać w Premier League. Wyniki ostatniej kolejki czynią wyścig o Ligę Mistrzów jeszcze smaczniejszym (bo porażka Wigan przy wygranych Stoke, Sunderlandu i Norwich raczej rozstrzyga trójkę spadkowiczów).

Rok temu zachwycałem się zmianą Roberto Manciniego, którą bez większego ryzyka można wycenić na słynne mistrzostwo Anglii. Chodzi o pamiętne przesunięcie Yaya Toure na ofensywnego pomocnika w Newcastle. Teraz solidny kandydat na roszadę roku dział się na oczach Manciniego. Andre Villas-Boas zaczął w 61. minucie coś, co powinno wepchnąć jego Tottenham w objęcia czołowej czwórki. Koguty z największą liczbą kwietniowych porażek w dziejach Premier League pozbierały się w sposób spektakularny. Niczym Liverpool w finale Ligi Mistrzów 2005 roku: 7 minut (tam sześć) do strzelenia trzech bramek.

Przed dotknięciami AVB, Spurs grali obrzydliwie. Przewidywalnie do bólu, bez żadnej jakości na skrzydłach, z nieobecnym w polu karnym Emmanuelem Adebayorem. Jestem gorącym zwolennikiem udziału napastnika w rozegraniu. Tylko czasem wypada mu w odpowiedniej chwili wejść w strefę do strzału. Strasznie męczył się leczony w ekspresowym tempie Gareth Bale. Manchester City zasuwał po wicemistrzostwo kraju.

Villas-Boas dokonał trzech zmian. Jermain Defoe strzelił gola, a Tom Huddlestone z Lewisem Holtbym asystowali. Ruchy idealne. Tu mogłoby pojawić się pytanie: dlaczego nie wpuścił ich do gry od samego początku? Otóż, poza Holtbym, nie byłoby to do końca korzystne.

Czytaj dalej…

Tottenham pruje ku zmianie fatum

Gareth Bale z łatwością obiega Lucasa Leivę. Niczym taran przepycha się przez Stevena Gerrarda i chociaż próbuje podwajać go kolejny z defensorów Liverpoolu, zawodnikowi Tottenhamu udaje się podać na nos do kolegi z zespołu. Ten trafia tylko w słupek, ale kibice na Anfield dostają najlepszą z próbek możliwości walijskiego bohatera Kogutów.

Walijski wybuch formy

Choć Tottenham to nie tylko Bale, on ciągnie ich do Ligi Mistrzów

Messi i Ronaldo mogą grać w innym wymiarze, ale Gareth ma wszystko, aby występować na najwyższym poziomie. Jest jednym z piłkarzy sezonu Premier League i złapał niesamowitą formę – chwali rywala Luis Suarez. Właśnie z Urugwajczykiem i Robinem van Persie, Bale powalczy o tytuł zawodnika roku na Wyspach.

Jednak dewastujące przyspieszenie i udane dryblingi to tylko część arsenału Walijczyka. W przeciągu sezonu niesamowicie rozwinął się pod względem skuteczności strzałów. Już w marcu niemal podwoił liczbę zdobytych bramek. Bale stał się bardziej samolubny. Przy dziesięciu asystach z poprzednich rozgrywek teraz ma zaledwie jedną. Mimo to jeszcze bardziej przyczynia się do triumfów Tottenhamu, który jest teraz faworytem do zajęcia trzeciego miejsca w Anglii.

Progres gwiazdy Kogutów widać świetnie przy rzutach wolnych. Jego „spadające liście” przypominają bramkarzom Premier League koszmary ze strzałów Cristiano Ronaldo. Dwoma uderzeniami z wolnych o zadziwiającej trajektorii Bale przepchnął Tottenham przez mecz w Lidze Europy z Lyonem.

Skazą na jego wizerunku jest nurkowanie. Czterokrotnie karano go za wymuszanie fauli. Mimo tego aż trudno uwierzyć, że ten sam zawodnik na początku kariery był klątwą Tottenhamu. Przez pierwsze 24 ligowe spotkania Kogutów z Balem w składzie, londyńczycy nie wygrali ani razu.

Zbawieniem Walijczyka było przesunięcie go z lewej obrony na skrzydło przez poprzedniego trenera Harry’ego Redknappa. Na jeszcze wyższy poziom wszedł, gdy zastępca Redknappa, Andre Villas-Boas, ustawił go tuż za plecami napastnika. Portugalczyk rozwinął także taktyczną świadomość swojej gwiazdy. – Harry mówił: „wyjdź na boisko, graj jak uważasz i wyraź siebie”. Z Andre mamy określony kształt i styl gry – zauważa Bale.

Tottenham miał już wybitne jednostki. Oczy White Hart Lane cieszyli Gary Lineker, Jurgen Klinsmann lub David Ginola. Mimo to Kogutom od 1995 roku nie udało się przeskoczyć w tabeli rywali z Arsenalu. Zwykle to Tottenham z zazdrością patrzył na silną kadrę Kanonierów. Teraz to Koguty zebrały bardziej imponującą drużynę. Bale jest przewodnikiem stada, ale ma u boku świetnych partnerów. Nad całością projektu czuwa człowiek, którego rok temu Chelsea bez żalu pozbawiła pracy.

Czytaj dalej…

Rollercoaster po amfetaminie

Za oknem znowu dominują kolory z polskiego budownictwa lat 60-tych, ale w Anglii piłkarska wiosna. Rewelacyjną niedzielę w Premier League potrafiła zepsuć tylko rywalizacja telewizji o oglądalność. Zamiast upchnąć hity Liverpool – Tottenham i Manchester United – Chelsea w różnych porach, powiedzieli: „Wybieraj synu”.

Kibice w Anglii nie potrzebują takich rozrywek – oni mają futbol

Mi udało się z odtworzenia złapać oba niedzielne thrillery. Było warto. Puls skakał niczym przy przejażdżce rollercoasterem po amfetaminie. Choć na takie cuda zupełnie nie zapowiadało się na Old Trafford. Jedenaście minut gry, a ja już, przyznaję, odesłałem Chelsea z powrotem pośpiesznym do Londynu. Zachwycające podanie Michaela Carricka i godne wykończenie akcji Javiera Hernandeza (jego piąty gol w sześciu ostatnich meczach z The Blues), a później szczęśliwy rogalik Wayne’a Rooneya miały załatwić sprawę. Tak też myślał chyba sir Alex Ferguson, bo United tylko jeszcze chwilę postanowili szukać szczęścia w ataku. W 25. minucie Rooney strzelił wprost w Petra Cecha, który później cudem podniósł się, aby odbić dobitkę. Sprawdził go koleżeński David Luiz z własnej obrony…

Czerwone Diabły specjalizują się w zamykaniu takich meczów (ku rozpaczy szukających emocji). Nie tym razem. Słyszeliście kiedyś tezę, że prowadzenie 2:0 to niebezpieczny wynik? Na zdrowy rozum wydaje się to równie groźne, co znalezienie na strychu akcji firmy Apple z 1984 roku – można zgłupieć z nadmiaru bogactwa. Jednak teoria nie jest tak dziwna, na jaką wygląda. Jeden gol kontaktowy, strzelony odpowiednio wcześnie, zupełnie zmienia nastawienie psychiczne obu klubów. Jeszcze wygrywający cofają się panicznie, aby dowieźć do końca co jeszcze zostało. Przegrywający rzucają się w szał ataku, wietrząc w tym ostatnią szansę.

Tak też się stało na Old Trafford. Zmiana oblicza gry dokonała się ostatecznie w przerwie meczu, gdy Rafael Benitez (wyszydzany przez pełne 90. minut) zaprezentował widowni Edena Hazarda. Wcześniej The Blues przetrzymywali długo piłkę, ale najczęściej odbijali się od solidnie zorganizowanych linii obronnych United. Hazard to zmienił. Chelsea zaczęła odzyskiwać posiadanie na połowie rywali i łapała ich na braku odpowiedniego ustawienia. Pędzili z kontrami słuchając liderów Hazarda i Juana Maty. Najlepiej to nastawienie oddaje wyrównujący gol Ramiresa, gdy czwórka wygłodniałych przybyszów ze Stamford Bridge dorwała się do czterech defensorów United.

Czytaj dalej…

%d blogerów lubi to: