Archiwum

Posts Tagged ‘tragedia Hillsborough’

WNF TV #4 Nigdy nie będziesz szedł sam

Po świątecznej przerwie wracam z nowym odcinkiem, którego temat wybraliście sami w facebookowym głosowaniu. Dziś będzie dłużej, z nieco bardziej naturalnym montażem i na baaaardzo bliski mi temat. Miłego oglądania!

Reklamy

Czerwone derby rozstrzygnęła czerwona kartka – 5. kolejka EPL

Całą piątkową zapowiedź kolejki skupiłem na wydarzeniu z Anfield Road. Były ku temu powody. W podniosłej atmosferze hołdu dla ofiar Hillsborough, dwaj wielcy rywale pokazali klasowe oblicze. Oba zespoły w dresach upamiętniających 96 zmarłych. Uścisk dłoni poważnie poróżnionych po ostatniej bitwie o Anfield Patrice Evry i Luisa Suareza. Stadion pokryty napisami „96”, „Sprawiedliwość” i „Prawda”. No i przedmeczowe „You’ll Never Walk Alone”, które już dawno nie miało w sobie takiej głębi i mocy.

Wspomnienia byłoby piękne, gdyby nie szambo pozostawione przez kibiców obu stron po ostatnim gwizdku. 90. minut szacunku okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Głupia mniejszość z Liverpoolu zaczęła naśladować spadające samoloty z Monachium, równie tępa grupka z Manchesteru odpowiedziała przyśpiewkami o mordercach.

Zostawiając odmieńców na marginesie, wróćmy czym prędzej na boisko. Tam naładowany okolicznościami Liverpool z miejsca wziął się za okładanie muru obronnego rywali. Piłka swobodnie rotowała między nogami graczy The Reds. Z początku obrazkiem przewodnim były indywidualne starcia Raheema Sterlinga z Evrą. 17-latek nie pękał przed doświadczonym Francuzem i kocimi ruchami przemykał obok defensora Czerwonych Diabłów. Gospodarze zdominowali środkową część boiska, w której mieli liczebną przewagę wynikającą ze starcia formacji 4-3-3 z manchesterowskim 4-4-1-1. Swoje trzy grosze do rozegrania dokładał Suarez, dlatego goście zostali niemal przypięci do własnej połowy. Gracze sir Alexa Fergusona szybko tracili piłkę pod presją, nie mieli odwagi na dłuższe wymiany podań, dlatego rzucali zagrania w stronę Robina van Persiego, modląc się o mannę z nieba. Nic z tego.

Przerzuty Stevena Gerrarda

Liverpool w szyku utrzymał Steven Gerrard. Spod jego stóp wychodziły zagrania wspaniałe lub olśniewające. Widać to na prezentowanym wykresie. Zerknijcie tylko na zasięg piłek rozrzucanych na prawe skrzydło. Maestria (choć odbiegającego od ideału menedżera Brendana Rodgersa).

Manchester United, korzystając ze słów samego Fergusona, był słaby. Napór gospodarzy zwiastował rychłe zdobycie gola. Aż do momentu, gdy zgłupiał Jonjo Shelvey. Młody pomocnik rzucił się agresywnie do wślizgu i poturbował Jonny’ego Evansa (zauważmy jednak, że Evans także zaatakował piłkę dwiema nogami, tylko udało mu się uniknąć rywala, też powinien wylecieć?). Po powtórkach telewizyjnych czerwona kartka wydaje się nieco na wyrost, ale sędzia kierował się impetem Shelveya. Miał podstawy do tej decyzji. Każdy, kto choć trochę zna specyfikę Manchesteru United wiedział już, że po usunięciu Shelveya w 39 minucie przebieg spotkania zupełnie się odmieni. Nawet, jeśli Liverpool w osłabieniu zdołał wyjść na prowadzenie po kopnięciu natchnionego Gerrarda (bramkę dedykował rok starszemu kuzynowi, który zginął na Hillsborough).

Efekt czerwonej kartki Shelveya

Przedstawiony wykres pokazuje schemat podań United w pierwszej (lewa) i drugiej (prawa) połowie. Różnica jest k-o-l-o-s-a-l-n-a! Goście zaczęli spokojnie podawać w środku boiska, bez presji Liverpoolu schowanego za podwójną zasłoną. Bardzo zaktywizowały się boki boiska, szczególnie jego lewa strona. United wreszcie dopadli do pola karnego The Reds, choć liczba stworzonych szans dalej nie powalała na łopatki.

19-krotni mistrzowie Anglii zostali podłączeni do tlenu po wejściu na boisko Paula Scholesa. Tak jak przewidywałem w zapowiedzi, Anglik z powodów kondycyjnych zaczął na ławce. Wszedł od startu drugiej połowy i zaczął swój show. Regulował tempo akcji United i zapewniał wystarczająco szybką rotację piłki na bok. W pół meczu wykonał 45 podań – najlepszy wśród gości Michael Carrick przez całe spotkanie zaliczył tylko 15 zagrań więcej. Właśnie ta stabilizacja pozwoliła wypchnąć do przodu bocznych obrońców Manchesteru (Rafael znalazł się w polu karnym i strzelił wyrównującą bramkę).

Scholes panuje nad atakiem United

Coraz bardziej zmęczony Liverpool nie miał już żadnych argumentów w ofensywnie. Ale nie do końca kleiło się i gościom. W zwycięstwie United pomógł dość „miękki rzut karny”. Delikatny kontakt z nogą Valencii (nie postawną) został wyceniony na jedenastkę, a podobny faul na Suarezie w drugim polu karnym uszedł Evansowi na sucho. Chętnie poznam opinię kogoś, kto nie jest fanatycznym kibicem Liverpoolu, ale w mojej ocenie to spora niesprawiedliwość.

Znajomy fan United przyznał, że styl go nie zachwycił, ale znów Manchester zgarnął trzy punkty. Typowe i cholernie skuteczne. The Reds mogą być dumni ze sposobu gry, ale cóż z tego, jeśli dalej siedzą w strefie spadkowej.

Przy katastrofalnej wręcz pozycji ligowej Liverpoolu, w zupełnie inny sposób sezon otworzyli sąsiedzi – Everton. Miałem okazję oglądać każdy ligowy mecz The Toffess 2012/13 i jestem zauroczony. Przesunięcie Marouane Fellainiego za napastnika może być taktycznym manewrem sezonu, jeśli tylko chłopcy z Goodison utrzymają narzucone tempo. Everton to teraz potęga, dosłownie. Siła fizyczna atakujących była nie do zniesienia dla Swansea. Najlepiej obrazuje to jak pilnowany Fellaini przyjął(!) dośrodkowanie w polu karnym i wyłożył (ręką) piłkę do Victora Anichebe.

Znaku firmowego The Toffees upatruję też w uwolnionych od linii bocznych skrzydłowych. Steven Pienaar to mózg rozegrania, a jego vis-a-vis Kevin Mirallas upodobał sobie podwajanie pozycji napastnika. Z prawego boku niemal w każdej akcji wchodzi w pole karne i szuka okazji do strzału. Próbował, próbował, aż w końcu złamał defensywę Łabędzi.

ZAPALNIKI DO DYSKUSJI:

1. Pierwsze zwycięstwo Southamptonu

O Świętych w ten weekend zrobiło się w Polsce głośno przez zakontraktowanie Artura Boruca. Polak ma tu oszałamiająco duże szanse, aby z miejsca wskoczyć do podstawowego składu w Premier League. W minionej kolejce Kelvin Davies musiał ustąpić 20-letniemu Paolo Gazzanidze. Rywale jak najbardziej w zasięgu Boruca (który przy zachwianej pozycji Wojciecha Szczęsnego w Arsenalu może zostać jedynym Polakiem na co dzień pokazującym się w EPL).

Święci mogą mieć kłopot z bramką i obroną, ale nie da się tego powiedzieć o ich ofensywie. W sobotę wreszcie skończyli serię porażek. Potrafili odwrócić wynik z Aston Villą i zwyciężyli 4:1. Popisową partię rozegrał najdroższy w historii Southampton Gaston Ramirez. Urugwajczyk ustawiony za napastnikiem był człowiekiem z zupełnie innej bajki. Przeciskał podania prostopadłe, lobował defensywę rywali, łączył ataki na jeden zagraniami na jeden kontakt. Sami tylko zobaczcie jego wszechstronność na tym wykresie.

Ramirez spoiwem Southampton

2. Hit-kit

Szumnie zapowiadany mecz na szczycie Manchester City – Arsenal boleśnie mnie rozczarował. Jakość akcji kleconych przez The Citizens znacznie odbiegała od standardów, do których przyzwyczaili mistrzowie Anglii. Jeden kreatywny David Silva to zdecydowanie za mało na rozbicie bloku z Emirates Stadium. Kanonierzy złapali punkt na wyjeździe (gole po rzutach rożnych), ale gdyby na świetnych kontrach Gervinho celował tak, jak przed tygodniem, twierdza Etihad wreszcie by upadła…

3. Senegalska zagadka

Miejsce akcji: Newcastle. Czas: początek zeszłego sezonu. Efekt: Demba Ba strzela kiedy tylko chce i nie potrafi przestać. Pół roku później: przychodzi jego rodak Papiss Cisse i też trafia na zawołanie, ale… Ba zupełnie się zacina. Nowy sezon: U Ba odradza się instynkt strzelecki, ale… teraz nie strzela Cisse!

Senegalczycy w Newcastle nie mogą wspólnie odnaleźć drogi do siatki. W tej kolejce, już po golu Ba, koledzy wypchnęli Cisse do karnego, aby biedak się przełamał. Cisse przełamał, ale krzesełka na trybunach, bo właśnie tam, a nie w siatce skończył jego strzał z jedenastu metrów.

JEDENASTKA 5. KOLEJKI PREMIER LEAGUE

Tim Howard (EVE)

Rafael (MU), Mark Williamson (NEW), Jan Vertonghen (TOT), Ashley Cole (CHE)

Kevin Mirallas (EVE), Steven Gerrard (LFC), Marouane Fellaini (EVE), Gaston Ramires (SOU)

Rickie Lambert (SOU), Victor Anichebe (EVE)

P.S. Na facebookowym profilu bloga WnF dziś wrzuciłem zdjęcie powalonego przez wślizg Steve Sidwella… sędziego Lee Proberta. Warto to zobaczyć.

Jedyna taka data w kalendarzu Premier League

Jeśli w życiu kibica Premier League są dni, w których bezwzględnie zameldować się przed telewizorem, jeden z nich należy zaplanować w niedzielę. Choć Manchester United zajmuje drugie miejsce, a Liverpool czwarte… od końca, ich rywalizacja nadal uznawana jest za Derby Anglii, prawdziwy „The Match”. Tym razem mecz na Anfield będzie miał tysiące dodatkowych podtekstów.

Licytację na tytuły czas zacząć

Rywalizacja

Mentalnie kibiców Liverpoolu i Manchesteru United dzieli przepaść wielkości Kanionu Kolorado. Dość powiedzieć, że ostatni bezpośredni transfer między tymi drużynami miał miejsce w 1964 roku! Jednak trzeba sobie uzmysłowić, ile czynników spaja oba kluby. Pochodzą z miast typowo przemysłowych, które lata świetności mają już daaaaaawno za sobą. Liverpool był niegdyś oknem na świat (właśnie tu macierzysty port miał Titanic). Manchester żył dzięki dobrodziejstwom zbudowanego tam kanału, a spadek znaczenia transportu wodnego przyspieszył przyniósł spory kryzys.

Oba miasta spaja podobna historia i duma z dwóch wielkich reprezentantów w Premier League. Liverpool i Everton oraz Manchester United i City są oczkiem w głowie mieszkańców. Nawet w tym przypadku utrzymuje się podział na czerwoną i niebieską stronę. Historycznie znacznie więcej sukcesów odnosili Czerwoni. Liverpool szczyci się 18 mistrzostwami Anglii, 7 Pucharami Anglii, 5 Pucharami Europy i 3 Pucharami UEFA. United odpowiadają 19 mistrzostwami Anglii, 11 Pucharami Anglii, 3 Pucharami Europy i Pucharem Zdobywców Pucharów. – Między nami i Liverpoolem chodzi o rywalizację. To najwspanialsze mecze. Są bezprecedensowe w brytyjskiej historii pod względem sukcesu obu klubów. Dlatego się nawzajem potrzebujemy – zaznaczył sir Alex Ferguson.

Zjednoczenie

Poza wypełnionymi po brzegi gablotami z trofeami, gromadą fanatycznych kibiców i legendarnymi stadionami, obu rywali łączą też wielkie tragedie. United swoją czarną kartę w dziejach zapisali w 1958 roku. Katastrofa lotnicza w Monachium pozbawiła życia ośmiu piłkarzy i trzech przedstawicieli sztabu szkoleniowego. Trener Matt Busby znalazł się na cienkiej krawędzi między życiem a śmiercią.

Liverpool zapłakał w 1989 roku, gdy 96 kibiców The Reds straciło życie na stadionie Hillsborough. Fakty ujawnione w zeszłym tygodniu na nowo ożywiły tę sprawę w angielskiej świadomości. Los sprawił, że pierwszy mecz na Anfield po oczyszczeniu z zarzutów fanów Liverpoolu odbędzie się właśnie z Manchesterem United.

Właśnie to podniesie rangę Derbów Anglii do niebotycznych wysokości. Kapitanowie Nemanja Vidić oraz Steven Gerrard mają wypuścić w niebo 96 symbolicznych baloników, a niemal całe Anfield pokryje się upamiętniającą kartoniadą.

Wrogie nastawienie części zwolenników United doprowadziło, że na ostatnim meczu z Wigan z trybun dało się usłyszeć zdanie „Zawsze ofiary, to nigdy nie wasza wina”. To margines. (Tak jak część sympatyków Liverpoolu, którzy upust swoim instyktom dają przez przywoływanie tragedii w Monachium).Większość pokieruje się raczej za słowami Fergusona. – W niedzielę będzie wyjątkowo emocjonalny dzień. Wspieramy ich w każdy możliwy sposób – zapowiedział menedżer Czerwonych Diabłów.

Manchester United swoje wsparcie oferował już w 1989 roku. Kenny Dalglish, ówczesny menedżer klubu, od razu otrzymał pomocną dłoń od Fergusona i Bobby’ego Charltona. W niedzielę na tę wyjątkową okazję na Anfield wróci wspomniany Dalglish, który w klubie nie pojawił się od zwolnienia w maju z pozycji menedżera The Reds.

Dzięki tak podniosłej atmosferze, na najbardziej zacieniony kąt zepchnięta będzie sprawa Patrice Evry i Luisa Suareza. Panowie na podali sobie dłoni przy ostatnim meczu (Urugwajczyk minął Francuza), ale teraz taki incydent nie powinien się już powtórzyć.

Boisko

Historia jest istotna, ale po oficjalnych uroczystościach liczyć się będzie wyłącznie akcja. Liverpool w ostatnich latach mocno sprężał się na starcia z United, dlatego na Anfield nie przegrał z nimi w lidze od 2007 roku. The Reds mają także przewagę świeżości. Przeciwko Young Boys Berno w Lidze Europejskiej Brendan Rodgers posłał w bój swoich „young boys” – 18-letniego Suso, 19-letniego Andre Wisdoma, 21-letniego Daniego Pacheco i resztę młodzieży, która już przedstawiała się w tym sezonie Premier League. Czerwone Diabły nie mogły sobie pozwolić na taki luksus w Lidze Mistrzów. W kość dostał Paul Scholes, który prawdopodobnie nie wytrzyma trzech meczów w ciągu tygodnia.

Rodgersa czeka dylemat selekcyjny na dwóch pozycjach. Lewy obrońca Jose Enrique popełnił w czwartek koszmarny błąd. Forma Hiszpana prezentowana na początku rozgrywek nie daje wielu podstaw do wpisywania jego nazwiska w skład podstawowej jedenastki. Zastąpić może go Glen Johnson, a nawet przymierzany do tej roli Stewart Downing. Drugą niewiadomą jest środek boiska. Tam o miejsce u boku Gerrarda i Joe Allena walczą Nuri Sahin (problem z ograniem) i Jonjo Shelvey. Ten drugi zapewnił triumf Liverpoolowi pakując dwa gole Young Boys. Lepiej też prezentował się po zmianie Sahina w starciu z Arsenalem. Jego mocne strzały i większa dynamika mogą dać mu przewagę nad Turkiem.

Ferguson tradycyjnie już przetrzyma swoich bramkarzy do ostatniej chwili, zanim poznają swoje miejsce w szeregu. Ostatnio Szkot zmienia golkiperów niczym żigolo swoje partnerki w klubie nocnym. David de Gea grał w Champions League i uratował skórę swojej drużyny, więc może to scementuje jego pozycję?

Kluczowe pojedynki

1. Luis Suarez – Nemanja Vidić – ruchliwy Urugwajczyk lubi wyciągać swojego obrońcę z linii. Rozkochał się też w dryblingach (ostatnio wyjątkowo nieudanych), którymi demolował United w wygranym 3:1 meczu w 2011 roku. Prawdopodobnie ganiać za Suarezem będzie mobilny Vidić. Serb musi jednak uważać, bo na Anfield czerwone kartki przyciąga jak magnes.

2. Joe Allen – Michael Carrick – bitwa o dominację w środku pola. Allen i Carrick specjalizują się w krótkich łańcuszkach podań i regulowaniu tempa rozegrania swoich zespołów. Skuteczniejsza gra jednego z nich znacznie ułatwi rozgrywanie ataku pozycyjnego ich drużyny.

3. Raheem Sterling – Rafael da Silva – 17-letnia sensacja z Anfield to ostatnio najgroźniejsza opcja ofensywna Liverpoolu. Z drugiej strony Rafael jest bardzo chętny do włączania się do ataku i zostawia za sobą sporo przestrzeni do pokrycia. Czy Sterling będzie potrafił skorzystać z tego miejsca, czy raczej Rafael ograniczy swoje zapędy?

4. Martin Skrtel – Robin van Persie – Holender w ataku Czerwonych Diabłów to najcenniejsza broń w artylerii Fergusona. Jego ruch bez piłki zwykle nakierowuje się na lewą stronę – tam gdzie boiska pilnować będzie Skrtel. Słowak z Liverpoolu jest mniej ruchliwy i w tym sezonie popełniał już koszmarne wpadki, dlatego może mieć poważne problemy z RVP. A van Persie, jak pamiętamy z zeszłorocznego spotkania Arsenalu w Liverpoolu, umie strzelać na Anfield.

P.S. W niedzielę jest też mecz dość znanych drużyn z Manchesteru City i Arsenalu. Kojarzycie je? Może warto przedłużyć piłkarską niedzielę o kolejne półtora godziny?

Przypominam, że blog Wychowany na futbolu można śledzić też na Facebooku. W ostatnich dniach, oprócz wszystkich wpisów, pojawiły się filmy na cześć jubilata Sola Campbella, oferta towarzyska Andy’ego Carrolla i kuriozalny samobój na chwałę Liverpoolu.

Hillsborough, derby Londynu, Owen – zapowiedź 4. kolejki EPL

Komu dłużyła się przerwa na reprezentacje, ręka do góry! Choć na powrót do akcji w Premier League większość kibiców nie musiała czekać tyle, co Reading (3,5 tygodnia), to pauza i tak była zbyt długa. Co będzie godne uwagi w czasie najbliższych trzech dni z najfajniejszą ligą świata?

1. Długo wyczekiwany moment na Anfield

W minioną środę Liverpool Football Club odniósł zwycięstwo ważniejsze niż punkty wyrwane na boisku. Po 23 latach oczekiwania, angielski establishment wreszcie posypał głowę popiołem i oczyścił kibiców The Reds z odpowiedzialności za katastrofę z Hillsborough. Specjalna komisja badająca dokumenty na temat tragedii ujawniła wstrząsające informacje – o próbie przykrycia niekompetencji policji i innych służb (choćby przez retuszowanie zeznań), o 41 ludziach, którzy mogli zostać uratowani, gdyby akcja przebiegała sprawniej. Odwieczne wołanie o „Justice” (Sprawiedliwość) zostało wysłuchane.

W tak napiętej atmosferze Liverpoolowi przyjdzie walczyć na boisku Sunderlandu. Jedną, najważniejszą wygraną The Reds mają za sobą. Teraz muszą zejść na ziemię i powalczyć o pierwszy triumf ligowy tego sezonu. Nie będzie łatwo. Sunderland bazuje głównie na pracy skrzydłowych i poszukiwaniu w ataku silnego Stevena Fletchera, a Liverpool w pojedynkach w powietrzu wysoko nie fruwa. Piłkarze z Anfield w tym sezonie przegrali aż 62% główek.

2. Wielkie derby, ale…

Kto śledzi Premier League dla ognistej atmosfery trybun, wrzasków, wrzawy i emocji – niech prędko zaplanuje oglądanie starcia QPR z Chelsea. Dla Rangersów derby zachodniego Londynu są meczem nad meczami. Niechęć do The Blues jest tak powszechna, że w programach meczowych na Loftus Road wspomina się dawne triumfy nad rywalami.

Małe „ale”. Choć fani QPR zaznaczyli sobotnią grę grubym, czerwonym mazidłem – dla kibiców Chelsea to spotkanie jak każde inne. Ich bardziej zajmuje rywalizacja z Arsenalami, Tottenhamami, a nawet Fulham.

Czystopiłkarskie argumenty leżą w pełni po stronie The Blues – jedynego klubu ligi z kompletem zwycięstw. Jednak podczas tego spotkania i tak wszystkie oczy będą zwrócone na przedmeczowe powitanie zawodników. Po procesie sądowym Johna Terry’ego za rasistowskie odzywki, Anton Ferdinand na 99,9% odmówi podania ręki kapitanowi Anglii. Podobnie jak Ashley’owi Cole’owi, który zeznawał na korzyść Terry’ego. JT leczy kontuzje, ale gazety angielskie podają, że jest wyjątkowo zmotywowany do wzięcia udziału w grze. Nie chce pokazać, że chowa głowę w piasek. Będzie gorąco.

3. Wracamy do 2006 roku…

Każdy z nas w głębi serca ma nutkę sentymentalności. Widok dawnych bohaterów na nowo postawionych do życia wykrzywia twarz w niekontrolowanym uśmiechu. Dlatego nie mogę się doczekać, aż znów do życia w Premier League wróci Michael Owen. Niedawno napastnik przypomniał się telewizyjnej widowni, gdy ze swoją partnerką wzięli udział w programie badającym ich znajomość. Okazało się, że mąż pani Owen jest dla niej nieodgadnioną tajemnicą. Miejmy nadzieję, że na piłkarzu lepiej się na nim działacze Stoke.

Po ledwie czterech meczach w zeszłym sezonie dla Manchesteru United, były gwiazdor Liverpoolu znów czuje się potrzebny. Stoke przyjęło go z otwartymi ramionami, a menedżer Tony Pulis zachował nawet dla niego prestiżową koszulkę z numerem 10.

Owen znów stworzy duet z Peterem Crouchem na miarę Flipa i Flapa. Znajomość z reprezentacji Anglii (ich partnerstwo dawało kadrze gola co 52 minuty gry) z pewnością przyda się na poziomie klubowym. Świadomość ruchów kolegi z ataku jest nie do przecenienia. Problem w tym, że Owen długo leczył kontuzje i dawno nie wąchał trawy z poziomu boiska. Braki ogrania sprawią zatem, że mecz z Manchesterem City pewnie zacznie na ławce rezerwowych. Ale gdy wejdzie… Drżyjcie mistrzowie Anglii!

4. Tak źle i tak niedobrze

Kiedy dokonujesz transferu, w kontrakcie nie ma zapisu, że musisz grać. On musi rywalizować z trzema dobrymi bramkarzami. W tym momencie Brad [Friedel] radzi sobie znakomicie. Zasługuje na grę i będzie dalej grać – zapowiedział Andre Villas-Boas po zakupie Hugo Llorisa.

Numer jeden reprezentacji Francji nie był zadowolony z komentarzy nowego menadżera. Niesnaski powstały jeszcze zanim Lloris na dobre rozgościł się w szatni Tottenhamu.

Jednak Friedel ratował pióra Kogutów w starciach z West Bromem i Norwich. Sadzanie go na ławce po tak udanych występach? Ryzykowne. Podobnie jak trzymanie niecierpliwego, przyzwyczajonego do łapania piłek w meczach Llorisa. Villas-Boas musi zacząć wygrywać i w niedzielę czeka go poważna decyzja personalna. Prawdziwy „wybór Zofii”… Dlatego uważnie śledźcie składy meczowe na starcie z Reading.

5. Kanonier z cienia

Dla polskich kibiców EPL najważniejsza informacja weekendu to powrót do bramki Arsenalu Wojciecha Szczęsnego. Koniec patriotycznych newsów:)

W spotkaniu Arsenalu z Southampton znacznie chętniej zerknę na postawę w ataku Oliviera Girouda. Francuz na razie kojarzy się z dwoma poważnymi pudłami, dziwną próbą lobu z 35 metrów i zerowym bilansem goli na koncie. Łatwo szydzić, ale warto zwrócić uwagę na jego rolę w systemie ofensywnym Kanonierów. Arsenal wreszcie ma napastnika zbierającego wysokie piłki, silnego fizycznie – udowodnił to choćby w równej walce ze stoperami Liverpoolu. Dzięki temu londyńczycy mogą szybciej przenosić akcje do przodu, a nie zawsze bawić się w tkanie koronkowych natarć. Jak Francuz odpali, może być hitem sezonu.

6. Uroki reprezentacji

We wstępie popsioczyłem nieco na przerwę reprezentacyjną. Aby zachować ciągłość kompozycji, zamknę podobnym motywem. Gra dla drużyn narodowych nie wyszła na zdrowie liderom ataku Manchesteru United Robinowi van Persiemu i Shinji Kagawie. Choć nóg nie pourywali, niekoniecznie muszą wystąpić przeciwko Wigan.

Jeśli takie urazy miały się zdarzyć, teraz jest na to najlepszy moment. Nawet bez Holendra i Japończyka Czerwone Diabły powinny z uśmiechem na ustach rozprawić się z The Latics, których pokonali u siebie osiem razy z rzędu, a w pięciu minionych starciach na Old Trafford z Wigan nie tracili nawet bramki.

5 faktów przed piłkarskim weekendem w Anglii

Rzadko zdarza się, aby jakieś futbolowe wydarzenie w Anglii przyćmiło rozgrywki Premier League. W ten weekend sytuacja jest wyjątkowa, bo na Wembley odbędą się dwie derbowe potyczki w ramach półfinałów FA Cup. Równolegle znajdzie się czas na część spotkań 34. kolejki ligowej, podczas której warto zwrócić uwagę na poczynania Manchesteru City, Wigan i QPR.

Słynne Wembley ożyje przy okazji półfinałów Pucharu Anglii

1) Specjalne derby Merseyside

Już dawno walka Liverpoolu z Evertonem nie miała tylu podtekstów. Sobotni mecz będzie okazją do uczczenia 23. rocznicy tragedii na Hillsborough, w której zginęło 96 kibiców The Reds. Tamto tragiczne wydarzenie także miało miejsce podczas półfinału Pucharu Anglii. Co więcej, w finale rozgrywek w 1989 roku zmierzyły się właśnie Liverpool z Evertonem. Menedżerem tych pierwszych był, tak jak dziś, Kenny Dalglish. Zapowiada się na niezwykle ważny dzień dla całego Liverpoolu – jego czerwonej i niebieskiej części.

Na boisku także nie zabraknie pasjonujących historii. Jedną z nich będzie występ Brada Jonesa – normalnie trzeciego bramkarza Liverpoolu, który swoją szansę otrzymał po czerwonych kartkach dla Jose Reiny i Doniego. Jones we wtorek debiutował w barwach The Reds w lidze, teraz ma za zadanie zatrzymać imponującego napastnika Evertonu Nikicę Jelavicia.

Jelavić, wychwalany pod niebiosa przez trenera reprezentacji Chorwacji Slavena Bilicia, jest w niesamowitym gazie. Strzela ostatnio na zawołanie. Tajemnica jego sukcesu polega na skutecznych zbiegnięciach w kierunku krótkiego słupka i oddawaniu strzałów z pierwszej piłki. Na takie rozegranie muszą przygotować się stoperzy Liverpoolu.

Trudno wskazać jednoznacznego faworyta. Everton znajduje się na fali wznoszącej i przeskoczył lokalnego rywala w tabeli. Liverpool natomiast zawodzi w lidze, ale czaruje w krajowych pucharach. The Reds znakomicie wspominają lutową wizytę na Wembley, która skończyła się zdobyciem Carling Cup. W pucharach Dalglish zdołał odprawić z kwitkiem Chelsea, Manchester City i Manchester United. Ponadto Liverpool wygrał z Evertonem w obu tegorocznych ligowych derbach.

Zapowiada się na kapitalny spektakl, tym bardziej, że menedżerowie pozwolili sobie w środku tygodnia na oszczędzanie gwiazd. Wypoczęci piłkarze, wielka stawka i wyjątkowy kontekst spotkania – będzie się działo!

2) Bez faworyta

Nie mniej emocji wzbudza druga półfinałowa para Tottenham – Chelsea. Kibice obu drużyn słyną z wzajemnej niechęci. Fani The Blues wyszydzają żydowskie korzenie kibiców Kogutów, z których z resztą sympatycy Tottenhamu są bardzo dumni – sami mówią o sobie „Yids” (potoczne określenie Żyda).

Tegoroczny przypadek Chelsea do złudzenia przypomina sytuację z sezonu 2008/09. Wtedy Guus Hiddink został tymczasowym szkoleniowcem The Blues, sięgnął po Puchar Anglii i dostał się do półfinału Ligi Mistrzów. Jego śladami podąża Roberto di Matteo. Włoch przejął zespół po Andre Villas-Boasie i jest na dobrej drodze do finału FA Cup. W następnym tygodniu poprowadzi swoją drużynę w półfinale Champions League (tak jak Hiddink – przeciwko Barcelonie).

Chelsea ma spore kłopoty na bokach obrony. Pod dużym znakiem zapytania stoi występ Ashleya Cole’a. Na pewno nie zagra bramkostrzelny ostatnio Branislav Ivanovic, który złapał trzymeczowe zawieszenie za bezmyślny cios w piłkarza Wigan. W takich okolicznościach wielkim atutem Tottenhamu może być praca skrzydłowych Aarona Lennona i Garetha Bale. Po obu należy się spodziewać częstych rajdów flankami.

Trudności Kogutów leżą w środku obrony. W spotkaniu z Norwich mocno zawodził Ledley King, dlatego nie wiadomo na jaką parę stoperów zdecyduje się menedżer Harry Redknapp.

3) Ożywiony wyścig po tytuł

Kiedy wydawało się, że Premier League poznała już mistrza, wydarzyła się sporego kalibru niespodzianka. Manchester United przegrał w Wigan i sąsiedzi z City tracą w tabeli już tylko pięć punktów. The Citizens swoje spotkanie rozegrają w sobotę, United w niedzielę, dlatego podopieczni Roberto Manciniego mogą choć na kilka godzin zmniejszyć straty do dwóch oczek.

Tyle, że wygrana City wcale nie jest przesądzona. Gracze z Etihad wybierają się na piekielnie trudny wyjazd do Norwich. – Pojedynek z Norwich będzie trudniejszy niż derby Manchesteru – powiedział sam Mancini. City wygrali ledwie dwa z ostatnich dziesięciu spotkań poza domem. Samo Norwich znajduje się w znakomitej pozycji – w poniedziałek wywiozło z White Hart Lane komplet punktów.

Receptą The Citizens na sukces może okazać się powrót do formy Carlosa Teveza. Chimeryczny Argentyńczyk znakomicie spisał się przeciwko West Bromwich. Jego przerzuty piłek, inteligentne podania prostopadłe, delikatne trącenia piłki oraz pierwszy ligowy gol w sezonie zaowocował owacją na stojąco od fanów City.

4) Przeklęte delegacje

Ostatnio trudno o bardziej bezkompromisowy zespół w Premier League niż Queens Park Rangers. Londyńczycy świetnie grają u siebie, gdzie zdobywają komplety punktów. Ale na wyjazdach już tylko przegrywają. Tracą przy tym mnóstwo goli.

QPR cały czas walczą o utrzymanie w lidze. Na Rangersów w pięciu ostatnich kolejkach sezonu czekają jeszcze starcia z Tottenhamem, Chelsea i Manchesterem City. Dlatego nie mogą sobie pozwolić na gubienie punktów i w sobotę muszą przełamać fatum nieszczęsnych delegacji na boisku West Bromwich Albion.

5) Prześladowca faworytów

Razem z QPR o przedłużenie przygody z angielską ekstraklasą rywalizuje Wigan. The Latics wydostali się ze strefy spadkowej, ponieważ skutecznie pojedynkowali się z ligowymi potentatami. Chłopcy Roberto Martineza pokonali Manchester United i Liverpool oraz solidnie postraszyli Chelsea.

Teraz Wigan postara się o kolejny sukces, tym razem na stadionie Arsenalu. Choć Kanonierzy wydają się zdecydowanym faworytem, nie należy z miejsca przekreślać szans The Latics. Warto zwrócić uwagę na system obrony Wigan, wykorzystujący aż trzech stoperów i dwóch bocznych obrońców. Tak zagęszczona strefa pod polem karnym może mocno utrudnić życie napastników Arsenalu.

%d blogerów lubi to: