Archiwum

Posts Tagged ‘Vincent Kompany’

Osiem wniosków z weekendu Premier League

Od londyńskich trenerów z bólem głowy, przez superpołowę w Reading i ważny powrót w Liverpoolu, po waleczne Kanarki. Weekend z Premier League jak zwykle dostarczył tony pytań i tematów do dyskusji. Zapraszam do prześledzenia moich ośmiu spostrzeżeń z angielskich boisk.

1. Przeciętniactwo Arsenalu

Marsz przeciwko obecnej polityce Arsenalu

Marsz przeciwko obecnej polityce Arsenalu

Arsenal nie zaczął sezonu tak źle jak teraz jeszcze nigdy za kadencji Arsene Wengera (w erze Premier League czarniejsze okazała się tylko kampania 1994/95). Lepiej było nawet przy upokarzającej inauguracji zeszłych rozgrywek, podsumowanej klęską 2:8 na Old Trafford. Nic dziwnego, że fani są poważnie rozgoryczeni. Pojawiły się już publiczne oznaki sprzeciwu – zorganizowano marsz pod hasłem „wykopania chciwości z futbolu„. Kibice łączą regularne wyprzedaże kluczowych piłkarzy i nadmierną oszczędność budżetową z siedmioletnim już brakiem sukcesów (wyrażanych w trofeach, a nie awansach do Ligi Mistrzów).

Kanonierzy siedzą obecnie na 10. miejscu w tabeli. –  Nie martwię się pozycjami. Do naszej gry musi wrócić odpowiednia jakość – zaznaczył Wenger. Jego słowa to odpowiednia krytyka dla zawodników Arsenalu. Londyńczycy nie tracą punktów przez pecha, złe decyzje sędziów lub wybitną klasę rywali. Na meczach Kanonierów w ostatnich tygodniach można złamać sobie zęby i doznać poważnych wykrzywień twarzy. Jedyny chlubny wyjątek, derby z Tottenhamem, można uznać za owoc gry prawie 3/4 spotkania w przewadze liczebnej po czerwonej kartce Emmanuela Adebayora.

Porażka u siebie ze Swansea przelała czarę goryczy. Wojciech Szczęsny musiał powybijać sporo strzałów zanim padł rażony główną bronią Łabędzi (o której w punkcie 6). Po skończeniu spotkania niezłą rozróbę w szatni wywołał asystent Wengera Steve Bould. – Zawiedliście nas i zawodzicie nas przez cały sezon – miał krzyczeć nr 2 w Arsenalu. – Nikt z was nie bierze na siebie odpowiedzialności.

2. Benitez w ślady Clougha? (nie chodzi o kolejny Puchar Europy)

Jeszcze podlejsze nastroje niż w Arsenalu panują u sąsiadów z zachodniej części stolicy Anglii. Chelsea znów dopadła jesienna depresja. Porażka z West Hamem była już siódmym kolejnym meczem ligowym bez kompletu punktów. The Blues są dodatkowo na skraju odpadnięcia z Ligi Mistrzów (jeśli wyjdą z grupy, przez miesiąc na blogu zamiast mojego avatara umieszczę facjatę Justina Biebera!). Tak złej serii w lidze Chelsea nie miała od 1995 roku – tu znowu zła dola łączy ich z Arsenalem.

Wcześniej Chelsea zdobyła 22 z 24 możliwych punktów i siedziała wygodnie na fotelu lidera. Teraz do pierwszego miejsca traci już 10. oczek i coraz bardziej wygląda na to, że w Anglii znowu ścigać będą się tylko dwa konie z Manchesteru.

W rolę ofiary dla mediów i rozwścieczonych kibiców wdzięcznie wpisuje się Rafa Benitez (bilans 0 zwycięstw, 2 remisy, 1 porażka). Zrzucanie winy na człowieka, który jeszcze dobrze nie poznał układu korytarzy w ośrodku treningowym Cobham wydaje się jednak wysoce przesadzone. Błędy Branislava Ivanovicia i Ashleya Cole’a przy trafieniach West Hamu w sobotę były wybitnie „niebenitezowskie” – on takich wpadek w obronie nie akceptuje.

Ale Benitez jest na drodze do powtórzenia scenariusza z filmu „Damned United”, w którym Brian Clough wytrwał zaledwie 44 dni u steru Leeds United (świetny obraz dla każdego sympatyka angielskiej piłki, polecam). Tam też trener przychodził do klubu na szczycie, który właśnie pozbył się ukochanego menedżera. Clough zmagał się z buntem piłkarzy, Benitez cierpi na relacjach z trybunami.

Roman Abramowicz, czy tego właśnie chcesz? – pytali kibice Chelsea obecni na Upton Park. Dla Beniteza kluczowe będzie spotkanie z Sunderlandem, po którym The Blues wylecą na Klubowe Mistrzostwa Świata. Bez kompletu punktów w najbliższą sobotę, Chelsea może wrócić z Japonii poza strefą Ligi Mistrzów i z paskudnie dużymi stratami do nadrobienia.

Czytaj dalej…

Reklamy

Jedenastka sezonu Premier League (foto)

Koniec sezonu ligowego = weekendy wolne od dobrego futbolu. W oczekiwaniu na EURO 2012 warto podsumować najlepszy sezon w historii najlepszej ligi świata. Oto kto wyróżnił się w ciągu 38. kolejek Premier League. 

Bramkarz:

Michel Vorm (Swansea, 4 wybory do jedenastki kolejki)

Najlepszy transfer w przeliczeniu – wydany funt a efektywność gry. Kosztujący półtora miliona funtów Holender zaliczył w sezonie jedną poważną wpadkę (Arsenal i gol Andreia Arshavina). Poza tym radził sobie doskonale, choć był regularnie ostrzeliwany przez rywali beniaminka. Jego znakiem firmowym stały się rzuty karne – spytajcie Bena Watsona lub Clinta Dempseya.

Vorm – specjalista od karnych

Rezerwowi: David de Gea (Man United, 4), Tim Krul (Newcastle, 4), John Ruddy (Norwich, 4), Joe Hart (Man City, 2)

 

Obrońcy:

Branislav Ivanović (Chelsea, 4)

Rzucany na prawą stronę lub środek, ale gdzie by nie stał – rzadko zawodzi. Pod koniec sezonu wyraźnie się rozstrzelał. Jego gol przepchnął Chelsea przez 1/8 finału Ligi Mistrzów podczas dogrywki z Napoli. Jeden z najbardziej godnych zaufania obrońców w pojedynkach powietrznych, który też świetnie blokuje uderzenia przeciwników. (Chelsea, szczególnie w Lidze Mistrzów, stała się specjalistką od bloków)

Ivanovic – mocna głowa

Vincent Kompany (Man City, 6)

Pod nieobecność Nemanji Vidicia zdecydowanie najlepszy obrońca Premier League. Kapitan Manchesteru City i jego absolutny lider. City do tytułu pchali ludzie skupowani za równowartość rocznego PKB małych państw. Kompany kosztował tylko sześć milionów. Inteligentny i znakomicie ustawiający się w defensywie. Autor drugiego (po Sergio Aguero) najważniejszego gola sezonu – zwycięskiego trafienia w kwietniowych derbach Manchesteru.

Kompany – lider The Citizens

Laurent Koscielny (Arsenal, 4)

Francuz z polskimi korzeniami zrobił olbrzymi postęp. Bez niego defensywa Arsenalu chwieje się w posadach. Jest szybki, więc potrafi nadążyć za wybiegającym na pozycję napastnikiem. Lider Kanonierów w przechwytach i udanych wybiciach. Zapada w pamięć dzięki odważnym, często spektakularnym interwencjom na granicy ryzyka (Daniel Sturridge coś o tym wie).

Koscielny – łatacz dziur

Leighton Baines (Everton, 4)

Byłby pewniakiem w reprezentacji Anglii, gdyby nie fenomenalny od lat Ashley Cole. Baines znakomicie centruje piłkę, odpowiednio włącza się do ataków Evertonu. Jest specjalistą od stałych fragmentów gry i trzecim najskuteczniejszym (!) strzelcem The Toffees.

Baines – magiczna lewa noga

Rezerwowi: John Terry (Chelsea, 4), Thomas Vermaelen (Arsenal, 4), Patrice Evra (Man United, 4)

 

Pomocnicy:

Antonio Valencia (Man United, 6)

Z rezerwowego na początku rozgrywek stał się motorem napędowym wicemistrzów Anglii. Zaliczył oszałamiającą serię pięciu spotkań, w których dostarczył siedem asyst! Niezwykle dynamiczny z dobrym dośrodkowaniem. Notorycznie ośmieszał obrońców swoimi krótkimi dryblingami. Zagadką pozostanie to, czemu sir Alex Ferguson posadził go na ławce podczas decydujących derbów Manchesteru. (tzn. wiadomo czemu – chciał zabezpieczyć tyły, ale dlaczego kosztem Valencii)

Valencia – modelowy skrzydłowy

David Silva (Man City, 6)

Olśniewający w pierwszej części rozgrywek, wyraźnie przemęczony w drugiej fazie. Gdy gra na swoim najwyższym poziomie, jest najlepszym technikiem Premier League. Jego pole widzenia jest chyba sztucznie poszerzone, bo to niemożliwe, aby zwykły człowiek dostrzegał wybiegających kolegów w tak nieprzewidywalnych pozycjach. Król asyst tego sezonu.

Silva – król podania

Yaya Toure (Man City, 5)

Kręgosłup linii pomocy The Citizens. Dzięki swojej posturze znakomicie radzi sobie w walce bark w bark, a do tego jest uzdolniony w rozgrywaniu akcji przy bramce rywala. Najbardziej kompletny pomocnik Premier League. Autor goli, które zapewniły City bezcenny triumf w końcówce meczu w Newcastle.

Toure – płuca mistrzów Anglii

Gareth Bale (Tottenham, 5)

Znakomity, choć dość nierówny. Potrafi w pojedynkę wziąć sprawy swoje ręce. Często terroryzuje bocznych obrońców błyskawicznymi wejściami po skrzydle. Jednak czasem chowa się w środku boiska i próbuje nieprzygotowanych strzałów. Najgroźniejsza broń w składzie Harry’ego Redknappa.

Bale – nieuchwytny sprinter

Rezerwowi: Victor Moses (Wigan, 5), Steven Pienaar (Everton, 5), Mikel Arteta (Arsenal, 4), Clint Dempsey (Fulham, 4), Ashley Young (Man United, 4), Nani (Man United, 4), Luka Modrić (Tottenham, 4), Gylfi Sigurdsson (Swansea, 4)

 

Napastnicy:

Robin van Persie (Arsenal, 10)

Mister Fantastic, przez długie tygodnie jedyna opcja ofensywna Arsenalu. Zdecydowanie najlepszy piłkarz w przekroju całego sezonu. Strzelał kiedy chciał (jak śpiewali kibice na Emirates) i jak chciał. Do historii przejdą jego dwa kapitalne woleje z Evertonem i Liverpoolem – strzały wymagające chirurgicznej precyzji i olśniewającego wyszkolenia piłkarskiego.

Van Persie – czarodziej woleja

Wayne Rooney (Man United, 7)

Trafiał do siatki aż miło z zaskakującą regularnością. Świetnie odnajduje się w taktyce Fergusona, grając tuż za plecami wysuniętego napastnika. Strzela równie dobrze do kreuje sytuacje. Niezmordowany, może ganiać od bramki do bramki.

Rooney – wszechstronny snajper

Rezerwowi: Sergio Aguero (Man City, 6), Emmanuel Adebayor (Tottenham, 5), Papiss Cisse (Newcastle, 3)

 

Trener:

Alan Pardew (Newcastle)

Skazywany na walkę o utrzymanie pokazał sceptykom (w tym mnie) środkowy palec. Przetrzebiony skład po odejściach liderów (Barton, Nolan, Enrique) uzupełnił tanimi i znakomitymi zmiennikami, którzy teraz są warci więcej niż poprzedni bohaterowie (Ba, Cisse, Cabaye). Newcastle punktowało z zegarmistrzowską dokładnością, dlatego w nagrodę przypomni sobie grę w europejskich pucharach. Sam Pardew umiejętnie rotował taktyką, w zależności od formy swoich podopiecznych. Zaczynał w systemie 4-4-2, ale gdy Cisse dołączył do drużyny i eksplodowała forma Hatema Ben Arfy, nie wahał się zmienić ustawienie na 4-3-3.

Pardew – odnowiciel Newcastle

Asystent: Brendan Rodgers (Swansea)

Taktyka z Premier League – 37. kolejka

W podsumowaniu taktycznych manewrów z Premier League szczególną uwagę poświęcam genialnej zmianie Roberto Manciniego, która dała mu bezcenne zwycięstwo w Newcastle. Poza tym przyglądam się defensywie Vincenta Kompany’ego, grze skrzydeł Manchesteru United i negatywnemu nastawieniu Aston Villi.

1) Zmiana roku

Czy zmiana rozgrywającego/skrzydłowego za defensywnego pomocnika może uprawnić funkcjonowanie ataku? Roberto Mancini udowodnił, że jak najbardziej. W 61. minucie zdjął z boiska Samira Nasriego i zastąpił go Nigelem De Jongiem. Zrobił to przy stanie 0:0 w spotkaniu, które musiał wygrać, aby znacząco przybliżyć się do mistrzostwa Anglii. Tym manewrem Mancini poprzestawiał swoich pomocników.

Do tego momentu Yaya Toure rzadko zapędzał się pod pole karne Newcastle, co widać na górnym wykresie otrzymanych podań (minuty 0-61). Jego rolą była ochrona tylnej formacji i inaugurowanie ataków blisko linii środkowej. Po zmianie funkcję tę przejął De Jong, a Toure przeniósł się pod bramkę rywali.

Pomocnik z Wybrzeża Kości Słoniowej teraz znacznie częściej pojawiał się w strefie ataku (dół wykresu). Na efekty nie trzeba było długo czekać. Krótka wymiana podań z Sergio Aguero zaowocowała pierwszym golem w meczu. Później wbiegnięcie Toure za plecy obrońców skończyło się pojedynkiem oko w oko z Timem Krulem (przegranym tylko przez pechowy poślizg). Na koniec Toure ruszył za kontrą, wdarł się w pole karne, przyjął podanie od Gaela Clichy’ego i przypieczętował wygraną The Citizens.

Mancini przyznał po meczu, że rozważał ustawienie Toure za napastnikiem od pierwszego gwizdka, ale zdecydował się na wariant z dwoma klasycznymi atakującymi. Jego wielkością było sprawne zreorganizowanie szeregów własnej drużyny w kluczowym momencie. Roszada z 61. minuty udowodniła przy tym, że charakter zmiany należy oceniać poprzez ustawienie nowego piłkarza (ewentualnie różnicę taktyki całego zespołu), a nie przez charakterystykę gracza meldującego się na boisku.

2) Lider obrony

Mecz Manchesteru City w Newcastle był zapowiadany, nie bez podstaw, za wyjątkowo trudny. Wiele kłopotów mieli sprawiać znakomici Senegalczycy w barwach Srok – Demba Ba i Papiss Cisse.

Dużą zasługą The Citizens było zmuszenie superstrzelców rywali do oddawania uderzeń z dystansu. Działo się tak ponieważ lider defensywy City Vincent Kompany często opuszczał swoją pozycję i wychodził daleko za napastnikiem.

Belg robił to w sposób rozsądny i uporządkowany. Jego interwencje zwykle kończyły się sukcesem. Widać to na wykresie działań w obronie (legenda: zielone romby – przechwyty, żółte krzyżyki – udane odbiory, żółte kółka – skuteczne wybicia i szare kreski – blokowane strzały).

Kompany udowodnił w Newcastle, że jest czołowym (najlepszym?) stoperem Premier League. Dzięki jego przywództwu City stracili najmniej goli w lidze.

3) Rozsądek Fergusona

Manchester United, świadomy wyniku z Newcastle, musiał koniecznie wygrać ze Swansea, aby przedłużyć nadzieję na obronę mistrzowskiego tytułu. Na Old Trafford było niemal pewne, że przyjezdni ustawieni w systemie 4-2-3-1 maksymalnie zagęszczą środek boiska (trzech środkowych pomocników) i zostawią nieco więcej miejsca w bocznych sektorach.

Dlatego sir Alex Ferguson zdecydował się na powrót do taktyki 4-4-2, gdzie najważniejsi są ruchliwi i zaawansowani technicznie skrzydłowi. Antonio Valencia z Ashleyem Youngiem mieli wygrywać indywidualne pojedynki na flankach i dostarczać piłki w pole karne Swansea. Duże znaczenie miał też fakt, że Łabędzie najgorzej w całej lidze radzą sobie w powietrznych pojedynkach (sześć wygranych główek na mecz).

Wynikiem strategii United było aż 50 dośrodkowań (góra wykresu). Za ilością centr poszła także ich jakość. Szczególnie wykazał się Valencia, gdyż to z jego strony boiska (prawej) Czerwone Diabły stworzyły sobie najwięcej okazji bramkowych (dół wykresu). Owocem dryblingu i podania Valencii był pierwszy gol, a sam Young zaliczył drugie trafienie w meczu.

Wygrana nad Swansea oznacza, że United wciąż mogą wygrać ligę. Potrzeba im do tego tylko (bardziej aż) remisu/wygranej QPR na Etihad Stadium i własnego zwycięstwa w Sunderlandzie.

4) Tak się nie zjedna kibiców…

Menedżer Alex McLeish podpadł kibicom na Villa Park pracą u lokalnego rywala – Birmingham City. Ale osiąganymi wynikami i stylem gry nie zjednał sobie niechętnych sympatyków.

Remisem z Tottenhamem Aston Villa zapewniła sobie utrzymanie w Premier League. Na tym kończą się jednak dobre wiadomości dla ekipy z Birmingham. Mecz z Kogutami stanowił kolejny w sezonie dowód ograniczenia ofensywnego w poczynaniach The Villans.

Od 50. minuty Villa grała w przewadze jednego zawodnika po czerwonej kartce Danny’ego Rose’a. Piłkarze McLeisha prowadzili wtedy 1:0 po szczęśliwym rykoszecie. Nie chcieli wykorzystać liczebnej przewagi i całą inicjatywę oddali Tottenhamowi. Widać to po wykresie podań w strefie ataku od 50. do 96. minuty. Villa zdołała wymienić tylko 19 dokładnych zagrań w pobliżu bramki rywala (żadnego w polu karnym Kogutów). Tottenham odwdzięczył się 50 udanymi podaniami.

Goście strzelili wyrównującego gola, mieli miażdżąca przewagę w posiadaniu piłki i oddanych strzałach, ale nie wykorzystali tego naporu. Villa dowiozła remis, ale negatywne nastawienie znane z kadencji McLeisha nie napawa optymizmem przed następnym sezonem w ekstraklasie.

5 faktów przed 23. kolejką EPL (zapowiedź)

Ligowcy w Anglii nie znają znaczenia słowa „odpoczynek”. Po pucharowym weekendzie czas na ligowe zmagania w środku tygodnia. Zapraszam na przegląd najciekawszych pojedynków 23. kolejki Premier League.

1. Rachunki Torresa

Serię otworzy rywalizacja na Liberty Stadium między Swansea i Chelsea. Obie drużyny to ścisła czołówka w statystykach ilości i dokładności podań. Zapowiada się kolejna uczta dla estetów. U siebie Łabędzie lubią grać na nosie faworytom z Londynu. W połowie stycznia wygrali z Arsenalem po olśniewającym występie. Nie dali się też rozpędzonemu Tottenhamowowi. Remis 1:1 był wręcz szczęśliwym wynikiem dla Kogutów Harry’ego Redknappa. Teraz czas na kolejne starcie z potentatem ze stolicy.

Spotkanie będzie szczególnie ważne dla Fernando Torresa. Hiszpan strzelił gola w poprzednim pojedynku obu ekip. Dostał też czerwoną kartkę. Torres odnajdywał wtedy właściwy rytm, ale trzymeczowe zawieszenie na dobre zahamowało snajpera Chelsea. Od tamtego momentu Hiszpan zaliczył 11 kolejek bez ligowej bramki. Licznik nieubłaganie tyka.

Dla The Blues na pewno nie zagra Ramires, który będzie pauzował przez najbliższy miesiąc. Jego zadania może przejąć Michael Essien. Ghańczyk wyleczył długotrwały uraz i jest gotowy na walkę w Premier League.

W drużynie Swansea zabraknie Josha McEachrana, wypożyczonego z Chelsea. Kolejną szansę na błyśnięcie otrzyma prawdopodobnie Gylfi Sigurdsson, który przyszedł do Łabędzi z Hoffenheim. Islandczyk udanie zaprezentował się w starciu z Arsenalem. Chelsea powinna uważać na jego dynamiczne wejścia z drugiej linii.

2. Czas Lindegaarda?

David de Gea z niechęcią wspomina sobotnie starcie na Anfield. Hiszpan nie popisał się przy obu traconych przez Manchester United golach, które kosztowały odpadnięciem z Pucharu Anglii. De Gea marnie spisywał się na przedpolu, miał problemy z wyłapywaniem dośrodkowań.

Właśnie te umiejętności będą najczęściej testowane podczas potyczki ze Stoke. The Potters bazują na grze długimi piłkami i centrach na głowę Petera Croucha. Możliwe zatem, że między słupkami Czerwonych Diabłów stanie silniejszy Anders Lindegaard.

Powstrzymanie gigantów ze Stoke będzie także poważnym testem dla Jonny’ego Evansa i Chrisa Smallinga. Stoperzy United częściej skorzystają z warunków fizycznych, niż swojej techniki. Harówka murowana.

Warto zwrócić uwagę na 27. minutę gry. W trzech ostatnich ligowych meczach Czerwonych Diabłów ze Stoke podopieczni sir Alexa Fergusona właśnie wtedy otwierali wynik rywalizacji.

3. Bez odpoczynku

Liverpool kończy bardzo pracowite dziesięć dni. The Reds muszą rozegrać czwarte spotkanie w tak krótkim okresie. Siły z graczy Kenny’ego Dalglisha wypruły pucharowe batalie z Manchesterem City i United. Czy tchu wystarczy na zwycięstwo w Wolverhampton?

Dla Liverpoolu będzie to ostatni mecz bez Luisa Suareza. Koniec kary Urugwajczyka oznacza ograniczenie szans na grę w wyjściowym składzie dla Andy’ego Carrolla. 23-letni Anglik przeciwko United pokazał przebłyski dobrej dyspozycji. Starcie na Molineux może być dla niego kolejną okazją do ugruntowania pozycji na Anfield.

Wolverhampton nadziei na korzystny wynik może szukać w miernych wynikach The Reds. Liverpool zebrał zaledwie sześć z 18 możliwych punktów w ostatnich kolejkach. Wilki pozwalają swoim rywalom na oddawanie dużej ilości strzałów. Ograniczeniu tej słabości może pomóc odważnie wchodzący do zespołu Emmanuel Frimpong.

4. Powrót kapitana

Skończyły się trudne dni bez Vincenta Kompany’ego na Etihad Stadium. Belg odcierpiał czerwoną kartkę i wróci do składu na mecz z Evertonem. Kompany zastąpi podatnego na błędy Stefana Savicia.

Partnerem kapitana Manchesteru City na Goodison Park będzie Joelon Lescott, były gracz Evertonu. Środkowi obrońcy City nie powinni jednak mieć trudnego wieczoru. The Toffees cierpią bowiem na chroniczne problemy ze strzelaniem do siatki. W Premier League tylko Wigan rzadziej strzela gole od podopiecznych Davida Moyesa. Lekiem na nieskuteczność ma być Denis Stracqualursi, który zdobył ważną bramkę w Pucharze Anglii. Po 13 miesiącach bez gola przełamał się także Tim Cahill.

Oprócz kłopotów w ataku, Everton zmaga się z kontuzjami obrońców. Urazy leczą podstawowi stoperzy Phil Jagielka i Sylvain Distin, zatem napastnikom The Citizens powinno być łatwiej o zdobywanie terenu pod bramką gospodarzy.

5. Senegalski zaciąg

Alan Pardew to osoba najbardziej zadowolona z niepowodzenia Senegalu na Pucharze Narodów Afryki. Dla Newcastle oznacza to szybszy powrót Demby Ba oraz debiut Papissa Cisse – superstrzelca kupionego z Freiburga.

Sroki przegrały swoje dwa ostatnie mecze (w lidze z Fulham, w FA Cup z Brighton). Pomoc dwójki napastników w starciu przeciwko Blackburn będzie nieoceniona. Obaj powinni zdążyć przed środowym spotkaniem w Anglii.

Ba to już sprawdzona marka w Premier League. Większą zagadką pozostaje Cisse. 26-latek rewelacyjnie spisywał się w Bundeslidze. Jego gole utrzymywały Freiburg w ekstraklasie. W sezonie 2010/11 był wicekrólem strzelców ligi niemieckiej. Cisse w Newcastle otrzymał legendarną koszulkę nr 9, należącą kiedyś do Alana Shearera. Czy ilością trafień spłaci zaufanie działaczy Srok?

Jedenastka 20. kolejki EPL

20. kolejka Premier League zakończyła szalony okres świąteczno-noworoczny w angielskiej ekstraklasie. Podczas spotkań w środku tygodnia zawodnicy czołowych klubów – Phil Jones, Jose Reina, Wojciech Szczęsny i Sebastien Squillaci popełnili koszmarne błędy. Obejrzeliśmy także kilka wspaniałych goli, z których wyróżnił się ten strzelony przez… bramkarza Evertonu Tima Howarda. 

Jedenastka 20. kolejki (1-4-4-2):
BR: Joe Hart (1*, Manchester City)
PO: Jonahtan Woodgate (1, Stoke)
ŚO: Ashley Williams (1, Swansea)
ŚO: Vincent Kompany (4, Manchester City)
LO: John Arne Riise (1, Fulham)
PP: Nathan Dyer (1, Swansea)
ŚP: Steve Sidwell (1, Fulham)
ŚP: Stephane Sessengon (2, Sunderland)
LP: Anthony Pilkington (2, Norwich)
N: Peter Crouch (1, Stoke)
N: Demba Ba (3, Newcastle)
* razy w jedenastce kolejki

Vincent Kompany (pierwszy z prawej) zaporą The Citizens

Gracz kolejki: Vincent Kompany (Man City) – Belg okazał się zaporą nie do przejścia dla piłkarzy Liverpoolu. The Reds wymienili dwa razy więcej podań niż City, przeważali w posiadaniu piłki i ilości strzałów, ale przewagi nikły w obliczu zdolności obronnych Kompany’ego. Alan Hansen powiedział w BBC, że jest on jedynym niezastąpionym piłkarzem w kadrze lidera tabeli. Trudno nie zgadzać się z taką oceną.

Mecz kolejki: Fulham – Arsenal 2:1 – pasjonujące spotkanie o dwóch obliczach. W jednym zdecydowanie przeważał Arsenal, który zachwycał płynnością podań i szybkimi atakami ze skrzydeł. W drugim inicjatywę przejęło Fulham. The Cottagers zepchnęli rywala do narożnika, punktowali go serią ciosów, by w końcówce, od 85. minuty, zadać dwa nokautujące uderzenia. Przy strzelanych bramkach Fulham wyraźnie pomagała kiepska defensywa Arsenalu.

Gol kolejki: Craig Gardner (Sunderland) – pomocnik świetnie wykorzystał hulający wiatr w Wigan. Uderzył prostym podbiciem z rzutu rożnego, a piłka napędzana siłami natury pofrunęła w okienko bramki The Latics. Golkiper Ali Al-Habsi nawet nie drgnął przy bombowym uderzeniu Gardnera.

Kuriozum kolejki: Tim Howard (Everton) – Amerykanin jako czwarty bramkarz w historii Premier League zdobył bramkę. Gol Howarda był o tyle wyjątkowy, że strzelony z własnego pola karnego. Golkiper Evertonu uderzył przed siebie, piłka przeleciała niemal całe boisko, odbiła się od ziemi i przelobowała Adama Bogdana. Bogdan puścił gola bliźniaczo podobnego do Tomasza Kuszczaka w spotkaniu przeciwko Kolumbii w 2006 roku.

Tak swój lot zakończyła piłka kopnięta przez Tima Howarda

Obrona kolejki: Danny Simpson (Newcastle) – Sroki wypunktowały Manchester United wygrywając 3:0. Newcastle wygrywało dwiema bramkami, gdy znakomitą okazję do strzału miał Wayne Rooney. Snajper z Old Trafford pokonał Tima Krula, ale jego drodze stanął ofiarnie broniący Simpson. Obchodzący 25. urodziny defensor w znakomity sposób uczcił swoje święto, nie pozwalając United na odrobienie strat.

Błąd kolejki: Phil Jones (Man United), Pepe Reina (Liverpool) & obrona Arsenalu – przedstawiciele angielskich potentatów popełniali kolosalne błędy, które słono ich kosztowały.

Najmniej szkodliwa była wpadka Jonesa, którego samobój oznaczał jedynie zwiększony wymiar kary w Newcastle. Nastolatek fatalnie ocenił lot piłki i jego nieudane wybicie przemknęło obok bezradnego kolegi z bramki.

Wpadka Reiny wyprowadziła Manchester City na prowadzenia i dała rywalom ważną zaliczkę. Bramkarz Liverpoolu przepuścił futbolówkę pod pachą w stylu Petera Shiltona w meczu z Polską w 1973 roku. Po tym błędzie Reiny The Reds już się nie podnieśli.

Z kolei pomyłki defensywy Arsenalu odwróciły losy meczu na Craven Cottage. Przy pierwszej bramce Fulham zawinił Wojciech Szczęsny, który źle ocenił lot dośrodkowania. W międzyczasie niepotrzebne faule Johana Djourou oznaczały czerwoną kartkę i grę w osłabieniu. W ostatnich sekundach Sebastien Squillaci wybił piłkę wprost pod nogi Bobby’ego Zamory, który natychmiast skorzystał z prezentu.

Taktyka z Premier League – 19. i 20. kolejka

Przed nami inauguracyjne w 2012 roku spojrzenie na ciekawostki i schematy taktyczne z boisk Premier League. W 19. i 20. kolejce przypatrujemy się nieskazitelnej obronie Manchesteru City, pracy skrzydłowych Liverpoolu, porażce Arsenalu z Fulham i przyczynom zwycięstwa Blackburn na Old Trafford.

1. Jakość a nie ilość

Liverpool przegrał wysoko 0:3 na Etihad Stadium mimo 64% posiadania piłki (!), lepszej celności podań oraz oddania większej ilości strzałów niż Manchester City.

Ten mecz udowodnił, że ilość nie zawsze przekłada się w jakość. Gospodarze z Manchesteru zagrali z głową, koncentrując się głównie na defensywie. Szybko strzelony gol (10. minuta) pozwolił im wycofać się i przyjąć rywala na własnej połowie.

Liverpool mający wyraźną przewagę optyczną irytował schematycznym rozgrywaniem ataków. Taktyka The Reds zakładała wyłącznie jedno rozwiązanie ofensywne – miękkie, wysokie dośrodkowanie na osamotnionego Andy’ego Carrolla. Na górnym wykresie widać skutki tej strategii. Aż 30 wrzutek nie dotarło do adresata.

Taka statystyka nie dziwi, ponieważ Carroll musiał zmagać się z dwoma, a w końcówce meczu trzema stoperami City. Fantastycznie radził sobie Vincent Kompany. Na dolnym wykresie można policzyć 14 wybić Belga, z których aż dziesięć, wszystkie we własnym polu karnym, zaliczył po wygranych główkach.

2. Wiatr na skrzydle

Zawodnicy z Anfield znacznie lepiej zagrali u siebie 30 grudnia. Kluczem do pokonania Newcastle (3:1) była skuteczna gra na skrzydłach, szczególnie z prawej strony. Jak widać najgroźniejsza broń przeciwko Srokom, zupełnie nie sprawdziła się w starciu z Manchesterem City.

Piłkarze z bocznych sektorów boiska w Liverpoolu okazywali się zbyt dynamiczni dla obrony Newcastle. Goście mieli wielkie trudności z zatrzymywaniem rajdów Stewarta Downinga i Glena Johnsona.

Odpowiedzialni w Newcastle za krycie prawej flanki rywala (Jonas Guttierez i Ryan Taylor – zmieniony po pierwszej połowie) nie potrafili przepisowo wyhamowywać przeciwników. Dlatego często uciekali się do fauli w niebezpiecznych dla siebie rejonach, na wykresie zaznaczonych czerwoną obwódką. Po płaskim dośrodkowaniu z prawej strony Liverpool zdobył pierwszego gola w tym spotkaniu.

3. Ukarani za pasywność

Na Wyspach zwykło się mówić o „spotkaniach dwóch połów” (ang. a game of two halves). Oznacza to zupełnie inny przebieg pierwszej i drugiej części meczu. Idealny przykład takiej rywalizacji zanotowaliśmy we wtorkowy wieczór na Craven Cottage.

Arsenal bardzo dobrze rozpoczął rywalizację na obiekcie Fulham. Kanonierzy płynnie wymieniali serie podań, przeprowadzali szybkie wypady skrzydłami. Atrakcyjną i skuteczną (zdobyta bramka Laurenta Koscielnego) pierwszą połowę można oddać schematem podań za pomocą górnego wykresu. W zaznaczonej na czarno strefie blisko pola karnego Fulham aż mnożyło się od celnych zagrań graczy z Emirates w pierwszych 45. minutach.

Nasyceni korzystnym wynikiem Kanonierzy po przerwie zmienili nastawienie. Arsenal cofnął się głęboko i oddał rywalom pole do popisu. Na dolnej części można zaobserwować schemat podań graczy Arsene Wengera od 46. do 90. minuty. Już na pierwszy rzut oka widać o ile mniej zagrań w pobliżu bramki Fulham wymienili zawodnicy Arsenalu.

Kanonierzy za negatywną taktykę w drugiej połowie zostali surowo skarceni. Pasywność w grze do przodu i umożliwienie Fulham rozgrywania wielu ataków skończyło się stratą dwóch goli i przegraną na Craven Cottage.

4. Największa niespodzianka

Blackburn wygrywając na Old Trafford zafundowało jedną z największych sensacji w historii Premier League. W nowoczesnej historii ligi Manchester United nigdy wcześniej nie przegrał u siebie z ostatnią drużyną tabeli. Bukmacherzy płacili 28 funtów za każdego postawionego na zwycięstwo Rovers.

Sensacyjny triumf nie był jednak zasługą odważnej i efektownej gry ofensywnej Blackburn. Na powyższym wykresie zaznaczono wszystkie podania gości. Czarnym polem są wyróżnione zagrania w okolicach bramki Czerwonych Diabłów. Klarownych szans strzeleckich Rovers mieli jak na lekarstwo.

Zawodnicy Steve Keana wygrali dzięki zabójczej skuteczności.

Jak można zauważyć, wszystkie uderzenia w światło bramki Davida de Gei znalazły drogę do siatki.

Przykład Blackburn pokazuje, że słabym drużynom czasem udaje się pokonać faworyta wbrew wszystkim oczekiwaniom. Należy „jedynie” wykorzystywać każdą nadążająca się okazję na gola.

Taktyka z Premier League – 16. i 17. kolejka

Zapraszam do przeglądu najciekawszych manewrów taktycznych z angielskich boisk w 16 i 17 kolejce. Na warsztat trafiła świetna obrona Vincenta Kompany’ego, słabość Liverpoolu, mierna jakość centr Chelsea, błędna decyzja Steve Keana z Blackburn oraz niefrasobliwość Aston Villi.

1. Kapitan z prawdziwego zdarzenia

Manchester City dotąd wygrywał swoje spotkania dzięki piorunującej ofensywie. Wizjonerskie rozegrania atakujących przysłaniały drobne luki w obronie.

Triumf w niedzielnym hicie przeciwko Arsenalowi, City zawdzięcza jednak solidnej grze z tyłu. Roberto Mancini ustawił swój zespół tak, aby zneutralizować główny atut Kanonierów – płynne podawanie piłki w okolicach pola karnego przeciwnika. City wyizolowało środkowych pomocników Arsenalu. Kanonierzy swoje najgroźniejsze ataki stwarzali wyłącznie przez indywidualne lub dwójkowe zagrania napastników.

Fundamentem solidnej defensywy gospodarzy na Etihad był kapitan Vincent Kompany. Jak pokazuje wykres, Belg przegrał zaledwie jeden pojedynek w całym spotkaniu (górna część). Zaliczył także cztery przechwyty (dolna). Kompany poprawnie odgadywał intencje rywali. Widać też, że odważnie wychodził sprzed pola karnego i zażegnywał niebezpieczeństwo już w środkowej strefie boiska. Głównie jemu Joe Hart może podziękować za zachowanie pierwszego czystego konta od ośmiu kolejek.

2. Liverpoolska bolączkaFani Liverpoolu są rozdrażnieni kolejnym remisem w meczu przeciwko słabszej drużynie. Po Sunderlandzie, Swansea i Norwich przyszedł czas na frustrację po starcie punktów w Wigan.

The Reds kapitalnie zaczęli rywalizację na DW Stadium. Na wykresie zaznaczone są schematy podań Liverpoolu (góra) oraz Wigan (dół) z pierwszego kwadransa. Te 15. minut piłkarze spędzili niemal wyłącznie na połowie The Latics. Z miejsca w oczy rzuca się mnogość podań The Reds w strefie ataku, tuż przy polu karnym gospodarzy. Liverpool szukał miejsca na skrzydłach, aby ominąć pięcioosobowy blok defensywy rywala.

Wigan z kolei ograniczało się do krótkich podań z tyłu. Podopieczni Roberto Martineza żadną siłą nie potrafili przenieść ciężaru gry do przodu. Wynikało to z bardzo agresywnego i wysokiego pressingu Liverpoolu. Goście trójką lub czwórką zawodników zamykali możliwości jakiegokolwiek rozegrania.

Zawodnicy Kenny’ego Dalglisha miażdżyli oponenta, ale… nic z tego nie wynikło. W drużynie z Anfield po raz kolejny zabrakło zawodnika będącego w stanie zamienić kreowane sytuacje na groźne strzały. Główny napastnik, Luis Suarez, częściej występował w roli kreatora niż snajpera.

Rozwiązaniem kłopotów Liverpoolu nie jest kupiony za 35 mln funtów Andy Carroll, dlatego włodarze klubu muszą pomyśleć o wzmocnieniu przedniej formacji. Może plotka o zainteresowaniu Robertem Lewandowskim zawiera w sobie ziarno prawdy?

3. Wigan temperuje potentatów

Korzystny wynik przeciwko Liverpoolowi nie był największym sukcesem Wigan w minionym tygodniu. Jeszcze większe wrażenie drużyna Martineza zrobiła w rywalizacji przeciwko Chelsea. The Latics grali z faworytami jak równy z równym i w pełni zasłużyli na remis 1:1.

Wigan zatrzymało Chelsea na DW Stadium przez umiejętne wykorzystanie taktyki 5-2-3/3-5-2. W obronie zawodnicy kształtowali linię pięciu zawodników. W środku biegało trzech stoperów, którzy mieli maksymalnie zagęścić centralną strefę boiska. Taka strategia wypchnęła ofensywę Chelsea na boki.

The Blues starali się przepchnąć w pole karne po dośrodkowaniach. Zawiodła jednak jakość wrzutek graczy Andre Villas-Boasa. Na wykresie widać wszystkie niecelne podania Chelsea. Warto zwrócić uwagę ile z nich pochodziło z bocznych sektorów boiska, szczególnie po prawej stronie.

Za tak dużą niecelność zagrań odpowiadali głównie obrońcy Wigan, którzy dobrze radzili sobie z wybijaniem fruwających centr. Szczególne ważny był Gary Caldwell – jego rola sprowadzała się wyłącznie do blokowania górnych piłek.

4. Spóźniona decyzja

We wtorkowym meczu na samym dnie tabeli Blackburn przegrało z Boltonem 1:2. Będący pod coraz większą presją menedżer Rovers, Steve Kean, sam sobie jest winny tego wyniku. Jego drużyna zagrała fatalnie w pierwszej połowie, a w drugiej zabrakło jej czasu i jakości do nadrobienia strat.

Kuriozalną decyzją Keana było ustawienie Davida Hoiletta, jednej z nielicznych gwiazd Blackburn, na pozycji ofensywnego pomocnika. Hoilett, naturalny skrzydłowy, niemiłosiernie męczył się w środku pola. Na wykresie (góra) widać, że w pierwszej części meczu zaliczył ledwie pięć podań, w tym dwa pod własnym polem karnym. Nie stanowił najmniejszego zagrożenia dla Boltonu.

Kean zrozumiał błąd i po przerwie nakazał Hoilettowi biegać na lewej flance. Od 46. minuty skrzydłowy stał się najjaśniejszą postacią na boisku. Swoimi rajdami siał spustoszenie w szeregach rywala. Na dole wykresu widać jego wpływ i kreatywność w drugiej połowie. Zaliczył asystę i kilka udanych wejść. Do lepszej gry potrzebował przestrzeni, którą znajdował na mniej obstawionych bokach. Tylko dlaczego Hoilett nie występował na skrzydle od pierwszej minuty?

5. Podania do nogi… przeciwnika

Aston Villa pod wodzą Alexa McLeisha gra mało atrakcyjnie. Szkot nakazuje swoim zawodnikom grę długimi podaniami, które rzadko wyrządzają krzydwę przeciwnikom.

The Villans swój brak zdolności do posyłania szybkich, krótkich podań zaprezentowali przeciwko Liverpoolowi. Gracze z Birmingham całkowicie oddali inicjatywę rywalom.

Na wykresie zaznaczone są miejsca, w których piłkarze Liverpoolu przechwytywali piłki po zagraniach Villi. Warto zauważyć jak wiele strat gracze McLeisha zaliczyli w okolicach środka boiska, tuż na połowie gości. Podając wprost w nogi przeciwnika, szczególnie w linii pomocy, samemu prosi się o porażkę.

%d blogerów lubi to: